Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marginalia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marginalia. Pokaż wszystkie posty

Rzęsy w atramencie

"Daj rękę, pójdziemy wstecz po naszych wspólnych śladach
pozwól, że poprowadzę cię raz jeszcze."
Halina Poświatowska


Przekładam kartki książek. Bezgłośnie. Jak odszedłeś. Litery zdają się jedynie rozsypanym makiem utkwionym pod powiekami. Drażnią. Kaleczą. Zanurzam rzęsy w czarnym atramencie rysując wyschnięte rzeki w zagłębieniach dłoni, palcami wodząc po zarysach znajomych kontynentów. Zapach czekolady w Blois. Portret "Muzykantki" w Montrésor. Smak curry rozcierany palcami. Komplet strun do starych skrzypiec. Synagoga w rodzinnym miasteczku. Żydowska piosenka. 

W strzykawki nabieram ból tętniący pod cienką skórą nadgarstka. Fastryguję poszarpane noce. Wyszarpuję korzenie oplatające obolałe ręce nasłuchując głuchych poranków. Wsuwam stopy w chłodne, zbyt duże flanelowe kapcie potykając się o nieporadność własnych uczuć. Garbate myśli. Odkładam resztki leków i niemodne okulary w złotej oprawce. Chowam w szafce krzyczące tytuły niedoczytanych gazet, by nie dotarły pod grudkę wilgotnej ziemi. Zapomniałeś koca Tato. Jest tak zimno.

Cedzone słowa

Przeszłość daje się utrwalić jedynie jako obraz, który rozbłyska w momencie swojej nierozpoznawalności, aby już nigdy nie powrócić.
Joanna Ugniewska "Podróżować, pisać"

Wieczór opada niczym pozbawiona intensywności zapachu mgiełka porannych perfum. Bezdźwięcznie, jak w ciszy słychać umykający za rogiem czas. W kapeluszu i przydużym płaszczu zbierający ze sobą rozsypane w codziennym pośpiechu chwile. Cedzone, przez wąskie sito bezradnej niezgody na zapomnienie, słowa. 
Szukam istnienia. Sensu przemijania na kliszach wyblakłych zdjęć nim zatrą się figlarne kształty wspomnień, milczące kamienice niezamieszkałych pokoi, opuszczone w oknach firanki i zwiędnięte liście pelargonii. Zasuszone w wazonach szczegóły czułego uniesienia, nieodnalezione ziarenka piasku rozsypane w oziębłych nieobecnością żeberkach starego kaloryfera. Krople deszczu dudniące w wyciągniętych szyjach  rynien i rytmicznego skrzypienia przestarzałego szyldu patrzącego z naprzeciwka. Liczę opadające na chodnik litery. Szpary w nocnym śnie. Przepalone żarówki oświetlające nagość pustki. Wyblakłe tapety i porzuconą w pośpiechu pościel. 
Palcami wygładzam czapy śniegu na balkonie. Wargi wypełnia zamarzający smak goryczy. Zamykam w małej fiolce kruchość opadającej rdzy, daremność posiadania pamięci o Tobie, na wyłączność. Trzeba zrezygnować z pragnienia czekania na powroty.

Nieobecność

Chłód spływa między łopatkami prostując plecy. Brakuje mi tchu. Resztkami sił zmywam Twój oddech ze ścian przedpokoju. Zaciskam palce klejące się od bolącej gęstości wspomnień. Płuczę łzy w starej misce i wywieszam na sznurku. Wilgoć w łazience nie pozwala im wyschnąć. Kapią rytmicznie do wanny, nietaktowne w swojej nieustępliwej powtarzalności. Ciągną się za mną niczym melodia płynąca z radia rozbijając śmiertelną głuszę szpitalnej sali. Pozbiera myśli. Wypełni rozpacz skuloną na kuchennej podłodze jak osierocone dziecko. 

