piątek, 29 kwietnia 2011

Wyobraźnia góruje nad wszystkim innym


Wbiegam na teren uniwersyteckiego campusu jak dzikie zwierzątko, dopiero co przebudzone po zimie, wygłodniałe, wzrokiem drapieżnika szukając kształtów budynku Instytutu Archeologii. Oj, nie wykopaliska były mi teraz w głowie. Wystarczy że sama, czasami, się takim czuję.
Pierwsze piętro, sala zastawiona rzędami ławek. Siadam w jednej z nich, blisko okna, próbując nie dać poznać po sobie kłębiącego się we mnie głodu. Już dawno nie czułam tak przemożnej chęci nasycenia swojego pragnienia, zaspokojenia niepokojącej żądzy wiedzy. Przyciemnione okna nieco łagodzą ostrość spostrzegania swojej ułomności.
Długopis zaczyna szybko poruszać się po kartkach papieru, próbując nadążyć z zapisywaniem przywoływanych nazwisk, jakby gonił „ofiary”, by je pochwycić nim umkną nazbyt poszpiesznie. Zgrabnie stawiane litery tworzą kompozycję rycin przedstawiających cechy charakterystyczne dla malarstwa epoki romantyzmu, zmieniające się tendencji i mody w sztuce, umiejscawiają daty na kalendarzu historii i tytuły obrazów w rogach płócien. Siadam wygodniej. Prawie czuję zapach kropel krwistoczerwonej, lepkiej i gęstej farby, próbuję domyślić się sposobu dobierania barwników, podpatruję jak operowanie światłem i cieniem nadaje obrazom nastrojowości. Czuję się coraz spokojniejsza, zaczynam nasycać swój głód chłonąc każde zdanie wykładu i śledząc kolejno wyświetlany slajd.
Jakiż bowiem jest ostateczny cel każdego rodzaju sztuki, jeśli nie oddziaływanie? Czy zadanie artysty polegałoby jedynie na układzie materiałów, każdy zaś widz miałby w dziele artysty szukać delektacji na swój sposób? Czy niezależnie od zainteresowania, jakie budzi prosty i jasny rozwój kompozycji, wdzięk umiejętnie zbudowanych sytuacji, znaczenie moralne nie kryje się nawet w bajce? Któż ukaże je lepiej niż ten, kto zawczasu ułoży wszystkie części kompozycji tak, że widz czy czytelnik, sam nie wiedząc o tym, jest urzeczony i oczarowany? Drogi Pani Delacroix,
Doprawdy świadomość oczarowania i urzeczenia sztuką malarską pięknie wkomponowały się w moje dzisiejsze popołudnie. Zapewniam szczerze, że w każdym dziele szukam tej delektacji jedynie na swój własny sposób, by poddać się, z grzeszną rozkoszą, oddziaływaniu sztuki na moją wygłodniałą duszę. Ach, jak pięknie za oknem szumią kwitnące kasztanowce. Gdyby Pan to mógł zobaczyć.
Tymczasem sama spoglądam na obraz Piotra Michałowskiego „Żydzi” i trudno samej mi w to uwierzyć, ale wchodzę właśnie po schodach Galerii Zachęta. Nawet nie jestem w stanie osadzić w czasie wystawy „Żydzi Polscy”, na którą zabrali mnie rodzice całe lata temu. Za to doskonale przywołuję z pamięci album z reprodukcjami obrazów prezentowanych na wystawie. Potem długie wieczory i bezgwiezdne noce, kiedy z ołówkiem w ręku próbowałam szkicować portrety, skupiając się na oczach, na ich wymowie, wyrazie spojrzenia, kształcie tęczówki, półkolu zarysowanych brwi, osadzeniu rzęs między cienkimi fałdami powiek. I wizja tego co chciałam przenieś na papier nie pomagała, bo ręka jak z kawałka drewna. Te dziesiątki zmarnowanych ołówków, startych w wiórki gumek, podartych z bezradności kartek. Gdyby tak zebrać wszystkie, wtedy kupowane, bloki rysunkowe można by wybudować pokaźne blokowisko mojego beztalencia. Lepiej tego nie wspominać.
Wracam do sali wykładowej. Powoli mija trzecia godzina prelekcji, nasycenie powoduje lekkie rozleniwienie. Na chwilę więc przysiadam, jak Amelie Cogniet, w malarskiej pracowni jej brata, Leona, by nabrać dystansu do oglądanych obrazów, których reprodukcje zapisują się w mojej głowie, kładąc całymi zwojami na zdartych płytkach pamięci. Żeby tylko wszystko, dzisiaj usłyszane, udało się później odtworzyć, nazwać, umiejscowić na mapie własnej wrażliwości, tylko czy posiadam takie pokłady wyobraźni?
Wyobraźnia. Jest pierwszą zaletą artysty. Niemniej konieczna dla miłośnika malarstwa. Nie pojmuję, jak człowiek pozbawiony wyobraźni może kupować obrazy: próżność jego jest w proporcji do braku wyobraźni. Otóż, jakkolwiek może się to wydać dziwne większości ludzi jej brak. Nie tyko wyobraźni płomiennej czy przenikliwej, która żywo przedstawiałaby im przedmioty i objaśniała sens, ale nawet jasnego rozumienia dzieła, gdzie wyobraźnia góruje nad wszystkim innym.
Wyobraźni, płomiennej i przenikliwej, proszę przyjdź.
fragmenty z Dzienników Eugene'a Delacroixtłum. J. Guze i J. Hartwig
Wrocław-Warszawa-Kraków, 1968


