Strony

sobota, 26 listopada 2016

Każdy człowiek ma dwa światy lub więcej

"Toteż każdy przyjazd jest tylko powrotem. W tym może leży cały urok podróży starego człowieka: w powracaniu do miejsc już znanych. Przyznam się, że nie chce mi się już poznawać nowych okolic. A z wielką, nieporównaną radością powracam w dawno znajome miejsca."


Tam, gdzie biel ciężkiego powietrza rozkroić można niczym ciastko migdałowe i  zanurzyć usta w soczystej jutrzence poranka. Poczuć smak nieuchwytnej chwili, coraz mniej pewnie otwierającego się spojrzenia wyglądającego zza ciężkich oprawek. Szukającego ostrości zarysu na przełomie pór roku. Wypatrując przejrzystej prognozy na resztę życia czekającego "w szparach brzęczących żaluzji" na odejście postrzępionych snów.

Przez otwarte okno wpadałby chłodny północny wiaterek, pierwsza jesienna tramontana, zachciałoby ci się coś napisać - jakiś wiersz (...)

W kieliszku wina znajdować smak goryczy, cierpkiego jutra, kiedy słodycz staje się niewyczuwalnym na podniebieniu wspomnieniem mijającego dzisiaj. Smakując wciąż z rozkoszą każdy łyk miękko przywołujący młodość. Strzepując z czubków butów warstwę osiadłego kurzu, jak strzepuje ze stołu okruszki. Rozwiązując sznurowadła jak rozwiązuje się skruszałe czasem znajomości. Zerwane sznurki powiązań. Wspierając na drewnianej lasce ciężar bezwładnego ciało ze słabo wyczuwalnymi siłami w tętnicy nowego dnia przygniatanego przez towarzyszące nierozerwalnie zmęczenie. Każdego poranka wychodząc z mroku. Mozolnie i z uporem. Twarz obmywając wilgotną bryzą i przecierając łzę wzruszenia niepostrzeżenie torującą sobie drogę pomiędzy zagnieceniami starej skóry gromadzącej narastające warstwy zniecierpliwienia, niezgody, sarkazmu. Szukając chłodu przed oślepiającym światłem w nawach ciemnych kościołów, półcieniach płócien Caravaggia odnajdującego detale piękna odbijającego się w załamaniach wysokich kandelabrów, w ułomnościach upływającego czasu, po cichu rozsiadającego się wygodnie w ławkach. Szepcząc w konfesjonałach o miłości do sztuki, głodu zachwytu spalającego się w smudze drżącej nad smukłymi świecami. Nieruchomiejąc w katakumbach. Zastygając na chwilę w długim korytarzu obnażającym moment zetknięcia się z ostatecznością utrwaloną w grymasach obcych twarzy. Schowanych pod zakonnymi kapturami. Spoglądającymi nieobecnymi oczami.

Ciekawy jestem, czy w momencie śmierci odczuwa się całe ciało jak jeden wielki ból, czy świadomość odrywa się od ciała z taką samą trudnością jak odrywa się plaster od rany.

Szedł dalej słysząc klekot własnych kości. Czując tłum nieobecnych za swoimi plecami. Coraz bardziej się zagęszczający znajomymi  o nazwiskach dawno blaknących na cmentarnych tablicach i o martwych sercach.

Zrobiło się ciemno, kościół zamknięto, trzeba było wracać.
Więc stary pisarz wrócił.

