Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stawisko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stawisko. Pokaż wszystkie posty

Niuanse guzika z pętelką

Skóra niczym rybie łuski w nurcie wysychającej nieskończoności tonie w siatce plączących się nitek. Coraz bardziej nikłych powiązań. Supełków zapomnień. Poszarpanych sznurków oderwanych od brzegu stagnacji. Niczym pognieciona kartka papieru odzierająca słowa z ich podszewki drżącą ręką rysując nowe kontynenty na mapie naciągniętej, na obolałość życia, bladością świtu. Poranków bez rumieńców. Od wschodnich do zachodnich ich krańców. Przecinających się pustych pól kwadratów w krzyżówce haseł odczytywanych dzisiaj od nowa. Odkurzonych spod warstwy wypłowiałych kolorów, ulotnych zapachów, odnalezionych drobiazgów i wspomnień osiadłych między warstwami przepastnych szuflad wybrzmiałych dalekim echem niewyśpiewanych litanii.
Rozdzielam sklejone miejscami warstwy kartek z poczuciem wtargnięcia w zatopiony spokojnym snem świat przedmiotów. Rzeczy nieruchomych. Codzienności zapisanej w kartotece detali. Niuansów życia. Samoczynnie mieszkających tam, gdzie serce bije mocniej a tętno wyrwa się z wąskich ograniczeń cielesności punktowym biciem spod delikatnej warstwy banalnych czynności. Zwitków traum i doznań przekształcających się w nieustanne doznanie osamotnienia. Na dnie starego, skórzanego kufra pomarszczonego jak skóra na dłoniach, które go nosiły.
Moje drżą z wątpliwości. Z każdą, kolejną, kartką przesyconą odczuwanym niepokojem. Przeplatania się sfabularyzowanych fragmentów z trwałością prawdziwie doznawanego istnienia, faktów z wyimaginowanymi kadrami scen gubiących ścieżkę wśród starych drzew prawdy i domysłów. Dokument. Opowieść. Kawałki biografii. Melanż skojarzeń trudnych do skatalogowania.
Ciężki kamień przygniata ulotność furkoczącej w oknie firanki.
Oczekiwałam innej intymności. Zgubionego guzika z pętelką odartego z przynależności do kawałka materiału skrojonego, by nosić pod futrzanym kołnierzem śnieżno-białe zawieruchy i kołysać w zawiniętych mankietach żyłki jesiennych liści. Wypłowiałych kolorów lata zastygłych na pocztowych kartkach ze świata i figlarnych zalotów brodatego pędzla do golenia. Podróży w nieznane pękatych walizek pod zamkniętym wiekiem trzymających dalekie tęsknoty, zatrzymanego czasu na tarczy zastygłego w bezruchu zegarka, wdzięcznego skrzypienia drzwi drewnianej szafy tulącej w swoich potężnych ramionach wypłowiałe koszule, marynarki i kolekcję wytwornych krawatów konkurujących ze sobą, w zgodzie z gustem ich właściciela, różnorodnością tkanin, faktur, fasonów i wzorów. Portfela rozmieniającego na drobne błahostki z przeszłości. Drewnianego kogucika.
Znajduję kilka kartek i karteluszek, arkuszy zapisanego po brzegi papieru, zapachów ulatniających się wraz z pamięcią i odchodzeniem mieszkańców Stawiska, zmieniające się wystroje wnętrz, rozrzucone po podłodze zabawki, przeróżne wzory zbieranych papeterii, odmienne charaktery pisma, dokumenty i tracące na ostrości zdjęcia. Warstwy kurzu, numery katalogowe przedmiotów, muzealność zamkniętych gablot, sterylność łazienki z czworgiem drzwi, "obsesje notowania" w kieszonkowych kalendarzykach, krótkie liściki do domowników i zagubiony guzik bez pętelki. Nutę domowej atmosfery w mieszkanku Pani Zosi pachnącym świeżo upieczonym ciastem i konfiturą.
Większość z "Rzeczy" dotyka jednak, ku mojemu rozczarowaniu, strun zbyt czułych, wiodąc przez szpitalne korytarze, duszących się w lekarskich flakonikach, schowanych między warstwami prywatnych listów i delikatności pragnień, w ucieczkach do Sandomierza. Skrywa w intymnych zaułkach pościeli, w miejscach skąd "Chrystus na krzywych nogach" odwraca przymknięte powieki.
Uciekam zatapiając wzrok w subtelności zdjęć. Wystarczyłby za wiele słów. Zamykam pospiesznie książkę jak wieko trumny by nie dostrzec nagości jej dna.

