Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza poetycka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza poetycka. Pokaż wszystkie posty

dusza moja znalazła drogę

120. rocznica urodzin Jarosława Iwaszkiewicza

Nic innego wyczytać nie mogłem. Jedyne to słowo zawierało w sobie treści więcej, niż wszystkie inne, razem zebrane. Rozciągnęło ono złocisty niewód w tysiącu oczek przez cały firmament, ułatwiając mnóstwo moich uczuć, które jak tłum much poczęły się cisnąć, aby sfrunąć mi z ust. Żałość wspomnienia, to słodkie i piekące uczucie zarazem, roztkliwienie, albo nagłe przypomnienie męskiego uniesienia i chłodu w chwili decyzji – wszystkie one jak cienie górskie przepłynęły i uleciały, aby pozostawić we mnie ciszę, siostrę ciszy górskiej. Jak dwa połączone naczynia zewnętrzność i wnętrze moje napełniły się zapachem zimnej wody i górskiego liszaju. Odeszły ode mnie uczucia i wspomnienia uczuć, i dusza moja znalazła drogę do duszy wszechświata.

Jarosław Iwaszkiewicz "Proza poetycka"
wyd. Czytelnik, Warszawa 1958


Szukam go nieprzytomnym od zmęczenia wzrokiem

Na niebieskim wysokim niebie dwa nieskończone,
różowe pasma.
Dwa czarne odlatujące ptaki na ich tle,
i cała w tym jesień.

Zasłona deszczowych kropel trzepotała od rana poruszana silnym powiewem wiatru tańczącego z choinkami w ogrodzie, przeciskając się wilgocią przez szczelinę lekko uchylonego okna. Próbowała wślizgnąć się pod kołdrę ciężko zawieszonej aury. Wkrótce śnieg przykryje resztki brunatnej zieleni, zima odmieni koloryt świata. Rozbłyśnie w czystości bieli, w delikatności puchu przykrywającego wszelką szarość przyziemnego spostrzegania. Obudzi wyobraźnię.
Zegar tyka miarowo budząc zaspany wciąż poranek. Pod powiekami bajka niespełnionego snu snuje się lekkim oddechem westchnienia. Pora przebudzenia. Ktoś czeka u progu. Ktoś odchodzi znikając z kartki notatnika wyblakłym nazwiskiem zapomnienia. Wybrzmiałym akordem chwilowej obecności pozostając nieobecnym śladem pustego miejsca. Gaśnie latarnia na ganku przydrożnego odpoczynku. Pozostaje niezgaszona wierność prawdziwej przyjaźni.
Nowy dzień. Pierwszy. Za moment będzie ostatnim. Przychodzi odmienić koloryt mojego świata, odsłonić widok niedościgły do tej pory dla mojego wzroku. W nierówności swoich barw zmiennych jak nastroje próbujące przeniknąć coraz grubszą skórę mojego nie-odczuwania. Płatkami puchu i kurzu chcąc ułożyć mozaikę emocji coraz częściej ubogich i poranionych, nadwyrężonych upływem nieuchwytnego czasu. W słowach zamkniętego modlitewnika szkicując skrzydła niedościgłego przemijania. Szukam go nieprzytomnym od zmęczenia wzrokiem.
Tymczasem przyszedł grudzień.
Mieszkanie starodawne. Śniadanie w łóżku. Plotkarstwo gazeciarskie. Deszcze nieznośne. Utracenie się. I odnajdywania się radosne. Intrygi kulis i redakcyj. Maczanie palców w atramencie. Lampy elektryczne, oświetlające mgły jesienne. Bezmierne tęsknoty w pustce arystokratycznych salonów. Gorączka tworzenia wśród zadymionych kawiarni:
Grudzień.

fragmenty Prozy Poetyckiej Jarosława Iwaszkiewicza
"Kasydy zakończone siedmioma wierszami"
wyd. Czytelnik, Warszawa 1958