Pomiędzy kartkami z podróży. Pocztówkami spod podnóża niepokojącej Etny. W pogodzie burzy. Wewnętrznym niepokoju. Rozpostarty między dwoma światami. W sentymentalnym wspomnieniu sunącym się między uliczkami Palermo. Otwartych kopertach z kilkoma listami. Nieco surrealistycznym, magicznym przeplataniu się prawdy i fikcji nie pozbawionej wnikliwego przywołania szczegółów wspólnej wyprawy obarczonej zmaganiem się z istotą starości, coraz krótszym oddechem, poczuciem nieodzownego zagrożenia zbliżającego się ku kresowi życia. Na krótki moment budzących się pasji. Potrzebie przeżycia przygody, doświadczania zmienności oplatających go żywiczną pajęczyną doznań. Słyszenia dźwięków w gestach rąk głuchoniemych spotykanych na dworcu. W ruchu dłoni i spojrzeniach. Utwierdzając siebie i innych w potrzebie przyglądania się przedmiotom, budynkom, detalom i ogromie architektonicznych dokonań, potędze natury. Szukania w życiu harmonii ostatecznej, równowagi między dobrem i złem. "Jeden duch świata w wielu postaciach". W chwilach refleksji rozważając o swojej twórczości. Pozostawianym dziedzictwie w wypowiedzianym słowie. Gasnącym sanktuarium sztuki. 

Więc co to jest poezja
pyta staruszka
siwiutka i zgięta we dwoje

To właśnie ta ścieżka wydeptana
od koloru do siwości
od ramion strzelistych
do obsiadłych kręgów
od wykołysania syna
do wykołysania wnuka
od dnia wesela
do dnia pogrzebu

A więc poezja to czas
który przeszedł

Eugeniusz Kabatc "Pogoda burzy nad Palermo
z listami Jarosława Iwaszkiewicza do autora"
listy opracował Radosław Romaniuk
wyd. PIW, 2016 - fragmenty książki 
oraz
"Sycylia - Karnawał w Taorminie" Jarosława Iwaszkiewicza
wiersz Ireny Conti di Mauro
poetki, tłumaczki wierszy Jarosława Iwaszkiewicza na włoski,
bohaterki książki Remigiusza Grzeli "Wybór Ireny"


poniedziałek, 7 listopada 2016

Na smyczy liter

Nadgarstki związane tasiemkami z nierozpoznawalnymi nazwami miast szamoczą się w niemożności rozwiązania skrępowanych gestów. Ćmy trzepoczą skrzydłami kalecząc się drzazgami wspomnień, główkami gwoździ wyglądającymi ponad powierzchnię przeszłości. Chciałabym móc spojrzeć przed siebie. Okno zamknięte przed światłem, odwrócone w drugą stronę, nie zauważa oddechu osiadającego garstką popiołu na dnie źrenicy świata. 
Idę za Tobą próbując zrozumieć powód własnego istnienia wychodzącego poza obrys pociągłego szkieletu zapomnianej kamienicy. Liczę otwory w jej murach. Stopnie schodów wyglądają niczym grzbiety starych książek, a warstwy opadającego kurzu jak skruszały tusz wysypujący się spomiędzy czytanych na próżno kartek. Zbieram każdą literę z osobna. Układam na marginesach dnia. Chowam w kieszeniach. Ukrywam w mankietach porzuconej przed laty marynarki nadając jej Twoje imię. Rozwieszam na sznurkach niczym prześcieradła przesiąknięte snami patrząc jak ich odbicie tańczy na podłodze.
Połykasz bezgłośny krzyk głodu. Karmie Cię skórką chleba maczaną w krwistym zachodzie słońca. Poję kroplami spadającymi z mlecznej drogi zawieszonej ponad sklepieniem Twoich dłoni. Naderwane myśli kołyszą się w bujanym fotelu a drewniane belki pod dachem mają kolor Twoich oczu. Grymas ust ma smak goryczy.
Nie wiem gdzie jesteś. Twoje stopy drepczą w miejscu chwilami zastygając w bezruchu jak wskazówki zatrzymanego na czas zegara, warstwy farby na wypłowiałym płótnie obrazu. Chwytam skulone w rogach pajęczyny niczym główki czosnku próbującego odstraszyć złe moce. Rozglądam się wokół wątpiąc czy w ogóle istniejesz, jak kolekcja fajek pachnących dusznym tytoniem, szpulka szarej włóczki i kapelusz z nadszarpniętym rondem tracący równowagę. Kompas z zagubioną drogą. Próbuję się zbliżyć. Jesteś. Bym mogła zniknąć pod ciężarem Twojego westchnienia.