czwartek, 28 kwietnia 2011

Malarska wizja


Przebudziłam się. Wreszcie. Strząsnęłam z siebie warstwę zimowego przyprószenia i przestałam się siłować z wiosennym przesileniem ulegając pogodnemu nastrojowi. Włosy związałam naręczem promieni słońca, pozwaliłam wymalować sobie kilka piegów na nosie i szeroko otworzyłam oczy. Oddycham, zachłystuję się radością, biegam z głową w chmurach, mimo zapracowania, próbując unieść się nieco na skrzydłach wewnętrznego rozpromienienia. Jutro zaś przefrunę ponad uniwersytecką bramą, by wsłuchać się w wykład o polskim malarstwie XIX wieku. Wszak wiosną, kiedy wszystko budzi się do życia, rozkosznie móc się przyjrzeć kolorom, rozkwitającym dookoła barwom i podążać za fascynująco zmienną wędrówką światła spacerującego pod ramię z cieniem.
I tak, do torby wrzuciłam przesłane materiały, porcję niezaspokojonej ciekawości i z niecierpliwością czekam na spotkanie z wyjątkowymi twórcami, żeby wymienić choćby kilka znamienitych nazwisk: Olga Boznańska, Henryk Siemiradzki (jakże mi bliski za sprawą jego "Studium drzewa"), bracia Gierymscy, artystyczny klan Kossaków, dwóch Stanisławów: Mehoffer i Wyspiański. Przez najbliższe trzy miesiące staną się częścią mojej codzienności, będą ją przemalowywać, upiększać, nadawać jej nowy, artystyczny wymiar, a ja długie godziny będę delektować się spotkaniami z ludźmi obdarzonymi niezwykłym talentem, a może nade wszystko zdolnością obserwacji ludzi i świata. Wszak to Konstanty Jeleński, w swoim szkicu poświęconym malarstwu Józefa Czapskiego, pisał o darze wizji:
Murielle Werner-Gagnebin zatytułowała swą piękną i uczoną monografię o Józefie Czapskim „Ręka i przestrzeń”. Trudno mi się z tym tytułem pogodzić. Czapski to dla mnie "oko i czas"."Ręka" kojarzy się z łatwością malarskiego gestu, z tym co potocznie nazywamy "talentem". Dary te nie wydają mi się dla malarza najważniejsze. Cóż z tego że malarz może łatwo, nawet błyskotliwie utwierdzić nas w jednym z wizualnych przesądów, czy będzie nim iluzja rzeczywistości czy smak epoki? Jedynie ważna jest wizja. Jeśli malarz widzi świat tak jakby oglądał go po raz pierwszy, może zmusić "rękę" do przekazania tej wizji innym.
Będę więc doszukiwać się wizji w obrazach i spróbuję spojrzeć na świat jakbym widziała go po raz pierwszy. Jakbym narodziła się na nowo. Spojrzeć oczami malarzy. Przyznaję zresztą, że ostatnio to oni zaprzątają mi głowę znacząco. Przede wszystkim panowie Goya, za sprawą Jacka Dehnela (na którego spotkanie na moich ukochanym Stawisku, też już nie mogę się doczekać).  