Bardini. To jest mój los.

Coraz trudniej dosięgnąć klawiszy. Palce grzęzną w jakimś osobliwym paraliżującym znieruchomieniu, które rozrywa myśl, zanim ta zdąży osiąść w słowach, pozostawiając ślad niknący gdzieś pomiędzy jednym uderzeniem a drugim. Nieporęczność i trud zapisania, pochopnie powstającego rozproszenia, staje się żmudną pracą pochłaniającą coraz więcej czasu i pracy. Spostrzegam jak każdy ruch wymaga namysłu, każdemu trzeba wyznaczyć drogę przez wąską przestrzeń klawiszy, jakby dłonie nagle zapomniały własnego rytmu. Myśl umyka nienadążającym za nią palcom zostawiając między nimi drżąc pustkę, rwącą się ciszę, w której słowa rozpadają się, zanim zdążą przybrać najprostszy choćby kształt.

Staram się. Wychodzę naprzeciw kolejnemu spotkaniu z nieodpartym, przyszywającym pragnieniem by ocalić choćby jeden akapit, nie zważając na prześlizgujący się pod palcami czas. Uczę się cierpliwości, namysłu i skupienia nim zapisze splot nieprzypadkowych liter. Wszystko jednak wybrzmiewa z trudem odzwierciedlając ciężar prozaicznej, zdawałoby się, czynności. Z każdym kolejnym dniem i tygodniem, doświadczam pisania stającego się mozolnym przywracaniem rzeczom ich formy, a każda wybrzmiała na klawiaturze fraza jest jak mały, z trudem ocalony kształt myśli. Odkładam na moment umęczone dłonie i chowam zawstydzony, moją nieporadnością, wzrok między kartkami biografii Aleksandra Bardiniego. Profesora Bardiniego, w którego życiowe refleksje wsłuchiwałam się czasami podczas katalogowania książek, wydawnictw teatralnych lub spiesząc z niewielką filiżanką mocnej kawy: „Dziecko, plamy po kawie zmywa się tylko zimną wodą”. Zawsze w marynarce, z sygnetem na małym palcu i z mocnym uściskiem dłoni na powitanie: „Bardini”. Takiego pamiętam.


Teraz poznaję bliżej. Wojna, Zagłada, utrata bliskich, szukanie swojego miejsca na ziemi. Odbudowywanie tego, co przywalone gruzami, a nie dające o sobie zapomnieć, jak umiłowanie muzyki i pasja gry na skrzypcach. Pasja pozwalająca mu podnieść się z ruin. Muzyka i teatr stanowiły bowiem przestrzeń ocalenia, sposób na odzyskiwanie świata, siebie i tego, co wydawało się bezpowrotnie utracone. Budowanego na nowo życia. Istnienia w nowej geograficznej przestrzeni i powrotu do starych miejsc. Błahym wydaje się własna nieporadność patrząc na siłę i determinację, w walce o przeżycie młodego Aleksandra. Wchodząc właśnie na drogę artystycznych spełnień zmuszony jest przerwać plany koniecznością poszukiwania schronienia i odnajdywania się w surowej wojennej rzeczywistości, stającej się jego nieodłącznym towarzyszem podążającym za nim również gdy wojna już ucichnie i opadnie kurz.


Stan strachu wiecznie mu towarzyszył, choć nigdy tego nie ujawniał, poza może okresem tuż po wyjściu z ukrycia. Cieszył się wolnością, ale w każdej sekundzie wykazywał czujność, zachowywał się tak, jakby wciąż coś na niego czyhało. Często odprowadzał mnie do domu, miał po prostu po drodze, obserwowałam u niego odruch osoby w ciągłym napięciu, stanie zagrożenia.


Kolejne ucieczki, dalekie wojaże i ostatecznie powrót na deski rodzimych teatrów, do świata mu najbliższego, gdzie prawda artystyczna i kreacja stanowiły fundament jego zawodowej drogi. Towarzyszyły mu w niej niezmiennie lojalność i poczucie odpowiedzialności, nie tylko za najbliższych i przyjaciół, lecz także za powierzonych mu studentów, aktorów i widzów. Była to odpowiedzialność, która z czasem stawała się czymś więcej niż powinnością, raczej rodzajem cichego zobowiązania wobec ludzi i sztuki, którym pozostał wierny przez całe życie.


Od kilkudziesięciu lat, codziennie rano, gdy wstaję, pytam sam siebie, co robić, by potem się nie wstydzić. Uczyłem w szkole teatralnej. Robiłem to dziesiątki lat i zawsze miałem straszne poczucie odpowiedzialności, że mam czyjś los w swoich rękach. Jeśli człowiek , zamiast karierą, zajmie się swoim sumieniem, to ma strasznie ciężkie życie. 


Bardini” autorstwa Grzegorza Kozaka pozostawia mnie jednak z poczuciem pewnego niedosytu. Sprawia wrażenie pracy patchworkowej. Pozszywanej z fragmentów wspomnień, skrawków pamięci, wypowiedzi ludzi kultury, rodzinnych fotografii i tytułów sztuk teatralnych ciągnących się stronicami, przez co konstrukcja przybiera bardziej charakter dokumentalny, faktograficzny niż prowadzonej płynnie opowieści. I choć wyłania się z tego dziennikarskiego bardziej zapisu, obraz nietuzinkowej osobowości, to pozostaje pewne wrażenie dystansu. Jakby między czytelnikiem a bohaterem nie do końca udało się stworzyć tę szczególną bliskość, więź, która pozwala nie tylko poznać czyjąś historię, ale też pod skórą mistrzowskiego profesjonalizmu, dostrzec samego człowieka. 

To, czego nie można odmówić autorowi, to szczera chęć przywołania postać Aleksandra Bardiniego i jego artystycznego dorobku. Grzegorz Kozak przypomina o jego wpływie na kształt teatru jako przestrzeni wolnej i twórczej wypowiedzi, nieustannego poszukiwania własnego głosu, pracy nad warsztatem i odwagi w kreowaniu nawet najbardziej nieoczywistych scenariuszy, także tych pisanych przez samo życie. Wydobywania, z kolejnych pokoleń przyszłych aktorów, prawdy i sięgania do jądra artystycznego warsztatu.


(...)  chciałbym pokazać reprezentanta pokolenia i przedstawiciela świata, którego już nie ma. Na moich oczach generacja, do której należał, odchodzi do historii a wraz z nią pewien model życia i bycia w świecie: zawodowym, towarzyskim, prywatnym, społecznym. Pragnąłem opowiedzieć o Aleksandrze Bardinim: aktorze, reżyserze, pedagogu, działaczu społecznym, ale może przede wszystkim o kimś wyjątkowym, autorytecie, którym był nie tylko dla swojego środowiska.


„Bardini” to portret artysty charyzmatycznego, wyrazistego, wymykającego się schematom, wiernego sobie i swoim wartościom. Człowieka, którego trudno było nie zauważyć i nie zapamiętać, niczym dźwięku smyczka, który raz dotknąwszy struny, długo jeszcze trwa w ciszy, by wybrzmieć echem wspomnienia.


"Bardini" Grzegorz Kozak
(fragmenty)
wyd. Czytelnik, 2026


"Noktun śródziemnomorski"

 

Bezowocnie wyszukuję głębszego znaczenia zdarzeń ostatnich lat. W chorobach, które znaczyły ciało jak zimne spojrzenia obojętnego losu. W zmaganiach, po których pozostawał tylko przyspieszony oddech i ogłuszająca bezradność. W rozstaniach pękających w dłoniach jak kruche flakoniki po nadziejach przeszywających dom duszną ciszą. W śmierci z nieubłaganą precyzją wygładzającą śladu po czyimś imieniu na gładkim nagrobku. W żałobie. Jakby tylko ona nie traciła na swojej ostrości wyjaławiając każdy skrawek ziemi pod stopami. Bez patosu. Naga i nieodwołalna. Bezwstydna. Leży cicho pod powiekami. Zakrywa dostęp światła. Wymazuje kolory jakby obierała z istnienia jedwabną powłokę barw, plącząc się pod stopami i gubiąc sens w pół-słowa.

Na uboczu zamilknięcia. Wytrwale stawiam kolejne kroki. Przekładam kartki książek układanych w żałobny stos. „Kontener”. „Lato, gdy mama miała zielone oczy”. „Rok magicznego myślenia”. „Baumgartner”, „Księga duchów”, „Śmierć przed obrazem”. Jak wyjść z cienia żałoby nieokaleczonym?

Rysuję niezgrabny uśmiech na ustach. Strzepuję poszarzałe kwiaty z letnich sukienek wypatrując soczystości życia. Podobno lato w rozkwicie. Próbuję oderwać stopy od popękanej ziemi. Wyruszyć w podroż gdzie odnajdę sens własnej egzystencji, porzucając nadmiar zbędnych rozważań i pozwalając ciału zanurzyć się w powietrzu i opływającym go nurcie nadmorskiego wiatru.