* * *
Umysł podąża za ruchem. Nawet teraz
idziesz na smyczy tych liter, niewolny przestać.
Ale niektórzy mówią, że prawda jest w pierwszej
literze i tylko tam. I że ruch kłamie: obojętna siła,
która przedziera jasne chustki pól, w tuman kurzu
przemienia czułe ściegi płotów, kościołów,
chłopca przy drodze, i to, za czym tęsknił.

I jeśli tam, gdzie byłeś, nim zacząłeś iść,
pali się w oknach światło, skąd go już nie widać.


wiersz Natalii de Barbaro
Zeszyty Literackie, 2007

sobota, 29 października 2016

Postać i koszula

Poranne westchnienie zastygło wraz z pierwszymi przymrozkami po cichu zdmuchując obrus liści z milczącego stołu w ogrodzie. Wspomnienie lata wypaliło się ostatnimi promieniami słońca. Ostry wiatr rozcinał zamglony horyzont dotykający nieba wychudłymi palcami ogołoconych drzew. Ich nagość była równie przejmująca jak cykliczność przemijania, którą przełykał wraz z niewypowiedzianym słowem ucieleśniającym ustronność jego egzystencji.
Wstał odrętwiały od zbyt ciężkich snów. Ręce zdawały mu się kłodami wyschniętego drewna. Nawet szklanka była zbyt kanciasta by ją zgrabnie uchwycić. Tego bał się najbardziej. Niezdolności objęcia czegokolwiek. Kogokolwiek. Niemożności poczucia dotyku swoich dłoni w najprostszym uścisku. Niezdolności przewleczenia guzika przez zbyt wąski przesmyk dziurki u mankietów poszarzałej, jak jego skóra, koszuli. W bezbarwnym odcieniu zdawały się jednością, koszula nie przylegała jednak do jego przygarbionych placów jak przed laty. Zagniecenia były niełatwe do wyprasowania. Kołnierzyk odstawał ukazując ich pogłębiające się niedopasowanie. Zastanawiał się, które z nich starzeje się szybciej tracąc fason i dawny sznyt. Pozostała jedynie szlachetność włókien, z których było stworzone każde z nich.
Koszula. Druga skóra. Codzienność, którą przywdziewa powoli przysłaniając własne, nawarstwione latami słabości. Znamiona kolekcjonowane, jak inni kolekcjonują znaczki, zamknięte pomiędzy warstwami coraz słabszej pamięci. Powtarzał jednak sobie, że nie może ustać w tej podróży zbierania skrawków siebie. Układania, jak wieczorem układa koszulę na dnie szuflady zapełniając nią pustą przestrzeń. Zapełniając swoje poranki i noce odosobnienia. Jakby istniał tylko w dwóch porach dwudziestoczterogodzinnego czasu wyznaczanego odmienną intensywnością światła. Pozostając obojętnym na resztę godzin, kiedy inni czerpią z nich najwięcej energii. On ukrywa się wówczas pod kawałkiem materiału. Siatką splecionych nitek niczym warkoczem podskórnych nerwów pokrywających jego stare ciało. Zdolne wciąż do odczuwania obecności choćby ostatniej pogniecionej koszuli na przygarbionych plecach. Zawahał się na myśl, że być może kiedyś miałby oddać ją komuś bardziej potrzebującemu.

sobota, 22 października 2016

Samo się pisze

Więc idąc, tylko przebieram nogami, a siedząc, uciskam stołek, który skrzypi. Kiedy tak siedzę, widok całymi godzinami używa mnie do patrzenia.