Bo, to Francisco i Javier, pojawili się niedawno na pierwszym planie moich wieczornych obrazów wiodąc prym w swoich wzajemnych dysputach i wyrażaniu swojego spostrzegania, w dwójnasób, samych siebie. Książka "Saturn" jest takim dwugłosem, ojca i syna, a z czasem i wielogłosem, kiedy do dyskusji dołącza także Mariano, ojciec i dziadek. Obserwujemy, jak każdy z nich odmiennie spostrzega siebie w swoim życiu i w życiu tego drugiego. Te same wydarzenia, z punktu wiedzenie każdego z nich, nabierają nowego znaczenia, jakby zmieniały kolor, nasycenie, chwilami nabierając ostrości, bo zostają przefiltrowane przez własną osobowość i podszeptywane przez odmienną wrażliwość. "Saturn" jak planeta objęta niezliczonymi pierścieniami jest plątaniną uczuć, skrajnych obserwacji, artystycznych ambicji, wielkich rozczarowań i zatruwających uzależnień.
Jacek Dehnel stanął przed sztalugą malując mroczne portrety, choć jednocześnie wyraziste i pełnokrwiste, zaś jego zabawa słowem w "Saturnie" wciąż się mieni, iskrzy, zmienia odcienie i perspektywy. Pojedyncze słowa potrafią rozcinać, obnażać ciała i dusze, krzyczeć z bólu, namiętności i pożądania, malując jakże dosłowne wizerunki pełne pęknięć, szpetoty, pomarszczeń, ale i jakiegoś ulotnego piękna, piękna pasji, rozkoszowania się życiem, emocji i niezgłębionego kłębowiska wewnętrznych sprzeczności. Brzmiąc niejednokrotnie aż nadto dobitnie, niepozbawione są tego „dehnelowskiego” wyrafinowania, precyzji, splotu fraz i skojarzeń, więc z przyjemnością śledzę jak dobiera barwniki, nakłada kolejne warstwy farby, nadaję wyrazistości i faktury każdemu zdaniu. I tak snuje swoją opowieść, Jacek Dehnel, jakby rozciągał płótno na blejtramie. Pojawiają się pierwsze pociągnięcia pędzlem, smugi, kontury, by już za chwilę obserwować jak rozrywa płótno na kawałeczki, rozrzucając w odległe sobie strony, jak tylko odległe potrafią stać się sobie najbliższe osoby. Na samym końcu zaś łącząc je wszystkie zgrabnie w jeden, monumentalny obraz.
"Zadziwia mnie czasami dokładność, z jaką widzę kolejne obrazy - trochę jak wtedy, dawno temu, kiedy Kolos ukazał się w najmniejszych szczegółach, ale inaczej. Wtedy miałem ogólną wizję, teraz widzę, teraz widzę każde pociągnięcie pędzla; widzę dokładny odcień farb i wiem, jak go uzyskać, wybieram grubość pędzla - czasem śnią mi się moje ulubione pędzle, którymi malowałem w Quinta, zwłaszcza jeden, prawie zupełnie zżarty, bo tynk szybko zjada włosie, po sam koniuszek pokryty skorupą zaschniętej czerni - wiem, jak prowadzić dłoń przy nakładaniu bieli na spocone czoło starucha, jak dobrać cynobroworóżowawy rumieniec, nie młodzieńczy, ale starczy właśnie; oparcie krzesła, na którym siedzi ten łakomczuch od kości: każdy blik, każdy cień, wszystko widzę, wszystko. I to mi całkowicie wystarcza."
fragment z książki Jacka Dehnela
"Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya"
wydawnictwo W.A.B., 2011

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Wielookienny na pagórkach dom


