Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marek zagańczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marek zagańczyk. Pokaż wszystkie posty

"Noktun śródziemnomorski"

 

Bezowocnie wyszukuję głębszego znaczenia zdarzeń ostatnich lat. W chorobach, które znaczyły ciało jak zimne spojrzenia obojętnego losu. W zmaganiach, po których pozostawał tylko przyspieszony oddech i ogłuszająca bezradność. W rozstaniach pękających w dłoniach jak kruche flakoniki po nadziejach przeszywających dom duszną ciszą. W śmierci z nieubłaganą precyzją wygładzającą śladu po czyimś imieniu na gładkim nagrobku. W żałobie. Jakby tylko ona nie traciła na swojej ostrości wyjaławiając każdy skrawek ziemi pod stopami. Bez patosu. Naga i nieodwołalna. Bezwstydna. Leży cicho pod powiekami. Zakrywa dostęp światła. Wymazuje kolory jakby obierała z istnienia jedwabną powłokę barw, plącząc się pod stopami i gubiąc sens w pół-słowa.

Na uboczu zamilknięcia. Wytrwale stawiam kolejne kroki. Przekładam kartki książek układanych w żałobny stos. „Kontener”. „Lato, gdy mama miała zielone oczy”. „Rok magicznego myślenia”. „Baumgartner”, „Księga duchów”, „Śmierć przed obrazem”. Jak wyjść z cienia żałoby nieokaleczonym?

Rysuję niezgrabny uśmiech na ustach. Strzepuję poszarzałe kwiaty z letnich sukienek wypatrując soczystości życia. Podobno lato w rozkwicie. Próbuję oderwać stopy od popękanej ziemi. Wyruszyć w podroż gdzie odnajdę sens własnej egzystencji, porzucając nadmiar zbędnych rozważań i pozwalając ciału zanurzyć się w powietrzu i opływającym go nurcie nadmorskiego wiatru.

Przekraczam granicę. Alhbeck urzeka zgrabnością wiktoriańskiej architektury, cichymi uliczkami, koronkowymi balkonami wyglądającymi spod kaskady soczyście ubarwionych kwiatów, zdobnymi okiennicami wypatrującymi gładkości piasku i uporządkowania plażowych koszy zwróconych intymnie w stronę gładkich fal Bałtyku. Wtulam się w ciepłą gościnność przy zachodzie słońca, palcami wyczuwając tętno pulsujące pomiędzy kartkami „Nokturnu śródziemnomorskiego”.

Powtarzam sobie, że to nie my znajdujemy książki, ale że to one, gdy przyjdzie właściwa, wybierają nas jako swoich czytelników. I wtedy jasne jest, że dają to, na co akurat czekamy. (…) Zakreślam fragment, w którym bohater uświadamia sobie upływ czasu. Zdaje sobie sprawę, że od pewnej chwili jego życie nabrało tempa i nie ma już powrotu do świata za murami, do minionej niewinności. Furtka się zatrzasnęła.

Wypada znaleźć wyjście. Podążyć po śladach stóp do miejsc upragnionych, zapisanych z sentymentalnym westchnieniem i spojrzeniem skierowanym ku zanikającemu horyzontowi, tam, gdzie ostatnie promienie dnia kładą się na grzbietach muszelek i dotykają strzelistych wieżyczek staroświeckich kamienic. Szum fal lekko kołysze się we włosach i wąskich splotach słomkowego kapelusza. Piasek przesypuje się w skulonej dłoni niczym klepsydrze oczekującej na każde ziarenko osuwające się cicho, jakby znało tajemnicę przemijania lepiej niż my. Na moment milkną szerokości geograficzne. Z Alhbeck do Włoch wystarczy jeden drżący ruch dłoni i cała przestrzeń zamyka się w rozmiarze chwili, pochwyconych rozważań nad upływem czasu. Nieuchronnością śmierci. Bogactwie spuścizny literackiej zachowanej w wyglądanych przenikliwe książkach i przewodnikach. Drepczę śladami Marka Zagańczyka dotykając miejsc już kiedyś poznanych, przywołujących wspomnienia pierwszych spotkań z prozą autora, niezmiennie potykając się o swoją własną nieudolność widzenia tego, co on wyczytuje z lekkością między słowami. W załamaniu światła padającego na podziwiane obrazy i cienkiej linii łączącej współistnienie słowa i spojrzenia, kiedy jedno i drugie zaczyna mówić tym samym językiem.

