czwartek, 27 stycznia 2011

Rdzewiejją szyldy


Dzisiejszy dzień przemknął jak struś pędziwiatr, zostawiając za mną smugę rozgrzanego, do czerwoności, kurzu osiadającą na każdej zbyt pośpiesznie minionej chwili, spalającego każdy, nieodradzającą się już, fragment codzienności.
Wpadłam do domu czując się jak jedna z kobiet mieszkających na obrazach Janet Hill. One zdają się być jakby niepełne, złapane w źle ujętnym kadrze, a jednak przepełnione jakąś magiczną aurą własnego, kobiecego świata, słodkiego jak tort bezowy z truskawkami. Takiego, w którym dni wyglądają jak dobrze dobrane pantofle, ale z ulgą zrzucane ze zmęczonych, pod koniec dnia, stóp. Inne będące jeszcze oczekiwaniem, jak nieprzeczytane książki, wciąż będące w zasięgu ręki, jedynie czekające na swój moment, by otworzyć przed nami to, co w nich jeszcze dla nas niepoznane.
Rzuciłam na tapczan torbę, z której wyjrzał rąbek styczniowego numeru "Twórczości" i mały tomik liryki rosyjskiej zamkniętej w przedziale 1880-2005. Mam nadzieję wsiąść z nim do pociągu poetyckiej kolei transsyberyjskiej i przemierzać liryczne światy. Wszak biegnie kolej elektryczna / wędrują cienie po ścianie / ćma ostatnia heretyczka  / lata na ogniu płonie (...) na pełnych księżyca brzegach / stanęły, patrzać na rzekę / mamroczą swoje westchnienia / w jakimś nieznanym narzeczu.
Spróbuję zatem zrozumieć cień rosyjskiej nostalgii skrytej w delikatnych dłoniach Anny Achmatowej, powędrować szlakami skrytymi między wierzchołkami palców Osipa Mandelsztama, aż po wyraziście kreślone granice słów Władimira Wysockiego. Będę przekraczać strefy czasowe rozpostarte między końcem XIX wieku i wieku XX, aż po początki wieku XXI zahaczając, wyznaczające czas „gdy liryka rosyjska rozwijała się najbujniej, gdy mnożyły się kierunki literackie i wystąpienia wybitnych jej osobowości.”
Z kubkiem herbaty malinowej, osłodzonej szczypką lirycznego rozmarzenia, wtuliłam sie w miękkie poduchy nadchodzącego wieczoru, mając jeszcze przed oczami szyld księgarni "Czytelnik”, z której umykałam pośpiesznie, by nie ulec pokusie zakupienia kolejnych książek, kuszących dochodzącym mnie, spomiędzy okładek, szeptem. Przyznaję, że uwielbiam szeleszczonącą ciszę tego miejsca.W tym niewielkim wnętrzu mieści się swoista mapa, którą znam na pamięć, pozwalająca pewnie sięgnąć po wydawnictwa sygnowane przez ZL, przystanąć przy niejednym zadziwiającym życiorysie zamkniętym w opasłych tomach fascynujących biografii lub wesprzeć się o kolumnę stojącą na straży, nazbyt skromnych, tomików poezji.
„Czytelnik” szyld, którego, mam nadzieję, nie dotknie nigdy rdza czasu, bo przecież czasami…

Rdzewieją szyldy, kurzą się obrazy
mijają lata. Srebro leżąc w wodzie
matowieje. Butwieją zatopione łodzie
i nic się nigdy nie zdarza dwa razy.
Płowieje czerwień i czernieje złoto
biel rękopisów szarzeje w szufladach.
Jeśli nieszczęścia to po nas. I potop
i noc niech po nas dopiero zapada.
Czas mija. Nieruchoma czuję całą skórą
jak strach wypełnia mięśnie, podpełza do kości.
Choroba jest jak ciężka, ołowiana chmura
Całuję życie swoje — chora z namiętności.