Zbieram tabletki. Flakoniki złudzeń. Dwa lata walki. Ktoś dzwoni. Nie mam siły otworzyć drzwi. Bezradność zawieszam na klamce i chowam do szuflady kolejną parę Twoich okularów. Przygniata wielość przedmiotów, nieprzeczytanych gazet, świętych figurek i nieomodlonych na kolanach różańców. Zimno. Nocą przychodzisz i wciskasz się pod moje powieki. Wtulam się w Twoją nieobecność szukając pulsu życia w załamaniu zimnej pościeli. Dusisz się i otwierasz oczy. Biegnę otworzyć okna. Zachłannie chwytam powietrze. Przyłóż swoją dłoń do moich ust. Proszę. Ucisz mój krzyk. Mamo.



W ciemności

W ciemności niczego nie można ukryć.
W ciemności można udawać, że niczego nie ma.
fragment wiersza Macieja Niemca z tomiku "Stan nasycenia"


Próby powrotu bywają trudne. Czasami próba zapisania siebie zdaje się być niczym wewnętrzna strona dłoni. Osobiste dzieło Durera. Wyżłobiona siatka przecinających się linii niczym uliczek w zatłoczonym mieście, wstążka rzeki przecinającej dzielnice miasta lub łącząca odmienność urbanistyczną nadającą niezrozumiały, przybyłym z innych miejsc, charakter różnorodności tkwiącej w jego mieszkańcach. Bywa zapisem doświadczeń, emocji, minionych lat i ciężaru dźwiganego bagażu, momentami zaciśniętym w pięści wewnętrznej niezgody na niesprawiedliwości nas dotykające. Tkwiące w nas zacietrzewienie i ból. Niekończącą się analizą nagłości zdarzeń nie będąc na nie przygotowanym. 
Unoszę codzienność przejmującego ciężaru. Biorę pod opiekę utracony czas. Zniekształcony, szpetny, niezrozumiały w swojej obojętności. Zepchnięty w najgłębsze szczeliny istnienia wypełnionego przepalonymi żarówkami, strzępkami wspomnień, zmechaconymi kłębkami siwej włóczki zwiniętymi na pochylonym karku. Chłodem wędrującym o poranku między łopatkami i stosem niekształtnych słów opadających bezwiednie na dnie filiżanki. Czekam na zmrok. Udawanie.




Odrobinka życia

Wieczysta tajemnica ujawnia się najpełniej w małym piasku, w "odrobince życia" (...)
Piotr Paziński "Rzeczywistość poprzecierana"

Prują się skrawki przerwanych nagle snów, szamoczą pragnienia w bezradności obserwując szklistą przezroczystość spływającą obcym chłodem na przygarbione plecy. Tak łatwo spłycić każde niewypowiedziane słowo wtłoczone w pośpiech codzienności wystukiwanej na klawiaturze telefonu. Rozsypać się niczym ziarenka piasku. Emotikony, bez wyrazu. Choćby najdrobniejszego. Okradać z wrażliwości. 
Naciągam na siebie stary sweter. Jakkolwiek ciepły, to pełen supłów i splątań niemożliwych do rozsupłania. Wyciągnięte nitki włóczki wyglądają zza przerzedzonej warstwy oziębłości osiadającej na parapecie okna niczym poranny szron. Zdrapuję jego cienką warstwę chcąc dotrzeć do oryginalnego płótna i splotów nerwów tętniących podskórnie. Poraniona zamykam okno. Chowam dłonie w przydługich rękawach poprzecieranej rzeczywistości. 

KLISZE PAMIĘCI
W naszym "składzie" pamięci istnieją "karteczki"
klisz zarejestrowanych przez nasze zmysły.
Przeważnie szczegóły z pozoru nic nieznaczące,
biedne, odpadki, jakieś wycinki...
NIERUCHOME!
I co ważniejsze: PRZEŹROCZYSTE. Jak negatywy
Aparatu fotograficznego.
Można je nasuwać jedne na drugie.
Dlatego nie należy się dziwić, że np.
wypadki odległe łączą się z dzisiejszymi,
postacie się mieszają, mamy poważne kłopoty
z historią, moralnością i wszelkimi
konwencjami".

