poniedziałek, 28 maja 2012

Sploty

"I ciągle ten strach, że nie wiemy nic i nie będziemy nigdy nic wiedzieli
że na zawsze wszystko jest tajemnicą, Om, wszystko zamknięte
i sami jesteśmy tylko kłódkami, od których klucze leżą głęboko w morzu."
fragment "Siciliana" Jarosława Iwaszkiewicza


"Właściwie - powiadał - z powołania (że się tak wyrażę) jestem człowiekiem nauki. Dokonać tego samego, czegom dopiął w muzyce - w dziedzinie fizyki albo chemii, oto byłby ideał i szczęście. Pogłębienie świadomości i wiedzy swojej, a potem świata. Bo przecież najwyższym celem człowieka na ziemi jest, aby w ciągu swego tutaj życia najgłębiej potrafił odbić w sobie świat..." notował Jarosław Iwaszkiewicz słowa Karola Szymanowskiego. I nie sposób zapomnieć o takim "odbiciu w świecie" przekraczając bramę prowadzącą do Stawiska, w tę niedzielę skąpaną w słońcu, które rozpromienionymi ramionami rozdzielało wierzchołki drzew, jakby rozczesywało gęsto splecione warkocze gałęzi. Podobnie jak splot wydarzeń otulający ciepłym popołudniem dom Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. 
Rozbrzmiewająca we wnętrzach muzyka Karola Szymanowskiego niby wysokogórski potok płynąca po drewnianych schodach stawiskowego domu i krople źródlanej wody rozbijające się na drobinki najczystszych dźwięków, spadające drżąco na kolejne stopnie, przygarbione minionym czasem. Poddałam się lekkości i precyzji każdego taktu wybijanego jakby koralikami nut zerwanymi z długich sznurków pięciolinii, czując miękkość każdego dźwięku osiadającego w lirycznym uniesieniu na starych meblach i wypłowiałych grzbietach książek. Zasłuchanie.
"Gra. Patrzę na niego pod światło - twarz ma zupełnie spokojną, profil rysuje się ostro na tle siwego obrazu za oknem. Światło w pokoju jest teraz pod wieczór znowu bezbarwne, ale wydaje się, że obrys tej głowy nad fortepianem pała, że promieniuje, że nasycony jest od wnętrza blaskiem."
W oddali ogrodu próbowały wtórować ptaki. Zawstydzone.
Nuta po nucie, w intymnym współbrzmieniu, obcowałam z historią Stawiska, splatających się nierozerwalnie dziejów pokoleń Szymanowskich i Iwaszkiewiczów, by w końcu także przysłuchiwać się opowieści Ludwiki Włodek, prawnuczki Jarosław Iwaszkiewicza, o przynależności do przodków, rodziny i tradycji. O rozplataniu zawiłych korzeni drzewa genealogicznego, supełek po supełku, odnajdując nitki prowadzące ją do poszczególnych członków rodziny, ale też i do samej siebie. Odnajdując w ich źrenicach własne spojrzenie.
Nie miałam ambicji napisania kolejnej biografii Iwaszkiewicza ani dzieła o kulturotwórczej roli Stawiska. Interesowało mnie, jaka była ta rodzina i jak życie w niej wpłynęło na najbliższe mi osoby, ze mną włącznie.
Może spoglądanie w oczy najbliższych pozwala lepiej dostrzec samego sobie, odnaleźć źródlane odbicie swojego widzenia świata i tych, którzy w nim zaistnieli. Może to trochę jak położenie kropli swojej krwi pod badawczym obiektywem mikroskopu, by przyjrzeć się każdej komórce z osobna, bo każda z nich składa się na własny obraz i podobieństwo.
"Wszystko po to, żeby w swojej książce przedstawić losy Jarosława Iwaszkiewicza, jego brata Bolesława i ich trzech sióstr: Heli, Nuci, Jadwini: przypomnieć historie rodzinne prababci Anny z Lilpopów; sportretować grono mieszkańców Stawiska z czasów wojny i ich słynnych gości; opowiedzieć o losach rodziny w PRL-u.
Ale też i po to, żeby odnaleźć swoje miejsce w tej historii. Napisanej własnym wyrazistym stylem, z niezwykłą energię, humorem i dystansem".
Odjeżdżam ze Stawiska, jak zawsze obserwując w lusterku sylwetkę domu oddalającego się powoli. Znikającego za rozłożystymi drzewami przysłaniającymi kontur dworku wrośniętego swoimi korzeniami w mazowiecki pejzaż, rozgałęzieniami sięgając tego skrawka ziemi drzemiącego za horyzontem, a oddychającego melancholią wijącą się znad ukraińskich stepów.
Na siedzeniu obok prezent od pani Zosieńki, piękne wydanie "Prozy duże i małe" Jarosława Iwaszkiewicza, a wśród nich "Staroświecki sklep". Wreszcie. Słodko. Na samą myśl o przeczytaniu tego drobnego opowiadania, drobnego jak kawałek czekolady rozpływający się w dłoni, zostawiający słodką warstwę czekolady na opuszkach palców, które zanurzają się w gęstej prozie.
Nie były to takie bardzo dawne czasy. Nie jestem przecież starym człowiekiem! A jednak wydaje mi się, jak gdyby wspomnienia o tamtych, dawno umarłych rzeczach pojawiały się w jakichś zamierzchłych basenach mroku i niemożliwości. 
To wszystko, co się wtedy działo, jak wyglądało i jakie było w swojej istocie, wydaje się tak odmienne od dzisiejszego aspektu rzeczy, że bardziej może niż inne - odleglejsze czasy, należy do dziedziny historii".
A jednak wciąż dzięki twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, dzięki wspomnieniom i zatrzymanym chwilom w książce jego prawnuczki, wciąż jakże smakowite i gęste. Jak kawałek wyśmienitej czekolady.