Zmiażdżone przedmioty są równie smutne, jak ranne zwierzęta. Wiadomo, strzaskany dom nie cierpi, ale te wszystkie strzaskane domy, któreśmy z panią widzieli, zawsze wyglądały, jak gdyby doznawały bólu nie tylko fizycznego, ale i moralnego. Wyglądały, jakby rozpaczały. I właściwie całe nasze życie było życiem zrozpaczonych domów.
Ile tych domów musieliśmy opuścić, musieliśmy pożegnać. Mam taki sen, który wraca regularnie: jesteśmy w tym wielkim domu, w którym spędziliśmy nasze ostatnie lato, w tym domu, gdzie czytaliśmy Achmatową i Iłłakowiczównę i gdzie stwierdziliśmy – o horror – że Konopnicka wcale nie jest najgorszą poetką, przeciwnie, że jest bardzo sugestywna i że działa rytmem, muzyką... Więc właśnie śni mi się zawsze ten dom, tylko jakiś przyćmiony, w takim świetle, w jakim był podczas zaćmienia słońca – pamięta pani to zaćmienie słońca? Śni mi się w takim cieniu i ja chodzę po domu (…)
 
Rozglądam się po pokoju szukając śladów jego obecności, szukając smaku jego pocałunku na spierzchniętych ustach minionego czasu. Na stole niedokończony szkic nieistniejącego domu, niedopita kawa w pękniętym kubku. Pęknięte plany na przyszłość. Pomarszczone okładki nieprzeczytanych książek, smak cierpkich rozmów przy słodkim winie.
Kurz przeszłości szczypie w oczy, ten sam który wkradł się do wnętrza starego domu przez szczeliny wypaczonych, zmiennością aury, okien. Wypaczonego wspomnienia, kiedy...

Wyszłam żegnać go do przedpokoju.
W złotym kurzu postałam chwilę.
Na dzwonnicy cerkiewki spokojnie,
Uroczyście dzwony dzwoniły.
Porzucona!... Jakie śmieszne słowo -
Jakbym była kwiatem albo chustką...
Ale oczy patrzą już surowo
W pociemniałe, ogromne lustro.

A w nim odbija się postać, której nie rozpoznaję. Światło wpadające przez niedowidzące okna rozmywa kontury wspomnień i sylwetki bez imienia. Zamykam ciężkie drzwi do nie mojej przeszłości. Za sobą zostawiam wielookienny na pagórku dom.
  

fragment opowiadania Sérénité Jarosława Iwaszkiewicza
dedykowanego Konstantemu Jeleńskiemu
oraz wiersze Anny Achmatowej
  

niedziela, 17 kwietnia 2011

Przebudzenie

Dzisiaj po głowie chodziła mi jedynie migrena. Obudziła mnie przedwcześnie, biegając po domu w drewnianych chodakach, później nieco osłabiona lekami chwiejąc się na wysokich szczudłach wbijała boleśnie w każdą nazbyt hałaśliwie brzmiącą myśl. Każda z nich dzisiaj jakby wykrzyknikiem opatrzona, wyrastała okrzykiem nieznośnym się stając. Zatem przysłaniając okna, czekałam na dnia zakończenie, na ustanie wszelkich dźwięków brzmiących zbyt donośnie i na przygaszenie światła.
Przygasło. Późnym popołudniem. Decydując się jeszcze na przespacerowanie po moim domu, malując najpiękniejsze barwy zachodzącego słońca, rozpalając płomienne łuny na ścianach, pozłacając wyblakłe kwiaty w suszonym bukiecie, przysiadając przy moim biurku i wkręcając kartkę cienia w starą maszynę do pisania. Może jej podobna, stojąca w całkiem innym domu, wszak od mojego niewielką odległością oddzielonego, wystukiwałaby słowa o zachodzie słońca, tyle, że nad innym kawałkiem ziemi zawieszonego, którego to wszystkie słowa barwę wyrażające, gdybyśmy nawet chcieli użyć, jak to teraz moda, nazw pewnych farb przez malarzy tylko używanych - wszystkie owe słowa nie dałyby nam pojęcia o owych różach, cytrynach i oranżach, jakie zachód na niebie Ukrainy rozpala. Chmury niby kolorowe żagle malinowe, czerwone, to znów pomarańczowe płyną po rozległych niebiosach nieprzysłoniętych żadnym drobnym widokiem i odbijają się w obszernych stawach-jeziorach, drzemiących po kotlinach. Zawszeć gdzieś one spływają.Tym razem spłynęły we wnętrza mojego domu, rdzą osiadając na parapetach okien, przydając nieco pudrowego różu białym firankom, a mnie samej przynosząc przygaszone westchnienie ukojenia, w przydymionym świetle wiosennego zmierzchu które nie mają sobie równych, kiedy słońce zanurza się w nieokreśloną bladoróżową mgłę i na wszystkich przedmiotach osiada ten różowy szron szarej godziny, mieszający wszystkie pastelowe barwy w jednym tyglu i zacierając kontury. Tymczasem już noc ciemna kontury zaciera. Dobranoc.