Przekraczam granicę. Alhbeck urzeka zgrabnością wiktoriańskiej architektury, cichymi uliczkami, koronkowymi balkonami wyglądającymi spod kaskady soczyście ubarwionych kwiatów, zdobnymi okiennicami wypatrującymi gładkości piasku i uporządkowania plażowych koszy zwróconych intymnie w stronę gładkich fal Bałtyku. Wtulam się w ciepłą gościnność przy zachodzie słońca, palcami wyczuwając tętno pulsujące pomiędzy kartkami „Nokturnu śródziemnomorskiego”.

Powtarzam sobie, że to nie my znajdujemy książki, ale że to one, gdy przyjdzie właściwa, wybierają nas jako swoich czytelników. I wtedy jasne jest, że dają to, na co akurat czekamy. (…) Zakreślam fragment, w którym bohater uświadamia sobie upływ czasu. Zdaje sobie sprawę, że od pewnej chwili jego życie nabrało tempa i nie ma już powrotu do świata za murami, do minionej niewinności. Furtka się zatrzasnęła.

Wypada znaleźć wyjście. Podążyć po śladach stóp do miejsc upragnionych, zapisanych z sentymentalnym westchnieniem i spojrzeniem skierowanym ku zanikającemu horyzontowi, tam, gdzie ostatnie promienie dnia kładą się na grzbietach muszelek i dotykają strzelistych wieżyczek staroświeckich kamienic. Szum fal lekko kołysze się we włosach i wąskich splotach słomkowego kapelusza. Piasek przesypuje się w skulonej dłoni niczym klepsydrze oczekującej na każde ziarenko osuwające się cicho, jakby znało tajemnicę przemijania lepiej niż my. Na moment milkną szerokości geograficzne. Z Alhbeck do Włoch wystarczy jeden drżący ruch dłoni i cała przestrzeń zamyka się w rozmiarze chwili, pochwyconych rozważań nad upływem czasu. Nieuchronnością śmierci. Bogactwie spuścizny literackiej zachowanej w wyglądanych przenikliwe książkach i przewodnikach. Drepczę śladami Marka Zagańczyka dotykając miejsc już kiedyś poznanych, przywołujących wspomnienia pierwszych spotkań z prozą autora, niezmiennie potykając się o swoją własną nieudolność widzenia tego, co on wyczytuje z lekkością między słowami. W załamaniu światła padającego na podziwiane obrazy i cienkiej linii łączącej współistnienie słowa i spojrzenia, kiedy jedno i drugie zaczyna mówić tym samym językiem.

Spoglądam z uwagą na przywoływane portrety pisarzy, z nieukrywanym dla mnie poruszeniem zatrzymując się na dłużej przy osobie Wojciecha Karpińskiego, którego „Obrazy Londynu” stanowią jedno z najważniejszych moich literackich spotkań, także z uwagi na postać Gabora za którego subtelnie zarysowany portret  kiedyś, miałam ogromny przywilej podziękować samemu Autorowi.

Biorę jego książki na chybił trafił. Przypominam sobie ich pierwszą lekturę. Bo u mnie, jak już wielokrotnie pisałem, niemal wszystko zaczęło się od Wojciecha Karpińskiego, zdarzyło się dzięki niemu.

Pamiętam, jak jeszcze niedawno czytałem jego szkic o Gaborze Schabercie, wpisany w „Obrazy Londynu. I mówiłem sobie, że trzeba być, choćby przez chwilę, jak Gabor otwartym na świat, albo jeszcze lepiej być jak Karpiński słuchający Gabora, prowadzący z nim rozmowę, raz pełnym głosem, kiedy indziej w milczeniu. (…) W książkach Karpińskiego odnajduję wszystko, czego szukam, i tylko czasami dziwię się, że nie widziałem tego od razu. Tych książek nie na się poznać raz na zawsze. Trzeba mieć je przy sobie, czytać z otwartą głową i starać się podążać ich tropem.

Podążam dalej, „Nokturn śródziemnomorski” jest poruszającą drogą do miejsc utęsknionych, ale jak większość wzbogacających podróży, biorąca swoje źródło we własnych przeżyciach i wyżłobieniach noszonych w bagażu doświadczeń, w stratach, których nie sposób pozostawić za sobą. Marek Zagańczyk kreśli mapę naznaczoną rozważaniem nad życiem, ważkością lektur mu towarzyszących, muzyki i obrazu. Bólu oddalenia, utraty ponoszonej na wielu płaszczyznach, jak wielopłaszczyznowe może być odczytywanie najnowszej i długo wyczekiwanej książki Marka Zagańczyka. Każda ze stron przypomina powolne odkrywanie harmonii ukrytej pomiędzy obecnością i nieobecnością, zachwytem nad światem i zgodą na jego przemijanie. To podróż głęboko osobista, taka, w której odległe krajobrazy stają się zwierciadłem własnych przeżyć, spostrzeżeń, zapisów z uważnego podróżowania, fragmentów wspomnień i zadumy nad dzisiejszym światem.

Dla mnie osobista po wielokroć, bo proza Marka Zagańczyka towarzyszyła mojemu Tacie w czasie, który nabrał szczególnej miary, kiedy każda chwila zdawała się ważyć więcej, a słowa zostawały z nami na dłużej. W jego ostatnich miesiącach i tygodniach. Inżynier i niespełniony muzyk. Tata cenił filigranową urodę podsuwanych mu książek, szlachetność słowa i tę szczególną uważność, z jaką autor patrzy na świat. Bliska była Mu również pasja podróżowania, ciekawość świata, który mi podarował, potrzeba wychodzenia ku miejscom, ludziom i pejzażom, które potrafią na chwilę zatrzymać czas. Były pretekstem do wspomnienia jego własnych podróży, póki nie wyruszył w tę ostatnią.

Nie potrafię być na jego miarę, ale przynajmniej wiem, ile mi do niego brakuje, co mam zrobić, aby zasłużyć na jego uznanie, spłacić, choćby w części, jego wielki dar miłości. Odszedł po cichu, we śnie, mam wrażenie, że sam się na to zdecydował, bo z typowym dla siebie uporem uznał, że będzie innym zawadzał, że już przyszła jego pora, że nie ma siły dalej służyć.


"Nokturn śródziemnomorski" Marek Zagańczyk
Wydawnictwo Próby, 2026
(fragmenty)


"Widząc jasno w zachwyceniu"

Pokuszę się o wyznanie, bez zbędnego wahania: to najpewniej moja książka roku, choć rok 2026 dopiero stawia pierwsze kroki. Książka zaliczana do tych najcenniejszych w moim prywatnym archiwum ważnych spotkań z literaturą. Nie mogłabym też nie przyznać, że to jedno z fundamentalnych spotkań, z Jarosławem Iwaszkiewiczem, porządkujące moją prywatną topografię literackich drogowskazów wpisujących się w najistotniejsze czytelnicze doświadczenia, naprowadziło mnie ku tak nietuzinkowym postaciom. Od niego rozchodziły się ścieżki prowadzące ku Konstantemu Jeleńskiemu, Józefowi Czapskiemu, Simone Weil, Ludwikowi Heringowi, w końcu Wojciechowi Karpińskiemu. Dzisiaj, każde z nich budzi się pod moimi powiekami, przegląda ponownie w źrenicach przypominając wcześniejszą swoja obecność w „Wyrwanych stronahc” czy „Zbójeckich książkach”. W zarysie postaci „Henryka”, i pozostającego dla mnie tajemnicą, intrygującego Gabora. To spotkania sięgające dalej niż okładki pojedynczej książki.

Sięgam zatem po jedną z nich, szczególnie bliską mojemu sercu - „Obrazy Londynu” Wojciecha Karpińskiego, w której pisał:
O Bonnardzie powiedziano, że nie malował świata, ale malował nasz proces postrzegania (...) Sam o sobie powiedział, że chciałby przedstawić na płótnie wrażenie, jakie się ma, gdy nagle wchodzi się do pomieszczenia. Powiedział też, że sztuka jest zatrzymywaniem czasu.

Czytając korespondencję Wojciecha Karpińskiego z Józefem Czapskim, odnoszę wrażenie, że podobna intuicja prowadziła także ich własne pisanie. Ich listy pozostały nie tylko zapisem myśli, pragnień czy relacją z bieżących wydarzeń, ale także próbą uchwycenia chwili w jej intensywnej przemijalności odczuwania. Pisania czasem niespiesznego, zawieszonego w głębi egzystencjalnej analizy, czasem niewygodnego, niemniej domagającego się pochylenia nad każdą frazą, kolejnym akapitem będącym niedomkniętą przestrzenią splecenia się dwóch form: malarskiej wyobraźni i eseistycznego patrzenia. Młodzieńczej i dojrzałej żarliwości, obu zakorzenionych w doświadczeniu i obdarzonych szczególnym stanem wrażliwości, potrzeby przebywania w strefie autentyzmu, ciągłego dialogu z nieustannie rozdzierającym nas światem.