Spoglądam z uwagą na przywoływane portrety pisarzy, z nieukrywanym dla mnie poruszeniem zatrzymując się na dłużej przy osobie Wojciecha Karpińskiego, którego „Obrazy Londynu” stanowią jedno z najważniejszych moich literackich spotkań, także z uwagi na postać Gabora za którego subtelnie zarysowany portret  kiedyś, miałam ogromny przywilej podziękować samemu Autorowi.

Biorę jego książki na chybił trafił. Przypominam sobie ich pierwszą lekturę. Bo u mnie, jak już wielokrotnie pisałem, niemal wszystko zaczęło się od Wojciecha Karpińskiego, zdarzyło się dzięki niemu.

Pamiętam, jak jeszcze niedawno czytałem jego szkic o Gaborze Schabercie, wpisany w „Obrazy Londynu. I mówiłem sobie, że trzeba być, choćby przez chwilę, jak Gabor otwartym na świat, albo jeszcze lepiej być jak Karpiński słuchający Gabora, prowadzący z nim rozmowę, raz pełnym głosem, kiedy indziej w milczeniu. (…) W książkach Karpińskiego odnajduję wszystko, czego szukam, i tylko czasami dziwię się, że nie widziałem tego od razu. Tych książek nie na się poznać raz na zawsze. Trzeba mieć je przy sobie, czytać z otwartą głową i starać się podążać ich tropem.

Podążam dalej, „Nokturn śródziemnomorski” jest poruszającą drogą do miejsc utęsknionych, ale jak większość wzbogacających podróży, biorąca swoje źródło we własnych przeżyciach i wyżłobieniach noszonych w bagażu doświadczeń, w stratach, których nie sposób pozostawić za sobą. Marek Zagańczyk kreśli mapę naznaczoną rozważaniem nad życiem, ważkością lektur mu towarzyszących, muzyki i obrazu. Bólu oddalenia, utraty ponoszonej na wielu płaszczyznach, jak wielopłaszczyznowe może być odczytywanie najnowszej i długo wyczekiwanej książki Marka Zagańczyka. Każda ze stron przypomina powolne odkrywanie harmonii ukrytej pomiędzy obecnością i nieobecnością, zachwytem nad światem i zgodą na jego przemijanie. To podróż głęboko osobista, taka, w której odległe krajobrazy stają się zwierciadłem własnych przeżyć, spostrzeżeń, zapisów z uważnego podróżowania, fragmentów wspomnień i zadumy nad dzisiejszym światem.

Dla mnie osobista po wielokroć, bo proza Marka Zagańczyka towarzyszyła mojemu Tacie w czasie, który nabrał szczególnej miary, kiedy każda chwila zdawała się ważyć więcej, a słowa zostawały z nami na dłużej. W jego ostatnich miesiącach i tygodniach. Inżynier i niespełniony muzyk. Tata cenił filigranową urodę podsuwanych mu książek, szlachetność słowa i tę szczególną uważność, z jaką autor patrzy na świat. Bliska była Mu również pasja podróżowania, ciekawość świata, który mi podarował, potrzeba wychodzenia ku miejscom, ludziom i pejzażom, które potrafią na chwilę zatrzymać czas. Były pretekstem do wspomnienia jego własnych podróży, póki nie wyruszył w tę ostatnią.

Nie potrafię być na jego miarę, ale przynajmniej wiem, ile mi do niego brakuje, co mam zrobić, aby zasłużyć na jego uznanie, spłacić, choćby w części, jego wielki dar miłości. Odszedł po cichu, we śnie, mam wrażenie, że sam się na to zdecydował, bo z typowym dla siebie uporem uznał, że będzie innym zawadzał, że już przyszła jego pora, że nie ma siły dalej służyć.


"Nokturn śródziemnomorski" Marek Zagańczyk
Wydawnictwo Próby, 2026
(fragmenty)


Upojenie

Trzeba talentu największego kalibru, żeby z kamieni, cegieł i płytek ceramicznych
zbudować prozę nie tylko jasną,
ale wprawiającą czytelnika w stan największego podniecenia.