   
wiersz Anny Piwkowskiej *** (Rdzewieją szyldy, kurzą się...)
fragmenty ze wstępu do "Antologia liryki rosyjskiej" - wyd. ANAGRAM, 2007fragment wiersza Bułata Okudżawy *** (Biegnie kolej elektryczna...)
obrazy autorstwa Janet Hill

piątek, 21 stycznia 2011

Fiołki nie chciały umierać


Chce mi się smaku słodkich migdałów i gwiazdki z nieba – przemknęła myśl w mojej jeszcze zaspanej głowie, kiedy próbując strzepnąć z oczu resztki snu, schodziłam nad ranem do kuchni. Spojrzałam na kalendarz. Wolałabym przespać ten dzień. Zerwać go z kalendarza zanim się obudził.
Kawa zapachniała dzisiaj inaczej. Za oknem ogród w świetle, przygaszonej nieco, latarni spał przykryty narzutą utkaną z misternych rozet. Mogły się zdawać mniej imponując od tych zdobiących paryską katedrę Notre Dame czy od tych równie misternych, nieruchomo tkwiących w strzelistej katedrze Św. Wita w Pradze. Te śnieżne, prostsze, skromniejsze, bardziej przypominały rozety wtopione w surową postać katedry w Spoleto. Bez przepychu, połyskujących w słońcu wielobarwnych witraży, same w sobie, zachwycające skromnością, stanowiące wyjątkową ozdobę. Taka Ty byłaś.
Niestety na tyle kruche, że trudno czasem dostrzec ich zgrabne zaokrąglenia, prześwity i koronkową fakturę, bo nim przyjrzeć im się z atencją, znikają pod kolejnym, cieplejszym oddechem powietrza, będącym dla nich śmiertelnym. Śmierć nigdy nie zawodzi.
Rzuciałam się w wir pracy. Przyciszyłam radio. Im mniej przypominania sobie o dzisiejszym dniu tym lepiej.
Dobrze, że nie mam czasu myśleć o niczym innym poza sprawami służbowymi, im więcej piętrzy się przede mną obowiązków, tym łatwiej przetrwać ten dzień. Czy jesteś gdzieś obok?Koła samochodu chwilami ślizgały się na jezdni. Chyba prześlizgnęłam się przez ten dzień.

Zagłuszałam natrętnie stukające do mojej głowy myśli. Spróbuję je osłodzić. Na przekór.
Przede mną na stoliku tabliczka mlecznej czekolady z fiołkami. Brzmi rozpustnie i tak samo smakuje. Powoli rozpływam się wraz z czekoladą nadto ogrzewaną ciepłem płynącym z kominka. Zdaje się, że stare kapciochy z rozkoszy zsunęły się z moich stóp i obejmując się czule, wychudłymi sznurowadłami, siedzą przytulone do siebie. Nie prawda. Zsunęły się pod ciężarem bolesnego wspomnienia. Wychudłe sznurowadła, to moje ramiona, które wyciągam do Ciebie. Proszę daj znać, że jesteś obok.Z parapetu okna spoglądają na mnie niebieskie płatki fiołka alpejskiego. Taki sam stał zawsze na parapecie okna w Jej pokoju. Fiołki... taki kolor miały Twoje oczy.
Wolałabym nie mieć dzisiaj serca.

Fiołki, jak i inne kwiatki, nie chciały mieć ust ni oczu,  
rąk, które można załamać, włosów, co mogą posiwieć.  
Wolały zamilczeć w trawie, z daleka na uboczu.  
Wolały nie być szczęśliwe ani też nieszczęśliwe.


Fiołki nie chciały się spalić w pożarze na siódmym piętrze,
fiołki nie chciały umierać na łóżku w krzyku i strachu.
Nie chciały być wcale większe, mądrzejsze i gorętsze,  
życzyły sobie spokoju w niskim, fiołkowym zapachu.


Fiołki nie chciały miłości, tęsknot i czekań na listy.
Nie chciały płaczu marzenia, kiedy je na śmierć wzywają.  
Wolały codzienną pszczołę obojętności złocistej,
która im serca nie weźmie, bo go umyślnie nie mają.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
wiersz "Fiołki"

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Żeby nie zrobić nic złego wobec literatury