Kosmos w filiżance

Wyłuskuję ostatnio wolne chwile ze zręcznością żonglera, by żadnej z nich nie upuścić, nie zgubić w łódeczkach odpływających na falach przypływających w mnogości spraw niespójnie ze sobą powiązanych i zapętlających się, gdy tylko dopuścić do najdrobniejszej niedbałości ruchów. Błogosławiąc zatem bliskość Stawiska pomknęłam w niedzielne marcowe popołudnie rozpromienione wydarzeniami, które miały mieć miejsce w progach Domu Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. Dawno tam nie goszcząc, z tym większą przyjemnością wjechałam na posesję długą lipową aleją aż do stóp domu wypełnionego wspomnieniami, szelestem niezliczonych książek, ujętego w ramach nietuzinkowych obrazów, które zdają się czasami wymykać wszelkim ograniczeniom sprawiając, że dom ożywa przycichłym echem wydarzeń wnoszonych wraz z wejściem niezwykłych gości jakże często odwiedzających ten niezwykły zakątek kultury na przestrzeni niezatartego, stopami współczesnych, czasu.
Jeszcze krótki spacer do kapliczki schowanej pośród drzew, by zasiąść w oczekiwaniu na wieczór mający wypełnić się muzyką i słowem. W 33. rocznicę śmierci Jarosława Iwaszkiewicza poświęcony, jakże symbolicznie, jego biografii. Wielu aspektom „Innego życia” rozpostartego w przeróżnych strefach geograficznych, ale nade wszystko sferach uczuciowych, przynależności do świata, ludzi, twórczości i emocji czerpanych z każdego przeżywania nowego dnia.
Pieśni Lutosławskiego w wykonaniu Anny Radziejewskiej, przy akompaniamencie fortepianowym Mariusza Rutkowskiego, mnie samą przyprawiły o dreszcze sentymentalnego rozrzewnienia przywołując z pamięci, między innymi, kołysanki kiedyś śpiewanych mi przez moją Babcię. A toż na otarcie łez dzieciństwa, a toż na oczu spokojne zamknięcie w czułości snu. I też takim niemalże snem, pewną tajemną nieprzenikliwością stała się druga część wieczoru będąca spotkaniem wokół „Innego życia” Radosława Romaniuka goszczącego w Stawisku wraz z prof. Zbigniewem Mikołejko.
Kosmos w filiżance. Przeżycie doszczętnie realistyczne, a z jakże uchwytną nutą metafizyki unoszącej się ponad rozmową tkaną z subtelności odniesień, filozoficznych rozważań, rozciągającą się jakby w doczesność niedokończonego wiecznie tematu życia Jarosława Iwaszkiewicza, będącego zawsze początkiem poznania bytu tak esencjonalnie związanego z wnikliwym, w pełni doznawanym jestestwa, ciałem i umysłem, tworzącym własnoręczny zapis własnej biografii przetykanej pomiędzy kartami swojej twórczości. Tworząc swoistą autobiografię, ukrytą w opowiadaniach przeniknionych podskórnymi i bardzo realnie doświadczanymi wydarzeniami. Niedosłowną. Dotykającą doczesności będącej przyczynkiem do przekształcenia w niekończącą się opowieść o sobie samym pod maskami zręcznie naszkicowanymi ręką Pisarza, a odgadniętymi dla czytelników przez Radosława Romaniuka. I mało co mogło umknąć uwadze z wczorajszej fascynującej rozmowy, wielowarstwowej, budującej się samoistnie z każdym słowem, rzuconym choćby jako dopełnienie, wypełnienie szczeliny chwilowego prześwitu w gęstym splocie tematu, gdyby nie przebudzona z zimowego snu mała muszką nieuchwytna dla rąk nawet tak wprawnego badacza filozofii jak prof. Zbigniew Mikołejko, który jednym gestem, choć mam wrażenie że mówił do nas całym sobą, mnie samej odebrał umiejętność oddychania, pozostawiając w nieruchomym zachwycie oniemiałej duszy, umysłu nazbyt małego dla objęcia istnego uniwersum słów, które chciałoby się zatrzymać na nieblednącej taśmie zapamiętania. Możliwość wysłuchania profesora była doświadczeniem metafizycznym, pozamaterialnym,  które jednocześnie chciałoby się w najdrobniejszych kawałeczku utrwalić w przeżywaniu własnej skromnej doczesności. 
I kiedy wciąż błądziłam, nieskutecznie próbując przeniknąć ogrom Iwaszkiewiczowskiej, nieobejmowalnej zwykłymi ramami pojmowania, przestrzeni  ujętej w filozoficzno-egzystencjalnym kontekście prof. Mikołejki, przemknął jeszcze cień Arthura Rimbaud nasycając swoją obecnością jakże gęstą od przeróżnych zapętleń atmosferę, uświadamiając, że "ja to ktoś inny", we wciąż niezbadanych fragmentach ciemnych obszarów skrytych głęboko pod skórą. Z wyznaniem jego artystycznego credo, że tylko poprzez doświadczanie materii także tych bolesnych zdarzeń, skomplikowanych relacji, najtrudniejszych uczuć, bólu straty i zasmakowania niespełnienia, dotyka się samoświadomości istnienia, doznaje dopełnienia i spełnienia wyzwalającego w artyście pokłady twórcze. Swoistego zespolenia życia ze sztuką.
Jeszcze dzisiaj filiżanka drży w moich dłoniach, kiedy myślami wracam do wczorajszego spotkania na Stawisku, a wargami próbuję nieśmiało upić, choćby łyczek, z Iwaszkiewiczowskiego kosmosu, by zatrzymać, jak najdłużej, jego smak na podniebieniu.