Anna Król "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie"
wyd. Wilk i Król Oficyna Wydawnicza, Warszawa 2015

Pejzaże sentymentalne

Męczy mnie to wszystko. 
Za dużo jest przedmiotów - jak powiada jeden z moich przyjaciół. 
Trzeba wybrać tych kilka, które mają zostać twoimi towarzyszami 
aż do samej śmierci.
Jarosław Iwaszkiewicz "Pejzaże sentymentalne"

Zostały do dzisiaj. Drobiazgi. Skrawki. Chwile uchwycone w notesie lub na przypadkowej karteluszce. Przedmioty będące świadectwem życia. Zapisem codzienności. Podszewką twórczych zmagań ze światem i sobą samym. Zebrane. Utrwalone na kliszy z delikatnością z jaką dotyka się intymności. Wstrzymuje oddech by nie zniszczyć wyjątkowości pochwyconej chwili i pejzaży sentymentalnych. By nie zburzyć światła prześlizgującego się pomiędzy kartkami notatnika, dziurkami guzika od marynarki czy zatrzymanego na koniuszkach starego pędzla do golenia, stojącego dumnie między flakonami pachnącymi ulotnością i przemijalnością zapachu zagranicznej wody kolońskiej. Samego życia. 



Duchy 
Fot. Olga Świątecka  Puap collective. 
Zdjęcia zrobiono w Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku


W gabinecie 
Fot. Olga Świątecka  Puap collective. 
Zdjęcia zrobiono w Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku


Szara strefa 
Fot. Olga Świątecka  Puap collective. 
Zdjęcia zrobiono w Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku



Książka Anny Król "Rzeczy. Iwaszkiewcz intymnie"
wyd. Wilk&Król Oficyna Wydawnicza

Od dzisiaj dostępna w wersji elektronicznej. 
Gorąco zachęcam do zajrzenia i poddania się oczarowaniu 
spoglądającemu z obiektywu aparatu i zatrzymanego słowem.

Ja poczekam. Na szelest kartek, zapach papieru i dotyk. Intymność.
Książka na księgarnianych półkach już w październiku, 
 wtedy więcej o męskim świecie rzeczy 
i drobiazgów Jarosława Iwaszkiewicza.


*************************************************
Dziękuję Oficynie Wydawniczej Wilk&Król 
oraz GoCulture. Komunikacja dla kultury 
za udostępnienie zdjęć i materiałów



Nikt inny tak tobie nie powie

35. rocznica śmierci Jarosława Iwaszkiewicza

Tymczasem to, co uważał za swoją słabość, z czasem okazało się siłą jego twórczości. Właśnie owa staroświeckość, to, że nie podążał za swoim czasem (prócz kilku prób socrealistycznych) i był "niedopasowany". Był wierny swojemu odczuwaniu świata. "To chyba i cała wada mojego pisarstwa, wszystko tam odczute, a nic nie pomyślane". Nikt tak jak Iwaszkiewicz nie opisał i nie odczuł zagadki śmierci. (...)
Iwaszkiewicz w Dziennikach obsesyjnie żegnał się z przeszłością. Powtarzał swoje pytanie z dzieciństwa: "I to wszystko?", które jest znakiem nienasycenia życiem. Ale też nie wierzy, żeby coś jeszcze było przed nim. Przyszłości nie widział. Widział tylko fiasko wspaniale zapowiadającej się drogi. Tymczasem pod sam koniec życia, niedługo przed śmiercią w 1980 roku, powstały najpiękniejsze wiersze, jakie kiedykolwiek napisał do tomu Mapa pogody i Muzyka wieczorem. W tych strofach jest i niewygoda starości, i czułość dla minionych ludzi i przedmiotów, i żal, że nikogo się już nie obchodzi. I świadomość, że "świat będzie tak sam. Beze mnie". I jest też poczucie, że mówił o poezji (w prozie również) własnym i zupełnie wyjątkowym głosem. "Ty - nie zostawiaj mnie tutaj samego/ Gdy odlatują gwiazdy i bogowie/ Posłuchaj słowa prostego mojego/ Bo już nikt inny tak tobie nie powie".