Bruce Chatwin

Ciepło odchodzącego powoli dnia osiada łagodnie na meblach i wtula się w miękkie kształty fotela. Zachodzące słońce maluje na ścianach odcienie złocistych piasków, przylegając jak plastry wielokwiatowego miodu. Cisza i słodycz.
Za sobą zostawiłam zgiełk towarzyszący tłumnie wczoraj odwiedzającym Noc Muzeów, dzisiaj otwierając drzwi tłumnie mnie odwiedzającym wspomnieniom, starym zdjęciom, już wyblakłym i przyprószonych żółcieniami. Odzwierciedlającym minione lata, uwypuklającym obecnie coraz bardziej przygarbione plecy i częściej pojawiające się srebrne nitki w kosmykach włosach.
Rano zerwałam kolejną kartkę zamykającego się rozdziału życia. Wydawała się bardzo ciężka, bo też rok nie był najlżejszym, a może to tylko ręce coraz słabsze. Jaki był ten mijający rok?
Kiedyś próbując przekonać siebie, że wbrew odczuciom więcej w życiu pojawia się chwil radosnych rysowałam przy dniu dobrym 'uśmiech', przy dniu bolesnym 'smutek' i pod koniec roku okazało się, że to tych niezaznaczonych dni było najwięcej. Takich, które przemknęły niepostrzeżenie, nie zapisując się niczym szczególnym w mojej pamięci. Nijakich.
W następnym roku postanowiłam przyglądać się każdej chwili bardziej uważnie, próbować spostrzegać drobinki barw tworzących koloryt całego dnia. Trochę tak, jakbym się przyglądała powstającemu obrazowi, gdzie każda kropla farby zmienia odcień, nadaje inny kształt, nanosi nową warstwę uczuć i spostrzegania. Ciągła zmienność, aż do osiągnięcia idealnych proporcji, artystycznego fini. Tylko jak być malarzem idealnym?
Eugene Delacroix zapisał w swoim Dzienniku: Pisząc nie doznaję tak wielkich trudności, jakie nastręcza mi malowanie obrazów. Łatwiej potrafię osiągnąć zadowolenie układając jakiś tekst niż malując, malarstwo wymaga bowiem znacznie większego wysiłku w zakresie kompozycji. 
To może łatwiej będzie potraktować nowy dzień jakby się pisało książkę, gdzie pojedyncze słowo nadaje nowego znaczenia, odmienia emocje, wyodrębnia różne poglądy i widzenie świata, a w nim siebie samą. Tylko jak być pisarzem spostrzegającym i czułym?
Postanowiłam zostać sobą, tłumacząc własne ułomności, i zaczęłam próbować doceniać drobiazgi: uśmiech nieznajomych ust, ciepło czyjegoś spojrzenia, przychylny gest, słowo rozjaśniające tunel ciemności, w których przychodziło mi potykać się o najdrobniejszy odprysk skamieniałej na ogół codzienności. Doceniać czyjąś wyrozumiałość wobec moich wad i niedoskonałości. Uczyłam się dostrzegać urok skulonych pączków nawleczonych na cienkie gałązki brzozy, przejmujący zapach listków mięty, radosny trzepot skrzydeł motyla umierającego nad ranem czy kawałek nieba rozkrojonego ostro wyprofilowanym łukiem księżyca. Ba, nawet przyjmować z pokorą kolejną zmarszczkę stającą się wyżłobionym kanalikiem ułatwiającym odpływanie łez, tak by nie zatrzymywały się na wydętych od zadziwienia światem policzkach.
W końcu każdy dzień jest podróżą, odkrywaniem nieznanego, spotykaniem za rogiem niewiadomego, zderzaniem się z przeciwnościami losu, nierealizowaniem zaplanowanego, a nade wszystko poznawaniem nowych smaków i pakowaniem kolejnych bagaży, domykaniem, czasami na siłę, ograniczonych własną pojemnością walizek, pękających od nadmiaru kufrów i pomarszczonych ze zmęczenia toreb.