Co się dzieje kiedy wyśmienity krytyk literacki, miast kolejnego rozdziału książki, poddaje ocenie kolejne rozdziały swojego życia?
Poznajemy jedne z najciekawszych wątków o
współistnieniu krytka, z pisarzem i jego działami. Podpatrujemy czym jest życie, jakby toczące się między okładkami książek, w poszukiwaniu zarysu każdego słowa, jego kształtu, wszelkiej, ledwo zauważalnej, subtelności lub dobitnie brzmiącej wymowy. Podążamy między splotami zdań, wierzchołkami liter rozpoczynających myśl, a dolinami tych kontynuujących pisarski zamysł. Ale nade wszystko, przynajmniej w przypadku tegoż krytyka i eseisty, zauważamy jego przychylne patrzenie na dzieło literackie i traktowanie obcowania z nim jako przeżycia artystycznego:„Literatura ta, która ma znaczenie, jest poznaniem artystycznym, poznaniem autonomicznym i wobec tego kwestie oceny artyzmu literackiego są szalenie skomplikowane. Bo ja muszę w zgodzie z sobą, z moimi przekonaniami filozoficznymi, z całym moim doświadczeniem literackim, ja muszę po prostu każdorazowo, indywidualnie rozstrzygać, czy to poznanie przez artyzm jest wartościowe, czy niewartościowe, czy ono coś obiecuje, czy niczego nie obiecuje, to jest sprawa trudna, ja tutaj nie mam żadnych innych narzędzi i nie mogę mieć przy mojej filozofii literatury niczego poza moim doświadczeniem."Między tytułami niezapomnianych książek spoglądamy na odsłony życiorysu wpisanego w nieustające życio-czytanie. Przywoływane są obrazy wspomnień, począwszy od klimatu rodzinnego domu, przez lata studiów i podejmowanej pracy, przez postawę wobec realiów socrealizmu i uwikłań literatury w politykę. Towarzyszymy spotkaniom z literatami obserwujać rodzącą się więzi, która zaczyna łączyć krytyka z dziełem i jego autorem. Obcowanie Henryka Berezy z książkami zdaje się być, po prostu, ich doświadczaniem intelektualnym, poznawczym, a rzec by można metafizycznym, także. To obcowanie ze sztuką słów.
Przywoływane tytuły i ich autorzy niejako wtapiają się w jego życie, stają się poniekąd, nie tylko jego częścią, ale i jednością. I już nie wiem ile w tym jest rozmowy o książkach, a ile o sobie samym, bo wydaje się, że tworzą nierozerwalną całość. Poznajemy nie tylko tych, którzy w życiu Henryka Berezy byli postaciami ważnymi, ale może nade wszystko jakim jest sam bohater rozmowy prowadzonej przez Adama Wiedemanna i Piotra Czerniawskiego.
Tymczasem Henryk Bereza wyznaje:„To, co się stało – tak można powiedzieć analogicznie do terminu życio-pisanie, które wymyśliłem dla Stachury – można nazwać życio-czytaniem, w każdym razie to było czytanie twórcze, kreacyjne możne trzeba by powiedzieć. To już nie miało nic wspólnego z przeglądaniem dzieł literackich dla celów akademickich, ja czytałem artystycznie, to znaczy wprzęgałem się w procedury twórcze, bo przecież czytanie rzeczywiste jest współtworzeniem, dzieła literackie, dzieła poetyckie nie istnieją po prostu jako zapisy. Prace akademickie dla innych prac akademickich to są teksty, natomiast działa literackie są dziełami, które istnieją dopiero w tym procesie, jakiego wymaga czytanie, i ja już wyłącznie się nastawiłem i tutaj już z pełną świadomością i z pełną konsekwencją do tego się zabrałem. I stąd taki jestem zdewastowany i zużyty w sensie duchowym, ponieważ ja uprawiałem jakiś rodzaj twórczości na tak rozległych planach”.
I zazdroszczę tego zdewastowania i zużycia, w sensie duchowym, bo jakże musi być niezwykłym, posiadać taką wiedzę, i umiejętność przeżywania i obcowania z literaturą, że staje się ona każdym oddechem, najdrobniejszym tchnieniem, wręcz uzależnieniem, pracą i spełnieniem jednocześnie. Bo żyć to czytać, a może co istotniejsze odczytywać, to co w literackim dziele cenne i warte późniejszego odnotowania w esejach i recenzjach.
Ale poza książkami, nieodłącznymi towarzyszami życia Henryka Bereza, byli też nieodłączni ich autorzy. W rozmowie przewijają się postaci, które jakże mocno zarysowały swoją obecność w życiu z-cy redaktora naczelnego "Twórczości", jak choćby może najważniejszy z nich, Marek Hłasko, z którym przyjaźń była "solidarnością dwóch cierpień", ale także Jarosław Iwaszkiewicz, Jan Kot, Janusz Rudnicki, Adam Ważyk, z którym prowadził fascynujące dysputy literackie. Kreśli sylwetki znajomych i przyjaciół przywołując ich w wyrywkowo wybieranych wspomnieniach, przywołując do życia, także tych, którzy schowali się w cieniu zapomnienia, jak Jan Drzożdżon.
I tak śledzimy losy Henryka Berezy, jego literackich pasji, własnych definicji, choćby tej, która mnie zawsze intryguje najbardziej, co jest powinnością krytyka.
Może właśnie to, co ujmuje w tak frapujących słowach:
"Mieć najlepszą dobrą wolę, żeby nie zrobić nic złego wobec literatury. Żeby zdawać sobie sprawę, że zajmowanie się literaturą, jeśli tutaj w grę wchodzi jeszcze jakiś rodzaj autorytetu, jest zajęciem tak odpowiedzialnym i tak skomplikowanym jak odpowiedzialność chirurga, który operuje  żywe serce lub żywe oko. Nie powinno podsuwać rozstrzygnięć, jaka ma być literatura, jak ma kto pisać, bo żeby wiedzieć, jak ma kto pisać, to trzeba wiedzieć, co ten ktoś w ogóle może zrobić. Bo nie jest tak, że  każdy, co chce, to będzie robił w literaturze, takiej możliwości nie ma. Jeśli ja się jakimś autorem interesuję (...) to dzieję się tak, że jestem wplątany w los tego autora."
I tak rozdział po rozdziale, sami wplątujemy się w nić słów, podążamy za nimi, by samemu zasmakować życio-czytania, by pochwycić "Końcówki. Henryk Bereza mówi".
          
