Znowu urodziła się zbyt późno

"Pamięć, gdziekolwiek jej nie dotykasz, boli"
Jorgosa Seferisa

Znowu spóźniła się na kolejny dzień. Znowu urodziła zbyt późno.
Teraz próbuje utrzymać się na powierzchni życia. Chwytać odlatujące ptasie cienie, przenikać przez fale przypływów, pozwolić odpłynąć szczęściu, kiedy przychodzi jego nagły kres. Wysuszyć łzy omdlewające na dygoczącym nerwie nocy. Nasłuchując własnych trosk, skulonych na piecu i szmeru wody w starym czajniku, rozdzielić palcami gęste warkocze siwej mgły przykrywającej nagość bezlistnych gałęzi krzewów chowających korzenie pod warstwą brunatnej ziemi. Jechała poznać swoje. Dotknąć nieznanej przeszłości i życia, którego świadomą cząstką nigdy nie była. 
Nie wiozła ze sobą żadnych oczekiwań jedynie dozę niepewności podszytej szczyptą nienazwanego niepokoju spotkania z nieznanym.Wtulając pragnienia w złudność pospiesznych myśli zapisanych na szarganych emocjami kartkach. Nauczyć nowych uczuć gubiąc sens i rwące nitki wątków. Tkać nowe relacje niezgrabnymi ruchami usiłując utrzymać równowagę na grząskim gruncie nieznanego. 
Z biletem tramwajowym w kieszeni i mocno bijącym sercem spieszyła na czekające ją spotkanie. Ktoś tuż przed nią kupił śliczną wiązankę. Zagubiona we własnych emocjach szukała czegoś szczególnego. Ostatecznie poddając się kupiła proste czerwone róże na gałązkach choinki i stanęła przed czarno-złotą bramą cmentarza wyglądając twarzy, którą miała zobaczyć po raz pierwszy. 
Szli niespeszeni swoją obecność alejkami pomiędzy ukwieconymi grobami. Szemrzącymi garstkami prochu. Zapomnianych istnień. Chłód rozpłyną się wraz z poranną mgłą a potoki słów wypełniały każdy skrawek ziemi odkrywając prawdziwość rodzących się uczuć i rodzinnych więzi. Przyglądali się sobie z zaciekawieniem szukając łączącego ich podobieństwa. Pokrewieństwa krwi. 
Znowu spóźniła się na kolejny dzień. Znowu urodziła zbyt późno.

Zmagania

Próbuję uporać się ze słowami w swojej przekorności tkwiące nieruchomo w grubych ścianach pobladłego świtu. Sprzedać je niedrogo na targowisku próżnych zmagań z wyrażeniem siebie.
Cedzić mozolnie przez gęste sito poranka. Rozdrabniać ich znaczenie do warstwy rozwiewanego wiatrem popiołu. Pożółkłych liści w jesiennym ogrodzie. Spalonych nadziei na głębszy sens ich istnienia.
Dotykam zamilknięcia świata w szepcie Twoich snów zostawionych na poszewce poduszki. Kropli deszczu zmywających resztki pośpiesznego oddechu zamykanego za chłodem mglistej bieli. Nieustannie szukam swojego miejsca w czasie. Zapomnianych przestrzeni w poranionych zmaganiach z przeszłością.
Mozolnie nawlekając słowa układam bajki o więdnącej trawie.

Na agrafkach

Chwilowe spowolnienie wybucha natłokiem myśli, w zabieganej codzienności gubionych na zakrętach ulic i odnajdywanych wieczorem na przydomowej wycieraczce. Wczesnym rankiem patrzysz jak słońce mocno toruje sobie drogę pomiędzy sztywnymi liśćmi ogóreczników. Kosmyki włosów rozrzucane przez wiatr dawno zatraciły swój wigor. Prostowane codziennie nie odtwarzają już naturalnej spirali okalającej niegdyś łagodne rysy twarzy. Opadają odrętwiałe na zgarbione plecy przypominając trud wspinania się na wyżyny własnej bezsilności. Czujesz się podobnie. Niepodobna do siebie.