Prawda jest taka: pisanie było mi wewnętrznie niewygodne, celom higieny mentalnej szkodliwe. Unikałem tego typu oceny mej sytuacji bieżącej, bowiem od przyjazdu z Francji łudziłem się, że nastąpi COŚ, jakaś głęboka zmiana, która umożliwiłaby mi utrzymanie się w tym stanie umysłowej frenezji, ożywienia wrażliwości, że mimo braków bodźców – temu stanowi odpowie tego typu ucerebralnienie moich zainteresowań, wyostrzenie aparatury intelektualnej, że przez siebie, dla siebie i w sobie dokonam czarodziejskiej przemiany rzeczywistości w Rzeczywistość, że „widząc jasno w zachwyceniu” będę potrafił, pogłębić zdołam to, co dostępne, a resztę z siebie wyrzucić.

Obaj prowadzą bogaty dialog, w którym zdaje się, że istotne jest samo trwanie w procesie spostrzegania i rozumienia. Czujnej analizie przeżywanych lektur, rozterek, otaczającej ich codzienności, skrawków płócien ujętych w ramy muzealnych przestrzeni i filozoficzno-literackich rozważań. Barwa i intensywność tej korespondencji, trwającej ponad dwadzieścia lat, nakreślają temperaturę wzajemnej relacji, jej dojrzewania mierzonego nie upływającym czasem, lecz linią światła między pauzami i potrzebą dzielenia się tym, co domaga się uważności słów.

Po pierwsze – choć wdzięk sam się w swojej pełni uchwytujący istnieć nie może, to jednak może on istnieć dla innych, dla tych, którzy zdołają zrozumieć, że choć nie jest możliwe zrealizowanie w sobie tak doskonałej konstrukcji, to można ją podziwiać jako doskonałość nigdy w pełni nieosiągalną, choć zawsze upragnioną; jeżeli nie można być samo się uświadamiającą wcieloną psychicznością, można jednak być wcieloną psychicznością dla kogoś, można jej w innych poszukiwać.

Czule tuląc jedną z najnowszych publikacji Wydawnictwa Próby, przyznaję że korespondencja Wojciecha Karpińskiego z Józefem Czapskim jest lekturą wymagającą. Rozbraja pospieszne pragnienie czytelniczej zachłanności domagając się ciszy i czasu. Zgody na powolność. To spotkanie dwóch umysłowości, które wymykają się wszelkim próbom nazwania. Napisać o nich: Józef Czapski - malarz, Wojciech Karpiński - eseista, nawet jeśli najwyśmienitsi, znaczyłoby zawężenie ich zdolności postrzegania świata i sztuki. Każda próba ich uchwycenia osuwa się w uproszczenie. Obaj wychodzą daleko poza przypisywane im ramy, jakby istnienie było dla nich ruchem ku czemuś szerszemu, nieustannie otwartemu, czyniąc to z naturalną swobodą i erudycją, rozległością myślenia i spostrzegania. Jak sprostać takiemu wyzwaniu?
Przyklejam kolorowe kartki nie chcąc zgubić żadnej refleksji, najcichszego szeptu myśli przemieniającej się w dyskurs filozoficzny. Niektóre kartki drżą w mojej dłoni, jakby chciały umknąć uchwyceniu, ale trzymam je mocno, bo każda już nosi kawałek mnie samej. 

Czuje, że to książka, do której będę powracać jeszcze długo po tym jak zamilknie ostatnia jej strona. Należy bowiem do tych, wcale nie częstych, spotkań z literaturą, w których czas z nią spędzony staje się obecnością intensywną, nie milknącą, otwierającą nowe przestrzenie czujnego milczenia i światła. Pozostawiającą ślad wewnętrznej przemiany, pewnego rodzaju duchowego dopełnienia, jakby na moment udało się dotknąć istoty istnienia.

rzucić pisanie
i zająć się rozżarzonymi znakami
uznanych znakomitości, stać się
ich idealnym czytelnikiem, żarłocznym
przeżuwaczam, który miłość do arcydzieł
przedkłada ponad chęć powtórzenia ich
albo przelicytowania
i być najznakomitszym czytelnikiem na świecie [...]
Muszę czytać uważniej.

Derek Walcoot, 
"Cyprysy i Topole" Marek Zagańczyk


Józef Czapski - Wojciech Karpiński. Korespondencja.
Wydawnictwo Próby, 2026

"I odnajdywania się "

Mieszkanie starodawne. Śniadania w łóżku. Plotkarstwo gazeciarskie. Deszcze nieznośne. Utracenia się.        I odnajdywania się radosne.

fragment Nasza droga z Prozy Poetyckiej, Jarosław Iwaszkiewicz, wyd. Czytelnik, 1958

***

Niezatrzymany strumień czasu przepływa między kolejnymi chwilami na moment spowalniającymi na życiowych nierównościach. Okoliczne stawy przykryte nieśmiałą warstwą śniegu wydają się nie pasować do okolicznych magazynowych zabudowań. Trudno zrozumieć przypadkową architektury okalającą mijane przedmieścia. Ujmować dopiero zaczyna małomiasteczkowa prostota niewielkich domków okalanych ogródkami i przykryte welonem przymrozków dywany owocowych sadów.

Śpiew ptaków i kubek kawy zbożowej budzi o poranku. Grzanka z konfiturą pozostawiająca słodki smak na podniebieniu. Pochylone ku ziemi krzaki pomidorów i rozłożystość uschniętych dyniowych liści przypominają o zaniedbaniach w jesiennych porządkach. Wydawało się, że na wszystko jeszcze jest czas. Stosy nieprzeczytanych książek i zdjęcia z dzieciństwa przypominają o bezpowrotnym przemijaniu. W pustych, glinianych doniczkach jeszcze pomieszkuje zapach późnego lata.

Niezgrabność ciała skrępowanego w przyciasnym gorsecie licznych powinności nie pozwala swobodnie oddychać hamując płynność ruchów. Jakby mieszkało się w zbyt wąskiej rękawiczce a próba wyciagnięcia drżącej dłoni niezmiennie narażana jest na litościwe spojrzenia przechodniów. Pisanie przychodzi z coraz większym trudem. Czasami chciałoby się skryć w kieszeni własnego płaszcza, wtedy skórę podrażnia ostrość przetartej, włóknistej struktury codzienności. Pozostaje świadomość własnych ograniczeń i postrzeganie nieuchronności wypatrywanych zbiegów okoliczności.


Szansa Baumgartnera

(...)
Kiedyś wypowie mój język, że dotyk jej dłoni
W mojej nie zwątpi o tym, który nie potrzebuje
Światła ani ciemności, którego rana wyschnie
I uwolni swoją dłoń, jej dotyk w mojej. Mógłbym
Jej zadać tę, która by nie była moją, ale bez niej
Ile razy musiałbym całkiem sam umierać.

fragment wiersza Macieja Niemca z tomiku "Stan nasycenia
seria poetycka Zeszytów Literackich


Baumgartner schodząc do piwnicy, wchodzi w ciemność. I choć mogłaby się zdawać obramowana kształtem znajomego mu pomieszczenia, to jednak usuwa spod jego stóp pewność kolejnego kroku. Nieoczekiwany brak światła wytrąca go z codziennej rutyny. Wyzwaniem staje się zanurzenie w tej obejmującej wszystko ciemności, jakby wchodziło się nieporadnie w objęcia nagle pojawiającej się starości. Ciemność zmusza go do zwiększonej uważności. Jej bezkresna obecność obejmująca wszystko, wyostrza zmysły, ale tez odbiera złudzenie kontroli. Możliwości ostrzejszego widzenia. W ciemności nic się nie kończy, nie ma żadnych konturów, nie ma twarzy, ani błędów, ani utraconych, bliskich nam osób. Nie widać nieporadności, niefortunnie ustawionego kubka na rogu stołu, porzuconych pod łóżkiem kapci, zgubionych w kieszeni płaszcza kluczy do domu, niewyczuwalnych już dla naszych dłoni kształtów. W tej zasłonie nieobecności rzeczywistość traci swoją wagę. Zacierają się granice pamięci, jakby jaźń zlewała się z tym, co bezpowrotnie utracone.

Baumgartner szuka możliwości przywrócenia światła, nawet jeśli jej promień przywoła ból wciąż na nowo przeżywanego rozstania i naoczne potwierdzenie czyjejś nieobecność. Fragmenty życia, które powinny pozostać w cieniu: niedokończone, nieprzepracowane traumy powracają rozbłyskiem, gdy czas się rozmywa. I toniemy w tej metaforycznej przestrzeni, która dotyczy zarówno ludzkiej kruchości, jak i potrzeby sensu, porządku i jasności. Powrotu do codziennych czynności z jaką Baumgartner chwyta liczne wspomnienia, niczym kartki z jednodniowego kalendarza. Pojedyncze skojarzenie. Wypracowany przez lata rytuał. Zapiski z dziennika. Przywoływane stają się niczym codzienna ceremonia podtrzymywania pamięci o bólu, stracie, ale i ogromie wdzięczności za wszystkie doświadczone emocje i przeżycia. Za darowany czas we dwoje.

Przez pół roku nie rozpoznawał w sobie siebie samego, nie był istotą, którą znał i wypełniał sobą od dzieciństwa, żył w tymczasowej strefie zagubienia i irracjonalnych odruchów, rozchwiany psychicznie pokonywał kolejne dni, wynajdując sobie dziwaczne, impulsywnie podejmowane zajęcia. Nie tylko bębnił w maszynę Anny i produkował jakieś brednie, ale potrafił dwa wieczory strwonić na wyjmowaniu rzeczy z jej komody i wkładaniu ich tam (...) każdego zaś ranka przygotowywał dla niej kubek kawy, siadał przy stole ze swoim, i zanim upił pierwszy łyk, swoim kubkiem wznosił toast.