Tadeusz Kantor, Niech szczezną
z książki Piotra Pazińskiego "Poprzecierana rzeczywistość"
wyd. Austeria, Kraków - Budepeszt 2015



Znowu urodziła się zbyt późno

"Pamięć, gdziekolwiek jej nie dotykasz, boli"
Jorgosa Seferisa

Znowu spóźniła się na kolejny dzień. Znowu urodziła zbyt późno.
Teraz próbuje utrzymać się na powierzchni życia. Chwytać odlatujące ptasie cienie, przenikać przez fale przypływów, pozwolić odpłynąć szczęściu, kiedy przychodzi jego nagły kres. Wysuszyć łzy omdlewające na dygoczącym nerwie nocy. Nasłuchując własnych trosk, skulonych na piecu i szmeru wody w starym czajniku, rozdzielić palcami gęste warkocze siwej mgły przykrywającej nagość bezlistnych gałęzi krzewów chowających korzenie pod warstwą brunatnej ziemi. Jechała poznać swoje. Dotknąć nieznanej przeszłości i życia, którego świadomą cząstką nigdy nie była. 
Nie wiozła ze sobą żadnych oczekiwań jedynie dozę niepewności podszytej szczyptą nienazwanego niepokoju spotkania z nieznanym.Wtulając pragnienia w złudność pospiesznych myśli zapisanych na szarganych emocjami kartkach. Nauczyć nowych uczuć gubiąc sens i rwące nitki wątków. Tkać nowe relacje niezgrabnymi ruchami usiłując utrzymać równowagę na grząskim gruncie nieznanego. 
Z biletem tramwajowym w kieszeni i mocno bijącym sercem spieszyła na czekające ją spotkanie. Ktoś tuż przed nią kupił śliczną wiązankę. Zagubiona we własnych emocjach szukała czegoś szczególnego. Ostatecznie poddając się kupiła proste czerwone róże na gałązkach choinki i stanęła przed czarno-złotą bramą cmentarza wyglądając twarzy, którą miała zobaczyć po raz pierwszy. 
Szli niespeszeni swoją obecność alejkami pomiędzy ukwieconymi grobami. Szemrzącymi garstkami prochu. Zapomnianych istnień. Chłód rozpłyną się wraz z poranną mgłą a potoki słów wypełniały każdy skrawek ziemi odkrywając prawdziwość rodzących się uczuć i rodzinnych więzi. Przyglądali się sobie z zaciekawieniem szukając łączącego ich podobieństwa. Pokrewieństwa krwi. 
Znowu spóźniła się na kolejny dzień. Znowu urodziła zbyt późno.

Zmagania

Próbuję uporać się ze słowami w swojej przekorności tkwiące nieruchomo w grubych ścianach pobladłego świtu. Sprzedać je niedrogo na targowisku próżnych zmagań z wyrażeniem siebie.
Cedzić mozolnie przez gęste sito poranka. Rozdrabniać ich znaczenie do warstwy rozwiewanego wiatrem popiołu. Pożółkłych liści w jesiennym ogrodzie. Spalonych nadziei na głębszy sens ich istnienia.
Dotykam zamilknięcia świata w szepcie Twoich snów zostawionych na poszewce poduszki. Kropli deszczu zmywających resztki pośpiesznego oddechu zamykanego za chłodem mglistej bieli. Nieustannie szukam swojego miejsca w czasie. Zapomnianych przestrzeni w poranionych zmaganiach z przeszłością.
Mozolnie nawlekając słowa układam bajki o więdnącej trawie.

Na agrafkach

Chwilowe spowolnienie wybucha natłokiem myśli, w zabieganej codzienności gubionych na zakrętach ulic i odnajdywanych wieczorem na przydomowej wycieraczce. Wczesnym rankiem patrzysz jak słońce mocno toruje sobie drogę pomiędzy sztywnymi liśćmi ogóreczników. Kosmyki włosów rozrzucane przez wiatr dawno zatraciły swój wigor. Prostowane codziennie nie odtwarzają już naturalnej spirali okalającej niegdyś łagodne rysy twarzy. Opadają odrętwiałe na zgarbione plecy przypominając trud wspinania się na wyżyny własnej bezsilności. Czujesz się podobnie. Niepodobna do siebie.

Rozpinasz agrafki spinające zbierane skrawki umykających chwil. Wypuszczasz z siebie, niczym duszne powietrze, fastrygowane fragmenty pozwalające na stwarzanie pozorów nierozerwalnej całości trwania. Na agrafkach odliczasz czas gdy ostre zakończenie krótkiego drucika wymyka się z zapięcia wbijając w opuszek palca. Krew zbyt gęsta zastyga szybko pozostając zasklepionym kodem traconej chwilami tożsamości. Czujesz się niczym poduszka do igieł. Niepodobna do siebie.