fragment "Nikt inny tak tobie nie powie" 
autorstwa Justyny Sobolewskiej
z książki "Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia"
pod redakcją Anny Król


Dusza melancholijna

34. rocznica śmierci Jarosława Iwaszkiewicza,
urodzonego w Kalniku, na Ukrainie

Pejzaż ukraiński i mazowiecki posiada wiele cech wspólnych, mimo iż pozornie różnią się krańcowo. Wspólnotę ich można by było nazwać raczej natury emocjonalnej (...) Jeżeli zechcemy znaleźć to coś, co łączy pejzaż mazowiecki z ukraińskim, musimy się od zewnętrznych oderwać przedmiotów. Zarówno w zróżnicowanym pejzażu Mazowsza, jak w tamtym scałkowanym mieszka pewna dusza, która się i stąd, i zowąd nieraz w pieśni, w melodii, w poezji wyrywa.
Dusza ta jest zarazem moją duszą. Nazywa się "melancholia".

Inaczej tutaj jest w maju
a inaczej w lutym
- księżyc odmienny
oknami czyta stare księgi.
Noce bywają różne
- czar kresowych strażnic
Kalnik i Sitkowice
- dwór z fortepianem.

Stamtąd dzikie gęsi
ciągnęły radośnie
- muzykę życia wiejąc
siwymi skrzydłami.
Stamtąd pachniał tatarak
i szumiały dęby
rozdrożami dzieciństwa,
poezją od matki.

"Pejzaż ukraiński a pejzaż mazowiecki" Jarosława Iwaszkiewicza
oraz wiersz Krzysztofa Kołtuna "Poeta z domu matki"
z książki "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina"
pod redakcją Roberta Papieskiego
wyd. Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku
Podkowa Leśna 2011 

Sploty

"I ciągle ten strach, że nie wiemy nic i nie będziemy nigdy nic wiedzieli
że na zawsze wszystko jest tajemnicą, Om, wszystko zamknięte
i sami jesteśmy tylko kłódkami, od których klucze leżą głęboko w morzu."
fragment "Siciliana" Jarosława Iwaszkiewicza