fragmenty "Jarosław Iwaszkiewicz. Dziedzictwo Chopina i szkice muzyczne"
w opracowaniu Radosława Romaniuka
wyd. PIW, 2010

fragmenty "Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów"
Ludwika Włodek
wyd. Wydawnictwo Literackie, 2012

fragment "Sklepu Staroświeckiego"
Jarosława Iwaszkiewicza
wyd. Świat Książki, 2001


czwartek, 24 maja 2012

Sedno ukrywa pod spodem

Słowa są nieobecne w twej pieśni, Dydono,
stos żałobny zaszemrał, jeszcze nie zapłonął,
wypłoszywszy jaszczurkę. Morze jest jak spodek,
i tak jak słowo, sedno ukrywa pod spodem.


Zespolenie. Czasami staje się faktem, kiedy głos i słowo stają się jednością. Idealnym złączeniem pasującym do siebie w najmniejszym odcinku przynależności do dźwięku i myśli, do wyrażanych i zapisanych odczuć, emocji, obserwacji świata, które przekształcają się w język poezji, w rytm słowa zyskującego swój rym: gładki lub popękany, przełamany niespokojną myślą. Słowa odrywającego się od białej kartki, zyskującego lotność, lekkość unoszenia się na skrzydłach dopowiedzenia, dotykając niechwytnej materii brzmienia. Zyskującego umiejętność dosłowniejszego wyrażenia siebie poprzez głos tej, która go stworzyła, ustawiła w sznureczku innych słów odklejając je od kropel drukarskiej farby i pozwalając samo zaistnieć, stając się integralną cząstką drżenia w świecie poezji.
Takim też zespoleniem było wczorajsze spotkanie z jedną z moich ulubionych poetek, Anną Piwkowską, zorganizowanego z okazji ukazania się tomiku jej poezji "Lustrzanka". Spotkania będącego sposobnością do pochwycenia swoistego przylgnięcia poetki do jej wierszy, w ich obopólnym wysłowieniu, przekształceniu każdej strofy w dźwięk jej głosu, intonację oddającą charakter wiersza, ale też przyodzianego w wyjątkową oprawę wrażliwości samej autorki. To okazja, by jak w lustrzanym odbiciu, dostrzec jej spostrzeganie własnej drogi twórczej, umiejscowienia jej na mapie swojego życia, poczynając od dzieciństwa spędzanego w bliskim sąsiedztwie Nieborowa, poprzez doświadczenie jakim stało się obcowanie z uczniami w szkole aż po inspiracje czerpane z kultury antycznej, korzeniami sięgające greckiej mitologii jako źródła niezmienności. Rytuału.

Nie ma w łóżku kobiety. Spogląda przez szybę
na gile roztańczone, szkarłatne, szczęśliwe.
Patrzy poprzez mężczyznę, który leżąc z brzegu
łóżka, jest tak bezbronny jak ślimak na brzegu
wyrzucony na piasek przez fale przyboju,
jak ostryga, schwytany przez ściany pokoju.
Nie ma w łóżku kobiety. Odeszła jak stała,
bez pantofli, bez pestki, bez sukni, bez ciała.


Tymczasem, wiersze Anny Piwkowskiej raz są przemokniętym wróblem schowanym w dłoni przed deszczem, innym razem rowerem sunącym z wolna w wysokiej trawie, sukienką zalotnie podrywaną przez wiatr, smakiem morskiej bryzy, wierzchołkiem pragnienia, przygaszoną neonówką lub szelestem śnieżnej kolędy, pestką słodkiego owocu bez miąższu, lustrami zaglądającymi w nasze oczy. Wyznaniem. Kobietą.
Każdy z nich skupiony w detalach, słownych ornamentach pozwala na dotknięcie szczegółu poezji, pojedynczej łzy spływającej po rozchylonych wargach, zimnego prześcieradła, krnąbrnej młodości, krzyku zamkniętego w skalnej szczelinie czy sekretnego zdziwienia, słońcem wtulonym w firankę chwilowego uniesienia, przyczyną i skutkiem, nieśmiałą łódeczką uśmiechu dryfującą na obliczu dnia codziennego i iskrzącej zawstydzeniem, w płomykach, spalonej przeszłości.