Tymczasem czas się nie zatrzymuje. Nawet w chwili śmierci. Idzie dalej. Związuje skrzydła motyli. Wnika w warstwy kompostu zmieniając go w pachnącą, ciepłą ziemię. Przywracaną do życia warstwa po warstwie. Próbujesz tak samo. Odradzać się z odpadków. Zeschniętych roślin. Skoszonej trawy. Siadasz z książką w ręku sczytując cudze słowa kartka po kartce a druk liter kruszy się jak główki zapałek, pocierane o wąski pasek draski, niezdolne rozniecić wewnętrznego żaru. Czujesz się podobnie. Wypalona. Niepodobna do siebie.

Łyk modlitwy na dobranoc

Zaciągam grubą zasłonę niczym warstwę skóry na wciąż żywą tkankę zachodzącego słońca. We fragmentaryczności świata, zamkniętego w oprawkach twoich okularów, doszukuję się cykliczności niespokojnych oddechów. Pejzażu zmęczonego ciała w zagnieceniach wypłowiałej pościeli. 
Patrzę jak zaciskasz palce na koniuszkach dnia przytrzymując na dłużej zmienność rytmu życia. Słucham jak chodzisz po powierzchni kruszącego się wiersza. Zbieram okruszki próbując wygładzić powierzchnię pod twoimi stopami. Podając łyk modlitwy na dobranoc.

Krople porannej rosy

Krople porannej rosy nawlekasz na posiwiałe włosy matki. Wypełnione po brzegi powieki, paciorkami jednego różańca, zamykasz w rytmie niewysłuchanej modlitwy. W powietrzu kreślisz znak zapytania. Bez odpowiedzi.
Patrząc w niebo milczące ponad ciemnymi płytami chodników zdrapujesz resztki wspomnień z podeszwy pogubionych kroków. Sznurowadłami związując kawałki zatraconych istnień. Koniec z końcem. Stoisz na wycieraczce wczorajszego dnia zmierzając donikąd.

Mechanizm wskrzeszania

"S z t u k a   m a j ą c a   z w i ą z e k   z   „P i ę k n e m” -  to  ta  jedynie,  która  utrwalając  zachwyt artysty,  pozwala   odbiorcy   (czytelnikowi,  widzowi,  słuchaczowi)   uruchomić podobny mechanizm   w s k r z e s z a n i a   w ł a s n y c h    z a c h w y t ó w. "

Konstanty Aleksander Jeleński 
(2 stycznia 1922 - 4 maja 1987)

fragment z listu do Czesława Miłosza
Czesław Miłosz / Konstanty Jeleński. Korespondencja,
wyd. Zeszyty Literackie, 2011


Alfabet rozsypał się niczym klocki domina. Próbuję pozbierać kawałki słów przełykając litery podciętych skrzydeł utkwione w krtani. W pustej przestrzeni między palcami. W opuchniętych powiekach oczu niedowidzących czarnych grudek ziemi pod paznokciami zdrapujących grubą skórę znieczulenia. Wyłaniam się powoli zachłannie chwytając oddech wiosny w małej przestrzeni ogrodu. Ciasno od nadmiaru deszczu. Witam się bezgłośnie gestem dłoni zawieszonej, niczym bezwolna marionetka, pod warstwa ciemnego sklepienia nieprzychylnego nieba. Nawlekam długie nitki siwych włosów na stare szpulki czekając na rozbudzenie pozatekstowej sfery niewysłowionego zachwytu dla najdrobniejszego, choćby, niczego ważnego. Książek odwróconych ode mnie grzbietami. Milczących w szeregu niewypowiedzenia. Odliczam monotonnie mantry na paciorkach drewnianej mali. Zapalam świeczki na chudych ramionach menory. Czekam wysłuchania pogańskiej modlitwy. Dźwięków dudniących na parapetach okien. Nasłuchuję. Wskrzeszenia własnych zachwytów. Zagłuszenia ciszy ściśle wypełniającej linijki białej kartki. Stukotu spadającej szpulki rozwijającej kolejne warstwy straconego czasu. Uczę się składać litery od nowa. Nawijać na drewniane szpulki.




