Sedno ukrywa pod spodem

Słowa są nieobecne w twej pieśni, Dydono,
stos żałobny zaszemrał, jeszcze nie zapłonął,
wypłoszywszy jaszczurkę. Morze jest jak spodek,
i tak jak słowo, sedno ukrywa pod spodem.


Zespolenie. Czasami staje się faktem, kiedy głos i słowo stają się jednością. Idealnym złączeniem pasującym do siebie w najmniejszym odcinku przynależności do dźwięku i myśli, do wyrażanych i zapisanych odczuć, emocji, obserwacji świata, które przekształcają się w język poezji, w rytm słowa zyskującego swój rym: gładki lub popękany, przełamany niespokojną myślą. Słowa odrywającego się od białej kartki, zyskującego lotność, lekkość unoszenia się na skrzydłach dopowiedzenia, dotykając niechwytnej materii brzmienia. Zyskującego umiejętność dosłowniejszego wyrażenia siebie poprzez głos tej, która go stworzyła, ustawiła w sznureczku innych słów odklejając je od kropel drukarskiej farby i pozwalając samo zaistnieć, stając się integralną cząstką drżenia w świecie poezji.
Takim też zespoleniem było wczorajsze spotkanie z jedną z moich ulubionych poetek, Anną Piwkowską, zorganizowanego z okazji ukazania się tomiku jej poezji "Lustrzanka". Spotkania będącego sposobnością do pochwycenia swoistego przylgnięcia poetki do jej wierszy, w ich obopólnym wysłowieniu, przekształceniu każdej strofy w dźwięk jej głosu, intonację oddającą charakter wiersza, ale też przyodzianego w wyjątkową oprawę wrażliwości samej autorki. To okazja, by jak w lustrzanym odbiciu, dostrzec jej spostrzeganie własnej drogi twórczej, umiejscowienia jej na mapie swojego życia, poczynając od dzieciństwa spędzanego w bliskim sąsiedztwie Nieborowa, poprzez doświadczenie jakim stało się obcowanie z uczniami w szkole aż po inspiracje czerpane z kultury antycznej, korzeniami sięgające greckiej mitologii jako źródła niezmienności. Rytuału.

Nie ma w łóżku kobiety. Spogląda przez szybę
na gile roztańczone, szkarłatne, szczęśliwe.
Patrzy poprzez mężczyznę, który leżąc z brzegu
łóżka, jest tak bezbronny jak ślimak na brzegu
wyrzucony na piasek przez fale przyboju,
jak ostryga, schwytany przez ściany pokoju.
Nie ma w łóżku kobiety. Odeszła jak stała,
bez pantofli, bez pestki, bez sukni, bez ciała.


Tymczasem, wiersze Anny Piwkowskiej raz są przemokniętym wróblem schowanym w dłoni przed deszczem, innym razem rowerem sunącym z wolna w wysokiej trawie, sukienką zalotnie podrywaną przez wiatr, smakiem morskiej bryzy, wierzchołkiem pragnienia, przygaszoną neonówką lub szelestem śnieżnej kolędy, pestką słodkiego owocu bez miąższu, lustrami zaglądającymi w nasze oczy. Wyznaniem. Kobietą.
Każdy z nich skupiony w detalach, słownych ornamentach pozwala na dotknięcie szczegółu poezji, pojedynczej łzy spływającej po rozchylonych wargach, zimnego prześcieradła, krnąbrnej młodości, krzyku zamkniętego w skalnej szczelinie czy sekretnego zdziwienia, słońcem wtulonym w firankę chwilowego uniesienia, przyczyną i skutkiem, nieśmiałą łódeczką uśmiechu dryfującą na obliczu dnia codziennego i iskrzącej zawstydzeniem, w płomykach, spalonej przeszłości.

Otwierasz książkę,
ale wiersze także niosą ze sobą żywy czas:
czas czaru kwitnących róż
w cieniu ogrodowych parkanów.


fragmenty wierszy:
Lustrzanka, Pestka, Tam-Tam
z tomiku "Lustrzanka"
wyd. Zeszyty Literackie, Warszawa 2012

Upojenie

Trzeba talentu największego kalibru, żeby z kamieni, cegieł i płytek ceramicznych
zbudować prozę nie tylko jasną,
ale wprawiającą czytelnika w stan największego podniecenia.

Bruce Chatwin

Ciepło odchodzącego powoli dnia osiada łagodnie na meblach i wtula się w miękkie kształty fotela. Zachodzące słońce maluje na ścianach odcienie złocistych piasków, przylegając jak plastry wielokwiatowego miodu. Cisza i słodycz.
Za sobą zostawiłam zgiełk towarzyszący tłumnie wczoraj odwiedzającym Noc Muzeów, dzisiaj otwierając drzwi tłumnie mnie odwiedzającym wspomnieniom, starym zdjęciom, już wyblakłym i przyprószonych żółcieniami. Odzwierciedlającym minione lata, uwypuklającym obecnie coraz bardziej przygarbione plecy i częściej pojawiające się srebrne nitki w kosmykach włosach.
Rano zerwałam kolejną kartkę zamykającego się rozdziału życia. Wydawała się bardzo ciężka, bo też rok nie był najlżejszym, a może to tylko ręce coraz słabsze. Jaki był ten mijający rok?
Kiedyś próbując przekonać siebie, że wbrew odczuciom więcej w życiu pojawia się chwil radosnych rysowałam przy dniu dobrym 'uśmiech', przy dniu bolesnym 'smutek' i pod koniec roku okazało się, że to tych niezaznaczonych dni było najwięcej. Takich, które przemknęły niepostrzeżenie, nie zapisując się niczym szczególnym w mojej pamięci. Nijakich.
W następnym roku postanowiłam przyglądać się każdej chwili bardziej uważnie, próbować spostrzegać drobinki barw tworzących koloryt całego dnia. Trochę tak, jakbym się przyglądała powstającemu obrazowi, gdzie każda kropla farby zmienia odcień, nadaje inny kształt, nanosi nową warstwę uczuć i spostrzegania. Ciągła zmienność, aż do osiągnięcia idealnych proporcji, artystycznego fini. Tylko jak być malarzem idealnym?
Eugene Delacroix zapisał w swoim Dzienniku: Pisząc nie doznaję tak wielkich trudności, jakie nastręcza mi malowanie obrazów. Łatwiej potrafię osiągnąć zadowolenie układając jakiś tekst niż malując, malarstwo wymaga bowiem znacznie większego wysiłku w zakresie kompozycji. 
To może łatwiej będzie potraktować nowy dzień jakby się pisało książkę, gdzie pojedyncze słowo nadaje nowego znaczenia, odmienia emocje, wyodrębnia różne poglądy i widzenie świata, a w nim siebie samą. Tylko jak być pisarzem spostrzegającym i czułym?
Postanowiłam zostać sobą, tłumacząc własne ułomności, i zaczęłam próbować doceniać drobiazgi: uśmiech nieznajomych ust, ciepło czyjegoś spojrzenia, przychylny gest, słowo rozjaśniające tunel ciemności, w których przychodziło mi potykać się o najdrobniejszy odprysk skamieniałej na ogół codzienności. Doceniać czyjąś wyrozumiałość wobec moich wad i niedoskonałości. Uczyłam się dostrzegać urok skulonych pączków nawleczonych na cienkie gałązki brzozy, przejmujący zapach listków mięty, radosny trzepot skrzydeł motyla umierającego nad ranem czy kawałek nieba rozkrojonego ostro wyprofilowanym łukiem księżyca. Ba, nawet przyjmować z pokorą kolejną zmarszczkę stającą się wyżłobionym kanalikiem ułatwiającym odpływanie łez, tak by nie zatrzymywały się na wydętych od zadziwienia światem policzkach.
W końcu każdy dzień jest podróżą, odkrywaniem nieznanego, spotykaniem za rogiem niewiadomego, zderzaniem się z przeciwnościami losu, nierealizowaniem zaplanowanego, a nade wszystko poznawaniem nowych smaków i pakowaniem kolejnych bagaży, domykaniem, czasami na siłę, ograniczonych własną pojemnością walizek, pękających od nadmiaru kufrów i pomarszczonych ze zmęczenia toreb.
Zdarzają się jednak podróże pozbawione obciążenia nadbagażem, a będące lekkim uniesieniem, podnietą doznawania nowych wrażeń, zapisem miejsc, czyichś stóp, których ślad na ścieżkach staje się swoistą mapą, kartograficznym zapisem przemierzanej przestrzeni, drogowskazem prowadzącym także do samej siebie. Taką podróżą pełną lekkości, wrażliwego spostrzegania, splotu skojarzeń jest droga wiodąca wśród "Cyprysów i topoli". I czy wkracza się w świat podziemi, pokonuje wzniesienia i zazielenione pagórki, wkracza do opustoszałych, w samo południe, miasteczek czy dotyka skrawka nieba skąpanego w porannym słońcu, doznaje się najdoskonalszych chwili istnienia. I czuję się znowu dzieckiem przeskakując z zacienionych fragmentów trotuaru, na te rozjaśnione południowym słońce, w którym odbija się złożoność katedralnej rozety. Zakładam, nieco wykrzywiony czasem, słomkowy kapelusz by zatrzymać jak najdalej od mojego nosa piegi, rozsiane jak ziarenka maku na brzuszku pszennego chleba. Wieczorem w pełnej dojrzałości chylącego się ku krańcowi dnia delektuję aksamitnym smakiem czerwonego wina. Takim też jest pisarstwo Marka Zagańczyka, przepojone dozą gładkości z jaką zapisuje swoje podróże w mnogość miejsc, nawiązań do różnorodnych książek, odniesień do malarstwa, tworząc idealną harmonię współistnienia sztuki słowa i obrazu ze sztuką życia. Jego podróżnicze opisy są subtelnymi freskami, które będąc jedną z najtrudniejszych technik w malarstwie, wydają się nieskazitelnym dziełem zatrzymanym między kartkami książki na pokuszenie dla każdego czytelnika sięgającego po "Cyprysy i topole".
I trudno powstrzymać się od wzruszenia czytając: o historii winnej latorośli spisanej przez Roberta Calasso w jego mitologii,  pięknym Ampelosie stratowanym przez byka, o cierpieniu Dionizosa, który nie umiał płakać. Po śmierci Ampelosa bóg zerwał winne grona zrodzone z ciała umiłowanego mężczyzny, zgniótł je czule w ręce, popatrzył na palce poplamione czerwienią i skosztował kilka kropel. "Ten - pisze Calasso - który wywołał płacz boga, co nigdy nie płacze, miał zarazem przynieść światu radość [...]. Myślał przy tym Dionizos: Ampelosie, śmierć objawiła świetność twego ciała. Chociaż zmarłeś, nie utraciłeś swoich rumieńców. Nikt z bogów - ani Atena ze swoją skromną oliwką, ani nawet Demeter ze swoim pokrzepiającym chlebem - nie wydał niczym podobnym do tego płynu. Wreszcie pojawiło się to, czego życiu brakowało: upojenie".
Książka Marka Zagańczyka jest upojeniem, tak jak upojeniem potrafi być życie będące podróżą w nieznane, odkrywaniem i dotykaniem świata. Wznoszeniem się na pagórki, dosięganiem wzgórz, ale też zejściem w dolinę, ukryciem w cieniu.
Otwieram nowy rozdział, smakuję pierwszy łyk jeszcze nazbyt młodego wina, bo zbyt dużo w nim cierpkiej goryczy, ale wiem, że z czasem docenię smak dojrzałości pachnącej słońcem południa, żyzną ziemią, raz mieniącej się soczystą czerwienią, innym razem przejrzyście białej, chwilami uderzającej do głowy, kiedy wziąć nazbyt łapczywy łyk musującego napoju.
A na razie upajam się w cieniu "Cyprysów i topoli' dziękując autorowi, że choć przywołał słowa Derreka Walcotta, nie uległ jego namowom, by zarzucić pisanie i dzięki temu ja mogłam ulec czarowi jego nowej książki.

rzucić pisanie
i zająć się rozżarzonymi znakami
uznanych znakomitości, stać się
ich idealnym czytelnikiem, żarłocznym
przeżuwaczem, który miłość do arcydzieł
przedkłada nad chęć powtórzenia ich
albo przelicytowania
i być najznakomitszym czytelnikiem na świecie. [...]


fragmenty książki 
"Cyprysy i topole" Marka Zagańczyka
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, 2012
oraz
fragment "Dzienników 1822-1853" Eugene'a Delacroix
wyd. słowo/obraz terytoria, 2003
w tłumaczeniu Joanny Gruze i Julii Hartwig