fragment z książki "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina"
 Pejzaż ukraiński a pejzaż mazowiecki 
pod redakcją Roberta Papieskiego, Stawisko 2011
oraz fragment opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza "Zarudzie

Moje zarudzie

Dzisiaj po głowie chodziła mi jedynie migrena. Obudziła mnie przedwcześnie, biegając po domu w drewnianych chodakach, później nieco osłabiona lekami chwiejąc się na wysokich szczudłach wbijała boleśnie w każdą nazbyt hałaśliwie brzmiącą myśl. Każda z nich dzisiaj jakby wykrzyknikiem opatrzona, wyrastała okrzykiem nieznośnym się stając. Zatem przysłaniając okna, czekałam na dnia zakończenie, na ustanie wszelkich dźwięków brzmiących zbyt donośnie i na przygaszenie światła.
Przygasło. Późnym popołudniem. Decydując się jeszcze na przespacerowanie po moim domu, malując najpiękniejsze barwy zachodzącego słońca, rozpalając płomienne łuny na ścianach, pozłacając wyblakłe kwiaty w suszonym bukiecie, przysiadając przy moim biurku i wkręcając kartkę cienia w starą maszynę do pisania. Może jej podobna, stojąca w całkiem innym domu, wszak od mojego niewielką odległością oddzielonego, wystukiwałaby słowa o zachodzie słońca, tyle, że nad innym kawałkiem ziemi zawieszonego, którego to wszystkie słowa barwę wyrażające, gdybyśmy nawet chcieli użyć, jak to teraz moda, nazw pewnych farb przez malarzy tylko używanych - wszystkie owe słowa nie dałyby nam pojęcia o owych różach, cytrynach i oranżach, jakie zachód na niebie Ukrainy rozpala. Chmury niby kolorowe żagle malinowe, czerwone, to znów pomarańczowe płyną po rozległych niebiosach nieprzysłoniętych żadnym drobnym widokiem i odbijają się w obszernych stawach-jeziorach, drzemiących po kotlinach. Zawszeć gdzieś one spływają.Tym razem spłynęły we wnętrza mojego domu, rdzą osiadając na parapetach okien, przydając nieco pudrowego różu białym firankom, a mnie samej przynosząc przygaszone westchnienie ukojenia, w przydymionym świetle wiosennego zmierzchu które nie mają sobie równych, kiedy słońce zanurza się w nieokreśloną bladoróżową mgłę i na wszystkich przedmiotach osiada ten różowy szron szarej godziny, mieszający wszystkie pastelowe barwy w jednym tyglu i zacierając kontury. Tymczasem już noc ciemna kontury zaciera. Dobranoc.
Dzisiaj po głowie chodziła mi jedynie migrena. Obudziła mnie przedwcześnie, biegając po domu w drewnianych chodakach, później nieco osłabiona lekami chwiejąc się na wysokich szczudłach wbijała boleśnie w każdą nazbyt hałaśliwie brzmiącą myśl. Każda z nich dzisiaj jakby wykrzyknikiem opatrzona, wyrastała okrzykiem nieznośnym się stając. Zatem przysłaniając okna, czekałam na dnia zakończenie, na ustanie wszelkich dźwięków brzmiących zbyt donośnie i na przygaszenie światła.
Przygasło. Późnym popołudniem. Decydując się jeszcze na przespacerowanie po moim domu, malując najpiękniejsze barwy zachodzącego słońca, rozpalając płomienne łuny na ścianach, pozłacając wyblakłe kwiaty w suszonym bukiecie, przysiadając przy moim biurku i wkręcając kartkę cienia w starą maszynę do pisania. Może jej podobna, stojąca w całkiem innym domu, wszak od mojego niewielką odległością oddzielonego, wystukiwałaby słowa o zachodzie słońca, tyle, że nad innym kawałkiem ziemi zawieszonego, którego to wszystkie słowa barwę wyrażające, gdybyśmy nawet chcieli użyć, jak to teraz moda, nazw pewnych farb przez malarzy tylko używanych - wszystkie owe słowa nie dałyby nam pojęcia o owych różach, cytrynach i oranżach, jakie zachód na niebie Ukrainy rozpala. Chmury niby kolorowe żagle malinowe, czerwone, to znów pomarańczowe płyną po rozległych niebiosach nieprzysłoniętych żadnym drobnym widokiem i odbijają się w obszernych stawach-jeziorach, drzemiących po kotlinach. Zawszeć gdzieś one spływają.Tym razem spłynęły we wnętrza mojego domu, rdzą osiadając na parapetach okien, przydając nieco pudrowego różu białym firankom, a mnie samej przynosząc przygaszone westchnienie ukojenia, w przydymionym świetle wiosennego zmierzchu które nie mają sobie równych, kiedy słońce zanurza się w nieokreśloną bladoróżową mgłę i na wszystkich przedmiotach osiada ten różowy szron szarej godziny, mieszający wszystkie pastelowe barwy w jednym tyglu i zacierając kontury. Tymczasem już noc ciemna kontury zaciera. Dobranoc.