Klisze wspomnień

Twarze umarłych przychodzą tylko w snach.
Zamykają moje oczy bym nie ujrzała własnego zdziwienia rozwieszając klisze wspomnień plączących się w supełki niczym paciorki różańca. By wymodlić niepamięć znikającą spomiędzy plastikowych ramek po starych slajdach. Próbując zatrzymać fragment przenikającego obok czasu we framudze pustego okna. Obejmując swoimi ramionami w obraz skradzione niespiesznie spojrzenie twoich źrenic. Wypełniając pustkę przypadkowością gestów zawieszonych w rozproszonym świetle bladej pajęczyny rzucającej cień ponad horyzont wyłaniającego się świtu w ulicznym teatrze marionetek. Nasłuchując odgłosów deszczu dudniącego w szyjach zardzewiałych rynien. Dźwięków naciągniętych na stary smyczek do skrzypiec. Obmywając stopy ze śladów dawnej obecności. Nasłuchując znajomych kroków na plecionce pociemniałej wycieraczki. Oddechu zawieszonego na klamce z karteczką "nie wchodzić".
Twarze umarłych przychodzą tylko w snach.


Na smyczy liter

Nadgarstki związane tasiemkami z nierozpoznawalnymi nazwami miast szamoczą się w niemożności rozwiązania skrępowanych gestów. Ćmy trzepoczą skrzydłami kalecząc się drzazgami wspomnień, główkami gwoździ wyglądającymi ponad powierzchnię przeszłości. Chciałabym móc spojrzeć przed siebie. Okno zamknięte przed światłem, odwrócone w drugą stronę, nie zauważa oddechu osiadającego garstką popiołu na dnie źrenicy świata. 
Idę za Tobą próbując zrozumieć powód własnego istnienia wychodzącego poza obrys pociągłego szkieletu zapomnianej kamienicy. Liczę otwory w jej murach. Stopnie schodów wyglądają niczym grzbiety starych książek, a warstwy opadającego kurzu jak skruszały tusz wysypujący się spomiędzy czytanych na próżno kartek. Zbieram każdą literę z osobna. Układam na marginesach dnia. Chowam w kieszeniach. Ukrywam w mankietach porzuconej przed laty marynarki nadając jej Twoje imię. Rozwieszam na sznurkach niczym prześcieradła przesiąknięte snami patrząc jak ich odbicie tańczy na podłodze.
Połykasz bezgłośny krzyk głodu. Karmie Cię skórką chleba maczaną w krwistym zachodzie słońca. Poję kroplami spadającymi z mlecznej drogi zawieszonej ponad sklepieniem Twoich dłoni. Naderwane myśli kołyszą się w bujanym fotelu a drewniane belki pod dachem mają kolor Twoich oczu. Grymas ust ma smak goryczy.
Nie wiem gdzie jesteś. Twoje stopy drepczą w miejscu chwilami zastygając w bezruchu jak wskazówki zatrzymanego na czas zegara, warstwy farby na wypłowiałym płótnie obrazu. Chwytam skulone w rogach pajęczyny niczym główki czosnku próbującego odstraszyć złe moce. Rozglądam się wokół wątpiąc czy w ogóle istniejesz, jak kolekcja fajek pachnących dusznym tytoniem, szpulka szarej włóczki i kapelusz z nadszarpniętym rondem tracący równowagę. Kompas z zagubioną drogą. Próbuję się zbliżyć. Jesteś. Bym mogła zniknąć pod ciężarem Twojego westchnienia.


* * *
Umysł podąża za ruchem. Nawet teraz
idziesz na smyczy tych liter, niewolny przestać.
Ale niektórzy mówią, że prawda jest w pierwszej
literze i tylko tam. I że ruch kłamie: obojętna siła,
która przedziera jasne chustki pól, w tuman kurzu
przemienia czułe ściegi płotów, kościołów,
chłopca przy drodze, i to, za czym tęsknił.