"Właściwie - powiadał - z powołania (że się tak wyrażę) jestem człowiekiem nauki. Dokonać tego samego, czegom dopiął w muzyce - w dziedzinie fizyki albo chemii, oto byłby ideał i szczęście. Pogłębienie świadomości i wiedzy swojej, a potem świata. Bo przecież najwyższym celem człowieka na ziemi jest, aby w ciągu swego tutaj życia najgłębiej potrafił odbić w sobie świat..." notował Jarosław Iwaszkiewicz słowa Karola Szymanowskiego. I nie sposób zapomnieć o takim "odbiciu w świecie" przekraczając bramę prowadzącą do Stawiska, w tę niedzielę skąpaną w słońcu, które rozpromienionymi ramionami rozdzielało wierzchołki drzew, jakby rozczesywało gęsto splecione warkocze gałęzi. Podobnie jak splot wydarzeń otulający ciepłym popołudniem dom Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. 
Rozbrzmiewająca we wnętrzach muzyka Karola Szymanowskiego niby wysokogórski potok płynąca po drewnianych schodach stawiskowego domu i krople źródlanej wody rozbijające się na drobinki najczystszych dźwięków, spadające drżąco na kolejne stopnie, przygarbione minionym czasem. Poddałam się lekkości i precyzji każdego taktu wybijanego jakby koralikami nut zerwanymi z długich sznurków pięciolinii, czując miękkość każdego dźwięku osiadającego w lirycznym uniesieniu na starych meblach i wypłowiałych grzbietach książek. Zasłuchanie.
"Gra. Patrzę na niego pod światło - twarz ma zupełnie spokojną, profil rysuje się ostro na tle siwego obrazu za oknem. Światło w pokoju jest teraz pod wieczór znowu bezbarwne, ale wydaje się, że obrys tej głowy nad fortepianem pała, że promieniuje, że nasycony jest od wnętrza blaskiem."
W oddali ogrodu próbowały wtórować ptaki. Zawstydzone.
Nuta po nucie, w intymnym współbrzmieniu, obcowałam z historią Stawiska, splatających się nierozerwalnie dziejów pokoleń Szymanowskich i Iwaszkiewiczów, by w końcu także przysłuchiwać się opowieści Ludwiki Włodek, prawnuczki Jarosław Iwaszkiewicza, o przynależności do przodków, rodziny i tradycji. O rozplataniu zawiłych korzeni drzewa genealogicznego, supełek po supełku, odnajdując nitki prowadzące ją do poszczególnych członków rodziny, ale też i do samej siebie. Odnajdując w ich źrenicach własne spojrzenie.
Nie miałam ambicji napisania kolejnej biografii Iwaszkiewicza ani dzieła o kulturotwórczej roli Stawiska. Interesowało mnie, jaka była ta rodzina i jak życie w niej wpłynęło na najbliższe mi osoby, ze mną włącznie.
Może spoglądanie w oczy najbliższych pozwala lepiej dostrzec samego sobie, odnaleźć źródlane odbicie swojego widzenia świata i tych, którzy w nim zaistnieli. Może to trochę jak położenie kropli swojej krwi pod badawczym obiektywem mikroskopu, by przyjrzeć się każdej komórce z osobna, bo każda z nich składa się na własny obraz i podobieństwo.
"Wszystko po to, żeby w swojej książce przedstawić losy Jarosława Iwaszkiewicza, jego brata Bolesława i ich trzech sióstr: Heli, Nuci, Jadwini: przypomnieć historie rodzinne prababci Anny z Lilpopów; sportretować grono mieszkańców Stawiska z czasów wojny i ich słynnych gości; opowiedzieć o losach rodziny w PRL-u.
Ale też i po to, żeby odnaleźć swoje miejsce w tej historii. Napisanej własnym wyrazistym stylem, z niezwykłą energię, humorem i dystansem".
Odjeżdżam ze Stawiska, jak zawsze obserwując w lusterku sylwetkę domu oddalającego się powoli. Znikającego za rozłożystymi drzewami przysłaniającymi kontur dworku wrośniętego swoimi korzeniami w mazowiecki pejzaż, rozgałęzieniami sięgając tego skrawka ziemi drzemiącego za horyzontem, a oddychającego melancholią wijącą się znad ukraińskich stepów.
Na siedzeniu obok prezent od pani Zosieńki, piękne wydanie "Prozy duże i małe" Jarosława Iwaszkiewicza, a wśród nich "Staroświecki sklep". Wreszcie. Słodko. Na samą myśl o przeczytaniu tego drobnego opowiadania, drobnego jak kawałek czekolady rozpływający się w dłoni, zostawiający słodką warstwę czekolady na opuszkach palców, które zanurzają się w gęstej prozie.
Nie były to takie bardzo dawne czasy. Nie jestem przecież starym człowiekiem! A jednak wydaje mi się, jak gdyby wspomnienia o tamtych, dawno umarłych rzeczach pojawiały się w jakichś zamierzchłych basenach mroku i niemożliwości. 
To wszystko, co się wtedy działo, jak wyglądało i jakie było w swojej istocie, wydaje się tak odmienne od dzisiejszego aspektu rzeczy, że bardziej może niż inne - odleglejsze czasy, należy do dziedziny historii".
A jednak wciąż dzięki twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, dzięki wspomnieniom i zatrzymanym chwilom w książce jego prawnuczki, wciąż jakże smakowite i gęste. Jak kawałek wyśmienitej czekolady.

fragmenty "Jarosław Iwaszkiewicz. Dziedzictwo Chopina i szkice muzyczne"
w opracowaniu Radosława Romaniuka
wyd. PIW, 2010

fragmenty "Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów"
Ludwika Włodek
wyd. Wydawnictwo Literackie, 2012

fragment "Sklepu Staroświeckiego"
Jarosława Iwaszkiewicza
wyd. Świat Książki, 2001