"Baumgartner" Paula Austera to spokojna medytacja nad ciałem, starzeniem, refleksja nad życiem i jego niespodziewanymi zwrotami zdarzeń. Jego pożegnanie.

Żyć oznacza odczuwać ból, powiedział sobie, a żyć w strachu przed bólem to zrezygnować z życia (...) ktoś, kto żyje tak długo jak on, może prosić o coś więcej ponad to? Szansa, żeby znów zacząć. Szansa, żeby powtórnie wykorzystać szansę i zmierzyć z żywiołem rzeczy tych dobrych lub złych, jakie mają nastąpić.

"Baumgartner" Paul Auster
wyd. Znak, Kraków 2025








 

 

Zatrzymana chwila

Przemijająca codzienność, uchwycona w przypadkowym kadrze, których rejestrujemy nieskończoność, zatrzymuje spojrzenie na mgnieniu chwili, która już przeminęła. Rozproszyła bezszelestnie, stając się cieniem wspomnienia zawisłego gdzieś pomiędzy tym, co było, a tym, co nigdy nie powróci. Ten fragment, zwyczajny, pozornie nieistotny, nagle staje się zapisem zaistniałej nieobecności. Okruchem momentu, który już nie istnieje, a jednak wciąż trwa, widoczny w odbiciu naszej źrenicy. Zatrzymany ruch, załamanie światła, ślad oddechu na szybie, spojrzenie wciąż odbijające się na siatkówce naszej pamięci. Cokolwiek to było, trwało zaledwie mgnienie, a jednak pozostawiło cień, którego nie sposób cofnąć ani unieważnić. Moment umierający na naszych oczach, bo przecież każda chwila może okazać się ostatnią w danej chwili świata. Coś mijającego bezpowrotnie, bo już nigdy nie będzie tej samej godziny, chwili uchwyconej w ramy naszego spostrzegania.

Z dystansu, gdy patrzymy na ten kadr, próbujemy zrozumieć, co właściwie zostało uchwycone w tym drobnym geście. I można by wracać do takiego wycinka rzeczywistości jak do obrazu w muzeum, choć nie tylko dla samego dzieła, ile do uczucia, które w nas wywołuje. Dla drgnienia myśli. Jak pisze Maria Poprzęcka w "Śmierci przed obrazem": Obrazy poczęte są z prostego, wzrokowego doświadczenia - to las widziany z perspektywy leżącego na wznak. "Kiedy człowiek leży na wznak i patrzy prosto przed siebie, niebo okazuje się czymś tak dalece innym, że aż można doznać wstrząsu".

Być może w tym właśnie tkwi sens. W tym, co przypadkowe, kruche, ledwo dostrzegalne. Co przemija, zanim zdążymy nazwać. Niczym widok zapisany w migawce oka umierającego. Docierając do granicy widzialności i niewidzialności. Maria Poprzęcka prowadzi nas przez spojrzenia: uważne, pełne skupienia, zawieszone w przestrzeni obrazów, które pozornie mogą zdawać się już tylko świadectwem minionego. Pochyla się nad starością i śmiercią, ale nie czyni tego z patosem, pozostaje jakby na ich krawędzi, nie wchodząc w dramatyzm odchodzenia, lecz zatrzymując się w jego przedsionku. Tam, gdzie jeszcze trwa spojrzenie.

Starości nie da się z myślenia wyeliminować. I nie da się go wyeliminować także z myślenia o sztuce. Zwłaszcza z naszego myślenia, którzy syceni jesteśmy tekstami starych poetów - Iwaszkiewicza, Miłosza, Różewicza. To oni wprowadzają nas w starość, w jej "straszność". Pozwalają doświadczyć napastliwego poczucia bezsensu, absurdu istnienia, lęku przed nicością. Przybliżają czas nasilających się dolegliwości, upokarzającego niedołęstwa, cierpienia fizycznego i duchowego.

Przychodzi i nam patrzeć na to z bliska. Dostrzegać miejsca, gdzie pada nieśmiałe światło. W tych subtelnych momentach ostatniego bycia, ostatniego widzenia, dostrzegać coś więcej. Być może próbę uchwycenia ostatniego obrazu, który człowiek zabiera ze sobą wyznaczając kres swojego istnienia. Zadania sobie pytania: Z jakim obrazem odchodzimy? Na czym spocznie nasze ostatnie spojrzenie?

Obrazy, które przywołuje Maria Poprzęcka stanowią rodzaj medytacji nad trwaniem i przemijaniem. To nie tyle zapisy śmierci, co zdolność dostrzegania szczegółu, który mówi więcej niż wszystkie opracowania historii sztuki. To nie tylko opowieść o obrazach, ale też o tym, jak patrzymy na kres, i jak poprzez obraz próbujemy go oswoić. Opatrzeć się z nim, zanim zanurzymy się w powolny proces zanikania czy na chwilę stającego się dla nas tylko "półśrodkiem uśmierzającym ból istnienia.".


fragmenty z książki Marii Poprzęckiej
"Śmierć przed obrazem.  O sztuce, starości i znikaniu."
wyd. słowo/obraz terytoria, 2024 



"Chodzi o to, by człowiek pozwolił sobie na radość"

Nie umiem zliczyć czasu, który oddalił mnie od tego miejsca, chociaż zdawało się najbardziej moje. Wydaje się jakby drogi z każdym rokiem nazbyt prędko się zwężały. Czasami zdaje się, że miejsca jest mało choćby na jedną stopę. Wszystko się zlewa i ginie w miałkim piasku, zaciśniętym w niezgrabnej dłoni. Coraz bardziej niedołężnie próbującej nakreślić obrys zachodzącego słońca. Chwytającej resztkami sił cienkich nitek ogromnej, pomarańczowej włóczki. Niczym rozczesywanych palcami niepokornie zmierzwionych po nocy włosów. Kolejne przebudzenie. Przekartkowane pospiesznie chwile. Nienazwane. Bezimienne. Rozpraszające zapach świeżo zmielonej kawy w otulinie niepewnego poranka. Powroty do siebie stają się wyzwaniem.

Ale widzę też, jak ozdrawiające bywają chwile, gdy człowiek pozwoli sobie na zaufanie. Jest wiele rzeczy, które mogą mu w tym przeszkodzić: pamięć nieudanych prób, odniesionych krzywd, popełnionych błędów. (...) Człowiek myśli, a chciałby nie myśleć. Patrzy, a wolałby nie patrzeć. (...) Chodzi o to, żeby człowiek pozwolił sobie na radość, żeby zaufał tej nadziejności, z której wyrasta każda, nawet najdrobniejsza, zmiana na lepsze.

Słodko-gorzki płomyk świecy dygocze od ciężkiego oddechu szukającego ukojenia. Niekończących się w zaplątaniu zdań i pogubionych znaków interpunkcyjnych wypływających spomiędzy okładek książek figlarnymi pozami, niczym w tradycyjnym rytuale „shodo”. Zawieszam wzrok na nierozczytywanej płynności ruchów. Giętkich znakach kuszących orientalnym zapisem skupienia i wytrwałości. 

Chłodem otulone chwile grzeją się w cieple słów ku pocieszeniu trosk skwapliwie zbieranych w „Dzienniku pocieszenia”. Nieskwapliwie czytane wyznania wprawiają w konsternację siedzącego naprzeciw pasażera. Wycieram je z zakłopotaniem z policzka. Przedział mknącego pospiesznie pociągu nie wydaje się właściwym miejscem na rozwichrzone emocje spływające trudnymi do zatrzymania stróżkami. Nie wiem czy uda się je kiedyś zatrzymać, przekształcić, wyjałowić z paraliżującej bezradności. Zamknąć wieka trumien i noszonego nieustannie bólu. Straty. Pożegnania trudnego do wyartykułowania. 

Nie ma świata optymistycznego i pesymistycznego. Świat jest integralny, jeden. Żal, rozpacz, smutek zrastają się z nadzieją. Człowiek ma w sobie ogromną zdolność do samopocieszenia.

Wstać, otrzepać się, jeszcze raz spróbować. Nadzieja kolejnego dnia... Wschód słońca... Pierwsze spojrzenie za okno...

fragmenty "Dziennika pocieszenia" Wojciecha Bonowicza

wyd. Znak, Kraków 2024


Bezdomność

Drepczę przed siebie spoglądając wstecz. W bezpośredniej konfrontacji z niemożnością oswojenia bezdomności w żałobie. Swoistego wykorzenienia z poczucia jakiejkolwiek przynależności stanowiącej uprzednio rdzeń własnego jestestwa.

Szukam nowego miejsca. Śladów, w których zmieściłabym swoje obolałe, od syzyfowej wspinaczki po garbatych plecach, stopy. Zachowując odległość, od przechodzącej obok w obojętnym tryumfie codzienności. Przebywam we własnym ciele wystawionym na ciągłe odczuwanie nieodwracalnej egzystencjalnej ułomności.