Zdarzają się jednak podróże pozbawione obciążenia nadbagażem, a będące lekkim uniesieniem, podnietą doznawania nowych wrażeń, zapisem miejsc, czyichś stóp, których ślad na ścieżkach staje się swoistą mapą, kartograficznym zapisem przemierzanej przestrzeni, drogowskazem prowadzącym także do samej siebie. Taką podróżą pełną lekkości, wrażliwego spostrzegania, splotu skojarzeń jest droga wiodąca wśród "Cyprysów i topoli". I czy wkracza się w świat podziemi, pokonuje wzniesienia i zazielenione pagórki, wkracza do opustoszałych, w samo południe, miasteczek czy dotyka skrawka nieba skąpanego w porannym słońcu, doznaje się najdoskonalszych chwili istnienia. I czuję się znowu dzieckiem przeskakując z zacienionych fragmentów trotuaru, na te rozjaśnione południowym słońce, w którym odbija się złożoność katedralnej rozety. Zakładam, nieco wykrzywiony czasem, słomkowy kapelusz by zatrzymać jak najdalej od mojego nosa piegi, rozsiane jak ziarenka maku na brzuszku pszennego chleba. Wieczorem w pełnej dojrzałości chylącego się ku krańcowi dnia delektuję aksamitnym smakiem czerwonego wina. Takim też jest pisarstwo Marka Zagańczyka, przepojone dozą gładkości z jaką zapisuje swoje podróże w mnogość miejsc, nawiązań do różnorodnych książek, odniesień do malarstwa, tworząc idealną harmonię współistnienia sztuki słowa i obrazu ze sztuką życia. Jego podróżnicze opisy są subtelnymi freskami, które będąc jedną z najtrudniejszych technik w malarstwie, wydają się nieskazitelnym dziełem zatrzymanym między kartkami książki na pokuszenie dla każdego czytelnika sięgającego po "Cyprysy i topole".
I trudno powstrzymać się od wzruszenia czytając: o historii winnej latorośli spisanej przez Roberta Calasso w jego mitologii,  pięknym Ampelosie stratowanym przez byka, o cierpieniu Dionizosa, który nie umiał płakać. Po śmierci Ampelosa bóg zerwał winne grona zrodzone z ciała umiłowanego mężczyzny, zgniótł je czule w ręce, popatrzył na palce poplamione czerwienią i skosztował kilka kropel. "Ten - pisze Calasso - który wywołał płacz boga, co nigdy nie płacze, miał zarazem przynieść światu radość [...]. Myślał przy tym Dionizos: Ampelosie, śmierć objawiła świetność twego ciała. Chociaż zmarłeś, nie utraciłeś swoich rumieńców. Nikt z bogów - ani Atena ze swoją skromną oliwką, ani nawet Demeter ze swoim pokrzepiającym chlebem - nie wydał niczym podobnym do tego płynu. Wreszcie pojawiło się to, czego życiu brakowało: upojenie".
Książka Marka Zagańczyka jest upojeniem, tak jak upojeniem potrafi być życie będące podróżą w nieznane, odkrywaniem i dotykaniem świata. Wznoszeniem się na pagórki, dosięganiem wzgórz, ale też zejściem w dolinę, ukryciem w cieniu.
Otwieram nowy rozdział, smakuję pierwszy łyk jeszcze nazbyt młodego wina, bo zbyt dużo w nim cierpkiej goryczy, ale wiem, że z czasem docenię smak dojrzałości pachnącej słońcem południa, żyzną ziemią, raz mieniącej się soczystą czerwienią, innym razem przejrzyście białej, chwilami uderzającej do głowy, kiedy wziąć nazbyt łapczywy łyk musującego napoju.
A na razie upajam się w cieniu "Cyprysów i topoli' dziękując autorowi, że choć przywołał słowa Derreka Walcotta, nie uległ jego namowom, by zarzucić pisanie i dzięki temu ja mogłam ulec czarowi jego nowej książki.