Przenikanie istoty rzeczy i otaczającego świata w ruchu naczyń połączonych, ale i całkowitym oderwaniu od siebie układa świat. W separacji dziecinnego poznawania i doznawania dojrzałości. Niezgody na oziębłość i w próbie przydania cech ludzkich przedmiotom przydaje poetyckiej prozie dozy grozy i niepokoju. Ciekawości. Złudnym będzie poszukiwanie gładkości słów i cukrowego piękna. Fragmentaryczność opowieści w mini-rozdziałach iskrzy od niespokojnych opisów świata widzianego oczami dziecka potrafiącego rozdrapywać rany, aby dojść prawdy rzeczy w otaczającej rzeczywiści. Na granicy bólu i wstydu. W dziecięcym głodzie poznawania życia dokonując niemożliwego. Nakarmić kamień.
W umiejętności spostrzegania i odczuwania karmiąc siebie i innych własnymi zmysłami pisanymi przewrotnością słów, z których wyjmuje się mniejsze, rysowane patykiem, pachnące naftaliną. Rodzące się z bryły gliny. Gaszące popiół. Przestępując próg siebie w siatce traum i doświadczeń zapętlonych między przenikającymi między sobą pokoleniami. Dziecka, matki, ojca, prababki.

Matka i ojciec waliliby w nie pięściami od strony snu, ale dziecko słyszałoby tylko ćmę uwijającą się między ciastem a workiem. Dziecko czesałoby włosy. (...) 
Teraz, gdy dziecko chce się umyć, wychodzą. Widać uznają, że to już ciało, w którym można szperać.
Stawia się nago i wobec nikogo. Przesuwa nogami po podłodze własne palce. Bierze nowe mydło z ostrymi brzegami. Kostkę, która nigdy nie jadła człowiekowi z ręki, więc będzie kaleczyć, zanim się oswoi. To dobrze: żeby przełknąć smutek, nie wystarczy go umyć. Trzeba go obrać ze skóry.

Dziecko. Zamknięte przed światem dorosłych w pragnieniu dotknięcia oddechu zwierzęcia śpiącego płytko pod powierzchnią siebie, opartego o płot domu zbudowanego z pudełka wypełnionego miękkością waty, piór i wełny, gdzie patrzy się z perspektywy oczu a dźwięki przetwarza z perspektywy uszu. Służąc jedynie dłoniom i stopom, skórze naciągniętej na kości i butom do chodzenia, przylegając do pięt, lalce z widelca w gałgankach i guzikom do połykania.
"Nakarmić kamień" ożywający w ustach, pod językiem, ciepłem przełyku ogrzewając twardość rodzących się słów, które używają autorki do służenia ich życiu, za narzędzie do wyrażenia siebie, ożywienia z martwych to, co spostrzegamy jako zapis kaligraficzny na białej kartce papieru.

Bo widzisz, chodzi o to, że włosy rosną bez twojej pomocy, samo się oddycha i samo śpi, oczy wiedzą, co zrobić, żeby się zamknąć. W zasadzie jesteś sobie potrzebna prawie do niczego.


Bronka Nowicka "Nakarmić kamień"
wyd. Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2016
Nagroda Literacka Nike 2016

nagroda literacka nike 2016


poniedziałek, 3 października 2016

W skórę nie wnika czas

W skórę nie wnika czas. 
Zatrzymuje się na jej powierzchni. Chowa w załamaniach fałd 
Ślizgając pomiędzy palcami wprawia w zawirowanie galaktykę istnień. 
Szepcząc zmiennością przebarwień niczym słoje w pniu drzewa 
Ryciną podziemnych rzek znacząc źródło przeznaczenia. 
Za oczy mając dotyk. 
Zmysł świadomości naciągniętej na parzyste nitki nerwów.
Zawieszonych pod zimnym niebem przerwanych poematów 
W zagłębieniu dłoni ściskając niedopisany akapit. 
Pęknięty na wpół owoc kasztana. Castanea sativa.