Adam Wiedemann i Piotr Czerniawski
"Końcówki. Henryk Bereza mówi"
wyd. Korporacja Ha!art, 2010

środa, 12 stycznia 2011

Między drzewami


Na kuchennym parapecie stoi mała doniczka z bazylią rozsiewającą swój aromatyczny zapach. Na pewno lubi przez okno obserwować biegające wesoło psiaki o poranku, dzieci z lubością wskakujące do kałuż na nierównej ścieżce, samochody sunące sennie w stronę gwarnego miasta. Może nocami rozmawia z księżycem i przegląda się w błyszczących oczach gwiazd. Jej zielone listki, każdy z nich, mógłby być inną historią, zapisem niecodziennych obserwacji. I takie też zielone listki miałam kiedyś w internetowej otchłani. Po prostu przystanęłam kiedyś przed drzwiami do zielonego zakątka pachnącego farbą drukarską wydobywającą się spomiędzy kartek prezentowanych tam książek, opowiadającego zwykłe ludzkie historie i całkiem niezwykłe kocie, przepojonego wrażliwością, jak jesień deszczowymi kroplami i niosącego nadzieję, jak promienie budzącego się słońca wiosną, niosącego szept skrzypiących desek teatralnych. Tam można było wejść z filiżanką kawy w ręku, by przysiąść przy zamyślonym Kafce notującym skrupulatnie swoje myśli. Delektować się codziennym przebywaniem „Z Kafką przy kawce”. Tam pierwszy raz usłyszałam Wierę Gran, tam skulona cichutko między linijkami wierszy pozwoliłam, już na zawsze, uwieść się Annie Boleckiej, a przecież tych zachwytów było tyleż więcej. Stamtąd do mojego kalendarzyka trafiały tytuły spektakli koniecznych do przeżycia, to stamtąd wydreptałam swoją ścieżkę do ulubionego teatru. Ten zielony zaułek stał się uzależnieniem.
Potem jakby przekorny los odebrał mi to miejsce, schronienie przed biegiem codzienności. Listki przestały opowiadać. Zamknęły się drzwi i choć zdawałoby się, że dzierżę w dłoni wiele kluczy, które kiedyś otworzyły przede mną niejeden pokój dający schronienie niezwykłym wspomnieniom, mnie ofiarowując nieprzeciętną gamę zachwytów, to do tych drzwi zielonego zaułka klucza nie było. Tak jak nie było już klucza do mojego ulubionego teatru. Koniec.
Ale przecież każdy koniec zdaje się być jednocześnie czegoś początkiem, więc czekałam. Mijały miesiące. Ratowałam się przekraczając „Zwierciadlane”, comiesięczne, „tereny pod ochroną”, sama szukając tam schronienia dla swojego uzależnienia.
Tak nastał nowy rok, obudziła się nowa nadzieja, otworzył nowy rozdział. I powstał nowy zakątek, który znowu powiedzie na fascynujące literackie i teatralne szlaki, gdzie codzienność będzie całkiem niecodzienna. Tam będzie się chodziło boso, by poczuć pod stopami każdy najdrobniejszy kamyk będący słowem, które być może zaprowadzi kogoś do ulubionej książki lub ulubionego spektaklu teatralnego. Gdzie dreptać się będzie ulubioną alejką, spacerować między drzewami, chowając się przed deszczem pod parasolem rozłożystych gałęzi lub wystawiając twarz ku promieniom słońca ślizgającym się beztrosko między zielonymi liskami. Stanie się ulubionym miejscem, całkowitym uzależnieniem. Dla każdego to może być początek pięknej, wspólnej drogi. Może się tam spotkamy, miniemy w zadumaniu.
Ten nowy zakątek to:
http://remigiusz-grzela.pl