rzucić pisanie
i zająć się rozżarzonymi znakami
uznanych znakomitości, stać się
ich idealnym czytelnikiem, żarłocznym
przeżuwaczem, który miłość do arcydzieł
przedkłada nad chęć powtórzenia ich
albo przelicytowania
i być najznakomitszym czytelnikiem na świecie. [...]


fragmenty książki 
"Cyprysy i topole" Marka Zagańczyka
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, 2012
oraz
fragment "Dzienników 1822-1853" Eugene'a Delacroix
wyd. słowo/obraz terytoria, 2003
w tłumaczeniu Joanny Gruze i Julii Hartwig



W cieniu spojrzenia

Dwa lata temu próbując spisać swoje odczucia z przebytej „Drogi do Sieny” zaczęłam od wyznania:
Stało się. Zakochałam się, wpadłam po uszy, a może nawet po sam czubek głowy. Zakochałam się bezgranicznie i ślepo, chociaż to nie najlepsze określenie, raczej z szeroko otwartymi oczami, w Toskanii, w książce Marka Zagańczyka „Droga do Sieny”. Ta niewielkich rozmiarów, zgrabna książeczka, skromna w swojej formie, kryje prawdziwe bogactwo, bo każda kartka to namalowany najpiękniej obraz, to finezyjne freski, których zachwycająca uroda z zaciekawieniem wydobywa się zza mgły czasu, to stare katedry stojące na straży niezachwianego piękna, gdzie rozmodlone ołtarze rzucą na kolana każdego, kto zechce przekroczyć ich próg. „Droga do Sieny” jest malownicza, napisana, a raczej namalowana, smakowicie, zmysłowo, to zachwycająca podróż po miasteczkach rozrzuconych między oliwnymi gajami i dojrzewającymi w słońcu winnicami. 
Tymczasem, od wczoraj, stałam się szczęśliwą posiadaczką kolejnej literackiej perełki autorstwa Marka Zagańczyka, tym cenniejszej, że wzbogaconej dedykacją samego autora.
Siadam zatem, za radą autora, w cieniu „Cyprysów i topoli”, w cieniu jego spojrzenia zatopionego w "wielość krajobrazów, od gór piętrzących się wysoko po równinę Veneto, gdzie rachityczne drzewa o jasnobrązowej korze stoją w równych odstępach. Gdy patrzę na nie z ruchliwej autostrady, mam wrażenie, jakbym brał udział w ćwiczeniach z perspektywy, jakby ustawiono je z widocznym zamysłem, aby nowy Uccello mógł tu wymalować swoją leśną bitwę. Jakże jednak odmienny to las od tego, który znam, z sosnami wczepionymi w piasek, z mchem oblepiającym drzewa, z kępami paproci".
I już sama myśl, że przyszłoby mi napisać tutaj o nowej książce Marka Zagańczyka wprawia mnie w lekkie zakłopotanie i jeśli się później zdecyduję to uczynię to dość nieśmiało, bo jakże pokusić się o skreślenie własnych odczuć z podróży, kiedy Pani Julia Hartwig w jednym zdaniu zamknęło całe piękno kryjące się między słowami książki: "Siłą tych szkiców jest wiedza o przedmiocie, czarem - czuły opis miejsc, w których autor się porusza".
Jednocześnie mnie samej nie sposób jest odnieść się do tej książki inaczej niż z czułością, biorąc do rąk różnorodność obrazów, kolorów i alejek szeleszczących szyszkami cyprysów wijących się przez słoneczną Italię. Nie tylko w wymiarze geograficznym, ale również literackim i malarskim. Oddając się lekkości spostrzeżeń, uchwyconych pejzaży, rysunku przygarbionych sylwetek starych domostw otulonych pnączami winorośli, które wplatają dom w toskański krajobraz, nadając mu smak dojrzałych owoców i kolor purpury zachodzącego za miękkim horyzontem słońca. Maczając kawałek świeżo pieczonego chleba z rodzynkami w ciężkiej oliwie z oliwek, czując jej lepkość między opuszkami palców i wsłuchując w szum topoli.
Sam autor, Marek Zagańczyk, wyznaje; "Widok toskańskiej doliny jest dla mnie wzorem doskonałości i znakiem chwil szczęśliwych. W dni jesienne i zimowe noszę go w pamięci jak talizman i szukam dla niego godnego odpowiednika wśród północnych pejzaży. Wędruję, szukając ulotnych cieni, wydeptuję szlak, licząc, że w końcu odnajdę dawny kształt miasta, krajobrazu, choćby jego zarys, i wpiszę w niego kilka bliskich mi postaci, mocniej uchwycę ich obecność. Samotność jest może najważniejszą częścią podróży, tej prawdziwej, wiodącej w odległy świat, i tej, równie ważnej, pozwalającej dzięki wyobraźni podążać w nieznane".
I zanim spróbuję tutaj przywołać odrobinę tej podróżniczej samotności drepczącej między smukłymi cyprysami i wysokimi topolami, zostawiam skrawki mojej niedawnej podróży w wielowymiarowy i wielobarwny świat Podlasia, a raczej maleńkiego jego kawałeczka. Moja wizyta, to jakby uszczknąć małą porcję ze smakowitego tortu, kiedy na podniebieniu zostaje niedosyt i uczucie pragnienia znacznie więcej.








fragmenty z książki Marka Zagańczyka "Cyprysy i topole"
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich,  Warszawa 2012


Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...