Kurek od kranu


Życie zdaje mi się czasami wodą, płynącą z kranu niezbyt zamaszystym strumieniem, mocno ograniczoną ściankami i trudną do regulowania przez nas samych. Jakby pozbawiono nas stałego dostępu do kurków, by móc zmieniać natężenie chłodu lub nadmiernego strumienia gorąca płynącego długą, niewzruszoną na wszelkie zmiany, metalową szyją. Nieugiętą i całkiem pozbawioną wrażliwości. A ja chciałoby móc czasami przykręcić nurt lodowatej wody, która potrafi "zmrozić" uczucia, doprowadzić do „zlodowacenia” duszy, a dodać nieco więcej rozleniwiającego ciepła, zbawiennie ogrzewającego.
Dzisiaj jednak znalazłam taki kurek, ujęłam mocno w dłoni, przekręciłam i już wystawiałam swoją twarz w stronę popołudniowych promieni słońca prześlizgujących się po bielonych filarach stawiskowego dworku, przechadzających się po rzeźbionej, koronkowej werandzie, przetykającego swoje złote nitki między drzewami, by choć na moment rozświetlić ukrytą między nimi kapliczkę. Na Stawisku tak zachwycająco pięknie, błogo i cicho.
Herbata i kruche ciasto z truskawkami u Pani Zosi. Siedząc w kuchni myślałam jednak, że jestem intruzem, któremu pozwolono dotknąć drugiej strony Stawiska, tej delikatnej warstwy od podszewki i jest to niczym nieusprawiedliwione nadużycie, z którego nie umiem zrezygnować, wyrzec się w imię uczuć, które ostatnio, mnie samej, nie dają spokojnie zmrużyć oczu.
Nie wiem po co znowu zajrzałam na Mariensztat. Tyle razy obiecywałam sobie, by tam nie chodzić, nie wracać. Zamknąć ten rozdział, dać mu się wreszcie zagoić. Ale ja, ze swoim byczym uporem, wciąż stawałam pod tym oknem, zamykanym na dziwaczną, wysuwaną klamkę łudząc się, że poryw wiatru trącający moją grzywką, to Jej dłoń, która zawsze odsłaniała moje oczy przysłonięte włosami. Że ten ciepły oddech powietrza, to Jej, przy mnie, niezmienna obecność, a ja zakradałam się pod to okno jak złodziej kradnący album ze zdjęciami z własnego życia. Ot, złodziejka własnych złudzeń, że pewne rzeczy się nie kończą, że pewne rzeczy się nie zmieniają, budująca własny chybotliwy domek z kart.
I znowu mnie tam poniosło. Stanęłam przed tym oknem, by doświadczyć zawalenia się świata z mojego dzieciństwa. Inne okna, nie ta sama klamka, nowa framuga, która najwyraźniej nie dopasowała się jeszcze do tej starej kamienicy i wyglądała na nietutejszą, obcą. W oknie Babcinego pokoju ciężkie zasłony broniące, nawet słońcu, wstępu do wewnątrz. A tam wisiało wielki lustro, przed którym wyobrażałam sobie siebie jako przyszłą panną młodą za welon wpinając sobie we włosy okrągły Babciny obrus robiony na szydełku. Nad starą serwantką wisiało moje zdjęcie zrobione w parku łazienkowskim, kiedy miałam pięć lat, w białej wełnianej sukience w prążki. Pod lustrem granatowy flakonik z kremem „Pani Walewska” i fiołek alpejski na szerokim parapecie.
