wtorek, 27 stycznia 2015

"Piszę te słowa w Londynie"

Obrazy. Ujęte w ramy. Nieruchomo spoglądające z muzealnych ścian. Nieme, a jednocześnie mówiące tak wiele, pozostając obszarem także do naszej własnej interpretacji. I obrazy niczym nieograniczone. Przemieszczające się wraz z nami. Kryjące się za rogiem ulicy, w kąciku naszego oka, w migawce znikającego zachodu słońca lub sennie przejeżdżającego autobusu. 
Inne trasy. Pokonywane pieszo, mimo londyńskiego chłodu i deszczu, albo metrem sunąc podziemnymi korytarzami miasta. I inne trasy. Muzealnych wystaw, różnych jak artystyczne upodobania. Wszystko zamknięte w dniach i godzinach swoistego dziennika spisywanego w odstępach czasu nakreślanego wizytami w galeriach i w gościnnych progach mieszkania Gabora. W ważności każdej mijającej sekundy.
Okiem się widzi, ale także, w sposób zamierzony lub bezwiednie, wyraża siebie. Bogactwo języka daje tu pojęcie o możliwościach tej ekspresji - pisała w swojej książce, "Inne obrazy. Oko, widzenie, sztuka. Od Albertiego do Duchampa", prof. Maria Poprzęcka.
Wojciech Karpiński przy każdym obrazie Londynu pozostawia cząstkę samego siebie ilustrując ją z gracją dobieranych słów. Wyraża siebie i swoją wrażliwość, umiejętnością widzenia dotykając materii malarskiego płótna niemal w każdym jego ukrytym splocie. Pod warstwą farby, w jej zagłębieniach, załamaniach światła, półcieniach i wyrazistości kolorów. Sam pozostaje w ich tle, w cieniu sklepień muzealnych budynków rozsianych na indywidualnie kreślonej mapie kolejnych spacerów. W rozmowach z Gaborem, a może nade wszystko umiejętności słuchania jego poglądów na życie, w każdej jego sferze. Może dlatego, ze skrupulatnością, Autor notuje nawet godzinę spotkania, uwypuklając ważność tych wspólnie spędzanych chwil.

Sobota, 1 marca 2003
Z Gaborem jestem umówiony na kolację o 19.30 (...) Gabor dał gęstą węgierską zupę i gulasz. Rozmowa do pierwszej. Znów widział źródło zagrożenia dzisiejszej kultury w chęci ujęcia w słowa wszystkiego. Nic nie pozostaje. Wszystko zanika. Stąd kłopoty z tożsamością, z poczuciem własnej wartości.

To swoiste doprecyzowanie czasu wypełnionego rozmową, wychodzącą poza ramy tuzinkowych pogawędek przy filiżance afternoon tea, staje się istotne i dla nas, czytelników, skupionych nad kolejną kartką książki, sącząc każdy nowo widziany fragment podróży ujęty w obrazach i słowach. Same zaś "Obrazy Londynu" stają się także obrazem Gabora. Postaci, która będzie zamieszkiwać już nie tylko swoje ciasne mieszkanie wypełnione książkami, nie tylko pamięć i wspomnienia Autora, ale i nasze własne doświadczenie wyniesione ze wsłuchiwania się w jego sposób widzenia sztuki wplecionej w życie.
Z wdzięcznością wchodzę w ten londyński rytm idąc śladami Autora. Mijamy razem kawiarnie, przeglądamy poranne gazety i doniesienia o wystawach wartych zobaczenia i zauważamy drobne zmiany w rozwieszeniu obrazów na wystawach już nam znanych. Nasze kroki się stapiają z wieczorną mgłą, cienie pochylonych późną porą sylwetek suną za nami niczym spojrzenie znużonego swoją pracą strażnika muzeum. Dla niego obcowanie ze sztuką stało się być może codziennością. Nie ma ochoty na kolejne spotkanie z Tycjanem ani by schwytać na moment spojrzenie Moneta zza ściany deszczu. Zawsze może to zrobić dnia następnego, a może kolejnego nienaznaczonego żadną datą ani godziną. Męczeństwa świętego Maurycego. Wychodzimy zostawiając za sobą zamykające się drzwi kolejnej londyńskiej galerii. Księgarnie. Przystanki autobusowe. Opustoszałe stoliki w restauracjach, filiżanki pozostawione na wczorajszej gazecie jak z obrazu Józefa Czapskiego. On też obecny. Nieodzowny w tych wędrówkach, jak jego umiejętność widzenia. "Wystarczy patrzeć naprawdę patrzeć oczami bez przyjętej hierarchii (góry piękne - szmaty brzydkie), żeby en voyageant autour de ma chambre człowiek mógł przeżywać to, czego inni nie mogą dojrzeć, kręcąc się naokoło jak wiewiórki". Wytężam wzrok i słuch. Na obrazy. Na słowa. Porzucam przyjęte hierarchie. 

O Bonnardzie powiedziano, że nie malował świata, ale malował nasz proces postrzegania (...) Sam o sobie powiedział, że chciałby przedstawić na płótnie wrażenie, jakie się ma, gdy nagle wchodzi się do pomieszczenia. Powiedział też, że sztuka jest zatrzymywaniem czasu".

"Obrazy Londynu" Wojciecha Karpińskiego malują nasz proces postrzegania, a jego umiejętność widzenia sztuki zatrzymuje czas, byśmy mogli go lepiej dostrzec i przeżyć. Wpatrywać się w obrazy, by rozumieć więcej.