Adam Zagajewski w “Substancji nieuporządkowanej” wspomniał o notatce Bacha, który po śmierci pierwszej żony i dzieci napisał: “Boże, nie pozwól, żeby mnie opuściła radość”, “radość jako coś transcendentalnego, zapisanego w naszej substancji”.

Lekcja pierwsza. Uśmiech. Lekcja druga. Kolorowa sukienka. Lekcja trzecia. Uśmiech. Lekcja czwarta. Kolorowa sukienka. Z ulgą jedno i drugie odwieszam do szafy chowając żenującą nieporadność poruszania się w wyjałowionej z radości rzeczywistości. Opustoszałej. Bezbarwnej. Bezpowrotnie. Niepodważalnie. Na amen. Pozostając substancją nieuporządkowaną.

Rzęsy w atramencie

"Daj rękę, pójdziemy wstecz po naszych wspólnych śladach
pozwól, że poprowadzę cię raz jeszcze."
Halina Poświatowska


Przekładam kartki książek. Bezgłośnie. Jak odszedłeś. Litery zdają się jedynie rozsypanym makiem utkwionym pod powiekami. Drażnią. Kaleczą. Zanurzam rzęsy w czarnym atramencie rysując wyschnięte rzeki w zagłębieniach dłoni, palcami wodząc po zarysach znajomych kontynentów. Zapach czekolady w Blois. Portret "Muzykantki" w Montrésor. Smak curry rozcierany palcami. Komplet strun do starych skrzypiec. Synagoga w rodzinnym miasteczku. Żydowska piosenka. 

W strzykawki nabieram ból tętniący pod cienką skórą nadgarstka. Fastryguję poszarpane noce. Wyszarpuję korzenie oplatające obolałe ręce nasłuchując głuchych poranków. Wsuwam stopy w chłodne, zbyt duże flanelowe kapcie potykając się o nieporadność własnych uczuć. Garbate myśli. Odkładam resztki leków i niemodne okulary w złotej oprawce. Chowam w szafce krzyczące tytuły niedoczytanych gazet, by nie dotarły pod grudkę wilgotnej ziemi. Zapomniałeś koca Tato. Jest tak zimno.

Pora na rysunek

"Twoja dusza jest całym światem" Hermann Hesse "Siddhartha"

Szukam sensu doświadczania niewystarczalności własnych sił. Wypełniających szczelnie każdy dzień pomiędzy szczeblami łóżka. Pomiędzy warstwami nazbyt ciężkiej pościeli. Ciemniejących szkłach okularów. Z porannym łykiem kawy przełykając krzyk bezsilności wobec zawężającej się soczewki widzenia budzącego się za oknami świata. 
Próbuję, łapczywie patrzeć czyimiś oczami. Być czyimś czytaniem. Uczyć się godzenia na utratę zdolności zaplatania słów wokół palców sztywniejących niezgrabnie. Gubienia siebie. Poruszenia bezlistnych gałęzi pochylonych nad blaknącą kartką papieru. 
Nasłuchuję płytkiego oddechu. Tigarella na parapecie wystawia listki do słońca. Spomiędzy okładek nieprzeczytanych książek kruszą się, znudzone czekaniem, strzępy wyschniętych tekstów. Zgarniam je dłonią i wysypuję do ogrodu. Może zakwitną pod skórą wychłodzonej ziemi. Na wiosnę. 
Stopy boleśnie kaleczą się o popękane doniczki. Istnieję. Wracam do pokoju wypełnionego nierównomiernym oddechem. Pora narysować uśmiech na ustach. 



Cedzone słowa

Przeszłość daje się utrwalić jedynie jako obraz, który rozbłyska w momencie swojej nierozpoznawalności, aby już nigdy nie powrócić.
Joanna Ugniewska "Podróżować, pisać"

Wieczór opada niczym pozbawiona intensywności zapachu mgiełka porannych perfum. Bezdźwięcznie, jak w ciszy słychać umykający za rogiem czas. W kapeluszu i przydużym płaszczu zbierający ze sobą rozsypane w codziennym pośpiechu chwile. Cedzone, przez wąskie sito bezradnej niezgody na zapomnienie, słowa. 
Szukam istnienia. Sensu przemijania na kliszach wyblakłych zdjęć nim zatrą się figlarne kształty wspomnień, milczące kamienice niezamieszkałych pokoi, opuszczone w oknach firanki i zwiędnięte liście pelargonii. Zasuszone w wazonach szczegóły czułego uniesienia, nieodnalezione ziarenka piasku rozsypane w oziębłych nieobecnością żeberkach starego kaloryfera. Krople deszczu dudniące w wyciągniętych szyjach  rynien i rytmicznego skrzypienia przestarzałego szyldu patrzącego z naprzeciwka. Liczę opadające na chodnik litery. Szpary w nocnym śnie. Przepalone żarówki oświetlające nagość pustki. Wyblakłe tapety i porzuconą w pośpiechu pościel. 
Palcami wygładzam czapy śniegu na balkonie. Wargi wypełnia zamarzający smak goryczy. Zamykam w małej fiolce kruchość opadającej rdzy, daremność posiadania pamięci o Tobie, na wyłączność. Trzeba zrezygnować z pragnienia czekania na powroty.

Nieobecność

Chłód spływa między łopatkami prostując plecy. Brakuje mi tchu. Resztkami sił zmywam Twój oddech ze ścian przedpokoju. Zaciskam palce klejące się od bolącej gęstości wspomnień. Płuczę łzy w starej misce i wywieszam na sznurku. Wilgoć w łazience nie pozwala im wyschnąć. Kapią rytmicznie do wanny, nietaktowne w swojej nieustępliwej powtarzalności. Ciągną się za mną niczym melodia płynąca z radia rozbijając śmiertelną głuszę szpitalnej sali. Pozbiera myśli. Wypełni rozpacz skuloną na kuchennej podłodze jak osierocone dziecko. 

Zbieram tabletki. Flakoniki złudzeń. Dwa lata walki. Ktoś dzwoni. Nie mam siły otworzyć drzwi. Bezradność zawieszam na klamce i chowam do szuflady kolejną parę Twoich okularów. Przygniata wielość przedmiotów, nieprzeczytanych gazet, świętych figurek i nieomodlonych na kolanach różańców. Zimno. Nocą przychodzisz i wciskasz się pod moje powieki. Wtulam się w Twoją nieobecność szukając pulsu życia w załamaniu zimnej pościeli. Dusisz się i otwierasz oczy. Biegnę otworzyć okna. Zachłannie chwytam powietrze. Przyłóż swoją dłoń do moich ust. Proszę. Ucisz mój krzyk. Mamo.



W ciemności

W ciemności niczego nie można ukryć.
W ciemności można udawać, że niczego nie ma.
fragment wiersza Macieja Niemca z tomiku "Stan nasycenia"


Próby powrotu bywają trudne. Czasami próba zapisania siebie zdaje się być niczym wewnętrzna strona dłoni. Osobiste dzieło Durera. Wyżłobiona siatka przecinających się linii niczym uliczek w zatłoczonym mieście, wstążka rzeki przecinającej dzielnice miasta lub łącząca odmienność urbanistyczną nadającą niezrozumiały, przybyłym z innych miejsc, charakter różnorodności tkwiącej w jego mieszkańcach. Bywa zapisem doświadczeń, emocji, minionych lat i ciężaru dźwiganego bagażu, momentami zaciśniętym w pięści wewnętrznej niezgody na niesprawiedliwości nas dotykające. Tkwiące w nas zacietrzewienie i ból. Niekończącą się analizą nagłości zdarzeń nie będąc na nie przygotowanym. 
Unoszę codzienność przejmującego ciężaru. Biorę pod opiekę utracony czas. Zniekształcony, szpetny, niezrozumiały w swojej obojętności. Zepchnięty w najgłębsze szczeliny istnienia wypełnionego przepalonymi żarówkami, strzępkami wspomnień, zmechaconymi kłębkami siwej włóczki zwiniętymi na pochylonym karku. Chłodem wędrującym o poranku między łopatkami i stosem niekształtnych słów opadających bezwiednie na dnie filiżanki. Czekam na zmrok. Udawanie.




Wojciech Karpiński. Ballada zewnętrznego życia.

22 sierpnia 2002 w "Obrazach Londynu" Wojciech Karpiński pisał:
"W pewnym momencie powiedział, że po węgiersku istnieje słowo określające rodzaj serenite (ale to złe słowo), spontaniczne zachwycenie, korzystanie z życia, bezinteresowne otwarcie na świat, mają je często dzieci, wielu ludzi potem je traci, a bez tego życie nie jest warte złamanego grosza."

22 sierpnia 2020, sama próbuję notować. Mam jednak wciąż słowa bezskrzydłe. Niezdolne unieść ciężaru pustki zamkniętych źrenic. Trzepotałby tylko bezdźwięcznie stając się krzykiem bezradności i braku zgody. I tylko sama pytam siebie czy firanka w oknie dawnego mieszkania Gabora choćby drgnęła? Czy Chrystus Tycjana choć uronił łzę, Święty Franciszek Zurbarana przysłonił dłonią twarz?
Zostawiam dawne słowa i fragment wiersza, o którym Wojciech Karpiński pisał:

"Ależ to ulubiony przeze mnie fragment wyjątkowo bliskiego mi wiersza Hofmannsthala Ballada zewnętrznego życia: I ciągle wieje wiatr, i wciąż od nowa mówimy i słyszymy wiele słów, i czujemy pragnienie i zmęczenie ciała."