wtorek, 11 stycznia 2011

Ciemność nuci pewną melodię


Wciąż z Wierą, z jej historią, przejmującym głosem, który szumi w uszach przedwojennymi piosenkami ze starych płyt, tych czarnych krążków, na których widać każdą rysę, zadrapanie, zadany ból dźwiękowi i melodii, które już nie brzmią tak czysto. Może niektóre leżą gdzieś schowane w pudłach, może są potłuczone, istnieją jedynie w trudnych do złożenia w całość kawałkach, jak życie Wiery, składające się ze strzępów przeszłości przykrytych niełatwą do zdarcia warstwą oskarżeń. To one powoli wsiąkały w nią, jak kwas, spalając resztki nadziei, wżerając się w jej duszę i umysł, niszcząc złudzenia, że można zacząć żyć od nowa.
Czytam niektóre fragmenty książki po parę razy, jakbym za każdym kolejnym próbowała odnaleźć między słowami promień światła, który rozświetliłby ciemności, w których skryła się Wiera Gran. Skryta przed strachem, odgłosem niecichnących win nieudowodnionych, przed sobą samą, tą oklaskiwaną, uwielbianą, może zbyt piękną na szpetne czasy, w jakich przyszło jej przeżywać młodość. Zostaję z nią jeszcze, czytam dalej, niespiesznie. Przede mną kolejny rozdział jej życia, jej ucieczki. Tymczasem mogłabym potwórzyć za Agatą Tuszyńską:
„Im dłużej z nią jestem, im bardziej to drążę, im więcej otwiera się przede mną dokumentów sprzed lat, tym mniej pozwalam sobie rozumieć. Tym bardziej czuję się wobec tamtej przeszłości bezradna. Nieuprawniona do jej moralnej oceny. Cóż wiem, cóż mogę wiedzieć?”
Mówisz: nic nie wiemy. Ale przecież wiemy,
że dobroć istnieje, przynajmniej niekiedy,
i są stare obrazy, które pokazują cierpienie,

i płomyk świecy; są ludzi nieszczęśliwi,
na próżno szukający pocieszenia
jak listonosz brnący w śnieżnej zawiei,

jest muzyka rosnąca w dżungli milczenia,
są oprawcy, są mroczne ulice, ślepe okna,
dni, które wydają się świętem okrucieństwa,

są ci, co płaczą bez nadziei w ciasnej poczekalni,
są podziemne pociągi, ciężkie oskarżenia,
jest także zwyczajna nuda rozmów o sporcie,

i terror długich wieczorów, i krzyki pijaków -
i zdarzają się chwile objawienia,
kiedy dumnie błyszczą kwiaty kasztanów,

a młodziutkie drozdy oszołomione
heraklitejskim ogniem majowego ogrodu
idą niepewnie wśród traw,

a potem zapada ciemność,
i znowu nic nie wiemy,
absolutnie nic, nawet tak i nie.

A jednak także ciemność nuci
pewną melodię, której niestety
nie potrafimy rozpoznać.
Adam Zagajewski
wiersz "Nic nie wiemy"
112 Zeszyty Literackie, 2010 nr 4