Rozpinasz agrafki spinające zbierane skrawki umykających chwil. Wypuszczasz z siebie, niczym duszne powietrze, fastrygowane fragmenty pozwalające na stwarzanie pozorów nierozerwalnej całości trwania. Na agrafkach odliczasz czas gdy ostre zakończenie krótkiego drucika wymyka się z zapięcia wbijając w opuszek palca. Krew zbyt gęsta zastyga szybko pozostając zasklepionym kodem traconej chwilami tożsamości. Czujesz się niczym poduszka do igieł. Niepodobna do siebie.

Tymczasem czas się nie zatrzymuje. Nawet w chwili śmierci. Idzie dalej. Związuje skrzydła motyli. Wnika w warstwy kompostu zmieniając go w pachnącą, ciepłą ziemię. Przywracaną do życia warstwa po warstwie. Próbujesz tak samo. Odradzać się z odpadków. Zeschniętych roślin. Skoszonej trawy. Siadasz z książką w ręku sczytując cudze słowa kartka po kartce a druk liter kruszy się jak główki zapałek, pocierane o wąski pasek draski, niezdolne rozniecić wewnętrznego żaru. Czujesz się podobnie. Wypalona. Niepodobna do siebie.

Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii.

"Bo podobno na Islandii łatwo odnaleźć siebie, oderwać czas przeszły i przyszły."

Zjednoczyć się ze łzami wodospadu. Spadając w dół chłonąć, każdą cząstką siebie, nieujarzmione poczucie wolności. Wykrzyczeć słowa chowane w szepcie kamieni rozrzuconych na progach opustoszałych domostw skulonych w warstwie gęstej mgły. Szukać śladów wygasłego życia w przenikliwej grozie śpiewanej dzieciom kołysanki. W rzeczach nienazwanych, mieszkających w zagłębieniach mrocznych dolin, odnajdywać wschody słońca jesienią. 
Islandia. Magiczna kraina ciszy o surowych rysach, nieugiętym charakterze i poetyckiej wrażliwości, gdzie natura karmi się osamotnieniem. Wilgocią wypełniającą wąskie szczeliny światła we wrakach porzuconych statków, pośród pustki zamieszkującej pomosty, kołyszące się na brzegu łodzie, skalne półki i ściany otchłani zanurzonej w błękicie oceanu.

Tutejsi ludzi byli zrobieni ze skał i lodu. To jedyne wytłumaczenie. Islandzkie poczucie wolności jest czymś, co bardzo łatwo uwodzi, podkręca wyobraźnię, jeszcze szybciej rozbija się o brzeg, gdy w trakcie sztormu człowiek ma wrażenie, że już nigdzie stąd nie wyjedzie. Natura nie jest łaskawa. Kiedy głowa nie daje wyboru i dociera się do opustoszałych miejsc, przyroda uderza z całą siłą i weryfikuje wyobrażenia, zachwyt, poczucie stabilnego gruntu pod nogami. Iluzja się kończy.

Palcami rozdzielam stalowe chmury zawieszone ponad kolorowymi pudełkami domków, samochodami z porysowaną karoserią, szkieletami starych zbiorników i wyblakłymi fotografiami wiszącymi milcząco na ścianie nieczynnej przetwórni. Każdy skrawek tej ziemi snuje własną historię naznaczoną walką z żywiołem zmiennej aury, dorobkiem popełnianych błędów, chwilowych złudzeń i ścieżek wydeptywanych małymi stópkami niewidzialnych ludzi: elfów, trolli i krasnali.
Ziemi niczyjej i w każdej grudce przynależącej do jej mieszkańców. Wabiącej turystów i przyjezdnych, którym na moment zdawać się może, że czubkami palców dotknęli nieba, początku i końca świata. 
Przekładane kartki książki strzepują warstwy ciężkiego śniegu, wyobrażeń o wodnych potworach, wieczornych duchach, torfowych domach, zapachu ryb i smaku chleba z masłem. Między linijkami czarnego tuszu wiją się ślady skuterów śnieżnych, piętrzą szkielety metrowych sopli lodu kształtowanych odmiennymi kierunkami wiatru. Gromadzone poczucie samotności szczelnie wypełnia tarcze zegarków, kamienne zbocza, małe sklepiki i dystrybutory benzyny zamieszkujące regiony żyjące w cieniu tętniącego życiem Reykjaviku. 