Wojciech Karpiński 11.05.1943-18.08.2020

Odrobinka życia

Wieczysta tajemnica ujawnia się najpełniej w małym piasku, w "odrobince życia" (...)
Piotr Paziński "Rzeczywistość poprzecierana"

Prują się skrawki przerwanych nagle snów, szamoczą pragnienia w bezradności obserwując szklistą przezroczystość spływającą obcym chłodem na przygarbione plecy. Tak łatwo spłycić każde niewypowiedziane słowo wtłoczone w pośpiech codzienności wystukiwanej na klawiaturze telefonu. Rozsypać się niczym ziarenka piasku. Emotikony, bez wyrazu. Choćby najdrobniejszego. Okradać z wrażliwości. 
Naciągam na siebie stary sweter. Jakkolwiek ciepły, to pełen supłów i splątań niemożliwych do rozsupłania. Wyciągnięte nitki włóczki wyglądają zza przerzedzonej warstwy oziębłości osiadającej na parapecie okna niczym poranny szron. Zdrapuję jego cienką warstwę chcąc dotrzeć do oryginalnego płótna i splotów nerwów tętniących podskórnie. Poraniona zamykam okno. Chowam dłonie w przydługich rękawach poprzecieranej rzeczywistości. 

KLISZE PAMIĘCI
W naszym "składzie" pamięci istnieją "karteczki"
klisz zarejestrowanych przez nasze zmysły.
Przeważnie szczegóły z pozoru nic nieznaczące,
biedne, odpadki, jakieś wycinki...
NIERUCHOME!
I co ważniejsze: PRZEŹROCZYSTE. Jak negatywy
Aparatu fotograficznego.
Można je nasuwać jedne na drugie.
Dlatego nie należy się dziwić, że np.
wypadki odległe łączą się z dzisiejszymi,
postacie się mieszają, mamy poważne kłopoty
z historią, moralnością i wszelkimi
konwencjami".

Tadeusz Kantor, Niech szczezną
z książki Piotra Pazińskiego "Poprzecierana rzeczywistość"
wyd. Austeria, Kraków - Budepeszt 2015



Kocha się tego, któremu najbardziej chce się opowiadać

"Nie da się do niczego porównać uczucia, kiedy twarz drugiego człowieka staje się prawdziwym spotkaniem. Otwiera się na drugą twarz."

Takim jest spotkanie z "Purezento". Ulotnym, eterycznym, zanurzonym w tokijskim deszczu, pomiędzy nitkami złota sklejającego odłamki popękanego życia. Intymnym doznaniem zapachu egzotycznych kwiatów, świeżo skoszonej trawy i gęstym wypełnieniem czasu pomiędzy życiem i śmiercią. 
Oddechem niepospiesznej sztuki 'kintsugi' wymagającej otwarcia umysłu i poszukiwania drogi. Staroświecką pocztówką. Dotknięciem, odległych od siebie dłoni, tego samego kawałka papieru.
Przejmującą. Nietuzinkową. Bladoherbacianą kompozycją zapachu i smaku. Pełną nieuchwytnej ale chłoniętej, każdym zmysłem, harmonii gestów i nawijania wielobarwnych nici codzienności na kłębki.
"Purezento" Joanny Bator. Oczyszczające zanurzenie się w głąb samej siebie.

"Wzięłam prysznic i wyszorowałam się czarnym mydłem. Wymyłam włosy. A potem nalałam wody do drewnianej kadzi i zanurzyłam się w niej. Nabrałam powietrza i zwinęłam się w kłębek. Moje plecy i stopy dotykały drewna. Włosy unosiły się wokół twarzy jak wodorosty. Gdybym mogła tak pozostać. Poza ciałem, poza umysłem. Niczego nie pragnąć, niczego się nie bać. Zawieszona w krystalicznej pustce. Słyszałam tylko daleki głuchy odgłos. Może to był tajfun. Może to biło serce ziemi.".

Jasna. Piękna. Mądra książka. Zapisana jednym znakiem, oznaczającym jednocześnie serce i umysł. Po prostu "mei".

"PUREZENTO" JOANNA BATOR
wyd. Znak, Kraków 2017

Myślę, że wiem najważniejsze

Ten moment przebudzenia, gdy pojawiają się pierwsze myśli dnia; człowiek zadaje sobie pytanie - skąd się tam biorą, oczekując naszej świadomości. (…)


Wiatr plącze gałęzie drzew. Strąca bezdomność nocy błądzącej bezpańsko po pustych ulicach. Odlicza po kropli potu ilość paciorków niewysłuchanych modlitw nad ranem. Uniesień niezawinionych win. Śladów pogubionych dróg. Drepcząc donikąd. Stając się nieczytaniem. Nieistnieniem. 

Próbuję się przebudzić z odrętwienia. Pochylam się ujmując jej wątły grzbiet. Gdyby wysypać drukarski popiół spomiędzy jej okładek, zmieściłby się w jednej dłoni wypełniając jednak szczelnie każde, najdrobniejsze zgłębienie w skórze, przenikając nitki pomarszczeń znaczących swoistego rodzaju pajęczynę połączeń. Cielesności współistnienia z jednoczesnym odchodzeniem od okaleczonego bytu. 

"Wszystko, co piękne, trwa jedynie chwilę", ale dla takich chwil warto pokonywać własne słabości. Tchnąć, w karłowatość wychudły dłoni, wysiłek sięgania po skrawki myśli i słów rozciągniętych pomiędzy ścianami celi swojego niedoskonałego ciała lub w pokornym posłuszeństwie serca poddawanego codziennym wyborom. Celi wypełnionej myślami rozciągniętymi na białym płótnie obrazów przenikniętych artystyczną wizją, pragnieniami, trwogą, tęsknotą. Przyjaźnią. Tajemnicą odwiecznego poszukiwania sensu cierpienia stającego się formą komunikacji, szukaniem odpowiedzi wobec pokus interpretacji „wątpliwego piękna” jakim jest kolejne doświadczanie cierpienia. Piętnującego, stygmatyzującego ludzką kondycję i egzystencję, nad której horyzontem pochyla się Bóg, z obrazu Nikifora, „zdolny ukoić nostalgię całej mej istoty."

Dlatego też, Joseph, jestem tak poruszony, że odczułeś potrzebę ofiarowania Bogu twoich nóg w zamian za moje. Wiem, że w uczuciach nie można się powstrzymać od takiego pragnienia, ale w każdym razie nie wierzę, aby Bóg Cię wysłuchał i liczę na to. Wszyscy bowiem musimy przyjmować wypadki życia, których sensu nie rozumiemy. I nikt nie może ich znosić zamiast nas (...) Jakże nowe jest cierpienie dla każdego człowieka, skoro się pojawi; pozostaje zawsze dziewicze, choć spało ze wszystkimi. 

„Myślę, że wiem najważniejsze”. Czapski-Colin. Wyszperanych w antykwariacie parę, zaledwie, listów. Literacka perełka. Zapis głębokiego współodczuwania pomiędzy dwoma wyjątkowymi artystami, we wspólnocie myśli, niekiedy zerwanych bo niekompletnych, ale jakże silnie połączonych więzią wzajemnej czułości i troski. Wysiłkiem rąk. Wysiłkiem całego jestestwa w cierpliwej formie budowania wzajemnego zrozumienia i patrzenia na sztukę, nade wszystko sztukę życia i cierpienia. W osobistym jej doświadczaniu. Dotknięciu przeżywania lęku śmierci. Podaniu dłoni. Sięgnięciu rdzenia serca. Malowaniu płótna z pamięci.

Listy bez naznaczonych dat. Ponadczasowe. Aktualne w szczerości osobistych przemyśleń i prostocie najważniejszych prawd. Przepojone swoistą spoistością artystycznej przenikliwości i woli pracy nad sobą. W umiejętnym doborze kolorów i form życia obserwowanych z wierzchołków drzew. W kolekcji rysunków ołówkiem. Wizji obrazów. Obrysie relacji i poglądów uchwyconych w grymasie bólu. Bezsilnych zmaganiach z wydarzeniami historii osadzonej w granicach i poza granicami Francji. Wytrwałej ucieczce przed zobojętnieniem. Niespiesznej modlitwie w Notre Dame. Dbałości o detale uchwycone w błahostkach codzienności: „wtorek rano”. Wyzwolenie z trwogi.
I którymkolwiek by nie było wtorkowym porankiem, przebudzenie zdaje się zadawać wciąż to samo pytanie: pierwsze myśli dnia - skąd się tam biorą? 


MYŚLĘ, ŻE WIEM NAJWAŻNIEJSZE 
CZAPSKI-COLIN 
Wybór listów w przekładzie Andrzeja S. Sawickiego 
wyd. Oficyna Naukowa i Literacka T.I.C.