czwartek, 6 stycznia 2011

Na mole najlepsze są cytryny


Spokojne, ciche popołudnie. Frycek wtulony w fotel przy kominku, Walentyna skulona śpi na poduchach przytulonych do starej, drewnianej skrzyni podróżnej moich rodziców, która aż skrzypi od wspomnień. W kuchni na półce, podwieszonej pod sufitem, wiszą grzyby, zioła i róże. Kwiaty, które uwielbiam, przez co nie sposób je wyrzucić i tak pozostają u mnie, nie tylko stając się pamięcią o tych, od których je dostałam, ale też pamięcią o ich wyjątkowej urodzie. Spoglądam na książkę leżącą na stole i wracam pamięcią do momentu, w którym po raz pierwszy doszedł mnie przejmujący głos Wiery Gran, wtedy, gdy w rękach trzymałam inną książkę, autorstwa Remigiusza Grzeli, "Bądź moim Bogiem", w której autor napisał:
"Ta książka powstała z wielu inspiracji, ale jedną z najważniejszych są losy przedwojennej piosenkarki Wiery Gran (...) Poznawanie Jej losów stało się dla mnie jedną z najciekawszych przygód. Tę powieść dedykuję Jej, z wdzięczności za wtajemniczenie".
Dzięki Remkowi i jego ksiażce, dla mnie, było to także pierwsze wtajemniczenie w życie Wiery Gran. Mam nadzieję, że książką, która leży teraz na stole stanie się jego kolejnym etapem.
Obok niej stawiam kubek z gorącą herbatą. Rozkrawam soczystą cytrynę na dwie połówki.
„Na mole najlepsze są cytryny. Kroi je pani na równe części i rozkłada po półkach i szufladach. Na mole najlepsze są cytryny”.
Nagle dochodzi do mnie cierpki smaku tych słów i sama czuję się trochę jak mól, wkradając się w zamknięty przed wszystkimi świat Wiery Gran. Trochę jak intruz, który dotyka jej intymności, tajemnic, niełatwego i niejednoznacznego życia. A przecież staram się jak najdelikatniej przekładać kartki czytanej książki, wstrzymywać oddech, kiedy uchylają się niepewnie drzwi do paryskiego mieszkania piosenkarki. Zamkniętej nie tylko w ciemnych pokojach, ale zamkniętej w samej sobie, swoich wspomnieniach, bolesnych doświadczeniach i jej tylko znanej prawdzie, której niełatwo dzisiaj dociec.
"Siedzi na łóżku. Pochylona. Jakby na straży swojego lęku. Ręce założone na kolana. Twarz z rzadka oświetla migający ekran telewizora. Jest u siebie. W schronie. W getcie pół wieku później. Wie na pewno, że musi się ukrywać. Niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku. Wszyscy są podejrzani".
I chciałabym móc ująć ją za te złożona na kolanach dłonie i szepnąć, że już nie musi się bać, dodać jej odwagi do sięgniecia po swoje wspomnienia bez strachu wystawienia siebie na ponowne oskrżenia. A może to tylko ja sama próbuję sobie dodać odwagi do pójścia za Agatą Tuszyńską i kolejnymi rozdziałami książki "Oskarżona: Wiera Gran", do przejścia kolejnych rozdziałów życia pięknej Wiery, rozkrawanych na połówki, ćwiartki, tak by dojść do środka, do smaku jej istnienia, może czasem nazbyt kwaśnego, wykrzywiającego jej twarz jak w "krzywym zwierciadle", przez co znacznie trudniej spostrzec jej prawdziwe oblicze.
"Większość ludzi ma kogoś, z kim dzieli los, ma lustro w drugiej parze oczu. Taką rolę spełniała dawniej moja mama. Ale jej nie ma. Już od lat jej nie ma. Zostaję sama. Zdejmuję sukienkę, zmywam makijaż. Zrzucam boa. Drętwieję na fotelu. Po fajerwerkach braw i bisów - cisza jest dojmująca. Już nie odbijam się w lustrach zachwyconych oczu... Przestaję istnieć".
Ale być może właśnie takim lustrem, oczami, w których mogłaby się przejrzeć, stała się, dla Wiery Gran, Agata Tuszyńska, która podjęła się próby pokazania niezwykłego życia piosenkarki, dzięki czemu zwyczajna dziewczyny z Wołomina, której śpiew został zagłuszony przez oskarżenia i brutalność świata ją otaczającego, ponownie może istnieć. Zaistnieć dla nas.
"Pamiętam, kiedy po raz pierwszy dostałam róże. Mój Boże, RÓŻE! To było niewyobrażalne, ja Wiera, córka Liby, z Wołomina, spod stacji kolejowej, ja, dla mnie - królewskie kwiaty! Nie bardzo wiedziałam, co z nimi zrobić, jak się zachować. Pogłaskałam je po... twarzy".
Czy książka Agaty Tuszyńskiej, będzie jak ten gest łagodnego pogłaskania twarzy Wiery Gran, gest rozgrzeszenia, oczyszczenia?
Wracam zatem do przedwojennej Warszawy, po cichutku, w miarę możliwości niezauważona, przysiadam na krawędziach kartek...
 