Usiedliśmy na piętrze. Po lewej drzwi do pokoi, po prawej okno i spływające po nim strugi deszczu. (...) Mamy niewiele czasu i perspektywę niespiesznego odklejania warstw czyjegoś życia. Gdy już opadł kurz rysujący promienie z lampy na korytarzu i wszyscy ostatecznie pożegnaliśmy się z początkową niezręcznością, dotarło do nas, że to nie będzie jedna z krzepiących romantycznych opowieści. To historia przetrwania. Jesteśmy na Islandii.

Historie z opuszczonej Islandii rozbrzmiewają cichą melodią tęsknoty miejsc porzuconych, których los opowiadają Berenika Lenard & Piotr Mikołajczak w nostalgicznej podróży po Islandii i spotkaniach z ludźmi ukształtowanymi przez surowość pulsującej humorami wyspy. Żyjącymi w szacunku do piękna i grozy otaczającej ich natury, fascynującej i budzącej respekt, gdzieś na skraju turystycznych szlaków obleganych przez coraz liczniejszych przyjezdnych pragnących uciec od cywilizacji lub artystów wykorzystujących poindustrialne budynki na swoje pracownie. Ludzi szukających odosobnienia, ale jednocześnie skazanych na drugiego człowieka, by móc przetrwać. Wsłuchać w "Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii" przejmująco snute w ciemności. Prawdziwe i blisko ziemi uwypuklającej niepokojące piękno wyspy, rzucającej wyzwania jej mieszkańcom i tym, którzy uwiedzeni mglistą istotą tego miejsca odważyli się w niej zanurzyć na dłużej.

Islandia zweryfikuje wszystko, co ze sobą przywiozłeś: nadzieje, obawy, zapas gotówki, nawet miłość. Jeśli będziesz się wahać, ten kraj nie da ci szans. (...) Sprawdziła się tu prosta prawda, że nieważne, dokąd jedziesz, co znika za tobą, jakie są powody twojej wędrówki, co masz przed oczami. Trzeba pamiętać, że zawsze i we wszystkim najważniejsi są ludzie.


                                                                              "Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii Berenika Lenard & Piotr Mikołajczak
autorzy książki i bloga: Icestory.pl
wyd. Otwarte, Kraków 2017

Historie o opuszczonej Islandii

tekst ukazał się w czerwcowym numerze "sZAFy", w którym miałam ogromną przyjemność gościć
gorąco zapraszam do jej lektury


sZAFa" kwartalnik literacko-artystyczny
#62 czerwiec 2017
Zdjęcie na okładce autorstwa René Pascala


POEZJA
Ewa Brzoza-Birk, Roman Bromboszcz, Błażej Jacek Klajza, Karol Maliszewski, Anna Musiał, Katarzyna Ślączka, Mirka Szychowiak, Aleksander Wierny

PROZA
Wioletta Leśków-Cyrulik, Karol Maliszewski, Mirka Szychowiak, Sabina Waszut

FOTOGRAFIA-GRAFIKA-MALARSTWO
Ula Dzwonik, Kurt Eichhorn, Alexander Ermolaev, Fotini Hamidieli, Nikolaus Hirschmann, Ewa Kantorczyk, Krzysztof Ogonowski

sZAFa Presents
Izabela Drzewiecka-Antolak - Wiersze
René Pascal - Biel w Mediolanie
Tadeusz Wroński - Wspomina Maria Dziedziniewicz z Galerii M we Wrocławiu

ESEJE-FELIETONY-RELACJE
Mirek Antoniewicz - Pakal Wielki w Galerii Sztuki Brzeskiego Centrum Kultury Andrzej Walkusz „Kolor w grafice”
Paweł Dąbrowski - Zapiski Portowe (XV Port Poetycki w Chorzowie)
Ewa Frączek - Zdrowie psychiczne jako dramat racjonalisty, czyli między doktorem Freudem a doktorem Franklem różnicy brak
Magda Harmon - Prawa Półkula
Leszek Jodliński - Białe żagle nad Tel Awiwem * (No) Better Place
Wioletta Leśków-Cyrulik - Nieistnienie
Błażej Szymankiewicz - Unieśmiertelniona. Esej o pewnej fotografii
z czasów hiszpańskiej wojny domowej