W cieniu spojrzenia

Dwa lata temu próbując spisać swoje odczucia z przebytej „Drogi do Sieny” zaczęłam od wyznania:
Stało się. Zakochałam się, wpadłam po uszy, a może nawet po sam czubek głowy. Zakochałam się bezgranicznie i ślepo, chociaż to nie najlepsze określenie, raczej z szeroko otwartymi oczami, w Toskanii, w książce Marka Zagańczyka „Droga do Sieny”. Ta niewielkich rozmiarów, zgrabna książeczka, skromna w swojej formie, kryje prawdziwe bogactwo, bo każda kartka to namalowany najpiękniej obraz, to finezyjne freski, których zachwycająca uroda z zaciekawieniem wydobywa się zza mgły czasu, to stare katedry stojące na straży niezachwianego piękna, gdzie rozmodlone ołtarze rzucą na kolana każdego, kto zechce przekroczyć ich próg. „Droga do Sieny” jest malownicza, napisana, a raczej namalowana, smakowicie, zmysłowo, to zachwycająca podróż po miasteczkach rozrzuconych między oliwnymi gajami i dojrzewającymi w słońcu winnicami. 
Tymczasem, od wczoraj, stałam się szczęśliwą posiadaczką kolejnej literackiej perełki autorstwa Marka Zagańczyka, tym cenniejszej, że wzbogaconej dedykacją samego autora.
Siadam zatem, za radą autora, w cieniu „Cyprysów i topoli”, w cieniu jego spojrzenia zatopionego w "wielość krajobrazów, od gór piętrzących się wysoko po równinę Veneto, gdzie rachityczne drzewa o jasnobrązowej korze stoją w równych odstępach. Gdy patrzę na nie z ruchliwej autostrady, mam wrażenie, jakbym brał udział w ćwiczeniach z perspektywy, jakby ustawiono je z widocznym zamysłem, aby nowy Uccello mógł tu wymalować swoją leśną bitwę. Jakże jednak odmienny to las od tego, który znam, z sosnami wczepionymi w piasek, z mchem oblepiającym drzewa, z kępami paproci".
I już sama myśl, że przyszłoby mi napisać tutaj o nowej książce Marka Zagańczyka wprawia mnie w lekkie zakłopotanie i jeśli się później zdecyduję to uczynię to dość nieśmiało, bo jakże pokusić się o skreślenie własnych odczuć z podróży, kiedy Pani Julia Hartwig w jednym zdaniu zamknęło całe piękno kryjące się między słowami książki: "Siłą tych szkiców jest wiedza o przedmiocie, czarem - czuły opis miejsc, w których autor się porusza".
Jednocześnie mnie samej nie sposób jest odnieść się do tej książki inaczej niż z czułością, biorąc do rąk różnorodność obrazów, kolorów i alejek szeleszczących szyszkami cyprysów wijących się przez słoneczną Italię. Nie tylko w wymiarze geograficznym, ale również literackim i malarskim. Oddając się lekkości spostrzeżeń, uchwyconych pejzaży, rysunku przygarbionych sylwetek starych domostw otulonych pnączami winorośli, które wplatają dom w toskański krajobraz, nadając mu smak dojrzałych owoców i kolor purpury zachodzącego za miękkim horyzontem słońca. Maczając kawałek świeżo pieczonego chleba z rodzynkami w ciężkiej oliwie z oliwek, czując jej lepkość między opuszkami palców i wsłuchując w szum topoli.
Sam autor, Marek Zagańczyk, wyznaje; "Widok toskańskiej doliny jest dla mnie wzorem doskonałości i znakiem chwil szczęśliwych. W dni jesienne i zimowe noszę go w pamięci jak talizman i szukam dla niego godnego odpowiednika wśród północnych pejzaży. Wędruję, szukając ulotnych cieni, wydeptuję szlak, licząc, że w końcu odnajdę dawny kształt miasta, krajobrazu, choćby jego zarys, i wpiszę w niego kilka bliskich mi postaci, mocniej uchwycę ich obecność. Samotność jest może najważniejszą częścią podróży, tej prawdziwej, wiodącej w odległy świat, i tej, równie ważnej, pozwalającej dzięki wyobraźni podążać w nieznane".
I zanim spróbuję tutaj przywołać odrobinę tej podróżniczej samotności drepczącej między smukłymi cyprysami i wysokimi topolami, zostawiam skrawki mojej niedawnej podróży w wielowymiarowy i wielobarwny świat Podlasia, a raczej maleńkiego jego kawałeczka. Moja wizyta, to jakby uszczknąć małą porcję ze smakowitego tortu, kiedy na podniebieniu zostaje niedosyt i uczucie pragnienia znacznie więcej.








fragmenty z książki Marka Zagańczyka "Cyprysy i topole"
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich,  Warszawa 2012


Przeprowadzka. Otwarte

Przeprowadzka.

Spakowałam  tylko ostatni rok, bo ostatnich sześciu nie udało mi się pomieścić w moim małym kuferku. Zostały za mną, chociaż każde słowo wtedy wypowiedziane i usłyszane mieszkać już będzie we mnie na zawsze. Tyle pięknych chwil, cudownych spotkań, wzruszeń, nie sposób oddalić ich w zapomnienie pozwalając by zasnęły pod pierzyną siwego kurzu.

Jednak, poniekąd zmuszona własnym brakiem sił do walki z technicznymi usterkami, bo to raz kran przeciekał, innym razem tapeta odklejała się całymi płatami spadając z głuchym grzmotem na wyszczerbioną podłogę, innym razem echo całkiem zasypiało i nie mogłam usłyszeć samej siebie. Dlatego, zmiana.

Potrzebować będę chwili, by się tu zadomowić, poustawiać swoje mebelki, książki wyjąć z przepastnych pudeł, zawiesić indyjskie dzwoneczki u drzwi zostawiając je uchylonymi dla gości. Zaparzyć imbryk herbaty i wsypać ziarenka kawy do słoiczka.

Wywieszam. Otwarte. Zapraszam.

Stary adres: http://www.india.blog.onet.pl


Postać i Manfred

Noc zaglądała przez niezasłonięte okna, by po cichu wślizgnąć się do pokoju. Wtulił się w jej ciepłą ciszę, próbując palcami dosięgnąć gwiazd, jakby chciał zamknąć oczy nocy. Wydawały musię nazbyt przenikliwe.
Zamykał kolejny dzień. Zapisany gęsto rozdział życia, bo miejsca w nim coraz mniej i każde zdanie trzeba ubrać w najmniejszą ilość słów, ale brzmiących wyraziście, nakreślonych grubą kredką, chociaż nie przekraczającą granic wyznaczonych cienką warstwą oddechu. Niewiele w nim już uniesień, zresztą kto miałby siłę udźwignąć jego przeżycia. Więcej w nim też upadków, bo nogi coraz słabsze, a jakby chciały chodzić własnymi drogami. Coraz bardziej mu nieposłuszne. Pozrywał zatem nadwątlone więzy, niewystarczająco mocne, by mogły przetrwać czas, w którym on coraz częściej chował się przed światem. Życie nie dawało mu już zbyt dużo czasu na obcowanie z samym sobą, chciał wykorzystać każdy skrawek minuty wykradzionej spomiędzy coraz ściślej przylegających do siebie wskazówek zegara. Przeczuwał, że w końcu staną się jednością, drogowskazem do nieskończoności, a tak wiele rzeczy chciał jeszcze uporządkować. Zdążyć poukładać. Dlatego coraz trudniej było mu dzielić ten darowany czas z kimś innym. Chciał się wtopić we własny cień, zjednoczyć z nim i pomóc mu się jeszcze na chwilę wyprostować. Gwiazdy flirtowały z nim w blasku księżyca, ale on to przyjmował z przymrużeniem oka. Całe życie budował dystans do siebie samego i do tego, co nieosiągalne. Gwiazdek z nieba.
Podszedł do starego patefonu. Igła zgrabnie zaczęła poruszać się po czarnej powierzchni zanurzając się w wąskie zagłębienia, poruszając się w rytm każdego budzącego się pod jej dotknięciem dźwięku. Stając się drżeniem. Wróciło wspomnienie tamtego wieczoru, kiedy ujrzał jej drobną postać w czarnej, niewyszukanej sukience. Stała przed synagogą nakręcając pukiel czarnych włosów na palec. Nieświadoma swojego urzekającego piękna, tak, że nawet stanowiąca jej tło kamienica z czerwonej cegły wyglądała na pobladłą z zawstydzenia. Pamiętał, kiedy pierwszy raz objął jej smukłe ciało, a ona przyglądając mu się mrużyła oczy, jakby próbowała uchwycić ostrość jego rysów. Zakochał się w tym przenikliwym spojrzeniu, w sposobie jakim na niego patrzyła. Już wtedy wiedział, że będzie o nią walczył, wyprze się samego siebie, choć nie wiedział, że życie szybko go z tego postanowienia rozliczy. Pokona każdego kto chciałaby mu ją odebrać, ale nie przewidział, że będą ich tysiące – bezimiennych, bez twarzy, wraz z jej krzykiem rozsypujących się w popiół osiadający ciężką przysłoną na jej rzęsach. Ostatecznie zamykając jej oczy. Potem już nikt nigdy tak na niego nie patrzył. Może poza oczami nocy, które chciał zakryć dłonią, ale one też były poza jego zasięgiem. Gasły kiedy same tego zapragnęły, kiedy uznały, że już więcej widzieć nie chcą. Nie mogąc patrzeć na własne odbicie w jego oczach.
On sam, każdego poranka spoglądając przed siebie wciąż miewał chwile niedowierzania oczom patrzącym na niego z lustra. Próbował wypłukać z nich to uczucie, ale woda, której krople spływały po jego długich palcach, wciąż pozostawała przeźroczysta. Może były to jedynie łzy, które już dawno powinny były wyschnąć na piaskach Negewu, a teraz zdawały się wyblakłymi wspomnieniami, jak zdjęcia zatrzymane na kiepskiej kliszy. Bał się, że straci na ostrości barw, że zniknie z pamięci. Kolejne, niepoliczalne ziarneko piasku na bezkresnej pustyni ludzkości.Nie chciał odchodzić w przekonaniu, że jego życie nie było wystarczająco wartościowe. Wątpliwości miał wciąż tak wiele. Tyle w jego życiu było zmagania, kiedy świat stawał się garstką sypkiego piasku palącego skórę. Teraz chował się w cieniu, tam szukał ukojenia.
Dźwięki 'Manfreda' Piotra Czajkowskiego wyrwały go z zamyślenia. Uwielbiał dramatyzm tej symfonii. Fatum które odbijało, w każdej nucie, skrawek jego życia obarczonego przeznaczeniem, którego wciąż nie całkiem potrafił objąć. Jego ramiona stawały się coraz słabsze. Włączam starą, zdartą płytę analogową, pokrytą zagłębieniami. "Manfred".
Czy zdołam to objąć, czy zdołam objąć jego coraz wątlejszą postać?

Przenikliwość

Następnego dnia był piątek. O świcie obudziły Polę Rubin, dalekie huki. Leżała jeszcze godzinę, po czym wstała, zarzuciła sukienkę na gołe ciało i wyszła na ganek. Niebo zasnuła lekka mgła. Zza zakamarków ogrodu wypływał nocny chłód. Jakiś ptak odzywał się rytmicznie wysokim głosem. Zapowiadał się piękny dzień. W domu panowała cisza. Zawołała na służącą, ale ta nie odpowiedziała. Pola weszła do kuchni. Wyglądało tak, jakby dziewczyna nagle porzuciła swoje zajęcie i wybiegła w pośpiechu. Na kuchennym stole leżał chleb, masło, stał dzbanek z gorącym mlekiem, w kamionkowej miseczce – twaróg. Pola usiała i zaczęła smarować kromkę masłem.

Tymczasem mój wczorajszy poranek unosił się na kroplach deszczu, jakby przeskakując z jednej na drugą wytaczał sobie ścieżkę, by w końcu rozwiesić naszyjnik lśniących koralików u drzwi mojego domu. Zapukał. Zamiast sukienki zarzuciłam szlafrok, by ogrzać nagi chłód wiosennego poranka. Miękki materiał błękitu przybrał stalowy odcień odbijając barwę, rozpostartych nad purpurowym dachem, chmur. Za oknami ogród drżał od przenikliwej wilgoci osiadającej przeźroczysta pajęczyną drgań między giętkimi wierzchołkami srebrzystych choinek.Przenikliwość.Szelest kolejnych kartek burzy ciszę sennego wciąż domu. Domy rozsypują się jak budowle z kart, chwieją się mosty na swoich potężnych nogach, walizki zdają się nie móc pomieścić, chwytanych migawką własnych spostrzeżeń, niejednej ludzkiej tragedii. Są nazbyt obfite, nabrzmiałe, by je zamknąć, ograniczyć. Giną światy, nie tylko te ograniczone murami miasta, ale też te wyznaczone granicą naszej własnej wrażliwości.Nagle, porywisty wiatr zrywa sznur koralików wiszący za drzwiami. Przeźroczyste kuleczki turlają się po schodach tworząc połyskujący dywan, jakby rozwijały się zwoje pergaminu z zerwanej ręką historii mezuzy, wypowiadając słowa swoistej modlitwy, szukając błogosławionej ciszy.„Słowa powinny podkreślać ciszę”, powiedziała któregoś razu do kogoś i nagle wydało jej się to kluczem do tajemnicy. Jak na japońskiej rycinie, przed którą stała długo, nie mogąc oderwać wzroku od gałązki jabłoni w rogu na samym dole – tak delikatnej, nieśmiałej, lecz wcale nie samotnej na tle bieli. „Chciałabym umieć namalować kilka słów na milczącym tle – powiedziała. - Czy wtedy nie zabrzmiałyby tak czysto jak srebrne dzwoneczki z bajki?”.

Dzisiaj, ponownie biorąc w swoje dłonie czytaną wczoraj książkę, myślę, że jako czytelnicy jesteśmy czasami obdarzani autorami, którzy słowami potrafią podkreślić ciszę, a na ich nową książkę czeka się jak na najdoskonalszą japońską rycinę, jak na zapach rozkwitających jabłoni. I taką jest proza Anny Boleckiej. Wyczekiwaną. Mnie samej trudno byłoby mówić o prawdzie doświadczania słowa pisanego, bez twórczości Pani Anny. Nawet filiżanka gorącej czekolady od Wedla, przy jej prozie, wydaje się niewystarczająco gęsta, nazbyt słodka, choć przecież jest smakowita. Wykwintna. Jak więc przekazać ten wyrafinowanie aksamitny smak słów, które można odnaleźć między kartkami książek autorki „Cadyka i dziewczyny”?