"Oskarżona: Wiera Gran"
Agata Tuszyńska
wyd. Wydawnictwo Literackie, 2010

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Fusy i Przypisy


Spoglądałam dzisiaj na śnieg powoli przykrywający samochody i drzewa, tworzący śnieżne kobierce z białych płatków na chodnikach, od czasu do czasu podrywanych przez niesforny wiatr. Trochę jak fusy w herbacie, roztańczone w szklance dzisiejszego dnia, nadające barwy i smaku z każdą mijającą chwilą. Fusy, może jak wspomnienia, z czasem opadające na dno naszej pamięci, skrawki przeszłości układającej się grubą warstwą bolesnych przeżyć. I zdawałoby się, że tkwią przyprószone kurzem zapomnienia, dopóki, coś lub ktoś ich nie poruszy, nie poderwie ponownie ku górze, przywracając na moment chwilę ich niedawnego istnienia. Płatki gorzkiej herbaty, jak płatki cierpkich wspomnień, czasami niechcianych, niechętnie przywoływanych lub niełatwych do odtworzenia. Wydają się być, czasami, jedynie strzępami, poszarpanymi fragmentami podartej, z niechęcią, kartki z pamiętnika, którą chciałoby się na zawsze wyrwać z pamięci.
I w moich rękach znalazł się taki fragment, zapis obrazów z przeszłości będących pamięcią i niepamięcią zarazem. Ot, takie właśnie „Fusy”, skrawki wspomnień córki o matce, będące próbą odnalezienia swojego dzieciństwa, swojej przynależności do czasu teraźniejszego i tego kłębiącego się, rozsypanego na kawałeczki, czasu przeszłego. Będące próbą poderwania wspomnień, śladów tego, co zostawiło niezatarte piętno w coraz słabszej pamięci:
„Przedwojenne miasto, goniące za pieniędzmi, worki listów do sortowania, czarne nagłówki w gazetach grożące nową wojną, książki, żelazka, zebrania naukowe, góry tetrowych pieluch. A wszystko to na zawsze zatopione. I od tego ból stawał się nie do zniesienia. W każdym razie w niektóre dni. W inne dni o niczym takim nie pamiętała”. Bo czasami od pamięci chce się po prostu uciec, by nie znaleźć się pod gruzami swoich wspomnień:
„Moja matka po powrocie z obozu miała własne powody, żeby wyskoczyć z przeszłości czym prędzej, jak z walącego się budynku. Pracę znalazła od razu, bo wzięła pierwszą z brzegu. Była to sortownia przesyłek”.
A, dla mnie, taką przesyłką, stają się co kwartał „Zeszyty Literackie”, które zawsze sprawiają, że potem siedzę i próbuję posortować sobie wszystkie, wspomniane w nich, tytułu książek i tomików poezji, po które koniecznie trzeba będzie sięgnąć. Póki co, sięgnęłam po całkiem nowiutkie „112 Zeszyty Literackie” i przyznaję, że jak zawsze, nie sposób od nich oderwać wzroku, śledząc kolejne fragmenty z szykowanych do wydania książek lub tych, które już się ukazały i godne są przywołania, choćby w małych ich odsłonach. Zatem skrzętnie notuję, zerkam na przypisy, które wskażą mi właściwą ścieżkę,
z rozdziału na rozdział, aż do noty:

Zostałem starannie zredagowany:
ręce i usta, twarz, może nazbyt okrągła,

lecz godna pocałunku, serce uratowane,
jasny płomień męskości, stopy, wciąż

pękające – wszystko na swoim miejscu,
brakuje tylko przypisów, ale to już

sprawa nieprzewidzianych okoliczności,
żebym mógł być zaskakiwany i karany,

z rozdziału na rozdział, aż do noty
biograficznej na czwartej stronie okładki.

wiersz "Przypisy" ks. Jana Sochonia
oraz fragmenty ze zbioru opowiadań Magdaleny Tulli ”Fusy”
mającego się ukazać nakładem wydawnictwa Nisza - jak donoszą przypisy
112 Zeszyty Literackie, 2010 nr 4