TEATR-FILM
Agata Jabłonowska-Turkiewicz - Urodziny. Kameralna sztuka w trzech aktach

RECENZJE
Paweł Dąbrowski - Węzły znaczeń. Szymon Słomczyński „Latakia” * Po starym świecie. Andrzej Sosnowski „Trawers” 
* Noc i sen. Marta Zelwan „Graffiti” * Nie/urok małego miasteczka. Zbigniew Wojciechowicz „Dulszczynea” 
* Wiersze z Krakowa. Ewa Sonnenberg „Wiersze dla jednego człowieka” * Zabawy słowne długopisem. Miłosz Waligórski „Długopis”
Ewa Frączek - Remigiusza Mroza wykładania o tym, że w `39 Niemcy napadli na Polskę, czyli raz na kilka lat człowiek może być złośliwy
Magda Gałkowska - Kara za jątrzącą się pierdołowatość. Paulina Korzeniewska „Pogodna biel dobrego samopoczucia”
Alicja Łukasik - Marcin Orliński „Środki doraźne” * Paweł Nowakowski „Między innymi” * Natasza Goerke „Tam”
Paulina Mikołajczyk - Dorota Masłowska „Jak przejąć kontrolę nad światem”
Jakub Sajkowski - Zasnąć i obudzić się to też podróż w czasie. Daniel Madej „Mała Epoka”
Mirosława Szott - Soczewka skupiająca światło. Justyna Koronkiewicz „Szamanka”
Aleksandra Urbańczyk - NA FALACH MYŚLI, WŚRÓD MORSKICH FAL, 
„Księga Morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku”, Morten A. Strøksnes 
* W duchu Czechowa – nowy zbiór opowiadań Elżbiety Isakiewicz „Niewyśnione historie” 
* „Wakacje nad Adriatykiem” Zofii Posmysz, ponownie dostrzeżone arcydzieło literatury polskiej
Małgorzta Zakrzewska - Szepty kamieni. Berenika Lenard & Piotr Mikołajczak, „Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii”

ROZMOWY W sZAFie
Małgorzata Południak rozmawia z Tadeuszem Baranowskim (III)

WYWIAD
Małgorzata Południak rozmawia z Mirkiem Antoniewiczem

Łyk modlitwy na dobranoc

Zaciągam grubą zasłonę niczym warstwę skóry na wciąż żywą tkankę zachodzącego słońca. We fragmentaryczności świata, zamkniętego w oprawkach twoich okularów, doszukuję się cykliczności niespokojnych oddechów. Pejzażu zmęczonego ciała w zagnieceniach wypłowiałej pościeli. 
Patrzę jak zaciskasz palce na koniuszkach dnia przytrzymując na dłużej zmienność rytmu życia. Słucham jak chodzisz po powierzchni kruszącego się wiersza. Zbieram okruszki próbując wygładzić powierzchnię pod twoimi stopami. Podając łyk modlitwy na dobranoc.

Krople porannej rosy

Krople porannej rosy nawlekasz na posiwiałe włosy matki. Wypełnione po brzegi powieki, paciorkami jednego różańca, zamykasz w rytmie niewysłuchanej modlitwy. W powietrzu kreślisz znak zapytania. Bez odpowiedzi.
Patrząc w niebo milczące ponad ciemnymi płytami chodników zdrapujesz resztki wspomnień z podeszwy pogubionych kroków. Sznurowadłami związując kawałki zatraconych istnień. Koniec z końcem. Stoisz na wycieraczce wczorajszego dnia zmierzając donikąd.

Tomiki wierszy zakwitają na parapecie

Wczorajsze nagłówki gazet wyblakły w dzisiejszym świetle poranka. Zamilkły zagłuszone nowościami zbudzonego dnia. Nawet kawa smakuje rano inaczej. Łyżka miodu. Pocałunek. Spodnia strona życia czeka na dłoni jak kromka ciemnego chleba. W paryskim szyku Ci nie do twarzy. Przytulam się do rześkiego powietrza pachnącego miętą. Ostrym źdźbłem trawy wycinając długie korytarze milczenia wśród rozespanych ziół, by stopy poczuły wilgoć deszczu wsiąkającego w warstwę zgrubiałej skóry. Na dnie doniczki dopala się papieros. Twój oddech westchnienia nad cząstka świata obumierającego wraz z więdnącym kwiatem piwonii. Tracimy na ważności wobec otaczających nas zdarzeń. Patrzysz milcząco zza okularów. Na deszcz przenikający fakturę firanki w otwartym oknie. Jak tomiki wierszy zakwitają na parapecie.