W kolejnym oknie toż samo. Nowość i obcość. Dopiero przez następne można było zajrzeć do środka. Kiedyś był to salon, do którego ja przeważnie nie miałam wstępu. Należał do innej części rodziny, ja byłam, w tym salonowym obszarze, zawsze niechętnie widzianą, a dzisiaj szukałam tam śladów obecności ludzi, mnie zawsze nieprzychylnych, jakbym szukał koła ratunkowego do swojej przeszłości. Żadnego śladu. Biurko, regały na segregatory, obca twarz kobiety nad komputerem. Kolejne okno, od kuchni, przysłonięte kolorowym szkłem, do którego zawsze pukałam dając znać, że już jestem. Tam, kiedyś, po jego drugiej stronie, w małym garnuszku gotowała się marchewka z groszkiem, wisiał kalendarz z kartkami, będącymi jak kurtyna odsłaniająca nowy dzień. Na podłodze, przy lodówce, miski z jedzeniem i piciem dla ukochanego psa Babci, duży stół, na którym uczyłam się siekać koperek i obierać pieczarki. Spojrzałam jeszcze raz przed siebie. Zobaczyłam pustkę i obcość. Trochę tak, jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca, wciąż mocno bijącego, a może po prostu, nagle zakręcił dopływ ciepłej wody.
Może dlatego dzisiaj wyglądając przez okno w kuchni na Stawisku, poczułam się sama jak taka obca framuga, całkiem niedopasowana, a wciskająca się na siłę między mury starego domu. Co może odczuwać pani Maria Iwaszkiewicz widząc tylu obcych chodzących po jej domu, kiedy drewniane schody prowadzące na piętro, potężne i ciężkie, uginają się pod obcymi stopami, butami zdzierającymi warstwę jej własnej pamięci o tym miejscu. Pan Wiesław, dla którego ten dom stał się danym mu, nowym 'początkiem' życia próbował pokazywać mi inne oblicze moich rozterek, ale obcy to obcy, nowa framuga w oknie, wstawiona choćby na chwilę, nigdy nie będzie tak doskonale dopasowana do starego domu, jak ta, która tkwiła tam od zawsze. A jednak, usiadałam na tychże drewnianych, skrzypiących schodach, by posłuchać wspomnień pana Marka Wawrzkiewicza o jego nielicznych spotkaniach z Panem Jarosławem, ale będących wystarczająco znaczącymi, by w młodym sercu początkującego poety zrodziło się poczucie pewnego porozumienia z Mistrzem, bo gdy teraz, po wielu latach siada, by napisać swój kolejny wiersz, odnosi wrażenie, że Pan Jarosław, wciąż mruga do niego przyjaźnie.
I zapewne ta właśnie, przyjazna atmosfera, wciąż żywa w stawiskowym domu, przyciąga tłumy 'obcych”, którzy na moment czują się części przeszłości, częścią Czyjegoś wyjątkowego życia, tego wyjątkowego Domu, gdzie ja chciałabym być choćby: jednym skrzydłem starego okna, szczebelkiem w drewnianej werandzie, załamaniem światła w porcelanowym kieliszku, rzęsą która utknęła między pożółkłymi kartkami  książki, milczącymi słowami zatrzasiętymi w szufladach skrzypiącej komody, kroplą w wodzie płynącą wąskim gardłem stawiskowego kranu.
Nad Arnem na placu stanąłem
(piazza Giuseppe Poggi)
już sam nie wiedziałem po co
stanąłem pod tamtym domem
czy żeby przywołać powroty
czy osoby które niegdyś tu żyły
czy księgi które stworzyłem -
już nie pamiętam po co
i znowu chciałem nowego
za daleko wypłynąłem po prostu
spod białego
prostego nowego mostu
nachylony nad grobem książąt
w pylnej zakrystii świętego Wawrzyńca
jak przyłapany złoczyńca
wyrzekłam się wspomnień: wiążą
wspomnienia jak łańcuchy
w różu kopuł marmurowych
- niebieskie drogi jak ślady nart -
trzeba wszystko od nowa
zaczynać kleić okruchy
i zawsze stawiać domki z kart
jak dom na placu Giuseppe Poggi
wiersz Jarosława Iwaszkiewicza
*** 
Nad Arnem na placu stanąłemzaczerpnięty z II tomu "Dzienników (1956-1963)", wyd. Czytelnik, 2010