Pozostaje czytać, chłonąć, łączyć się w jakieś orbitalnej więzi między doświadczaną realnością i metafizyką doznań jakie mogą połączyć czytelnika i pisarza, w ciszy czytanego słowa, gdzie odnajduje się tak wiele płaszczyzn i siebie samego gdzieś w ich najdrobniejszej szczelinie.O parapety okien wciąż bębnią sobie krople wieczornego deszczu, nie zagłuszając wcale mojej ciszy w obcowaniu z najnowszą książką Anny Boleckiej. Gdzie przeplata się „Miłość i dzieje niezwykłej przyjaźni w bombardowanej Warszawie, ucieczka grupy chasydów tuż pod bokiem gestapo, śmiertelne zagrożenie i ocalenie, dramatyczne wybory: ratować się czy solidarnie iść na śmierć, pomagać innym czy chronić siebie.Cadyki dziewczyna – powieść, w której fikcja miesza się z rzeczywistością – opowiada o losach Żydów, Polaków i Niemców podczas trzech lat okupacji”.

Przenikliwość.

fragmenty książki Anny Boleckiej "Cadyk i dziewczyna"
wyd. Czarna Owca, 2012



Smak niecodzienności

Jutro poranek odsłoni spod gęstych rzęs jasność przenikliwych źrenic, a słodycz świątecznego wyciszenia osiądzie warstwą lekkiego oddechu na wargach. Jasność dosięgnie swoimi palcami najciemniejszych trosk skulonych w milczeniu. Miłość przysłoni aksamitem nadziei wszelkie zwątpienie, a w dłoniach zamkniemy wytchnienie od zgiełku dnia powszedniego. Niech nie zabraknie cudowności tej aury, kiedy za rogiem spotkamy się z codziennością.Życzę smaku niecodzienności, wanilii na ustach, prawdy w sercu i ciągłego odradzania się wiary w nowy dzień.

Niechaj pokarmem czystym się odnowi,

rosą, ofiarą, której krew nie plami,

niech się w skupieniu życiem uduchowi,

niech się ogrzeje tchnieniem nad polami.

fragment Modlitewnika I-III
z tomiku "Osamotniony na szczytach serc"
wyd. Świat Książki, 2006



Ziarenka rozmaitości

Owinęłam się porannym niedospaniem i schodząc do kuchni próbowałam dostosować swoje kroki do rytmu wybijanego przez kulki gradu rozbijające się o spodeczek filiżanki czekającej na pierwszą porcję kawy. Wysypałam na dłoń garstkę ziarenek kawy z zegarmistrzowską precyzją oddzielając jedno ziarenko od kolejnego. Każde z nich z głębokim wyżłobieniem przypominało łódeczkę, istny ratunek dla porannego rozbitka, jak ja, próbującego wyczuć smak budzącego się właśnie dnia, szukającego bezpiecznego brzegu stopami. Parę kropel waniliowego syropu złagodziło gorycz przepalonej zbyt mocno kawy. Przebudzenie.
Za oknem deszcz zmywał ciężar całego tygodnia z płatków wielobarwnych bratków, które podrywane silnymi porywami wiatru były niczym motyle próbujące wyrwać się z nieczułych objęć drewnianej skrzyni. Obserwowałam jak mocowały się z własną bezsilnością wiedząc, że korzeni nie da się tak całkiem wyrwać, oderwać od miejsca, z którego się wywodzimy. Z własnej przynależności.
W zdziwionych źrenicach szyby tarasowego okna zobaczyłam odbicie sylwetki pozostającej w niezgodzie ze stanem mojego ducha, może czującego się wciąż nazbyt młodo. Oczami wyobraźni zobaczyłam dziewczynkę z warkoczami. Przymknęłam oczy, by widok dawnej młodości mnie nie oślepił. Za oknem pochmurno.
Krzątałam się po domu ścierając ślady mijającego tygodnia. Dobrze było zetrzeć kurz, który osiadł ciężkim oddechem na przygarbionych meblach. Ostatnie dni przepełnione były zbyt szybkimi uderzeniami serca, troskami, których nie zmywał wieczorny prysznic, a które postarzały każdą budzącą się minutę nowego dnia siwymi nitkami, które wplatały się coraz częściej między kosmyki moich niesfornie wykręcających się włosów.
Poczułam się przez moment jak ten bratek, czasami próbując wyrwać się korzeniami z grudek oblepiającej mnie przynależności. Tkwię w nich nadal.
Cisza sobotniego popołudnia dudniła kroplami deszczu. Usadawiałam się wygodnie między okładkami książek. Nie sposób rozstać się było z Czechowem, z Buninem w szczególności. Te wspólne spacery, wypady do Odessy, której nazwa odbija się tak płynnie w miękkich przybrzeżnych falach Morza Czarnego. Wyjazdy na Krym, do Moskwy tętniącej gwarem, gdzie: Na niewielkim placu w pobliżu monasteru Narodzenia Pańskiego, zwanym Trębackim lub po prostu Trąbą, co niedziela odbywa się targ. Kręcą się jak raki w kobiałce setki kożuchów, bekiesz, kaszkietów futrzanych, cylindrów. Słychać wielogłosy śpiew ptaków, przypominających wiosnę. Kiedy słońce świeci i niebo jest bezobłoczne, śpiew staje się donośniejszy, zapach siana - mocniejszy; wówczas przypomnienie wiosny pobudza wyobraźnię i każe jej bujać hen - daleko, bo jakże wyobraźnia mogłaby pozostać niewzruszoną po takim opisie Antoniego Czechowa, z którym, w towarzyszeniu Iwana Bunina, dorożką jechałam do Autki lub spoglądałam na Jałtę z okien hotelu "Rossija": Maleńka Jałtka, róże, cyprysy... Kawiarnia i kąpielisko Verneta na palach obok nabrzeża. Moje poranki tam. Kąpiące się kobiety – nie w kostiumach, lecz w koszulach, nadymających się w wodzie.
I ja nadymam się z dumy, że mogłam z nimi tam bywać, przechadzać się śladami ich stóp, przysłuchiwać ich rozmowom z Gorkim, biec nieprzytomna z przejęcia na spotkanie z Tołstojem. Zatapiać się w bezkresnej ciszy i spokoju wsi, gdy dzień zamykał zmęczone okna domów, gdzie:

Sierp księżycowy pod chmurą.
Sączy się srebrna poświata.
Ponad uśpioną doliną
ciemnieje cerkwi sylweta.

Księżyc roztapia się w chmurach,
przepływa – jakby dogasł;
z dzwonnicy głos dolatuje
senny: dzwon, co się zatraca.

Przyświeca księżyc przez chmury;
ponad smutkiem wierzb płaczących
złoci mętną wodę, z góry
przez ich gałęzie spogląda.

A spodem, w toni zielonej,
głęboką ciszą przedświtu
umiera osamotniony
złoty sobowtór księżyca.

I tylko, w niedzielne popołudnia oddalałam się od nich, by udać się na Stawisko. Trzy niedziele jak trzy tomy „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza, jak trojka mknąca na długim dystansie osiemdziesięciosześcioletniego życia, kiedy galopem młodość pędzi naprzeciw stojącemu tuż a rogiem, porankowi. I lata późnej jesieni życia. Zbyt szybko, wyślizgujące się spod stóp kolejne tygodnie, miesięce i lata. Kiedy zbyt szybko zmieniają się na horyzoncie, wschody i zachody słońca. Pośrodku, kłusem, podążała dojrzałość, pełnia życia, smakowania każdego wzruszenia, zachwytu, udręki, osamotnienia w samotności. Znowu otworzył sie świat Jarosława Iwaszkiewicza we fragmentach z "Dzienników", wybranych i czytanych przez Wojciecha Stockingera, a opatrzonych komentarzem Roberta Papieskiego, jednego z edytorów diariuszy. Świat, do którego wciąż chce się wracać, choć tyle w nim popękań, ale może właśnie w tych szczelinach, jak w wyżłobieniach ziarenek kawy, dobrze się schować, by poczuć smak życia prawdziwego, wyrazistego. Smakowałam.
Teraz znowu wracam do Rosji. Obrazy Moskwy w jakże różnych jej odsłonach. Widok placów i ulic. Sylwetki domów, pałaców i wnętrza mieszkań. Impresje. Przez okno przyglądam się zapadającej nocy. Nagle niebo staje się jaśniejsze od ziemi. Noce tutejsze mają swoje zwyczaje i sposoby, "które nie są naszymi". Z dziewiątego piętra aż po Wzgórze Wróbli widać Moskwę, miasto koncentryczne, w którym cudzoziemiec kręci się wkoło, jak w rosyjskim sercu: drapacze nieba, kopuły złote, krzyże greckie, obciążone łańcuchami i Moskwa, po której dzieci na łyżwach nacinają taflę lodu.Tymczasem przyglądam się nocy zapadającej za oknem mojego domu. Ogród znowu przyprószony siwizną.

Otwarło się błękitno-białe
niebo nad nami w dzień kwietniowy;
a w lesie wszystko suche, szare
i cień pełen pajęczyn stoi.

Opadłym listowiem szeleszcząc
wąż się poruszył w swym ukryciu;
plamistą skórą lilia błyszcząc
ucieka w las przez suche liście.

Woń przaśna spadłych liści suchych
i blask brześniaka atłasowy:
o, chwilo szczęścia, chwilo złudy,
tak błoga chwilo mej tęsknoty -


fragmenty:
"O Czechowie" Iwan Bunin, wyd. Farbiarnia, 2011
117 Zeszyty Literackie, wiosna 2012
oraz wiersze Iwana Bunina
"Liryka rosyjska. Antologia. 1880-2005", wyd. ANAGRAM, 2007

Kłudzienko

Spieszyłam się dzisiaj, choć to przecież nic wyjątkowego, tym razem jednak by zdążyć sprawy urzędowe załatwić. Zatem i drogę obrać inną musiałam. I znowu to mijane z rzadka Kłudzienko. Mieścina niewielka, jakże mnie swoją nazwą zawsze rozczulająca, zmiękczająca uczucia skłębione w odłamek skamieliny, tworu bezdusznej codzienności. Nazwa rozdrabniająca mnie każdą literką, sylabą, zgłoską, samogłoską, brzuszkiem pękatym turlającym się po przykurzonych ścieżkach Mazowsza. Kłudzienko. Zostało za mną przymierzając nagusieńkim konarom drzew siwy welon z ulotnych dymów unoszących się ponad dachami pobliskich domostw. Kłudzienko. Zapach domowego ciepła, drwa palącego się w kominkach, śpiących jeszcze krzaków bzów przy powyginanych, przez nieugięty czas, furtkach. Ostanie spojrzenie we wsteczne lusterko. Zniknęło. Kłudzienko.
Tymczasem w moim domu cisza popołudnia rozsiadła się w fotelu wygodnie nie spodziewając się mnie o wcześniejszej porze. Ustąpiła jednak miejsca dźwiękom wydobywającym się spod ulegających, moim palcom, klawiszy na klawiaturze laptopa. Strona Uniwersytetu Otwartego UW. Nowa lista kursów, wykładów, jak zawsze kusząca. Co wybrać, jak wpleść w zabiegany czas, jeszcze jedną nitkę, jakże ciągnącą się za mną kusząco, choć czasem sznurówką się zdając zawiązującą supełki wokół kostek uniemożliwiając zrobienie kolejnego kroku. A jednak jesienią zdołałam dobiec, co czwartek, na wykłady z literatury, zatem wiosna tym bardziej sprzyjającą być powinna obdarzając słońcem, energią, dodając sił do pogodzenia wszystkich obowiązków, z tą dodatkową dawką, literackich zachwytów. Na co się skusić?
Spoglądam na gruby zeszyt pełen notatek z jesiennej sesji. Tyle życiorysów, kontrowersji, odłamków historii, a wśród wielu z tych których poznawałam bliżej, Aleksander Wat. Pamiętam jak szukałam w antykwariatach "Mojego wieku", by chociaż zdążyć przekartkować, złapać myśli kilka, poszukać do niego klucza. Wtedy nie znalazłam.
I nagle, niespodziewanie, wrócił do mnie nadwątloną siłą swojego głosu, w bezlitosnej przynależność do świata bólu będącego jego największym ograniczeniem, więzieniem z karą dożywocia. Bez jakiejkolwiek szansy na ułaskawienie.
Głos pisarza. Swoista melodia, dźwięk otwierający drzwi do duszy. Podarowano mi klucz, do świata głosów pisarzy, poetów. Jeden z najdrogocenniejszych upominków.
Głos pisarza. I całkiem jak to Kłudzienko, rozczula mnie tembr głosu słabego, a jakże silnego swoją wymową, drganiem strun załamujących się w chwili, kiedy wypowiadają słowa, jakby w modlitewnym rozmodleniu: W czterech ścianach mego bólu / Nie ma okien ani drzwi. /Słyszę tylko tam i nazad / Chodzi strażnik za murami. Przez chwilę czuję się nieswojo. Tkwię przy nim, podsłuchuję, trochę jak ten strażnik, chociaż bardziej wartownikiem się czując, stojącym na straży jego spokoju, ciszy, ułudy ukojenia. To jego świat, Aleksandra Wata, stał się ostatnio czterema ścianami, w których się zamknęłam.
Myślę o bólu. Rozbijającym przynależność do życia na drobinki, szpileczki wbijające się pod skórę, dotykając rdzenia własnego odczuwania.
Ból. Jakże często pod jego wpływem stajemy się bardziej wrażliwi, nadwrażliwi, przewrażliwieni, można by w nieskończoność odmieniać te odcienie wrażliwości nazbyt czułej na najdrobniejszy dźwięk, nawet poruszenie się firanki w oknie, przez którą przedziera się snop porannego światła. Prawie sami zauważając z jakim wysiłkiem kolejny promień słońca próbuje przeniknąć ścisłe sploty tkaniny w gęstym materiale naszego odczuwania. Intensywniejszego. Bardziej doskwierającego. Chowamy się. Przed najdrobniejszym drżeniem powietrza, tam gdzie nie poczujemy nawet własnego oddechu.
Wsłuchuję się wciąż w głos Aleksandra Wata. Uzależniam się od niego. Brzmi spokojnie, choć tyle w nim okaleczenia. Wyciszony. Jakby pogodzony z nieodzownością istnienia w cierpieniu. Bez zbędnej egzaltacji, wykrzykników, jakichkolwiek oznak wewnętrznego buntu przeciwko własnej ułomności. Słucham i zastanawiam się jak bardzo można ukryć własne cierpienie w sobie. Zaszyć się za wykrzywiającym, twarz, grymasem boleści.
Umieć: Żywić się kwiatem glicynii, korą drzew palmowych / rozgrzebywać korzonki w chłodnej wilgotnej ziemi/ i tańczyć po świeżej nocy. Patrzeć na księżyc w pełni / odbijać w oczach obłe światło księżycowej/agonii. / Zaszyć się w mysią dziurkę na czas, kiedy zły Boreasz / szukać mnie będzie zimnymi palcami kościstymi / by gnieść moje małe serce pod blaszką swego szponu. 
Sięgam po gęsto zapisany zeszyt. Rozczytuję szybko notowane zdania. Pierwsze z nich: Mówił o sobie jako "jasnej tożsamości".