Idziemy zwężającą się dróżką

Szarpiesz dni niczym prześcieradło nadwątlone wytartym czasem. Szukasz niewidzącym wzrokiem światła w ciemnościach dłużących się nocy. Ram bez obrazów. Skłębionych krzyków. Nasłuchuję. Słów cedzonych przez sitko niezgrabnych zapomnień pod palcami wyczuwając karłowatość codzienności. Sklejam ją z rozsypanych kawałków cienkimi paskami plastrów. Opadam z sił. Płowieje jutro. Wypalone dni osiadają niepostrzeżenie na skraju gubionego oddechu. Poganiam poranki nawlekając je na białe flakoniki wszystkie podobne do siebie. Notuję wartości z aptekarską dokładnością. Odmierzam. Przekrawam. Szukam prawdy o sobie na dnie twoich źrenic. Nie mogę doliczyć się własnych lat. Garbię się. Potykam. Chwytasz mnie za dłoń. Masz siły za nas dwoje. Idziemy zwężającą się dróżką. Już nie wiem. Kto kogo podtrzymuje.

Przy śniadaniu

Sen płowieje na poduszce. Drepczę pustą ulicą szukając swoich śladów w odbiciu wczorajszego dnia. Pustej wystawy oddanej do remontu, gdzie cisza zagłusza rozbudzone własnym krzykiem myśli. Opieram palce na krawędzi kartki szukając bezpiecznego brzegu po drugiej stronie dłoni. Milczeniem wypełniam puste kawiarniane stoliki, doniczki na parapecie okna, filiżanki osiadłych na dnie słów.

Przekraczam granice nieznanych miast dających poczucie anonimowości, swobodę chwytanych ukradkiem spojrzeń i możliwość pisania siebie od nowa. Krojenia kromki chleba smakującej inaczej niż Twoja codzienna obecność, niezmienna jak wschody i zachody słońca na krańcu wstążki granatowego morza. Nie dosięgam. Mokrymi placami rysując płynność przemijania na zimnym piasku.

Sen płowieje na poduszce. Niczym stare zdjęcia niepamiętające ważnych zdarzeń. Nieostre kadry poruszonych wzruszeń. Melodii rozciągniętych na pagórkach mglistych krajobrazów pachnących pomarańczą i skórką z cytryny. Plasterki życia układam na spodeczku Twojego uśmiechu nie pytając o nic.  




Znowu urodziła się zbyt późno

"Pamięć, gdziekolwiek jej nie dotykasz, boli"
Jorgosa Seferisa

Znowu spóźniła się na kolejny dzień. Znowu urodziła zbyt późno.
Teraz próbuje utrzymać się na powierzchni życia. Chwytać odlatujące ptasie cienie, przenikać przez fale przypływów, pozwolić odpłynąć szczęściu, kiedy przychodzi jego nagły kres. Wysuszyć łzy omdlewające na dygoczącym nerwie nocy. Nasłuchując własnych trosk, skulonych na piecu i szmeru wody w starym czajniku, rozdzielić palcami gęste warkocze siwej mgły przykrywającej nagość bezlistnych gałęzi krzewów chowających korzenie pod warstwą brunatnej ziemi. Jechała poznać swoje. Dotknąć nieznanej przeszłości i życia, którego świadomą cząstką nigdy nie była. 
Nie wiozła ze sobą żadnych oczekiwań jedynie dozę niepewności podszytej szczyptą nienazwanego niepokoju spotkania z nieznanym.Wtulając pragnienia w złudność pospiesznych myśli zapisanych na szarganych emocjami kartkach. Nauczyć nowych uczuć gubiąc sens i rwące nitki wątków. Tkać nowe relacje niezgrabnymi ruchami usiłując utrzymać równowagę na grząskim gruncie nieznanego. 
Z biletem tramwajowym w kieszeni i mocno bijącym sercem spieszyła na czekające ją spotkanie. Ktoś tuż przed nią kupił śliczną wiązankę. Zagubiona we własnych emocjach szukała czegoś szczególnego. Ostatecznie poddając się kupiła proste czerwone róże na gałązkach choinki i stanęła przed czarno-złotą bramą cmentarza wyglądając twarzy, którą miała zobaczyć po raz pierwszy. 
Szli niespeszeni swoją obecność alejkami pomiędzy ukwieconymi grobami. Szemrzącymi garstkami prochu. Zapomnianych istnień. Chłód rozpłyną się wraz z poranną mgłą a potoki słów wypełniały każdy skrawek ziemi odkrywając prawdziwość rodzących się uczuć i rodzinnych więzi. Przyglądali się sobie z zaciekawieniem szukając łączącego ich podobieństwa. Pokrewieństwa krwi. 
Znowu spóźniła się na kolejny dzień. Znowu urodziła zbyt późno.

Zmagania

Próbuję uporać się ze słowami w swojej przekorności tkwiące nieruchomo w grubych ścianach pobladłego świtu. Sprzedać je niedrogo na targowisku próżnych zmagań z wyrażeniem siebie.
Cedzić mozolnie przez gęste sito poranka. Rozdrabniać ich znaczenie do warstwy rozwiewanego wiatrem popiołu. Pożółkłych liści w jesiennym ogrodzie. Spalonych nadziei na głębszy sens ich istnienia.
Dotykam zamilknięcia świata w szepcie Twoich snów zostawionych na poszewce poduszki. Kropli deszczu zmywających resztki pośpiesznego oddechu zamykanego za chłodem mglistej bieli. Nieustannie szukam swojego miejsca w czasie. Zapomnianych przestrzeni w poranionych zmaganiach z przeszłością.
Mozolnie nawlekając słowa układam bajki o więdnącej trawie.

Na agrafkach

Chwilowe spowolnienie wybucha natłokiem myśli, w zabieganej codzienności gubionych na zakrętach ulic i odnajdywanych wieczorem na przydomowej wycieraczce. Wczesnym rankiem patrzysz jak słońce mocno toruje sobie drogę pomiędzy sztywnymi liśćmi ogóreczników. Kosmyki włosów rozrzucane przez wiatr dawno zatraciły swój wigor. Prostowane codziennie nie odtwarzają już naturalnej spirali okalającej niegdyś łagodne rysy twarzy. Opadają odrętwiałe na zgarbione plecy przypominając trud wspinania się na wyżyny własnej bezsilności. Czujesz się podobnie. Niepodobna do siebie.

Rozpinasz agrafki spinające zbierane skrawki umykających chwil. Wypuszczasz z siebie, niczym duszne powietrze, fastrygowane fragmenty pozwalające na stwarzanie pozorów nierozerwalnej całości trwania. Na agrafkach odliczasz czas gdy ostre zakończenie krótkiego drucika wymyka się z zapięcia wbijając w opuszek palca. Krew zbyt gęsta zastyga szybko pozostając zasklepionym kodem traconej chwilami tożsamości. Czujesz się niczym poduszka do igieł. Niepodobna do siebie.

Tymczasem czas się nie zatrzymuje. Nawet w chwili śmierci. Idzie dalej. Związuje skrzydła motyli. Wnika w warstwy kompostu zmieniając go w pachnącą, ciepłą ziemię. Przywracaną do życia warstwa po warstwie. Próbujesz tak samo. Odradzać się z odpadków. Zeschniętych roślin. Skoszonej trawy. Siadasz z książką w ręku sczytując cudze słowa kartka po kartce a druk liter kruszy się jak główki zapałek, pocierane o wąski pasek draski, niezdolne rozniecić wewnętrznego żaru. Czujesz się podobnie. Wypalona. Niepodobna do siebie.

Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii.

"Bo podobno na Islandii łatwo odnaleźć siebie, oderwać czas przeszły i przyszły."

Zjednoczyć się ze łzami wodospadu. Spadając w dół chłonąć, każdą cząstką siebie, nieujarzmione poczucie wolności. Wykrzyczeć słowa chowane w szepcie kamieni rozrzuconych na progach opustoszałych domostw skulonych w warstwie gęstej mgły. Szukać śladów wygasłego życia w przenikliwej grozie śpiewanej dzieciom kołysanki. W rzeczach nienazwanych, mieszkających w zagłębieniach mrocznych dolin, odnajdywać wschody słońca jesienią. 
Islandia. Magiczna kraina ciszy o surowych rysach, nieugiętym charakterze i poetyckiej wrażliwości, gdzie natura karmi się osamotnieniem. Wilgocią wypełniającą wąskie szczeliny światła we wrakach porzuconych statków, pośród pustki zamieszkującej pomosty, kołyszące się na brzegu łodzie, skalne półki i ściany otchłani zanurzonej w błękicie oceanu.

Tutejsi ludzi byli zrobieni ze skał i lodu. To jedyne wytłumaczenie. Islandzkie poczucie wolności jest czymś, co bardzo łatwo uwodzi, podkręca wyobraźnię, jeszcze szybciej rozbija się o brzeg, gdy w trakcie sztormu człowiek ma wrażenie, że już nigdzie stąd nie wyjedzie. Natura nie jest łaskawa. Kiedy głowa nie daje wyboru i dociera się do opustoszałych miejsc, przyroda uderza z całą siłą i weryfikuje wyobrażenia, zachwyt, poczucie stabilnego gruntu pod nogami. Iluzja się kończy.