Zapewne ktoś jednak rozmyśla o tym, czym jest dobro,
Nawet wtedy gdy jest za późno, żeby się pomylić -
Czy to wszystko było możliwe, nawet miłość, nawet
Całkowita samotność, ale dla kogoś innego, w innym życiu,
Nie tu, w tym małym mieszkaniu na osi przeciągu.
fragment wiersza Macieja Niemca 
z tomiku "Stan nasycenia"

Natasza Goerke. Tam.

Wije się wstążką na skraju granicy z Indiami, śpi pod śnieżną pierzyną u podnóża Chin, wyznaczając niewielką szerokością skrawek własnej ziemi. Odrębnej. Zmagającej się z napływem cywilizacji wobec wciąż zadomowionej, niepospiesznej tradycji odbudowującej się z ruin nawet po trzęsieniu ziemi. Snuje własną historię między murami buddyjskich klasztorów, w spokojnych modlitwach mnichów, na wydeptanych turystycznych szlakach i w pięknie górskich szczytów. 
Nepal. Zaczyna się od trzęsienia ziemi. Skupiony w przenikliwym spojrzeniu źrenicy oka. W pozbieranych kadrach reportażowych pocztówek ocalałych z nawałnic groźnych żywiołów, ziemi leżącej na styku płyt tektonicznych przed którą nie można uciec, gdy postanawia ukazać swoją siłę i otchłań ciemności rozcinanej krzykiem przerażenia i ciszy przyczajonej obawy przed drżenia pod stopami. Powrotem strachu opadającego wraz z nocnym deszczem w świetle latarek i brzęczeniu metalowych dzbanków z herbatą.

Nepalskie poranki pachną kardamonem i jałowcem, strużki dymu snują się nad dachami jak duchy, psy ujadają ja zwykle. (...) Wschodzi różowe słońce, Katmandu wyłania się z szarości, jakby szarość była pianą, a Katmandu Afrodytą. Pieje kogut.

Kolejne dni budzą się do życia w stertach gruzu, jak wydobywane z przepastnych zgliszczy wspomnienia Nataszy Goerke. Poetyckie i pełne nostalgii. Zmysłowe i przejmująco osobiste, wychodzące poza tradycyjnie zapiski z podróży, bo obdarzone uczuciem do kraju i jego mieszkańców. Gdzie zapachy i smaki łączą się ze sobą w swoistym pożywieniu dla duszy, dla zmysłów znajdujących ukojenie w smukłych pagodach. Umiejętności patrzenia oczami Nepalczyków, pogodnych mimo rozczarowania nieistnieniem bezchmurnego nieba, wyczarowujących w nadmiarze kamienne płaskorzeźby, rzeźbione meble czy odlewane w brązie posągi, misy i statuetki wystawiane ku pokusie, nie zawsze chętnych do zakupów, turystów przechodzących obojętnie, jakby chodzili między regałami w supermarketach, wobec losu sprzedawców pogodzonych ze swoją niełatwą sytuacją. Wracających do lepianek na nepalskiej prowincji lub miejskich bloków, do przyswojonej biedy, która także potrafi być wieloraka i zróżnicowana, oblepiona kiczowatym przepychem, ale i swoistym pięknem w szlachetnym kolorze sepi.
Nepal Nataszy Goerke. Zaciszny i kameralny. Wymagający jak każda miłość. Powracający do życia. Malowniczy i wypełniony setkami dźwięków. W cieniu potężnych sąsiadów i niewidocznego na mapie Tybetu wydaje się zjawiskowym, u podnóża świętych gór, na barkach dźwigający dach świata, przyciągający śmiałków gotowych wspinać się na granicy życia i śmierci drepczącej po piętach licznym himalaistom szukającym na szczytach gór piękna, najgłębszego przeżycia i ekstremalnej duchowości. 