On stoi wśród nas


Pejzaż ukraiński i mazowiecki posiada wiele cech wspólnych, mimo iż pozornie różnią się krańcowo. Wspólnotę ich można by było nazwać raczej natury emocjonalnej (...) Jeśli zechcemy znaleźć to coś, co łączy pejzaż mazowiecki z ukraińskim, musimy się od zewnętrznych oderwać przedmiotów. Zarówno w zróżnicowaniu Mazowsza, jak w tamtym scałkowanym mieszka pewna dusza, która się ni stąd, ni zowąd nieraz w pieśni, w melodii, w poezji wyrywa. Dusza ta jest zarazem moją duszą. Nazywa się "melancholia".
I taka dusza pełna melancholii wyrywała się z rozmodlonych dźwięków cerkiewnych pieśni i melodii ukraińskich dumek, w stawiskowym domu wtopionym w mazowieckim pejzażu. Ni stąd, ni zowąd, raz w pieśni, a raz to w melodii, kryła się błogosławiona cisza lub brzmiące donośnym głosem wołanie przepełnione pragnieniem rozpoznania Boga i wychwalenia Imienia Jego. To jednoczesne przeniesienie się, na pięciolinii dźwięków, w klimat ukraińskich stepów, rozpostartych na skraju kawałka ziemi wznoszącego swoją głowę ponad wierzchołkami gór,
a stopami dotykającego brzegu kryjącego się w morskich falach. Tych przypływających jak słodkie wspomnienie z dzieciństwa i tych pobudzanych bryzą rześkiego oddechu lat młodości.
„Nie przypominam sobie epoki w życiu, w której nic nie pisząc, nie układając wierszy, oddychałbym tak bardzo atmosferą poezji – napisał Jarosław Iwaszkiewicz o lecie spędzonym w Stawiszczu, określając ówczesną atmosferę tego miejsca mianem cieplarnianej i przesyconej zmysłami. Samych dni, drzew, kwiatów młody poeta doznawał jak niezapomnianych poematów, piękniejszych niż te ubrane w słowa”.
A mnie samej trudno ubrać w słowa atmosferę poetyckiej niedzieli spędzonej na Stawisku, kiedy to: „Dom-Muzeum, mimo upływu lat od śmierci Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, sprawia wrażenie, jakby Gospodarze byli tylko chwilowo nieobecni”. Koncert w wykonaniu Męskiego Zespołu Muzyki Cerkiewnej pod dyrekcją ks. Jerzego Szurbaka rozpromieniał chwalebną radością ku czci Pana lub tulił do serca delikatnym kołysaniem modlitwy do Najświętszej Panienki. Zamykając oczy można było skryć się, nieśmiało, w przygaszonym przedsionku drewnianej cerkwi, wyciągającej ku niebu swoje kopuły jak ręce złożone do modlitwy, by za moment doznać olśniewającej iluminacji rozpraszającej wszelkie ciemności, takze te schowane głęboko we mnie samej. To jakby spojrzeć w oczy ikon połyskujących złoceniami jak płomykami świec, zatopionymi w pięknych kroplach czerwieni, skrytych pod aureolą niewinnej bieli. Jak wczytanie się w zapisaną w niebieskich odcieniach, duchowość, która melancholijnie wkradała się w nieuchwytną materię mojej duszy.
Wszystko to zdawało się być powrotem do źródła, do początku jestestwa, do domu, tego noszonego w sobie, tego mieszkającego w zakamarkach stawiskowych pokoi, pełnych, w ten szczególny wieczór, wciąż żywej pamięci o nieistniejącym już, w ukraińskim Kaliniku, świadku narodzin Wielkiego Pisarza. Ale także tego stojącego na mazowieckiej ziemi, wśród starych drzew szumiących powrotami do lat minionych. I powrotów tych było tak wiele, i wciąż trwają, wijąc się wśród bezdroży, ścieżkami pejzaży dni, których teraz doświadczamy. Te ujęte w okładkach nowej książki "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina", czy te wciąż płonne, pełne nostalgii, skreślone ręką przybranego syna Pisarza, pana Wiesława Kępińskiego:
Rok 1960. Minęło prawie pięć lat jak wyniosłem się ze Stawiska. Ale będę często bywał (obiecuję sobie) w moim dawnym domu. I nie, jako gość. Nie musiałem dzwonić, że przyjadę. Po prostu jechałem. Przy większych przyjęciach uczestniczyłem nie tylko po to, żeby dobrze zjeść, lecz także by poznać nowych ludzi, posłuchać ciekawych rozmów i pomóc w tym wszystkim. Nigdy nie zatracę więzi ze Stawiskiem, aż do śmierci. Ważne słowa, ale prawdziwe.Rok 2011. Minęło dokładnie trzydzieści jeden lat jak odszedł Jarosław Iwaszkiewicz, a moje myśli biegną dziś, ku Niemu, lipową aleją.

On stoi wśród nas. Olbrzymi. On zdążył ufedrować
To drugie życie, które trwa przez tysiące lat.
Narody trzy po nim płaczą, a ludzkość będzie świętować
Ten dzień, kiedy matka wydała go światu.
cytowane fragmenty pochodzą z następujących źródeł:
"Twórczość", luty 2011:
Evviva l'arte - Radosław Romaniuk
Moje Stawisko - Wiesław Kępiński
Stawisko - z muzeum do Domu - Małgorzata Zawadzka
książka "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina"
w opracowaniu Roberta Papieskiego

wyd. Muzeum A.J. Iwaszkiewiczów w Stawisku, 2011
oraz fragment wiersza Iwaszkiewicz Dmytra Pawłyczki
w tłumczeniu Bohdana Zadury

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...