środa, 13 kwietnia 2011

Jak w zwierciadle


W tej jabłonce
pochylonej nad rowem
rozpoznaję własną formę
o jasnym konturze.

Chciałbym stać
twarzą w twarz
z drugą stroną
drzewa i nieba,

ale i tak jest dobrze:
chmury cenią towarzystwo,
zwłaszcza przed burzą,
przed wiatrem jak eksplozja
schodów, oddechem opadającym
spiralą liścia
na samo dno
dna -

lecz wciąż jak w zwierciadle.
wiersz Jacka Gutorowa
Jak w zwierciadle z tomiku "Inne tempo"
I ileż razy w takim zwierciadle pełnym opadłych liści szukam siebie. Pochylona nad rowem, złamanym drzewem będąc, sięgając swoimi ramionami otchłani przepaści, twarzą w twarz z samą sobą. W towarzystwie chmur, w deszczu, cała mokra od łez rozbijających się na niewzruszonej szybie codzienności. Pojąc się łapczywie każdą kroplą umykającego życia, zachłannym oddechem napełniając płuca, aż do bólu. Czasami opadając na dno samej siebie, w spirali zmieniających się dni. Ale żadne życie nie jest pełne, kiedy patrzy się tylko w siebie. Pięknie jest móc spojrzeć na inną twarz, inne życia, chwilami dotykające mroku ziemi, to znów wznoszące się jak latawiec, ponad szarością własnych wspomnień lub tkające obraz z nieuchwytnych barw własnego tu i teraz.
Patrzeć w zwierciadło duszy drugiego człowieka. Niełatwe.
Dlatego przyznaję, że „rozum spokorniał” wobec, danej Remkowi Grzeli, tak wyjątkowej umiejętności widzenia ludzkich twarzy, otwierania ludzkich dusz, wędrowania splątanymi zaułkami jakże często delikatnych, uczuć, odnajdywania drogi do prawdziwego oblicza, ukazującego całą kruchość i siłę jego rozmówcy. Któż inny potrafiłby z takim wyczuciem przechadzać się przez tak wiele terenów będący pod ochroną, bez naruszania granic prywatności, nie burząc wewnętrznego porządku.
Zatem dziwić nie może, a jakże cudnie cieszy, nominowanie Remka Grzeli do Nagrody im. Barbary Łopieńskiej za najlepszy wywiad prasowy, bo każdy z nich jest wyjątkowym spotkaniem, jak napisała we wstępie, do jego pierwszej książki „Rozum spokorniał”, Maria Szyszkowska:
"Rozmowa - wartość tak często lekceważona w naszych domach - wyzwala z obu stron pokłady nie zawsze przez nich uświadomione (...) Spotkanie człowieka z człowiekiem powinno być wydarzeniem, zwłaszcza gdy napotyka się bratnią duszę. Wyraziście to uświadamia ta książka. Wyrywa ona Czytelnika ze świata pozornych wartości i skłania do zastanowienia się nad sobą w konfrontacji z zamieszczonymi tu wyznaniami. Skłania również do konkluzji, że sens życia wiąże się z odnalezieniem jakiejś pasji."
Za dotykanie pasji. Za to, że gdy czuję się złamanym drzewem pasja spotkań, których doświadczam wyrywa moje spętane korzenie, na moment, zmieniając mnie w jabłoń o jasnym konturze. Dziękuję.