Piątek, 19 września 2008
Obudziłem się o 10.50, dość napięty, myślę z niepokojem o moich planach pisarskich, nie tyle o ich braku (bo jak najbardziej są) czy małej realności, ile o ich rozległym rozłożeniu w czasie. Łączy się to z wyjazdami, które są mi potrzebne, także do pisania. Wynika wyraźnie, że do stycznia zaległościami się nie zajmę. Na pewno jednak pobyt londyński dobrze mi zrobił. I doceniam wspaniałe warunki, jakie mam u Gabora, także dzięki możliwości kontaktu z jego niezwykła osobowością.


Wojciech Karpiński "Obrazy Londynu"
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa 2014



czwartek, 8 stycznia 2015

Nie umiem tego inaczej powiedzieć

(...) Nie jestem pewien, ale pamiętam, jak tylko raz po nią wyszedłem. I rzeczywiście padało. Mogłem mieć siedem lat. Poszedłem do kwiaciarni. A w drodze na przystanek papier, w który był zapakowany kwiat, kompletnie przemókł i przykleił się do niego. Nie wiedziałem, co robić. (...) I dramat. Za nic nie chciałem dać go jej w tym stanie, w tej postaci. Zacząłem ściągać ten cholerny papier. Nie chciał odejść w całości. Rwał się cały czas. Pokaleczyłem się o szpilki i kolce. Ludzie na przystanku patrzyli na mnie. Wstydziłem się, że widzą, że coś źle robię. Schowałem się za przystankiem. Zmokłem. Było mi naprawdę źle (...) W końcu w niemocy szarpnąłem z całej siły za ten papier. Oderwał się i spadł na ziemię razem z kwiatem. Pamiętam jak powoli leciał. W ręku została mi sama łodyga.

Ta scena mogłaby posłużyć za kwintesencję wszystkiego, co chciałabym napisać o tej książce, bo jakże opakować w słowa to, co w niezdarności wyrażeń mogłoby zniszczyć istotę historii Daniela. Zniszczyć to odczuwane podskórnie „Reisefieber”. Niepokój przed podróżą, nade wszystko w głąb samego siebie, ale może i po trosze przed podróżą w swoje dalsze życie, które bywa kwiatem zawiniętym w przemoknięty od deszczu papier. Dużej zręczności wymagając od siebie, aby odwijając go nie pokaleczyć rąk szpilkami, by w dłoni nie została jedynie łodyga pozbawiona tego, co w istocie samego życia najważniejsze. Międzyludzkich relacji. Rodzinnych więzi jakże często skomplikowanych i obrośniętych bluszczem zaniedbania, bo wymagających pracy, by móc je utrzymać, bo dopiero po latach okazują się ulotne i nie do nadrobienia. Jak niemożliwe jest zawrócenie czasu przywołując wspomnienia wydarzeń nawet po wielokroć. Szukając utraconej osoby we wspomnieniach innych. Między kałużami, w ciemnych taksówkach, w pęknięciach na suficie stających się własnością wspomnień z dzieciństwa. W rozchodzących się w przeciwnych kierunkach uczuciach, w niepewność, w smaku herbaty i milczących budkach telefonicznych. Szukaniu szansy na rozumienie.

Wydaje mi się (...) że zastanawianie się, jaka była naprawdę, nie ma sensu. Nikt tego nie wie. Ani pan, ani ja, ani nawet Astrid. Dlatego myślę, że ważne jest ta Astrid, którą pan pamięta. Nie umiem tego inaczej powiedzieć.

Pozostajemy zatem tacy, jakich nas zapamiętają inni, nawet jeśli to tylko jakiś kawałek na samych, niewielka część znacznie większej złożoności. Taką dla Daniela miała pozostać Astrid. Jego matka. Obrazami z pamięci. Dawnymi wydarzeniami, notatkami do "nowoczesnej powieści" powstającej z natrętnym trudem, jak próby Daniela złożenia w całość ostatnich lat Astrid. Z kartki noszącej zapis ostatnich zdań, cienia stojącego na krawędzi istnienia, krzyku przerażonego dziecka i szpitalnych korytarzy. W niewidzącym spojrzeniu psychoterapeutki. W niepamiętanej cyfrze z numeru telefonu. W odosobnieniu. We własnym natręctwie i próbach nie zauważania siebie w lustrach i nie myślenia w pierwszej osobie. Szukał matki, by odnaleźć siebie. Składał w całość jej życie, aby ułożyć swoje. Zbierał jego fragmenty jak brzęczące monety do puszki, jak niekończące się spojrzenia na zegarek które mogłyby na chwilę zatrzymać czas między dwoma wskazówkami albo przyjrzeć się uważniej każdej mijającej właśnie chwili. W potrzasku własnych domysłów.

Zastanawia się, co wtedy czuł. Nie wie i już się chyba nie dowie, bo nikt poza nim nie może tego wiedzieć. Nie da rady wyciągnąć tego z siebie.

"Reisefieber" debiut literacki Mikołaja Łozińskiego. Dla mnie, po przeczytaniu "Książki", potwierdzenie szlachetności jego prozy z wyczuciem szkicującej historie, pozwalającej czytelnikowi składać je z zebranych fragmentów. Proza wyważona i subtelna. Spokojnie płynąca na tarczy zegarka, tykająca rytmem podróży w siebie.

W końcu w niemocy szarpnąłem z całej siły za ten papier. Oderwał się i spadł na ziemię razem z kwiatem. Pamiętam jak powoli leciał. W ręku została mi sama łodyga.
- Jaki to był kwiat?
Zdziwiło go to pytanie. Jakby myślała, że kiedyś może go gdzieś zobaczy. I pozna.


"Reisefieber" Mikołaj Łoziński
wyd. Wydawnictwo Literackie, 2011