Na parapecie mojego okna zakwitł fiołek.


fragmenty wierszy Aleksandra Wata
*** W czterech ścianach mego bólu...
*** Być myszą...

Pomost

Teraz to zobaczyłem.
I jak w jakiej grze zręcznościowej czy jak w japońskim bilardzie, wszystkie te rzeczy, które miałem w pamięci, które tkwiły w wyobraźni, które istniały w ramach wyimaginowanych, poczęły trafiać do swoich łuz; nagle znajdowały się na swoim z dawna przygotowywanym miejscu, w ich przynależnej przestrzeni, znajdowały swoje miejsce na ziemi. A znajdując je zabarwiały się odpowiednio i powiedziawszy to z ręką na sercu, stawały się p r a w d z i w e.
Kolejny tydzień odlatuje na skrzydłach prawdziwego spełnienia. Dla mnie te mijające dni nagle pełne były słów, głosów, dźwięków, wrażeń, które chciałoby się zamknąć w dłoniach, jak w drogocennej szkatułce, by w każdej chwili móc im spojrzeć głęboko w oczy. Tymczasem cichutko, za rogiem księżycowej nocy, czekają dwa dni, kiedy dreptać będę drobniutkimi kroczkami, by móc się nimi jak najdłużej delektować. Chociaż przyznać muszę, że wciąż jeszcze czuję smak słów, które w środowe popołudnie rozbrzmiewały w Domu Literatury, gdzie zorganizowano, przez Polskie Stowarzyszenie Kultury Europejskiej (SEC - Societe Europeenne de Culture), spotkanie poświęcone Jarosławowi Iwaszkiewiczowi. Swoistemu pomostowi, który budował swoją twórczością pomiędzy Rosją a Italią, pomiędzy Petersburgiem a Wenecją, na moment skrywając się w cieniach sandomierskich wąwozów.
Między słowami, zabrzmiały dźwięki muzyki, łzy wzruszenia, wspomnienia z podróży. Znowu nabrały ostrości barw kartki ze znaczkiem pocztowym przedstawiającym miasto przeglądające się dumnie w połyskujących kopułach Soboru Zmartwychwstania Pańskiego lub całkiem innego, wijącego się między przygarbionymi mostami, chowającego w gondolach lub "Koronkach weneckich" pałacyków, bo przecież: W Wenecji w marcu bywa chłodno. Wiatr od Dalmacji przywiewa gwałtowne chmury i spada ulewny deszcz. Ale te niepogody niedługo trwają, zaraz nazajutrz powstaje dzień perłowy, przesycony mżącym blaskiem, rozproszonym różowym światłem, jakie tylko w Wenecji istnieje, i domy, i domki, hotele i pałace, wieże i wieżyce stają się rozrzuconą kupą różowawych kości, pobielonych grobów. Pisał Jarosław Iwaszkiewicz ze swojej weneckiej podróży, jednocześnie o Petersburgu zapisując: Nie spodziewałem się, że w zupełnej starości przeżyję jeszcze taką przygodę. Chodzi o to, że mimo, iż urodziłem się i wychowałem, skończyłem gimnazjum i uniwersytet na terenie imperium rosyjskiego, nigdy nie byłem w Petersburgu (...) Dziwne jest to w człowieku, że wiele, bardzo wiele sobie wyobraża, ale kiedy coś z rzeczy wyobrażalnych zobaczy, jego uprzednie przeżycie nabiera innych rozmiarów i rozgrywa się w innym kolorycie. Wyobrażenia umieszcza się wtedy w realnym doświadczeniu. Ja czekam na kolejne realne doświadczenie, w nadchodzącą niedzielę, która znowu rozbrzmiewać będzie, na Stawisku, słowami z "Dzienników" Pana Jarosława, jego głosem brzmiącym w każdej melodyjnej sylabie wyrytej na bieli kartek.Tymczasem, w tę piątkową, ciemną i bezgwiezdną noc, uchylam ponownie okładki książki, która ostatnio towarzyszy mi, nim sen zdoła pozbawić mnie zmysłu wzroku. Bo też trudno było się oprzeć pokusie sięgnięcia po książkę, która przyszła wraz ze słowami Radosława Romaniuka: „O Czechowie” to książka o czasie Bunina, jego bezsennych nocach (w ostatnim roku życia „prawie całkowicie utracił sen” – wspominała żona) poświęconych lekturom, notatkom, wspomnieniom własnego „gwiezdnego czasu”, wewnętrznym polemikom z literatami wspominającymi Czechowa i literaturoznawcami zajmującymi się czechowowską tematyką. W końcu i pisaniu, prawdziwej walce z czasem, próbie obrony.I tak, trzymając ją już w dłoniach, myśląc, że w jej wnętrze należałby spoglądać „sponad szkieł pince-nez”, sama dobrowolnie skazuję się na bezsenne noce. Bo jak oderwać się od książki, która wraz z kolejną stroną coraz barwniej uskrzydla się drobnymi, kolorowymi karteczkami przyklejanymi skrupulatnie, by przygarnąć, przyswoić myśli warte zatrzymania na dłużej. Nim pomknie się łakomie dalej na spotkanie z Iwanem Buninem i Antonem Czechowem.
W oddali topnieją śniegi pod ciepłym głosem Jeni Lubich, gdzieś słychać sanie sunące w odległej galaktyce słów otulone wełnianym pledem. Może i cień samego Antoniego Pawłowicz przechadza się brzegiem portowego miasta Taganrog, zasłaniając się od zimnego wiatru przychodzącego nagłymi podmuchami znad morza.
Tymczasem Iwan Aleksiejewicz opowiada „O Czechowie” lekko, niezobowiązująco, a jednocześnie mnie samą zobowiązując do szczególnego uwrażliwienia się na niezwykłość obu osobowości, o których w przedmowie Mark Ałdanow pisze: „Jako ludzi byli do siebie zupełnie niepodobni. A jednak coś ich łączyło, pominąwszy nawet ich ogromny talent. Obaj byli niezwykle mądrzy, obaj posiadali rzadko spotykany, prawie nieskazitelny smak; to samo cenili w literaturze, tym samym się zachwycali, tego samego nie lubili”.
Czy mogli być dwiema stronami tej samej kartki, przyglądając się sobie, a jednocześnie każdy z nich pozostając po swoje stronie twórczości. "O Czechowie" to wszak także o Buninie, bo kreśląc wizerunek Antoniego Pawłowicza, ukazuje nam także i swoje własne oblicze, mówi własnym głosem i Unikając literackości (...) kreśli tylko jedną artystyczną scenę, kiedy wspomina okoliczności, w których dowiedział się o śmierci pisarza, scenę tak naturalną i czystą, że mogłaby zasłużyć na pochwałę mistrza.

fragmenty z "Koronki weneckiej" oraz "Petersburga"
Jarosława Iwaszkiewicza

dzięki uprzejmości redakcji "Dwutygodnika" fragment z tekstu Radosława Romaniuka
http://www.dwutygodnik.com/artykul/2881

oraz fragmenty książki "O Czechowie" Iwana Bunina
wyd. Farbiarnia, 2011


Wyszarp mi ręce co już nie odrosną

Ociemniałym popołudniem zatrzymałam się pod drzwiami Twoimi. Aksamitem czarnej tasiemki, ścieżka ku progom Twego domu wiła się żałobnie. Skuliłam się w sobie. Ciebie szukając klęczącego przy kapliczce wiecznie żywej. Dzisiaj gwiazdy, trzydzieści dwie, spadły kroplami atramentu czarno-niebieskiego drżeniem.
(...)

Uranio, muzo dnia ostatecznego
Bogini końca, bogini wytrwałości
Zniszczeń bogini i wszystkiego złego
Stójże na straży domu i nicości.

Weźmij mnie w swoje grzywy, ty szalona
Wyszarp mi ręce co już nie wyrosną
Pogrzeb mnie, ratuj, daj swoje korony,
Bym także był Uranią, nicością i sosną.


fragment wiersza Jarosława Iwaszkiewicza
Urania z tomiku "Liryki'

wyd. PIW, Warszawa 1980

Postać i paciorki różańca

Obudził go, w środku nocy, przenikliwy zapach deszczu. Srebrzyste paciorki spływały cienkimi sznureczkami po gładkich szybach okien. Wiatr zrywał je, by nawlec na przeźroczyste żyłki tworząc kryształowe naszyjniki iskrzące się w poświacie niedalekich latarń. Czyjeś ślady stóp utonęły w przydrożnej kałuży. Rozpłynęły się kręgami wspomnień dotykając płynnej granicy chwilowego istnienia. Podmuch wiatru, kolejnym ruchem, zacierał ostatnie dowody czyjejś obecności. Trzepotem rozłożystych skrzydeł zagłuszał echo kroków oddalających się pospiesznie.Już nie dowie się kto, pod jego oknami, przemykał w samym sercu samotnej nocy, która zasnuwała wszystko nieprzeniknionym woalem tajemniczości. W nocy życie toczyło się, jakby całkiem innym torem, a on przyglądając się jej z wnętrza, własnego gwałtownego rozbudzenia, stawał w szczelinie między rozwarstwiającymi się płaszczyznami wszechogarniającej ciemności. Czuł gęstość z jaką obejmowała nagie sylwetki budynków, czarnym aksamitem zasłaniając ociemniałe wystawy sklepów. O tej porze nie przyciągały niczyjego wzroku, traciły na swojej atrakcyjności i wobec własnej przyblakłej urody, zastygały w przygaszonym zawstydzeniu.
Ileż razy zdawało mu się, że sam jest takim nieruchomym przedmiotem na wystawie życia, z czasem stającym się nieatrakcyjnym dla nikogo, poszarzałym i całkiem niezauważanym. Może stąd tak dobrze czuł się w ciemnościach nocy, która wszystko ujednolicała, zacierając różnorodność kształtów i barw. Jednocześnie wymagała zwiększonej uwagi, wytężenia wzroku i szukania jasności, w sobie samym, by przyświecać sobie w ociemniałych porach jej panowania nad światem. Dzień wszystko rozjaśniał, ułatwiał, stawał się widocznym drogowskazem, niewymagającym przewodnikiem prowadzącym nas za rękę we właściwym kierunku. Noc była wymagająca. Uwielbiał ją za to, że potrafiła go zmobilizować. Obudzić się silniejszym.Uchylił okno i spróbował złapać za jeden z deszczowych sznureczków, ale przeźroczyste paciorki rozsypały się nawlekając na linie wyryte głęboko w jego dłoni. Uśmiechnął się do siebie. Tyle razy w życiu wszystko mu się rozsypywało, ale jeśli tylko mieć siłę, by swoje życie uchwycić w dłonie, zawsze znajdzie się jakaś, choćby wątła, żyłka na którą uda się nawlec potłuczone kawałki codzienności. Swoisty różaniec modlitewnych próśb o łaskę nowego życia. Instynktownie zaczął przebierać palcami, ale jedyne co poczuł, to szorstkość skóry na opuszkach palców. Przestał. Czy jest w nim mniej wiary? A może z wiekiem wymaga się od niego więcej? Spojrzał w oczy świętych, pełne czułości, patrzące na niego z obrazków na pobladłych ścianach. Oni nigdy nie zasypiają. Nie szarzeją. Wybrańcy. Paciorki. Na różańcu między miękkimi opuszkami palców Boga.
Usypiał go przenikliwy zapach deszczu i dźwięk srebrzystych paciorków spływających cienkimi sznureczkami po gładkich szybach okien. Słyszał jak czyjeś ślady stóp utonęły w przydrożnej kałuży. Rozpłynęły się kręgami wspomnień dotykając płynnej granicy chwilowego istnienia.