Remigiusz Grzela otrzymał nominację do Nagrody im. Barbary Łopieńskiej za wywiad z Henryką Krzywonos, pt. „Solidarność to nie jest puste słowo” („Zwierciadło” lipiec 2010) oraz rozmowę z Aliną Świdowską pt. „Zwyczajna córka” („Gazeta Wyborcza – Wysokie Obcasy” luty 2010).
Trzymam kciuki (chyba do 17 maja już nic nie będę mogła napisać, by ich nie puścić :-)

niedziela, 10 kwietnia 2011

Waniliowa sobota


Jeszcze wczoraj w całym domu słychać było głośne tupanie małych pantofelków, na dywanie usadowiły się roześmiane lalki w falbaniastych sukienkach, pod stołem zawstydzone, brzuchate miśki, a na książkach pluszowe zwierzaki. Chasydzi przechadzający się wąskimi uliczkami krakowskiego Kazimierza przyglądali się, z rozbielonych rycin, pieczeniu maślanych ciasteczek, mące przydającej wytwornego wdzięku czteroletniej, coraz bardziej bladolicej damie i widokowi słodkich ziarenek cukru waniliowego na jej małym, zadartym nosku. Buteleczki z esencją śmietankową, w niewprawnych jeszcze rączkach młodziutkiej kucharki, czuły się jak flakoniki wytwornych perfum od Givenchy. Potem, przy stole sączyły się długie, dojrzałe rozmowy przy równie dojrzałym winie, w towarzystwie księżyca próbującego dopasować swój profil w idealnie zaokrąglonych kształtach talerzy.
Wieczorem, kiedy przygaszony rozstaniem ganek żegnał znikające światła samochodu znajomych, koty bezpiecznie wyszły z sobie jedynie znanych ukryć, a stary zegar, niezbity z tropu parogodzinnym, odmiennym stanem panującym w domu, wybijał kolejną godzinę wieczoru. Zmywarka szumiała w kuchni próbując zagłuszyć szum wiatru na oknami, kieliszki ustawiły się w krystalicznie równym szeregu za szklanymi drzwiczkami kredensu, a piekarnik oddychał spokojnie po całodziennej pracy, z wyczerpania bardzo wyraźnie blednąc. Zarumienione ciasteczka, wciąż kusiły smakiem i zachwycały jakże kruchą formą istnienia.
Noc zaciągnęła zasłony okien kończąc spektakl mijającego dnia. Po schodach, wciąż rozchodził się zapach wanilii, przetykał mgiełką słodkiego zapachu między rzeźbieniami parawanu, kiedy policzki przytulały się już do poduszki podszytej grubą warstwą snów, a okulary złożyły wyprostowane ramiona, by wygodniej ułożyły się między twardymi okładkami książek.
Jutro rano otwiera się nowa książka dnia codziennego. Czasem twardo zatrzaskująca przed nami nasze własne plany, roztrzaskująca się o kanciaste zaułki nieprzychylności, czasem będąca słodkim smakowaniem delikatnych warstw mijającego czasu. Będąca spotkaniem z nieoczekiwanym. Zatem, życząc miłego delektowania się niepisaną lekturą, dobranoc.
 