Słońce w Himalajach zachodzi szybciej, niż rozgrzewa się energooszczędna żarówka - kontury tracą nagle ostrość, barwy stapiają się z szarością i rzeczywistość, wchłaniana łakomie przez mrok, przestaje w jednej chwili istnieć. Przy pogodnej nocy nocy na niebie zapalają się gwiazdy, które migoczą milionem tajemnic, a ich magiczne światło zwodzi nieśmiertelnością. Jeśli gwiazd nie widać, zapanowuje gęsta, przecinana  tańcem świetlików ciemność. (...) Himalaje dla jednych są domem, dla innych hotelem.

Natasza Goerke. Tam. Znalazła swój dom.

Natasza Goerke "Tam"
wyd. Czarne, Wołowiec 2017

wyd. Czarne






Miasteczko w Islandii

... naginał słowa tak, iż błyszcząc tańczyły, w jaką tylko stronę zechciał; słowa przychodziły na jego zawołanie i posłusznie i uniżenie wypełniały narzucone przez niego zdania.

Można się nimi delektować jak łykiem porannej kawy z ciepłym mlekiem, kiedy opadająca za oknem mgła ścieli się tkaniną tajemniczego westchnienia wyniesionego z zakamarków porzuconego niedawno snu. Obserwując bezradność gestów. Uporczywego patrzenia w głąb siebie na dnie nocy. Smakując białe wino i dorsza z czosnkiem. W otulinie morskiej bryzy rozcinającej warstwy ciszy, jak gitarowa solówka, w niekończącej się wieczności codziennych rytuałów powracających niczym popielata rybitwa nad islandzkie miasteczko i jej mieszkańców, w których mieszka tyle samo upadków, co i wzlotów. Sycąc się przemijalnością chwili wtulonej w każdy skrawek istnienia, gdzie wędkarskie haczyki zaczepione w wodach przeszłości utrudniają przybicie do brzegu, na którym ktoś kreśli dziesięć rzeczy dla których warto żyć.

Łódka sunie powoli, spokojnie i pewnie rozbija fale, a w ślad za nim leci fulmar, zadowolony, syty, samotny. On też jest sam. Kiedy człowiek jest taki samotny - myśli sobie - to właśnie wtedy nie jest. Bo jest częścią czegoś większego. Jest sam z niebie i oceanem, swoim połowem, melodią, ptakiem i celem. I wtedy ogarnia go jakiś spokój. Światem rządzą prawa, wcale nie tajemnicze czy mroczne, kiedy patrzy się tak z zewnątrz, wszystko w życiu staje się proste i zrozumiałe.

Prostota. Harmonia życia w małej społeczności i codzienność podszyta tajemnicami w poetyckiej otulinie bezbarwnego tiulu przychodzi znad morza rysując portret miasteczka żyjącego w rowerowym pędzie mknącego uliczkami, wybrzmiewającej chóralnym tonem wielości dźwięków. W płaczu i radości. W zwyczajnych powinnościach skrywających myśli o sobie w świecie, więzów społeczności zgromadzonej w małomiasteczkowej aurze i jednostek naznaczonych własnym losem, każdej z nich z osobna wędrującej ścieżkami przeplatającymi się pod jednym kawałkiem islandzkiego nieba. Miasteczka widzącego swoich mieszkańców kompletnymi, z noszonymi na sobie warstwami minionego czasu, które wyróżniają znajome sylwetki. Pamiętającego o przeszłości i widzącego ludzi umiejscowionych w ich małych teraźniejszościach, z cieniem bagażu poprzednich pokoleń i własnych doświadczeń powracających niczym morskie fale uderzające o strome brzegi fiordów rozbijając na drobnostki echa niewypowiadanych wspomnień smakujących owsianką i krewetkami. Mglistych, słonecznych i pachnących. Miękkich niczym świeżo zwiezione siano i surowych niczym uderzenie wiatru znad morza. 

Życie jest na zewnątrz. Czasami jej się zdaje, że je słyszy, kiedy przechodzi obok. Pojawia się jakiś dźwięk, jakieś zassanie ledwo słyszalne i wtedy wie, to mija ją życie. (...)
Życie jest na zewnątrz. Czasami je słyszy, kiedy nastawi uszu, ale robi to coraz rzadziej.