Łyżeczka cukru

Jakże może byćże ta pieśń dzisiejsza
jest tylko odbiciem tegoco było wczoraj

Może czasami zdaje mu się, że wszelki chaos tego świat wciąż przysiada na jego wychudzonych barkach donosząc o wszelakich nieszczęściach i znojach mieszkających w zamkniętych, za oknami, ludzkich światach. Takich małych, między niemymi ścianami wygłuszonymi ociemniałymi portretami, wypłowiałymi zdjęciami w nazbyt ciężkich ramach, obrazami bezwbarnymi, które rozpościerają na płótnie poranną mgłę, opadającą na poduszki podszyte sennymi nie-marzeniami.
Nie napełni nimi wąskiej szyi zaschniętego długopisu. Jeszcze śpi snem dziecka.
Drzwi do niego zdają się być na wpół-otwarte. Szukam klamki.
Reszta zdaje się piórkiem puchu, lekkim i osiadającym w bieli niewinności na białych kartkach.Nieśmiale wyglądające zza chmur, słońce, rzuciło promienistą łunę na przykurzony parapet. Wypłowiałe strony gazet spojrzały zdziwione, dzisiaj już, niewiele znaczącymi tytułami. Litery bezimiennych listów patrzą na siebie w wykrzywionym zwierciadle niedowidząc własnego odbicia.
Podnosi do ust łyżeczkę cukru. Słodko.Wyjdzie naprzeciw światu. Obejmie drzewa życia silniejszymi ramionami.
I psa spostrzegłszy przy drodze. Bezpańskiego. Pogłaszcze czule.
Posłucha śpiewu ptaków. Śpiących. Słodko.



Sandomierz Pana Jarosława
Jarosław Iwaszkiewicz, ur. 20 lutego 1894 roku w ukraińskim Kalniku


Kieszonkowy zegarek

Rozkruszałam się ostatnio na milionowe cząsteczki Małgoś, z których każda biegła w inną stronę, chwytając różnych niteczek kłębiących się powinności, poruszając się w odmiennych przestrzeniach i wymiarach samej siebie. Wieczorem wchodząc do domu wszystkie były już tylko garstką drobinek zgarnianych zmiotką i szufelką, próbujących się posklejać, dopasować do siebie jak kawałki puzzli, poukładać wewnętrznie.Dzisiaj o poranku spoglądając na swoje odbicie w lustrze zobaczyłam jedną z kobiet Jean’a Metzinger’a, utkwioną w roztrzaskanej rzeczywistości. Jak ocalić, cokolwiek, z tych strzępków mijającego tygodnia?
Zwalniam. Przede mną wytęsknione dwa dni, kiedy czas spływa, gęstymi kroplami, po wskazówkach kieszonkowego zegarka. Niespiesznie spoglądam jak jedno drgnięcie sekundnika rozbija cząsteczki czasu na kruszyny od razu odchodzące do przeszłości. W zagłębieniu dłoni wyczuwam bijące serce zegarka i zdaje mi się, że w tej jednej chwili, potrafię uchwycić czas. Zamknąć go w dłoni pod wygrawerowanym, cienkimi wskazówkami, wieczkiem zegarka.
Chowam się. W przydużym swetrze naciągając po koniuszki palców zbyt długie rękawy. Pod grubymi, wełnianymi splotami nie widać mojej zbyt mocno naciągniętej skóry, przeźroczystej, ujawniającej tętniące pod nią życie. Nazbyt obnażającej to, co wolałabym ukryć.
Chowam się. W życiu innych, przyglądając się twarzom "Ocalonym z XX wieku". Chowam się za ich historiami dostrzegając płytkość własnych przeżywanych ostatnio dni, mimo gęstości z jaką osiadły na moich rzęsach, przysłaniając jasność widzenia.
Twarze ocalonych, z których każda jest zapisem życia nie tylko na taśmie fotograficznej Mikołaja Grynberga, ale także na taśmie życia. Już nico zniszczonej, pełnej zarysowań, gdzie barwy przybladły, choć nie straciły na ostrości przekazu. Intensywności.
Ocaleni. Mówią o żydowskim losie splątanym z polskością, uwięzionym we wspólnej - ale nie symetrycznie sprawiedliwej w cierpieniu - historii (...) Ale trzeba też, aby te historie nie zaginęły. Grynberg przez zaginięciem uratował kolejnych dwadzieścia pićć, bo tyle osób podzieliło się z nim swoimi wspomnieniami, od który nie potrafili się uwolnić przez 70 lat (...) I po przeczytaniu - jestem pewna - nie zapomni, napisała Teresa Torańska.Sam autor, we wstępie, tłumaczy: "Spieszyłem się i zdążyłem, ale bardzo dobrze wiem, że PAMIĘĆ, której dotąd strzegli oni, przechodzi pod naszą opiekę. Zdaję sobie sprawę, że czas nie leczy ran, tylko zamazuje przeszłość. Postanowiłem jednak stanąć po stronie tych, którzy wierzą, że im lepszą będziemy mieli pamięć, tym rzadziej będziemy popełniali te same błędy. Wierzę, że ta książka jest czymś więcej niż tylko moją podróżą sentymentalną".Wskazówki kieszonkowego zegarka zaczynają się cofać, z jeszcze większą siłą rysując wieczko je przykrywające. Podnoszę je, by wskazówki mogły swobodnie zakreślać czas miniony.

"Ocaleni z XX wieku" Mikołaj Grynberg
wyd. Świat Książki, Warszawa 2012

Życie które jestem im winna


Ile kobiet i dziewcząt mieszka we mnie?
Spotykają się w końcu od lat w mojej krwi.
A więc najpierw ta ja-dziewczynka z krótką grzywką
tuląca do siebie łaciatego kota na spłowiałej
fotografii i nieznana mi prababka z Wilna,
błagająca przed obrazem Ostrobramskiej o cud
poczęcia. Jeszcze śniada ogrodniczka
z pełnej słońca Toskanii i roześmiana hafciarka
z kamienistej uliczki w Sozopolu. Cyganka,
wędrująca z taborem drogami podkarpackich dolin
i ta dziwnie skryta święta Teresa od Dzieciątka
Jezus, modląca się do Pana Boga słowami
własnych wierszy. Może także żydowska matka
spalona razem z dziećmi w Birkenau i uczennica
z Biesłanu, zabita podobno przez pomyłkę.
                 Mam swoje krewne i znajome
w górach i na pustyni, nad brzegami mórz
i wśród sadów Mandżurii. Nocami
rozmawiam z nimi szeptem, a one powierzają mi
wszystkie sekretne myśli, których nikomu
nie mogę wyznać. Moje serce bije jednak wtedy
dwa razy szybciej, ażeby zdążyć podzielić się z nimi
tym życiem, które im jestem winna.
wiersz Konfrontacje Adriana Szymańska
107 Zeszyty Literackie, jesień 2009

Postać - między pagórkami

Sen przeciągał się jeszcze leniwie między jego łopatkami, jak między pagórkami, do których przylgnęła pomarszczona połać czasu. Zwykł żartować, że całe piękno minionego świata ukryte jest w płytkiej dolinie między jego wystającymi łopatkami. Gdy odwrócić głowę, spojrzeć wstecz, nie sposób było go dostrzec, za to można było poczuć w dreszczach przenikających wzdłuż paciorków kręgosłupa. Jakby będąc nutami próbowało znaleźć swoje miejsce na żyłkach naciągniętych na smyczki Stradivariusa. Przyznawał, że czuł się czasami nagim instrumentem w rękach wirtuoza, a jeszcze częściej w rękach muzycznego nieudacznika, który raz to próbował wygrywać delikatną kantylenę, innym razem nieprzewidywalną wariacją. Życie pogrywało z nim jak chciało.
Wyprostował się. Na chwilę rozprostowując wszystkie swoje zagniecenia. Poprawił siwe kosmyki włosów, które na bieli poduszki wyglądały jak cienkie niteczki przypadkowo wyślizgujące się z podszewki. Unosząc głowę zdawało mu się, że rozpruwa się sfatygowana poszewka, a z niej wysypują drobinki niedospania, jak koraliki z długich sznurków przetartych snów. Kawałeczki krótkich przebłysków dotkliwego istnienia i kłębowisko potarganych myśli, które nocą osiadały na poduszce niczym mgły wieczorne, nie pozwalając dostrzec końca drogi.Kolejny poranek. Przed nim mozolne przewlekanie nitek przez wąskie ucho igielne. Coraz trudniej przez nie się prześlizgnąć, a przed nim zszywanie, minuta po minucie, nowego dnia. Ręce coraz bardziej drżące, czasem jedynie sfastrygować się udawało. Innym razem nieco mocniej związać ze sobą mijające chwile, tak by stworzyć, pod koniec dnia, swoisty patchwork z płytszych i głębszych oddechów, by schować pod nim chłód zasypiającego o zmroku dnia.
Tymczasem śniadanie. Tradycyjnie, miało posmak niedospania, ale przyzwyczaił się do niego i dziwnym byłoby odnalezienie innej nuta na podniebieniu. Przed nim codzienny spacer. Równie tradycyjny. Spojrzał na parę ciężkich butów wyglądających z półki przytartymi noskami. Znowu będzie musiał się przed nimi pochylić. Po jednej z nielicznych wizyt w Paryżu nazwał je „napoleonkami”, bo pochylał się nad nimi jak nad sarkofagiem wielkiego wodza w Dôme des Invalides. Ileż one już z nim przeszły, ile ścieżek wydeptały. Odporne, bardziej niż on sam, na zmiany zachodzące w pogodzie, także tej odmiennymi odcieniami zabarwiającej jego duszę. Nieprzemakalne, jakby nieczułe na wszelkie niedogodności aury i wyboistość drogi, którą przychodziło im razem przemierzać. Pokonując pagórki wyrastające ponad miarę jego własnych sił. Jakby pokryte oblodzoną warstwą niemożności sprawiając, że nie mógł czasami wysłowić własnej bezsilności. Czuł, że słowa przywierały do jego warg zamieniając się w ledwo dostrzegalną mgiełkę osiadającą szeptem na szybach okien. Milczące. Jak teraz wyczytać w tych mroźnych rozetach znaczenie niewypowiedzenia? Czasami uchylał okno, bo ująć między palcami garstkę gwiezdnego puchu rozcierając śnieżny miąższ, docierając do rdzenia wszelakiego istnienia, do serca gorącego obleczonego warstwą chłodnego szronu. Docierając do siebie. Innym razem przykładał palce do szyb oblepionych mroźnymi freskami czekając, aż pod wpływem ciepła zaczną zatracać swój finezyjny kształt, wtapiając w zagłębienia wyryte dłutem czasu na jego długich palcach. Swoistych działach drzeworytu.
Tym razem to on odciskał ślad swojego istnienia. Ukryty między pagórkami niewypowiedzianych na głos słów. Postać, niedostrzegalne piękno drżące między pagórkami mojego dziedzictwa.

Zamilkliśmy nagle


Gawędziliśmy sobie,
zamilkliśmy nagle.
Świat nagle posiwiał zatrzymując na moment oddech i ślady własnych stóp na progu krakowskiego mieszkania. Zamknęły się okładki do tomiku najpiękniejszej poezji. Zatrzasnęły szufladki z pamiątkami całego świata. Cisza przysiadła chowając twarz w drżących dłoniach Poezji.
Jak teraz uwolnić słowa z niewoli ust pokrytych warstwą chłodu?
Umrzeć - tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Wisława Szymborska
(2 lipca 1923 - 1 lutego 2012)
fragmenty wierszy Ze wspomnień i Kot w pustym mieszkaniuz tomiku "Miłość szczęśliwa i inne wiersze", wyd. a5

Odbudowywanie co ranek świata


Nie pamiętam jaki był dzień 30 styczenia roku 2006. Czy przysypany białymi poduchami puchu, czy nagusieńki i drżący od mroźnych podmuchów wiatru, ale okazał się na tyle sugestywny, by skłonić mnie do założenia tego bloga. Mojego własnego przytuliska na dni pełne chłodu.
Pojawił się pierwszy wpis, potem kolejne, nieświadome, przysiadające przypadkowo na klawiaturze komputera. Raz pisane w biegu, to znowu leniwie przeciągające się o poranku. Niektóre dyktował cień rogalikowego księżyca, inne budziły się rumiane w promieniach słońca. Wypadały spomiędzy kartek książek, albo były kartką z podróży, wykluwając się z pasji, miłości i zachwytów. Każde wypływające z serca. Jedne z odmętów własnych przemyśleń, a inne płytko opadające, jak kruszący się tusz do rzęs pod koniec dnia.
I chociaż od jakiegoś czasu mam wrażenie się osiadłam na jakiejś mieliźnie, że trudno brnąć do przodu, nie wspominając o rozwijaniu żagli, że słowa pękają jak bańki mydlane, nim je zdołam wypowiedzieć, więc i przed zapisaniem tym bardziej zdołają umknąć, trudno byłoby tak całkiem stąd zniknąć. Więc, choć zawsze wydało mi się, że nie ma niczego gorszego niż stać w miejscu, wciąż tu drepczę, stópka po stópce. Coraz skromniej, rzadziej, płycej, z nieodpartym wrażeniem, że coś powoli wygasa. Ale póki jeszcze tli się najmniejszy płomyczek, we mnie samej, dziękuję tej cudownej gromadce Osób, mnie tutaj odwiedzających, za każde zostawione słowo, myśl, własną wrażliwość. Za dzielenie ze mną radości, a czasami melancholijnego smutku. Za Wasze piękno, które wnieśliście do mojego życia, tego realnego, poza wirtualnego, bo to najcenniejsze, co mogłam dostać.
Tymczasem, mam nadzieję, że uda mi się w końcu poukładać, to co wiatr życia potargał, że słowa zaczną nabierać kształtu, a zachwyty znowu obejmą mnie swoimi ramionami i pomogą oderwać stopy od ziemi.
Póki co, jak pisał Józef Czapski, wciąż: "To odbudowywanie co ranek świata, który dzień przed tym utraciłeś całkowicie na to, żeby znowu ten świat w sobie zagubić".
(...)
Poznałam ten sekret dziś w nocy:
szeptał przez sen: znów patrzeć i dziwić się światu,
i patrzeć, znowu patrzeć i patrzeć na nowo.(...)
Tylko wtedy ja także zobaczę na nowo
będę dziwić się, patrzeć na jajko ab ovo,
zdziwię się róży w szklance, sikorkom, gdy w zimie
odcisną ślad pazurków na miękkiej słoninie,
zobaczę psa, gdy biegnie za czerwonym kółkiem
od nowa, i kociaka, jak bawi się sznurkiem.
Zobaczę morze puste, ale już nie wieczne
i dni nigdy nie będą nudne i bezpieczne.
fragment wiersza Sekret Anny Piwkowskiej
113 Zeszyty Literackie, wiosna 2011