I jeśli tam, gdzie byłeś, nim zacząłeś iść,
pali się w oknach światło, skąd go już nie widać.


wiersz Natalii de Barbaro
Zeszyty Literackie, 2007

W skórę nie wnika czas

W skórę nie wnika czas. 
Zatrzymuje się na jej powierzchni. Chowa w załamaniach fałd 
Ślizgając pomiędzy palcami wprawia w zawirowanie galaktykę istnień. 
Szepcząc zmiennością przebarwień niczym słoje w pniu drzewa 
Ryciną podziemnych rzek znacząc źródło przeznaczenia. 
Za oczy mając dotyk. 
Zmysł świadomości naciągniętej na parzyste nitki nerwów.
Zawieszonych pod zimnym niebem przerwanych poematów 
W zagłębieniu dłoni ściskając niedopisany akapit. 
Pęknięty na wpół owoc kasztana. Castanea sativa.


Ulotność mglistych szeptów

Dni zwijają się jak szerokie wstążki siana na polach. Wypłowiałe na słońcu, pozbawione ostrości barwy w lepkich od rozleniwienia resztkach letnich dni. Samotności długich wieczorów nawijanych na palce zanurzone w bezruchu. Bezczynności zastygłych gestów i niezmienności usytuowania gwiazd w głębokim kolorze nieba, kiedy szmery dnia zasypiają po cichu, a odległe światła mrużą oczy.
O poranku odzyskując wzrok.
Powoli. Nieśpiesznie unosząc szczebelki rzęs i chłonąc wnikające w źrenice barwy budzącego się świtu, rysując szkice kształtującej się fragmentaryczności wciąż nienazwanych obrazów. Rozmytych w strzelistości słów. Codziennych ucieczkach na drugą stronę ulicy schowanej w cieniu nieistnienia i ulotności mglistych szeptów. Rozsypanej garstce piasku. Idzie jesień w szalu pierwszego chłodu. Kaloszach kołyszących krople deszczu zasypiających w hamaku pajęczej sieci.



Zamknięci w pudełkach czasu

Zamknięci w pudełkach czasu. Za życia czekamy zagłady u schyłku każdego dnia. Nadziei nowego początku u zarania poranka. W cieniu jutrzenki wyczekując uchylonych oczu szparką czystego spojrzenia dostrzegając źródło mogącej nadejść radości, gdzie w zagłębieniu dłoni wyrastają skrzydła z poczwarki zaciśniętych wzruszeń.
Obserwujemy rozwijający się dzień. Cienki papirus znaków czytanych od nowa w labiryncie kreślonych pojęć i znaczeń stający się z czasem korą obrastającą ciało drzewa jak ciało człowieka spowite jest warstwą skóry zmieniającej swą fakturę wraz z uchodzącym ostatnim tchnieniem czasu. Kliszy zapisującej proces zamierania w krótkich klatkach zniewalających przyzwyczajeń i nieuniknionych rozstań znikających za czarno-białym widnokręgiem oddzielającym ciągłość życia od ciągłości śmierci.
Bez myśli. W milczeniu. Szamoczemy się by ruchem marionetki otworzyć pudełko czasu chwytając w dłonie tchnienie życia. Nitki ulotności istnienia nawijając ściśle na drewnianą szpulkę od starej maszyny do szycia łączącej kawałki istnień utrwalonych włóknami nieprzerwanych nerwów i wygasłych uczuć. Obracając w palcach paciorki wygasłych modlitw licząc, że wrócą niczym echo kościelnego dzwonu. Mantra wypowiadanych nocą życzeń nim w progu stanie Aurora. 





Znalezione. Tekturowe morze.

Przyklejony do ścianek szklanej butelki jak kalkomania rozbielonych barw. Zanurzony w ostatniej kropli porannego mleka. Obraz rysowany piaskiem. Przypływem niespokojnej fali znad ciemnego klifu pochylonego w codziennym trudzie zbierania ziarna do ziarna. W mozolnym procesie układania mozaiki najdrobniejszych drgnień rozbijających się wraz z przypływem księżycowego blasku zahaczającego czubkiem o rozciągnięty ponad taflą wody grafit. Przeglądający się w czujnym oku latarni morskiej.
Spirala obrazu. Muszli zanurzonej cichym szumem w nadmorskich fałdach odpływającego horyzontu. Tchnieniu spokojnej ziemi obejmującej ramionami kołyszące się statki, rybackie sieci łowiące ostatnie promienie zachodzącego słońca w źrenicach wąskich oczek. 
Krajobraz bez drzew. Płaska łyżeczka trzcinowego cukru rozsypana między pękatymi policzkami gładkich wydm. Tekturowe morze. Drewniana plaża.