Życie. Wiedzione w zgodzie z oddechem, własną duszą. Jasnym umysłem. Współistniejąc z przyrodą. Zapełnione starymi przedmiotami wyrwanymi z kontekstu i osadzonymi w nowej rzeczywistości nadającej im nowego znaczenia, nowego miejsca. Przywracając im poczucie użyteczności i blasku popołudniowego słońca. Świadomości czasu, wydarzeń i bliskich sobie ludzi, których codzienność wytyczają syreny statków, zbierane skrupulatnie nawyki, roztargnienia mieszkające w podszewce niepamięci, obrazy zatrzymywane w framugach okien, znajome twarze w rogowych okularach, o wąskich ustach czy tych utkanych wokół siwych włosów. Ciągłe powroty.

Byłem tylko świadomością. Katrin straciłem na zawsze - ale kto by tam chciał towarzyszyć im na trudnej ścieżce wiodącej mnie przez skaliste nieużytki, głazy, kamieniste doliny, żleby i piargi wycie wichrów, przez bramę mroku? To mgła. Przychodzi znad morza i sunie wzdłuż rewy.
Człowiek idzie przez osadę, ale celem jest dom.

"Miasteczko w Islandii" Guðmundur Andri Thorssona. Uwodzi niczym "Podkrzywdzie" Andrzeja Muszyńskiego. Kameralne, tajemnicze i zanurzone w poetyckości mglistych niedopowiedzeń, miejscowych obrządków, codziennych ceremoniałów i wspomnień otulonych ciepłym kocem i smakiem wina z mniszka. Smakowitość po islandzku.

"Miasteczko w Islandii" Guðmundur Andi Thorsson
wyd.  Wielka Litera, 2016


wydawnictwo Duża Litera


Mechanizm wskrzeszania

"S z t u k a   m a j ą c a   z w i ą z e k   z   „P i ę k n e m” -  to  ta  jedynie,  która  utrwalając  zachwyt artysty,  pozwala   odbiorcy   (czytelnikowi,  widzowi,  słuchaczowi)   uruchomić podobny mechanizm   w s k r z e s z a n i a   w ł a s n y c h    z a c h w y t ó w. "

Konstanty Aleksander Jeleński 
(2 stycznia 1922 - 4 maja 1987)

fragment z listu do Czesława Miłosza
Czesław Miłosz / Konstanty Jeleński. Korespondencja,
wyd. Zeszyty Literackie, 2011


Alfabet rozsypał się niczym klocki domina. Próbuję pozbierać kawałki słów przełykając litery podciętych skrzydeł utkwione w krtani. W pustej przestrzeni między palcami. W opuchniętych powiekach oczu niedowidzących czarnych grudek ziemi pod paznokciami zdrapujących grubą skórę znieczulenia. Wyłaniam się powoli zachłannie chwytając oddech wiosny w małej przestrzeni ogrodu. Ciasno od nadmiaru deszczu. Witam się bezgłośnie gestem dłoni zawieszonej, niczym bezwolna marionetka, pod warstwa ciemnego sklepienia nieprzychylnego nieba. Nawlekam długie nitki siwych włosów na stare szpulki czekając na rozbudzenie pozatekstowej sfery niewysłowionego zachwytu dla najdrobniejszego, choćby, niczego ważnego. Książek odwróconych ode mnie grzbietami. Milczących w szeregu niewypowiedzenia. Odliczam monotonnie mantry na paciorkach drewnianej mali. Zapalam świeczki na chudych ramionach menory. Czekam wysłuchania pogańskiej modlitwy. Dźwięków dudniących na parapetach okien. Nasłuchuję. Wskrzeszenia własnych zachwytów. Zagłuszenia ciszy ściśle wypełniającej linijki białej kartki. Stukotu spadającej szpulki rozwijającej kolejne warstwy straconego czasu. Uczę się składać litery od nowa. Nawijać na drewniane szpulki.




Polecany post

Klisze wspomnień

Twarze umarłych przychodzą tylko w snach. Zamykają moje oczy bym nie ujrzała własnego zdziwienia rozwieszając klisze wspomnień plączących ...