Postać i skórka od chleba


Siedząc nad pustą kartką papieru, tak białą, jak gruba warstwa śnieżnego obrusu przylegająca do stołu w ogrodzie, zastanawiam się jak dalece mogę go jeszcze obnażać. Ponownie narażać na chłód nagości, niepewnie stawiając kolejną literę, by spróbować dokończyć malowany, niezdarnie portret. Czy kiedykolwiek mi wybaczy tę próbę przeniknięcia jego spojrzenia wyszukując w wąskich szczelinach źrenic tego, co tak drobiazgowo przysłaniał bielmem czasu.
Tymczasem, zachwyca, imponujący zarys jego wysokiego czoła. Głęboko osadzone oczy, o przenikliwym spojrzeniu, wydatny nos, z którego śmiał się, że przypomina przekarmiony brzuszek sikorki. Zapach wody kolońskiej osiadający lekką mgłą na kołnierzyku i skrzydła aksamitnej muchy rozłożyście przysłaniającej koniuszki jedwabnej koszuli. Skrawek chusteczki, jeszcze ciepłej od żelazka, wyglądającej zawadiacko zza niewielkich rozmiarów kieszonki w marynarce. Lubił, kiedy była idealnie wyprasowana, której gładkość mógł wyczuć pod zgrubiałymi palcami. Czasami wszystko musiało wyglądać nieskazitelnie. Idealnie, jak mało co w jego życiu.
I przyglądając mu się, wciąż mam wątpliwości czy mam prawo pozbawiać go tych atrybutów elegancji, tylko po to, by wniknąć w to, co drzemie w nim głęboko uśmierzone, połamane, okaleczone. W ciemnych korytarzach ślepej pamięci, ziarenkach goryczy przepływających w żyłach i piekących pod paznokciami, kiedy czasami z trudem próbuje rozgrzebać w sobie kawałek przysypanego wspomnienia. Pod tą warstwą sztucznego przyodzienia wciąż kryło się żywe, poranione ciało, lekko zagojone rany, sfastrygowane kawałki poszarpanego człowieczeństwa.
A jednak wciąż zachwycał swobodą ruchów, choć wewnętrznie szarpał się sam ze sobą, próbując pozrywać mocowania wiążące go z przeszłością. I tylko czasami można było zauważyć niewielkie czerwone krople spływające z przedramienia po mankiecie śnieżnobiałej koszuli. Algorytm do jego istnienia.
Idealnie skrojony garnitur stał się, z konieczności, jego drugą skórą. Pierwszą skrzętnie chował i chronił przed powtórnym narażeniem na jakiekolwiek zranienia. Jak sam mawiał, chorował, chronicznie, na nadwrażliwość.
Spojrzał na termometr drżący z zimna za oknem. Chłód późnego, zimowego popołudnia szczypał go w palce, kiedy wrzucał do karmnika okruszki chleba. Zadziwiał go ten malutki domek umieszczony na wątłym ramieniu brzozy, uginającej się pod grubą warstwą padającego śniegu. Wielokrotnie zdawał mu się symbolem podwalin naszych własnych domów. Z pozoru wyglądających nie dość solidnie, z czasem okazując się jakże trwałymi. Zwłaszcza tych budowanych w sobie. Powoli, bez doświadczenia. Intuicyjnie. Spostrzeżenie po spostrzeżeniu. Kropla uczucia po kropli. Choć mocno nadszarpywane przez wydarzenia, które zdawały się burzyć wszelki porządek świata, potrafiły jednak przetrwać, stojąc na zgliszczach zewnętrznego rozkruszenia. Bezimiennych popiołów.
I ten niewielki, będący w zasięgu jego ręki, domek dla ptaków, wyglądał na całkiem niewzruszony, mimo obciążenia coraz grubszą warstwą śniegu. Zamyślił się cofając czarno-biały film własnego życia. Jeden kadr, aż nazbyt dobrze znanego miejsca. Jego własnego karmnika, gdzie nocą, wtulony w ciszę poddasza, był przestraszonym wróblem szukającym bezpieczeństwa i ucieczki od zawirowań rozszalałej w nienawiści rzeczywistości. Kiedy grube warstwy śniegu, na dachu starego domu, zdawały się dodatkowym okryciem, a miast chłodu dawały złudne wrażenie ciepła wełnianego koca. Drżał jednak pod tym podniebnym sklepieniem, które na jakiś czas przysłaniało mu widok gwiazd, spadających na ziemię od wznoszonych pod niebo lamentów i topiących się w przydrożnych kałużach purpury. Rozbijających się na drobniutkie kawałeczki stając się, trudnymi do przełknięcia, odpryskami doświadczeń dzwoniących głucho w szyjach długich rynien oplatających opustoszałe kamienice. Paciorkami niewypowiedzianej na czas modlitwy. Pamiętał jak bał się, by w blasku tych drobinek nie odbiło się zastraszone spojrzenie jego wielkich, ciemnych oczu i drzemiącego w nich strachu, które ktoś mógłby dostrzec. Obnażyć go. Kulił więc w sobie własny oddech, przymykał oczy przyprószone nocą, by nie spostrzec swojego własnego odbicia w maleńkim lufciku, chowając swoje marzenia w cieniu księżyca i wsłuchując się w opadające na dach płatki śniegu. I trudno zliczyć ileż razy marzył, by stać się taką śnieżną rozgwiazdą, jedną z miliona, niewidoczną w tłumie, niezwracającą niczyjej uwagi.
Dzisiaj  t a m t e  dni przyprószył czas. Nabrały innej barwy, a poszarzałe fragmenty jego przeszłości bardziej przypominają gęsto przesączone wspomnieniami fusy niż ulotność białego puchu. Zamieszał herbatę, by poderwać na moment te poukładane przez czas drobinki. Wprawić je w ruch, jak koniki na karuzeli pozytywki. Poczuć to dawne drżenie, chłód minionych dni, które sprawiały, że mróz zbliżającego się właśnie wieczoru zdawał się już nie tak przeraźliwie dokuczliwy.
Dzisiaj też już w niczym nie przypominał tego przemokniętego odrzuceniem wróbla. Potrafił strzepnąć z siebie przenikliwą wilgoć  t a m t e g o  czasu. Nigdy jednak na zapomniał, aby włożyć do karmika choćby garść okruszków. Wiedział, jaki niezapomniany smak potrafi mieć podrzucona skórka od chleba.
Zamknął drzwi i wyszedł na ośnieżoną ulicę. Naprzeciw mroźnego piękna zimy. Spojrzeć w niebo. Szeroko otwartymi oczami dostrzec gwiazdy zawieszone na ciemnym niebie. Nieruchome. Jak jeden z miliona przechodniów, chowając swój zaczerwieniony „brzuszek sikorki” w warstwach wełnianego szala. Niezauważalny.


Idziesz przede mną


Oto odeszło wszystko, co było pogodą i spokojem.
Pocałunek niepokoju.
Dreszcz, że wszystko stanie się mięsistym światłem.
Dreszcz dokonania pod skórą. Nieodwracalne fini, dokończenie, zamknięcie.
Wciąż pod stopami czuję przebytą razem drogę, te ostatnie odłamki wytartych chodników, pełnych pęknięć osamotnienia, bólu, niezliczonych strat wyrytych ciężkimi łzami, zacierających się w zagnieceniach na krawędzi życia. A im bliżej końca tej drogi, tym więcej widzieliśmy umarłych motyli na wydeptanych ścieżkach, skrzydeł podciętych zwątpieniem, gęstych uczuć, skulonych, we wnętrzu skowytu umierającego psa. Za rogiem.
Pustka i cisza. Nagłe nieistnienie.
Ostatnie kartki wyślizgują się spomiędzy moich palców. Odrętwiałych. Powoli zamykałam ostatni tom Twojego życia, kiedy pytałeś: Czy rdzeń świata otworzy się po śmierci?
I zdawało mi się, że w ostatnich rozdziałach coraz wyraźniej widziałam zarys jej sylwetki, kiedy przysiadała na parapecie okna uchylającego otchłań niebytu, a Ty wyczuwałeś jej obecność w coraz cięższym oddechu, gdy przechodziła, nocą, obok Twojego łóżka. Sunęła bezszelestnie aleją lipową rzucając cień na drżącą, od zimowego powiewu, firankę, a Tyś odsuwał ją chwytając jeszcze rymy kolejnego wiersza. Czubkami palców dotykając szczytów Wież,
gdzie:
Człowiek jak pies bezradny czeka przeznaczenia,
Nad jego głową linie planety się łączą,
Naszych gwiazd nie odróżnia od innych promieni,
Już zgasły. Sprawy ludzkie tak oto się kończą.
Śmierć. Rozcierająca zimną dłonią, na Twoich spierzchniętych ustach, smak przekwitłych poziomek, zostawiając w wyschniętym wazonie zapach łubinu przywodzącego ze sobą zabawną tkliwość lat dziecinnych, spowalniając ostatnie takty walca Brahmsa, brzmiącego w tej jednej sekundzie, zatrzymanego uderzenia serca, najdelikatniej.Ukłucie.
Igły starego patefonu przesuwającego się niezgrabnie po zwężających się tunelikach zanikających dźwięków. Ostrego pióra wyślizgującego się z dłoni, kiedy resztką sił ściskałeś skrawek prześcieradła, próbując wyczuć splot najdrobniejszych niteczek łączących Cię jeszcze z życiem.
Przytrzymywanego nadzieją, że przecież jeszcze tyle jest rzeczy nowych. Wszystkie zawisły w powietrzu jak jaskółki na błękicie nieba. I odfrunęły. Strzepując z skrzydeł smak morskiej wody. Proszę, spójrz jeszcze.
W labiryncie zielonych migdałów przesuwasz się zwolna, odwracając głowę.
Każdy twój krok, to biały szczyt lodowca, oblany purpurą.
Wschód-li to słońca, czy zachód?
Nie, to ty idziesz przede mną i migdały pachną.

fragmenty Prozy Poetyckiej,
trzeciego tomu "Dzienników 1964-1980"oraz wiersza WieżeJarosława Iwaszkiewicza
wyd. Czytelnik


Przebudzenie


Próbuję jeszcze odnaleźć ostatni oddech minionego weekendu, przyprószonego płatkami śniegu, smakującego poranną kawą z miętą. Posłyszeć ten wyciszony wiatr, który zdaje się, że dopiero co, trzepotał skrzydłami od rana, uderzając o szyby okien i rozbijając ostatnie drobinki snu pod powiekami, tworząc rozwarstwiony obraz rzeczywistości. Ziarenka niedospania szczypały w oczy, a piszczałki grały między szczelinami okien. Siadałam na krawędzi łóżka, jak na krawędzi rozbitego snu i czubkami palców próbowałam dotknąć niedookreślonej, o poranku, własnej przynależności do świata.
Potem przyszła cisza. I zagubione promienie słońca prześlizgnęły się po zaśnieżonych schodach przed domem. Zatrzymały się na nich, niepewne. Gdzieś pod drugiej stronie przemknął szaraczek, z radości plącząc swoje krótkie łapki. Chwila trudnego do objęcia ramionami zachwytu.
A dzisiaj znowu mam wrażenie, że kosmyki włosów wciąż tkwią zaczepione w minionym roku, nie pozwalając mi się od niego uwolnić. Myśli zatrzasnęły się w przedsionku, niezdolne wyjść na ganek rozświetlony jutrzenką, mitologiczną Eos otwierającą wrota do jasności. Jedynie rześkie pocałunki, w coraz chłodniejsze poranki, zostawiając na ustach cienką warstwę szronu, znieczulają je bezlitośnie, nie pozwalając poczuć smaku nowego dnia, który właśnie mija, niepostrzeżenie. Więc jednak przemknął, osuwając się po ruinach mojej rozkruszonej codzienności. Posklejam ją jutro.
Tymczasem wieczór. Jakby bez smaku. Papierowy. Czekam na kolejne przebudzenie.
Kim jestem, tu w mroku cielesności, w drżeniu ciała?
Kim byłem? Czyżby obudził mnie przelot ptaka
za oknem? Okno, które otwiera żywioł, ostrze cienia;
czysta realność? Nie. Obudziło mnie muśnięcie
przestrzeni; jak gdybym wszedł w głąb korytarza snu.
Tak jakby przebiegł na palcach, by nie trwożyć
tych, co umarli. A może obudziła mnie po prostu
kropla, kropelka wody, która spadła z kranu, hen,
w terytorium bez granic, bez żywej duszy, w księstwie
Akwitanii? A może to tylko muzyczka ziarenek 
piasku, co utkwiły na amen we framudze okna,
nagość tronu? Oparzyła mnie idea, zimna jak
odłamek lustra. Przeląkłem się, że dom zastygnie,
zakrzepnie w grudkę bursztynu.
wiersz Przebudzenie Jerzego Plutowicza
"Twórczość", kwiecień 2011

Przerzucanie mostu

„Wierzę także, że najpiękniejsze, najpełniej obdarzone sensem spotkanie z tekstem wydarza się właśnie wtedy, gdy cudze myślenie staje się dla nas osobiście ważne, do głębi poruszające, poszerza nasz świat, pozwala lepiej uczuć, przemyśleć i nazwać to, czego sami doświadczyliśmy.Gdy czytanie jest tyleż budowaniem siebie co próbą przerzucenia mostu do drugiego człowieka.”