Oto czekamy na Ciebie w staroświeckim hallu przedpółwiekowej Anglii: kominek płonie czerwonym odblaskiem i oświeca nasze skupione twarze.

Oto bór świerkowy, pokrywający strom zbocza gór, objął nas swoim ramieniem: spójrz na nas.

Oto żółto-jedwabne pagody chińskie falują czerwonymi deseniami (Tsi-fu-la pali wonności na lakowej tacy): trzymamy się mocno za ręce, myśląc o Tobie.

Oto u stóp niebosiężnego muru, otaczającego zamek czarodzieja, czynimy podkop: chcemy ujrzeć drzwi, wiodące do jednego tylko wejścia.

Arturze.

Modlitwa do Artura Rimbaud Jarosława Iwaszkiewicza
"Proza poetycka", wyd. Czytelnik, 1958


Idziesz przede mną


Oto odeszło wszystko, co było pogodą i spokojem.
Pocałunek niepokoju.
Dreszcz, że wszystko stanie się mięsistym światłem.
Dreszcz dokonania pod skórą. Nieodwracalne fini, dokończenie, zamknięcie.
Wciąż pod stopami czuję przebytą razem drogę, te ostatnie odłamki wytartych chodników, pełnych pęknięć osamotnienia, bólu, niezliczonych strat wyrytych ciężkimi łzami, zacierających się w zagnieceniach na krawędzi życia. A im bliżej końca tej drogi, tym więcej widzieliśmy umarłych motyli na wydeptanych ścieżkach, skrzydeł podciętych zwątpieniem, gęstych uczuć, skulonych, we wnętrzu skowytu umierającego psa. Za rogiem.
Pustka i cisza. Nagłe nieistnienie.
Ostatnie kartki wyślizgują się spomiędzy moich palców. Odrętwiałych. Powoli zamykałam ostatni tom Twojego życia, kiedy pytałeś: Czy rdzeń świata otworzy się po śmierci?
I zdawało mi się, że w ostatnich rozdziałach coraz wyraźniej widziałam zarys jej sylwetki, kiedy przysiadała na parapecie okna uchylającego otchłań niebytu, a Ty wyczuwałeś jej obecność w coraz cięższym oddechu, gdy przechodziła, nocą, obok Twojego łóżka. Sunęła bezszelestnie aleją lipową rzucając cień na drżącą, od zimowego powiewu, firankę, a Tyś odsuwał ją chwytając jeszcze rymy kolejnego wiersza. Czubkami palców dotykając szczytów Wież,
gdzie:
Człowiek jak pies bezradny czeka przeznaczenia,
Nad jego głową linie planety się łączą,
Naszych gwiazd nie odróżnia od innych promieni,
Już zgasły. Sprawy ludzkie tak oto się kończą.
Śmierć. Rozcierająca zimną dłonią, na Twoich spierzchniętych ustach, smak przekwitłych poziomek, zostawiając w wyschniętym wazonie zapach łubinu przywodzącego ze sobą zabawną tkliwość lat dziecinnych, spowalniając ostatnie takty walca Brahmsa, brzmiącego w tej jednej sekundzie, zatrzymanego uderzenia serca, najdelikatniej.Ukłucie.
Igły starego patefonu przesuwającego się niezgrabnie po zwężających się tunelikach zanikających dźwięków. Ostrego pióra wyślizgującego się z dłoni, kiedy resztką sił ściskałeś skrawek prześcieradła, próbując wyczuć splot najdrobniejszych niteczek łączących Cię jeszcze z życiem.
Przytrzymywanego nadzieją, że przecież jeszcze tyle jest rzeczy nowych. Wszystkie zawisły w powietrzu jak jaskółki na błękicie nieba. I odfrunęły. Strzepując z skrzydeł smak morskiej wody. Proszę, spójrz jeszcze.
W labiryncie zielonych migdałów przesuwasz się zwolna, odwracając głowę.
Każdy twój krok, to biały szczyt lodowca, oblany purpurą.
Wschód-li to słońca, czy zachód?
Nie, to ty idziesz przede mną i migdały pachną.

fragmenty Prozy Poetyckiej,
trzeciego tomu "Dzienników 1964-1980"oraz wiersza WieżeJarosława Iwaszkiewicza
wyd. Czytelnik


Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...