Obraz "Plaża" Agnieszka Rokicka

na cienkich nitkach

papierowe ściany japońskich domów i przenikające się cienie
drobne figurki z chińskiej porcelany
błękitne freski na talerzykach
dywan nadmorskiej bryzy i kotwice w pustych oknach
świeczki zanurzone w łyżeczkach i filiżanki tulipanów
wypalona żarówka
zgaszony papieros
garść tęsknot zamknięta między palcami
ktoś rozwiesił kryształki łez na cienkich nitkach
może wyschną do jutra


Wygnańcze dusze

Zasnuwa okno resztkami postrzępionego dnia. Potyka się o spróchniałą deskę w podłodze. Własne progi wydają się zbyt wysokie. Łebki gwoździ niczym zdumione oczy spoglądają w zamknięte wieko kurczącej się przestrzeni. Szpilki w grubej skórze znieczulenia. Z parasola podwieszonego pod niewzruszonym niebem wysypują się przepalone żarniki wspomnień. W drzwiach, przytrzaśnięty dzień nie umie dostrzec jutra. Każdy krok jest walką o siebie. Wolę życia. 
Zbyt ciasno. Przejmująco chłodno w wąskich ścianach samotnej codzienności. Pobladłe wargi szukają brzegu zapomnienia. Wtula się w krótką myśl o utraconej bliskości. Ogrzewa chłód nieobecności skostniałymi dłońmi na kostkach palców licząc skrzydła umarłych motyli. Jego oddech zasypia ciężko na dnie nocy rozścielonej na pergaminie jego rąk. Sny drepczą własnymi drogami znikając za rogiem uśpionej jaźni. Stare baletki tańczą niczym marionetki w takt jego westchnień i drgań powiek zawieszonych na grubych szczeblach rzęs opadających niczym teatralna kotara po skończonym spektaklu banalności. 
Lepkość nocy wślizguje się między kosmyki jego białych włosów. Wygnańcza dusza drepcze po pustynnych piaskach Negewu. Szuka imion w rozrzuconych ziarenkach. Oczy nie widzą kresu tułaczki życia osiadłego między odległymi tęsknotami. Kalekie dźwięki niewysłuchanych próśb kulejąc idą po pestkach goryczy jednym gestem strącając nadzieję spokojnego przebudzenia.
Wypalające się świeczki tkwią w wygiętych rondach kapeluszy. W kieszeniach chałatów. Na opustoszałych stołach i w zamkniętych oknach. W wazonach niczym płonące żółtymi tonami tarcze słoneczników. Wygnańcze dusze siadają na niskich taboretach. Blisko ziemi. Pod spróchniałymi deskami skrzypiącej podłogi.

I tylko czasem

"Każdemu kiedyś" Wisława Szymborska
z tomiku wierszy "Wystarczy"
Wydawnictwo A5
Każdemu kiedyś ktoś bliski umiera,
między być albo nie być
zmuszony wybrać to drugie (...)


I tylko czasem
drobna uprzejmość z jej strony -
naszych bliskich umarłych
wrzuca nam do snu.

I tylko czasem. Przeciągam się leniwie chwytając palcami kruchych, o tej porze roku, promieni słońca z nadzieją oderwania stóp od ziemi. Poczucia lekkiej nieważkości. W nie przynależności do czegokolwiek. Własnych wspomnień. Nieoswojonej wciąż nieobecności liczonej na placach kroplami porannej rosy. 
Przedmiotami zamieszkującymi nieistniejące już pokoje i wytartymi szyldami ulic z przynależnych im niegdyś nazw. Miasteczkami nagrobków rozsianych w odległych zakątkach wąskich alejek. Kartkami listu pisanego od lat, w szczelinie między kamiennymi płytami, gdzie nie dochodzą słońca pamięci idącej śladem bezimiennego posłańca czekającego w podszewce zamkniętych powiek. Zakładkach snów naciągniętych nitkami pajęczyny na grudkę ziemi.


Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...