Tak trafnie i przejmująco wysłowił tę delikatność relacji łączącej pisarza i czytelnika, Andrzej Franaszek, w swoim podziękowaniu za przyznanie mu Nagrody Kościelskich za tom Miłosz. Biografia, wygłoszonego w Miłosławiu 8 października 2011.
I ja idę takim mostem od dłuższego czasu, drżącym, rozciągniętym między dwoma, zdawałoby się odległymi, skrajami ziemi. Stąpam po najdelikatniejszej formie łączącej mnie z Pisarzem, po kartkach przerzucanych z jednego brzegu jego świata na drugi, mój, zatrzymując się przy drobnych wyszczerbieniach, niedoskonałościach druku, gdzie nagle drobna litera zaciera ślad po samej sobie, jak z czasem zaciera się ta odległość między dwoma stronami książki. Jakby w procesie czytania przenikały siebie nawzajem słowa pisane i czytane, jakby pokonany został czas oddzielający Pisarza i czytelnika, dając im te ułamki nieuchwytnych chwil, kiedy idą razem pod rękę, kiedy ich oczy przebiegają wzdłuż tych samych linijek wierszy, kiedy oboje dotykają tego samego życia i istnienia. Kiedy strzepują z powiek, nad ranem, resztki snu i słyszą ostatni szept nocy, kiedy witają głody poranek, głodny kolejnych słów, uczuć, schowanych pod podszewką życia.
Życia - tętniącego, sprężystego, napinającego się do granic własnej wytrzymałości, jak zbyt mocno naciągnięta struna w starych skrzypcach. Zatrzaśniętego w futerale bolesnej samotności, a samotność tak boli, że ściany i asfalty klękają [Andrzej Babiński].
Tymczasem, ja sama skazuje się na samotności, w niej odnajdując najdoskonalszą formę odciśnięcia swoich śladów na ścieżkach Dzienników. Tą właśnie samotnością burząc mury oddzielające mnie od tych rozpromienianych, ułamkami zachwytów, dni Jarosława Iwaszkiewicza, wsłuchując się w te krótkie akordy wychwytywanej przez Niego, w chaosie codzienności, muzyki życia. Boleśnie odnajdując w nich zgrzyt swoistego rozdźwięku między łagodnością piękna, a niepokojami szpetnie przygarbionego życia. Przywalonego odłamkami z przeszłości, a jeszcze bardziej ruinami własnych zburzonych wyobrażeń o nowym świecie, o sobie w nowej teraźniejszości. Poczucia niezrozumienia, odepchnięcia, odstawienia w kąt, jak starego stawiskowego fortepianu, który mimo muzyki w nim mieszkającej nie znajduje przychylności, wrażliwości na dźwięki kryjące się pod starymi, pożółkłymi klawiszami, wciąż chętnymi do zagrania swojej najdoskonalszej melodii. Zmęczonymi, spracowanymi w szukaniu odpowiedniego tonu, nuty, by życie nie zdawało się tak dotkliwie bezdźwięcznym, głuchym.Bardzo trudno wyrazić i pewnie nie wyrażę moich doznań na dźwięk fortepianu. Samo dotknięcie klawiszy (przed chwilą słyszałem tylko akompaniament do pieśni Moniuszki, ale właśnie tylko akompaniament) wywołuje tysięczne alikwoty z pod- i z nadświadomości, i doznaję jakiegoś rozanielenia, rozradowania wewnętrznego, przypomnienia wszystkiego, co się kojarzy z tym dźwiękiem od najdawniejszego dzieciństwa (mama) i co się sumuje w jakąś nieprawdopodobną energię, podobną do zapachu kosodrzewiny czy zapachu maciejki, najbardziej nasyconych zapachów (…) W taki dzień jak dzisiaj, pogody i bezchmurny, ten fortepian staje się poręczeniem lepszego życia. Jakie to dziwne.Dlatego próbuję się wsłuchać w najsłabsze uderzenia klawisza, w ten szmer sunącego powoli pióra po papierze. Przyjrzeć się najmniej zgrabnym literom, bo postawianym ręką drżącą i coraz częściej nieposłuszną. A jednak, literom kształtnym i gibkim, oplatającym skrawki poszarpanej codzienności, wciąż pozostającym tak mocno przesiąkniętych wrażliwością, obnażając uczucia, zwątpienia, rozterki, a jednocześnie utrwalając siłę ulotność każdej chwili. Tego powolnego stąpania w nieuchronną nicość, w całkowite i ostateczne oddalenie. Bez powrotu.
By, jeszcze nie być tym motylem, co umiera o poranku. By, przerzucić jeszcze jeden most.

Starzeję się
z wielką niemotą
i żalem
kotwy szuwarów
ruda kito słońca
zwiążcie mnie
mocno

Gdybym tylko mogła ująć tę dłoń, drżącą, w swoich dłoniach i oddać jej odrobinę własnej siły.



fragment z przemowy Andrzeja Franaszka
116 Zeszyty Literackie, zima 2011

fragment z Dzienników 1964-1980 Jarosława Iwaszkiewicza
wyd. Czytelnik, 2011

wiersz Edy Ostrowskiej
"Twórczość", czerwiec 2010

Migawka

Na progu już stoi, drepcząc niecierpliwie swoimi małymi stópkami, Nowy Rok, podczas gdy ten sędziwy jeszcze krząta się po domu, jakże zmęczony odmierzaniem tych ostatnich godzin. Zakleja jeszcze pożółkłe koperty, porządkuje w szufladach wełniane skarpety, układa zdjęcia w niemych albumach, bo wie, że zaraz zniknie. Drzwi za sobą zatrzaśnie głośno i szybko, stając się już tylko migawką na filmie naszego życia, zatrzymując to, na co za chwilę patrzeć będziemy z odleglejszej perspektywy.
Utrwaloną na zawsze przeszłość.
Może jeszcze uda się poukładać porozbijane kawałeczki duszy, które rozsypały się chowając w szczelinach. Może nie. Może uda się posklejać popękania, wygładzić zagniecenia, bo ze zmarszczkami to ta sztuczka się raczej nie uda. Może nie.
Ważne, aby w Nowym Roku, który przyjdzie nocą, by obudzić się w objęciach nowego poranka, warto było: otwierać oczy o świcie, chwytać za rąbek każdy dzień i smakować to wszystko, co będzie niósł sobą w aromatycznym łyku zaparzonej świeżo kawy, w nieopatrznie napotkanych ziarnkach goryczy, w łódeczce opadających kącików ust i tych drogocennych niteczkach rozpromieniających się złotym blaskiem szczęścia wokół oczu.
Życzę spełnienia w tym całkiem nowiutkim, nieznanym jeszcze roku.
Niech będzie najbarwniejszą migawką.

Kalejdoskop. Spisane.


Spisane 13 marca 1966.
Trzy Portrety. Same w sobie mogą stanowić trzy jednoaktówki, przyczynki do opowieści o mijaniu, o zmorach i demonach śpiących w upływie lat, osiadających ciężkim pancerzem zgrubienia na coraz wątlejszych ludzkich ciałach. To przejmujące, wszechogarniające poczucie odrzucenia, osamotnienia, przy jednoczesnym odarciu z wszelkich złudzeń, obnażeniu przed światem własnej ułomności.
Spisane 12 sierpnia 1966.
Starość.  To jakby dostać nową tożsamość, niezgrabnie skrojony garnitur, który miast nas zdobić, z każdym ruchem coraz bardziej obezwładnia, pozbawia swobody i wolności.
To jak dostać nową twarz, której nie sposób poznać w lustrze o poranku, jak źle dopasowanej maski, zmywanej łzami ukazując nagą prawdę o nas samych.
To jak mieć nową parę oczu, choć widzących słabiej, paradoksalnie zauważających dokładniej, jakby przez szkło powiększające, każdą kruszynę, najdrobniejsze zarysowanie, zagniecenie, na coraz bardziej postrzępionym skrawku życia, urastającą do wyrytych głęboko koryt przepełnionych niepowodzeniem, zawodem, stratą.
Spisane 27 grudnia 2011.
Ciężko. Oddycha się czytając kolejne zapisy w diariuszu Jarosława Iwaszkiewicza. Trochę jest ono jak życie przy zamkniętych oknach, kiedy doskwiera brak świeżego powiewu powietrza, świeżego dotyku życia, które zdaje się być monotonnym, niezmiennym pod osłoną ułudy nowego dnia. Bo spomiędzy kartek najczęściej przemawia rozrywający smutek i uczucie opuszczenia, niemożności dzielenia z nikim własnych przemyśleń, tych wątłych chwil zachwytów nad pięknem natury żyjącej swoim rytmem, porą dnia i nocy, porą roku, w odwiecznym procesie odradzania się. Tymczasem, czymże jest upływ czasu dla człowieka jak nie bezpowrotnym przemijaniem. Jakby nasze istnienie w przyrodzie było zaprzeczeniem natury. I niczym zdaje się stawać dla Pisarza jego twórczość, w której trwałość i wartość wątpić zaczyna, gubiąc siebie samego w kolejnej migawce życia zbyt szybko umykającej spod niemłodej już powieki.
Zawsze dawniej myślałem, że starość to okres spokoju, uciszenia, skupienia - a tutaj wszystko się składa na szarpaninę dobrą dla czasów młodości (...) Muszę pracować, a pracować nie mogę, ręcę opadają. Myśl inna, że wszystko się robi na próżno, że nic z tego nie zostanie - nie za sto czy dwieście lat - ale już zaraz, teraz - to przerażające. Że się proch własnego życia zobaczy żywymi oczami!
A tymczasem ja, swoimi wciąż niedowidzącymi oczami, uważnie przyglądam się tym misternym miniaturom z dziennika, slajdom wyświetlanym wspomnieniami na ścianach popękanego Stawiska, wijącymi się między korzeniami starych drzew, jakby w ciągłym poszukiwaniu życiodajnych soków. Tymi kładącymi się mozaiką drobniutkich kamyków turlających się po coraz bardziej zwężających się ścieżkach życia, kurczących się jak zraniona dusza szukająca schronienia we własnych spracowanych dłoniach.
I chciałabym móc rozgrzebywać te wąskie ścieżki, poszerzać koryto życia, spulchniać ziemię przesypując ją grubymi grudkami między palcami, by strumień świeżego powietrza roztrzaskał zaryglowane okna do przytłoczonej duszy, Tego, który wciąż otwiera moje wąskie światy. Poszerza horyzonty mojego spostrzegania. Obudzić Go z samotnej senności. Dotrzeć do Jego życia, które się rozsypuje na malutkie kawałeczki, na impresje, na dygresje, coś jak kalejdoskop bez symetrii.
Nie jak we mgle
nie jak na powielanej fotografii
zawsze ten sam
zawsze ten sam który pisze
Wszystko to
i Rzym i Paryż także
tak się w moim wspomnieniu
jakby z poprzedniego życia zapodziały
A jeśli się czegoś naprawdę boję
to senności duszy
Jej wrzask
jednak mniej groźny niż senność
Jest od nas daleko
stoi patrząc w morze
obrócony do nas plecami
fragmenty z "Dzienników 1964-1980" Jarosława Iwaszkiewicza
oraz wiersz Julii Hartwig Spisane
116 Zeszyty Literackie, zima 2011

Uroczysty nastrój


24 grudnia 1966 roku Jarosław Iwaszkiewicz notował:
Jest już godzina 12.00, ale już czuję się w powietrzu ten uroczysty nastrój, jedyny w roku i jedyny na świecie. Jest lekki mrozik, prawie zero. Byłem z psami na dużym spacerze, szedłem bardzo powoli i rozpamiętywałem wszystkie wilie na Stawisku, tyle lat, tyle lat.
Życzę, aby nadchodzące Święta Bożego Narodzenia, były jednymi z tych, do których będzie chciało się wracać pamięcią, rozpamiętując każdy ich ułamek, najdrobniejszą chwilę odbijającą się blaskiem o brzuchate kształty świątecznych ozdób, by pachniały piernikowymi ciasteczkami i słodkim smakiem bliskości.
By zawsze były jakieś drzwi, do których możemy zapukać
By nigdy nie czuć się odtrąconym, stojąc za nieczułą szybą obojętności
By nie wypatrywać z utęsknieniem tego, co powinno być blisko
By mieć kogoś, z kim przejdziemy najciemniejsze ścieżki
Niezapomnianych Świąt!