Palcami rozdzielam stalowe chmury zawieszone ponad kolorowymi pudełkami domków, samochodami z porysowaną karoserią, szkieletami starych zbiorników i wyblakłymi fotografiami wiszącymi milcząco na ścianie nieczynnej przetwórni. Każdy skrawek tej ziemi snuje własną historię naznaczoną walką z żywiołem zmiennej aury, dorobkiem popełnianych błędów, chwilowych złudzeń i ścieżek wydeptywanych małymi stópkami niewidzialnych ludzi: elfów, trolli i krasnali.
Ziemi niczyjej i w każdej grudce przynależącej do jej mieszkańców. Wabiącej turystów i przyjezdnych, którym na moment zdawać się może, że czubkami palców dotknęli nieba, początku i końca świata. 
Przekładane kartki książki strzepują warstwy ciężkiego śniegu, wyobrażeń o wodnych potworach, wieczornych duchach, torfowych domach, zapachu ryb i smaku chleba z masłem. Między linijkami czarnego tuszu wiją się ślady skuterów śnieżnych, piętrzą szkielety metrowych sopli lodu kształtowanych odmiennymi kierunkami wiatru. Gromadzone poczucie samotności szczelnie wypełnia tarcze zegarków, kamienne zbocza, małe sklepiki i dystrybutory benzyny zamieszkujące regiony żyjące w cieniu tętniącego życiem Reykjaviku. 

Usiedliśmy na piętrze. Po lewej drzwi do pokoi, po prawej okno i spływające po nim strugi deszczu. (...) Mamy niewiele czasu i perspektywę niespiesznego odklejania warstw czyjegoś życia. Gdy już opadł kurz rysujący promienie z lampy na korytarzu i wszyscy ostatecznie pożegnaliśmy się z początkową niezręcznością, dotarło do nas, że to nie będzie jedna z krzepiących romantycznych opowieści. To historia przetrwania. Jesteśmy na Islandii.

Historie z opuszczonej Islandii rozbrzmiewają cichą melodią tęsknoty miejsc porzuconych, których los opowiadają Berenika Lenard & Piotr Mikołajczak w nostalgicznej podróży po Islandii i spotkaniach z ludźmi ukształtowanymi przez surowość pulsującej humorami wyspy. Żyjącymi w szacunku do piękna i grozy otaczającej ich natury, fascynującej i budzącej respekt, gdzieś na skraju turystycznych szlaków obleganych przez coraz liczniejszych przyjezdnych pragnących uciec od cywilizacji lub artystów wykorzystujących poindustrialne budynki na swoje pracownie. Ludzi szukających odosobnienia, ale jednocześnie skazanych na drugiego człowieka, by móc przetrwać. Wsłuchać w "Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii" przejmująco snute w ciemności. Prawdziwe i blisko ziemi uwypuklającej niepokojące piękno wyspy, rzucającej wyzwania jej mieszkańcom i tym, którzy uwiedzeni mglistą istotą tego miejsca odważyli się w niej zanurzyć na dłużej.

Islandia zweryfikuje wszystko, co ze sobą przywiozłeś: nadzieje, obawy, zapas gotówki, nawet miłość. Jeśli będziesz się wahać, ten kraj nie da ci szans. (...) Sprawdziła się tu prosta prawda, że nieważne, dokąd jedziesz, co znika za tobą, jakie są powody twojej wędrówki, co masz przed oczami. Trzeba pamiętać, że zawsze i we wszystkim najważniejsi są ludzie.


                                                                              "Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii Berenika Lenard & Piotr Mikołajczak
autorzy książki i bloga: Icestory.pl
wyd. Otwarte, Kraków 2017

Historie o opuszczonej Islandii

tekst ukazał się w czerwcowym numerze "sZAFy", w którym miałam ogromną przyjemność gościć
gorąco zapraszam do jej lektury


sZAFa" kwartalnik literacko-artystyczny
#62 czerwiec 2017
Zdjęcie na okładce autorstwa René Pascala


POEZJA
Ewa Brzoza-Birk, Roman Bromboszcz, Błażej Jacek Klajza, Karol Maliszewski, Anna Musiał, Katarzyna Ślączka, Mirka Szychowiak, Aleksander Wierny

PROZA
Wioletta Leśków-Cyrulik, Karol Maliszewski, Mirka Szychowiak, Sabina Waszut

FOTOGRAFIA-GRAFIKA-MALARSTWO
Ula Dzwonik, Kurt Eichhorn, Alexander Ermolaev, Fotini Hamidieli, Nikolaus Hirschmann, Ewa Kantorczyk, Krzysztof Ogonowski

sZAFa Presents
Izabela Drzewiecka-Antolak - Wiersze
René Pascal - Biel w Mediolanie
Tadeusz Wroński - Wspomina Maria Dziedziniewicz z Galerii M we Wrocławiu

ESEJE-FELIETONY-RELACJE
Mirek Antoniewicz - Pakal Wielki w Galerii Sztuki Brzeskiego Centrum Kultury Andrzej Walkusz „Kolor w grafice”
Paweł Dąbrowski - Zapiski Portowe (XV Port Poetycki w Chorzowie)
Ewa Frączek - Zdrowie psychiczne jako dramat racjonalisty, czyli między doktorem Freudem a doktorem Franklem różnicy brak
Magda Harmon - Prawa Półkula
Leszek Jodliński - Białe żagle nad Tel Awiwem * (No) Better Place
Wioletta Leśków-Cyrulik - Nieistnienie
Błażej Szymankiewicz - Unieśmiertelniona. Esej o pewnej fotografii
z czasów hiszpańskiej wojny domowej

TEATR-FILM
Agata Jabłonowska-Turkiewicz - Urodziny. Kameralna sztuka w trzech aktach

RECENZJE
Paweł Dąbrowski - Węzły znaczeń. Szymon Słomczyński „Latakia” * Po starym świecie. Andrzej Sosnowski „Trawers” 
* Noc i sen. Marta Zelwan „Graffiti” * Nie/urok małego miasteczka. Zbigniew Wojciechowicz „Dulszczynea” 
* Wiersze z Krakowa. Ewa Sonnenberg „Wiersze dla jednego człowieka” * Zabawy słowne długopisem. Miłosz Waligórski „Długopis”
Ewa Frączek - Remigiusza Mroza wykładania o tym, że w `39 Niemcy napadli na Polskę, czyli raz na kilka lat człowiek może być złośliwy
Magda Gałkowska - Kara za jątrzącą się pierdołowatość. Paulina Korzeniewska „Pogodna biel dobrego samopoczucia”
Alicja Łukasik - Marcin Orliński „Środki doraźne” * Paweł Nowakowski „Między innymi” * Natasza Goerke „Tam”
Paulina Mikołajczyk - Dorota Masłowska „Jak przejąć kontrolę nad światem”
Jakub Sajkowski - Zasnąć i obudzić się to też podróż w czasie. Daniel Madej „Mała Epoka”
Mirosława Szott - Soczewka skupiająca światło. Justyna Koronkiewicz „Szamanka”
Aleksandra Urbańczyk - NA FALACH MYŚLI, WŚRÓD MORSKICH FAL, 
„Księga Morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku”, Morten A. Strøksnes 
* W duchu Czechowa – nowy zbiór opowiadań Elżbiety Isakiewicz „Niewyśnione historie” 
* „Wakacje nad Adriatykiem” Zofii Posmysz, ponownie dostrzeżone arcydzieło literatury polskiej
Małgorzta Zakrzewska - Szepty kamieni. Berenika Lenard & Piotr Mikołajczak, „Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”

ROZMOWY W sZAFie
Małgorzata Południak rozmawia z Tadeuszem Baranowskim (III)

WYWIAD
Małgorzata Południak rozmawia z Mirkiem Antoniewiczem

Łyk modlitwy na dobranoc

Zaciągam grubą zasłonę niczym warstwę skóry na wciąż żywą tkankę zachodzącego słońca. We fragmentaryczności świata, zamkniętego w oprawkach twoich okularów, doszukuję się cykliczności niespokojnych oddechów. Pejzażu zmęczonego ciała w zagnieceniach wypłowiałej pościeli. 
Patrzę jak zaciskasz palce na koniuszkach dnia przytrzymując na dłużej zmienność rytmu życia. Słucham jak chodzisz po powierzchni kruszącego się wiersza. Zbieram okruszki próbując wygładzić powierzchnię pod twoimi stopami. Podając łyk modlitwy na dobranoc.

Krople porannej rosy

Krople porannej rosy nawlekasz na posiwiałe włosy matki. Wypełnione po brzegi powieki, paciorkami jednego różańca, zamykasz w rytmie niewysłuchanej modlitwy. W powietrzu kreślisz znak zapytania. Bez odpowiedzi.
Patrząc w niebo milczące ponad ciemnymi płytami chodników zdrapujesz resztki wspomnień z podeszwy pogubionych kroków. Sznurowadłami związując kawałki zatraconych istnień. Koniec z końcem. Stoisz na wycieraczce wczorajszego dnia zmierzając donikąd.

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...