wtorek, 5 kwietnia 2011

Nagie drzewa

Przedzierając się przez senny nastrój poranka przypatrywałam się, wciąż ogołoconym, niezawodnym towarzyszom mojej codziennej trasy wiodącej w stronę miasta. Skupionym wzdłuż wiejskiej drogi, przemawiających milczeniem, bo wciąż pozbawionych możliwości wyrażenia budzących się uczuć drżeniem młodziutkich liści. Nagich wobec własnej ułomności. Smaganych przez wiatr, z powyginanymi ramionami pochylonymi bezwładnie ku ziemi, palcami nieudolnie przebierając czarne grudki ziemi w poszukiwaniu życiodajnych soków. Głodne życia.
Ich konary są wplecione nierozerwalnie w przyziemną rzeczywistość nie pozwalając oderwać się od szarzyzny przydrożnego pejzażu. Wyglądają jak cienie przygarbionych, bezimiennych i obcych komukolwiek postaci, chowających swoje zawstydzenie w siwej mgle. Niektóre niezłomne, choć z połamanymi rękoma, powstrzymują rozwiane włosy wiotkich gałązek próbujących pochwycić się mknących, u ich stóp, samochodów. Daremnie. Pozostaną tu na zawsze.
Więc tkwią, jakby niezdolne do odrodzenia się, mimo wiosny nadchodzącej z promienistym uśmiechem, rozciągającej za sobą welon utkany z złotych nici radości, a w rąbku kapelusza skrywającej cichutko dzwoniące krople porannej rosy, w których ukryte są nuty skradzione z wiosennej partytury Vivaldiego.
A przecież każde z tych drzew, piękne w swojej odmienności, mogłoby posłużyć za obiekt do malarskiego studium, jak to spoglądające z obrazu Henryka Siemiradzkiego, stojące samotnie. Jakby obolałe, z wyżłobionymi przez czas zmarszczkami, pęknięciami czasu na grubym pancerzu kory. Zamknięte w sobie, stare, zanurzone w przejmującej ciemności, niedostrzegające jaśniejącej poświaty pojawiającej się za nim.
I sama ostatnio nie dostrzegam światła, czuje się jak nieme, niezdolne do żadnych emocji drzewo, bezszelestnie próbujące przetrwać, czas nieprzychylnych wiatrów, tkwiąc w milczeniu. Bo nie potrafię znaleźć żadnych słów. Czasami, przez króciutki moment, odnoszę wrażenie, że coś kiełkuje, by zaraz zauważyć, że to jedynie zeschnięty liść, który już zdążył zagubić swoją barwę i nienagannie wykrojony kształt.
Jednak dalej, uparcie szukam melodii słów, choćby w muzyce, tylko zdaje się, że wiatr ogołocił wszystkie pięciolinie świata, nawet w tak bogatej, we wszelkie ozdobniki, muzyce baroku. Gdzie się podziała polifonia dźwięków Bacha, nienaganna forma i zachwycająca kompozycja u Haendla? Pozostała jedynie 'fuga', ucieczka, od przytłaczającej niezdolności do wyrażenia siebie. Więc szukam.
Zerkam na biuro, na którym leży pożyczony od znajomej film. Na okładce zachwycające drzewo, rozłożyste, wielobarwne z postacią kobiety stojącej pod tą fantazyjną koroną soczyście kolorowych liści. Opis obiecuje prawdziwą historię niezwykłej kobiety, kiedy to: w 1913 roku kolekcjoner Wilhelm Uhde, jeden z pierwszych nabywców dzieł Picassa, wynajmuje mieszkanie w Prowansji. Do pomocy w domu zatrudnia Serafinę. Odkrywa, że ta niezwykle charyzmatyczna kobieta obdarzona jest niespotykanym talentem. Rozpoczyna się wyjątkowa znajomość pomiędzy marszandem malarskiej awangardy a wizjonerką z francuskiej prowincji. "Serafina" to przepiękna opowieść o bliskości uczuć i sztuki, o przyjaźni i natchnieniu.Zatem może jeszcze trochę pomilczę próbując naszkicować swoje drzewo mieniące się feerią barw, listków o fantazyjnych kształtach komponujących się z szumem mojej własnej melodii. Może odnajdę ścieżkę wiodącą do przytłumionych ostatnio uczuć, sztuki, przyjaźni i natchnienia, czerpiąc siłę do życia od wiosny, która przykucnęła nieśmiało pod nagim drzewem w moim ogrodzie. Może też czegoś szuka.