Postać i drzewko życia

Pamiętał jak stawiała dla niego mały stołeczek, u stóp choinki, by mógł dosięgnąć wątłych gałązek choinki. Zawieszając każdą bombkę dedykowali ją pamięci, tego, kto już miał nie zasiąść z nimi przy świątecznym stole i tych, którzy już dawno odeszli. Pamiętał jej drżącą dłoń, na której leżała delikatnie położona ozdoba, jakby matka w swojej dłoni chciała na dłużej zatrzymać istnienie, które już dawno się rozkruszyło. Jakby chciała je wskrzesić, przywołać do życia gestem wyciągniętej dłoni stającej się, na moment, pomostem między życiem i śmiercią. I tak, każda z tych szklanych kul otrzymywała czyjeś Imię, stając się wyjątkową i niepowtarzalną, mimo powtarzalności kształtu i barw. Tym prostym zwyczajem nauczyła go też szacunku dla przedmiotów zwracając uwagę, aby wieszał ostrożnie, dokładnie wkładając gałązkę w ciasną pętelkę, jak przyciasnym czasem stawało się dla nich ich własne życie. Uważając, by nie zsunęła się i nie potłukła na drobniutkie kawałeczki wbijając się pomiędzy sploty wypłowiałego dywanu, pomiędzy sploty ich nadwyrężonych uczuć.Były zimy, kiedy nie stać ich było na nowe ozdoby, że przez lat parę choinka wyglądała tak samo skromnie. A jednak dla niego rokrocznie była nie tylko drzewkiem świątecznym, ale urastającym do drzewa genealogicznego będącego zapisem postaci, o których nie wolno było zapomnieć. Sprawiając, że bogactwo świąt drzemało w zamkniętych obszarach jego wspomnień. Czasami nie mogli wręczyć sobie choćby najbardziej prozaicznego prezentu, a jednak czuli się obdarowani. Czułą pamięcią.
P o t e m  miejsca dla bombek na choince zaczęło brakować i tak, wiele imion zostało nieprzypisanych, rozbijając się o niewzruszone ściany zatłoczonej historii.
Lata później zarzucił ten zwyczaj. Ileż musiałby kupować bombek, nawet jedno drzewko to za mało,
by  I c h wszystkich pomieścić. Z wiekiem docenił też prostotę zieleni, nienaruszoną harmonię kształtu drzewka, którego nie chciał niczym przysłaniać. Jedynie u jego zwieńczenia wieszał srebrzystą gwiazdę wypowiadając szeptem imię Tej, która miała przy nim trwać do końca. Wciąż czuł zapach ich pierwszych, wspólnych świąt, zapach przypalonych ciasteczek. Dzisiaj myśli o tym z rozrzewnieniem, bo później wszystkie inne wydawały mu się nijakie w smaku. Do dzisiaj lubi mocno przyrumienione, kiedy jeszcze ciepłe parzą zachłanne palce.
Jasność jego życia.
I tak to, tylko ona koncentrowała w święta całą jego uwagę, ku niej biegły jego nieprzysypane, odłamkami czasu, myśli. Zaś jej cień, kontur połyskujący w ciemności, rozświetlał ślady ich wspólnie przebytej drogi. Nie zależało mu już na żadnych prezentach. Był bogaty. Pamięcią wspomnień. Posiadał prezent, którego nie chciało się rzucić w kąt, bo nigdy się nie nudził, nie sposób było ocenić go za nieudany czy niepotrzebny. Nie do odebrania, nie do oszacowania, jedyny w swoim rodzaju, jak każde istnienie ludzkie, które na moment zagościło na drzewku życia.

Aż do krawędzi bytu


Ostatnio moje relacje ze światem są mocno nadwyrężone, popękane, nadwątlone wydarzeniami, które głęboko wtopiły się palącym bólem pod skórę. Powoli próbuję się pogodzić z nieuniknionym, dostrzec to, co chwilowo niedostrzegalne i próbować znaleźć łagodniejszą drogę w codzienności, przeciągając wątłą pajęczynkę łączącą mnie z kolejnym dniem.
Tymczasem dzisiaj Jego, wreszcie, wzięłam pod ramię przytulając do siebie z tak ogromnym utęsknieniem. Pobiegłam jeszcze na wykłady o Witoldzie Gombrowiczu i, w szczególności, o Zygmuncie Haupcie, który wzbudził moją ciekawość, bo należał do ulubionych pisarzy Konstantego A. Jeleńskiego, a Józef Czapski pisał o nim: "Świat Haupta nienaruszony przez pośpiech, ten świat, w który wtopione są na zawsze jego wspomnienia, jego myśli - uwalnia, oczyszcza czytelnika, daje mu nową młodość, świeżość nietkniętych przeżyć i tę, na którą przecie czekamy zawsze, niespodziankę. Czy można dać więcej czytelnikowi?"
Może jeszcze siebie samego, w każdej drobince niespokojnej wrażliwości, a to daje Ten, który czekał cierpliwie trzy godziny, aż ja przemykając przez Wydział Polonistyki zamknęłam za sobą dwoje ciężkich, imponujących drzwi dostrzegając, w ciemności wieczoru, roziskrzone ozdoby zawieszone jak drogocenne kolie na długich szyjach latarń Krakowskiego Przedmieścia. Może to przedmieście do wypatrywanej jasność.
Przyjechaliśmy do domu.
I już się cieszę na myśl, że zasypiać będę z policzkiem przytulonym do Jego twarzy, swoje myśli chowając w kartkach jego dłoni i wsłuchując się w gęsty puls życia powoli zastygającego w zwężających się żyłach. Łzami wzruszenia zraszając Jego niemłode już czoło, szukając Jego wzroku za okularami ciemnej oprawy przeżyć.
Daj źrenice doskonałe
Dla twej prawdy, prawdy całej...
Pierwsze spojrzenie.
"W księdze dni i księdze nocy, w zapiskach dziennika wciąż wzbierają esencje życia. Fermentuje mocne wino. Aż po krawędź bytu. Dopóki pismo okaże się uległe wobec autora Muzyki wieczorem. Do końca dni, pełnych trudu, napięcia i bólu dojrzewa więc gorzka radość istnienia. Splata się ze znakami śmierci, z sygnałami trwogi, niewiedzy, rozpaczy (...) Czy można to ująć, wysłowić, uczynić na koniec prostym i zwykłym? Powiedzieć więc, że Iwaszkiewicz ofiarował nam świat, osierocony przez siebie? I że klucze do tego świata zagubił w swym dziele? Że nasz świat jest uboższy o jego miłość? O mityczne, zapomniane sojusze między pięknem i śmiercią?"
Ale nim osieroci mój świat, nim stanę z Nim na krawędzi bytu, najbliższe dni pełne będą tych "miniatur" życia, szukania ich tam, gdzie pióra, długopisy albo przygodne ołówki Iwaszkiewicza utrudziły się już zwyczajnymi notatkami, ulokowanymi na marginesach życia codziennego. Kiedy pióro to zapragnęło odwołać się do temp powolnych, skorzystać z prawa do zamyślenia, do mądrości pauzy - jak pisze ponownie w przejmującej przedmowie do trzeciego tomu diariusza, prof. Andrzej Gronczewski.
Słowa Profesora, wprowadzające do kolejnych etapów dzienników Jarosława Iwaszkiewicza, są dla mnie zawsze przesionkiem cudowności, swoistym rytuałem nieodzownym, gęstą i przejmującą w swojej doskonałości formą łączenia z życiem Pisarza, dającą przejrzystość tej źródlanej sile sztuki życia jaką tworzył sobą i swoją twórczością Jarosława Iwaszkiewicz.
Przedmowy prof. Gronczewskiego to swoiste uczty i jakże pięknie móc się nimi nasycić, nim przyjdzie nam skosztować pierwszej kropli dojrzałego wina z kielicha życia Jarosława Iwaszkiewicza, nim ustami dotknie się krawędzi bytu.
Dzienniki 1964-1980 Jarosław Iwaszkiewiczopracowanie i przypisy: Agnieszka i Robert Papiescy, Radosław Romaniuk
wstępem opatrzył: Andrzej Gronczewski
wyd. Czytelnik, 2011

Na progu dnia

Wślizgnęła się wraz z porannym chłodem usadawiając przy rozbudzającej się parze smykłych kozaków, które wcale nie były chętne do wystawienia swoich przytartych nosów za drzwi. Oczekiwana, choć zawsze niosąca w sobie powiew niepewności. Zeszłam na dół ciągnąc za sobą powoli zsuwające się ze stóp skarpetki, aurę zaspania i ciekawość wyglądającą zawadiacko z kaptura szlafroka.
Otworzyłam. Kopertę z nowym dniem, który wymknął się białą kartką, by po chwili zacząć zapisywać się linijkami czarnych głosek, kołyszących się na niepewnie jeszcze stawianych nóżkach. Moja codzienna korespondencja z życiem. Witaj.
Poranek zaczął nabierać kształtów, pękatego kubka z mlekiem i kanciastej kostki czekolady. Spojrzałam w lustro szukając siebie. Krople wody spływały po rzęsach zmywając zaschniętą senność. Pociągnęłam je tuszem, by nabrały barwy, by wyostrzył się jak wzrok wyszukujący jasności za oknem. Jeszcze ciemno. Łyk waniliowej kawy i odrobina goryczy na podniebieniu, by nie było za słodko. Dla codziennej równowagi.Tymczasem w drodze do pracy minęłam go nieoczekiwanie. Posłał jeden z tych swoich rozczulających uśmiechów. Podpierając się parasolką, którą nosił by chronić się nie tylko przed deszczem, ale przed wszelkimi możliwymi niedogodnościami codzienności, które zwykły spadać z nieba niespodziewanie. Trzymał ją za zgrabnie wyprofilowaną rączką, jakby trzymał pomocną dłoń. Wszak każdy potrzebuje wsparcia, czasami jakiegokolwiek. Miałam ochotę udać się z nim na spacer, ale spieszyłam się zbytnio, by móc zatrzymać się przy nim na dłużej. Patrzyłam jak znika po drugiej stronie rzeczywistości.

Nie bliskość ale dystans
nie ciepło ale chłód
kiedy jawi się wizja
niezgodna z porządkiem dnia

Poddani jesteśmy jej przemianom
bo raz wciąga nas w górę
to znów podtapia w grzęzawiskach zwątpienia

Słowo przetarło się jak zleżała tkanina
ale wciąż służy
odświętność każe nam szukać
w pozorach piękna
więc wybieramy codzienność


Za oknem znowu ciemność. Zaklejam kopertę z gęsto utkaną kartką przetartych słów.
Mam nadzieję, że jutro ponownie wślizgnie się siwym porankiem i znajdę ją na progu, nowego dnia.


wiersz Julii Hartwig Wybór
114 Zeszyty Literackie, lato 2011

Strzępki


Strzępki dni osiadają na parapecie okna niczym kurz zdając się jedynie cienką warstwą, dopiero co przygaszonego istnienia, bo nazbyt szybko mijają dni, które zwinięte w kłębki powinności chowają się po kątach. A pośpiech ostatnio dominuje w każdym zakamarku. Na nic nie starcza czasu kurczącego się jak wełniany sweter, którego rękawy zamiast do dłoni, ledwo przedramienia sięgają dopuszczając pod skórę zbytnią dawkę jesiennego chłodu. Dzień budzi się mgłą, nieprzejrzystą zasłoną ułudy, że może dzisiaj będzie spokojniej, wieczór zaś przynosi sen nazbyt lekki, podszyty przejmującym zmęczeniem i dreszczami zbyt powoli ustępującego przeziębienia. Jakby się co chwila odklejał od powiek, nie potrafiąc zespolić ze sobą warstwy zmęczonej świadomości i podświadomej potrzeby usunięcia się w ukojenie, krusząc się szczypiącymi ziarenkami piasku osiadającymi ciężko na rzęsach. To prawie takie spanie obok siebie jak określił to Franz Kafka, do którego "Dzienników" znowu wróciłam wiedziona niedawną lekturą wyjątkowej książki, w jakiś szczególny sposób przesiąkniętej jego osobą. A przyznaję, że lubię się zakotwiczyć w jego wyobraźni, postrzeganiu siebie, takim rozkruszaniu w samoanalizie, wymłócaniu z siebie umiejętności do życia i tworzenia.
Tymczasem już niedługo kolejny, trzeci i ostatni, tom "Dzienników" Jarosława Iwaszkiewicza, gdzie na pierwszy plan wysuwa się starość z jej gorzką samowiedzą, podziwem dla cudowności życia i oczekiwania na śmierć. Choć "stary poeta" coraz częściej wraca pamięcią do zdarzeń dawno minionych, nie rezygnuje zarazem z dawania świadectwa współczesności. Kreśli barwne wizerunki środowisk artystycznych i ich luminarzy, zdaje relacje ze swoich kontaktów z przedstawicielami władzy, krytycznie ustosunkowuje się do działalności opozycji demokratycznej, z bolesną szczerością pisze o sprawach domowych. Ze wszystkich zapisów przebija zdolność widzenia ludzkich losów - a czasem nawet obrotów historii - jako zamkniętych całości, zdolność dana tylko tym, którzy dostąpili łaski długiego życia.
I z jednej strony tak bardzo się cieszę, z drugiej zaś przestrasza mnie ta świadomość, bo jednocześnie trudnym ono będzie spotkaniem, z rozstaniem, pośród strzępków dni ostatnich, drżących i rozkruszających się w coraz słabszych rękach Pisarza. A przecież na pewno wciąż silnych talentem, niegasnącym, przepływającym gęstą krwią w głębokich korytach wyrytych na Jego dłoniach, będących świadectwem umiejętności przeżywania życia, doświadczania, zmagania się z nim i całkowitego dla niego uwielbienia, jak wtedy, 18 listopada 1963 roku, kiedy notował:
Wiatr. Smutek zupełny. A jednocześnie rozkosz ciszy, gwiazd zaplątanych w gołe gałązki brzózek i taka jakaś jesienna tajemnica i milczenie. Noc listopadowa. W takie wieczory najbardziej odczuwam beznadziejność istnienia, niemożność dowiedzenia się czegokolwiek, nadania jakiegokolwiek znaczenia światu. A jednocześnie pełnia istnienia, głęboki instynkt życia, westchnienie wszechświata, które przechodzi przez noc i kumuluje we mnie. Cudowne uczucie.
Jak spieszyć się na to spotkanie nie spiesząc wcale? 
Tymczasem płytkość, na tak wielu płaszczyznach.
On nie wie, gdy przejeżdżam na żółtym rowerze
obok miejsca, gdzie z miną wszechwładnego cieśli
buduje nowy miraż, nawet mu się nie śni,
gdy pochyla się nagle czuły i troskliwy,
że ja także chcę patrzeć, widzieć, znów się dziwić.
fragmenty z "Dzienniki 1910-1923" Franza Kafki
wyd. Wydawnictwo Literackie, 1969
zapowiedź trzeciego tomu "Dzienniki 1964-1980" Jarosława Iwaszkiewicza
wyd. Czytelnik, 2011
fragment wiersza Sekret Anny Piwkowskiej
113 Zeszyty Literackie, wiosna 2011

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...