Otwierasz książkę,
ale wiersze także niosą ze sobą żywy czas:
czas czaru kwitnących róż
w cieniu ogrodowych parkanów.


fragmenty wierszy:
Lustrzanka, Pestka, Tam-Tam
z tomiku "Lustrzanka"
wyd. Zeszyty Literackie, Warszawa 2012

niedziela, 20 maja 2012

Upojenie

Trzeba talentu największego kalibru, żeby z kamieni, cegieł i płytek ceramicznych
zbudować prozę nie tylko jasną,
ale wprawiającą czytelnika w stan największego podniecenia.

Bruce Chatwin

Ciepło odchodzącego powoli dnia osiada łagodnie na meblach i wtula się w miękkie kształty fotela. Zachodzące słońce maluje na ścianach odcienie złocistych piasków, przylegając jak plastry wielokwiatowego miodu. Cisza i słodycz.
Za sobą zostawiłam zgiełk towarzyszący tłumnie wczoraj odwiedzającym Noc Muzeów, dzisiaj otwierając drzwi tłumnie mnie odwiedzającym wspomnieniom, starym zdjęciom, już wyblakłym i przyprószonych żółcieniami. Odzwierciedlającym minione lata, uwypuklającym obecnie coraz bardziej przygarbione plecy i częściej pojawiające się srebrne nitki w kosmykach włosach.
Rano zerwałam kolejną kartkę zamykającego się rozdziału życia. Wydawała się bardzo ciężka, bo też rok nie był najlżejszym, a może to tylko ręce coraz słabsze. Jaki był ten mijający rok?
Kiedyś próbując przekonać siebie, że wbrew odczuciom więcej w życiu pojawia się chwil radosnych rysowałam przy dniu dobrym 'uśmiech', przy dniu bolesnym 'smutek' i pod koniec roku okazało się, że to tych niezaznaczonych dni było najwięcej. Takich, które przemknęły niepostrzeżenie, nie zapisując się niczym szczególnym w mojej pamięci. Nijakich.
W następnym roku postanowiłam przyglądać się każdej chwili bardziej uważnie, próbować spostrzegać drobinki barw tworzących koloryt całego dnia. Trochę tak, jakbym się przyglądała powstającemu obrazowi, gdzie każda kropla farby zmienia odcień, nadaje inny kształt, nanosi nową warstwę uczuć i spostrzegania. Ciągła zmienność, aż do osiągnięcia idealnych proporcji, artystycznego fini. Tylko jak być malarzem idealnym?
Eugene Delacroix zapisał w swoim Dzienniku: Pisząc nie doznaję tak wielkich trudności, jakie nastręcza mi malowanie obrazów. Łatwiej potrafię osiągnąć zadowolenie układając jakiś tekst niż malując, malarstwo wymaga bowiem znacznie większego wysiłku w zakresie kompozycji. 
To może łatwiej będzie potraktować nowy dzień jakby się pisało książkę, gdzie pojedyncze słowo nadaje nowego znaczenia, odmienia emocje, wyodrębnia różne poglądy i widzenie świata, a w nim siebie samą. Tylko jak być pisarzem spostrzegającym i czułym?
Postanowiłam zostać sobą, tłumacząc własne ułomności, i zaczęłam próbować doceniać drobiazgi: uśmiech nieznajomych ust, ciepło czyjegoś spojrzenia, przychylny gest, słowo rozjaśniające tunel ciemności, w których przychodziło mi potykać się o najdrobniejszy odprysk skamieniałej na ogół codzienności. Doceniać czyjąś wyrozumiałość wobec moich wad i niedoskonałości. Uczyłam się dostrzegać urok skulonych pączków nawleczonych na cienkie gałązki brzozy, przejmujący zapach listków mięty, radosny trzepot skrzydeł motyla umierającego nad ranem czy kawałek nieba rozkrojonego ostro wyprofilowanym łukiem księżyca. Ba, nawet przyjmować z pokorą kolejną zmarszczkę stającą się wyżłobionym kanalikiem ułatwiającym odpływanie łez, tak by nie zatrzymywały się na wydętych od zadziwienia światem policzkach.
W końcu każdy dzień jest podróżą, odkrywaniem nieznanego, spotykaniem za rogiem niewiadomego, zderzaniem się z przeciwnościami losu, nierealizowaniem zaplanowanego, a nade wszystko poznawaniem nowych smaków i pakowaniem kolejnych bagaży, domykaniem, czasami na siłę, ograniczonych własną pojemnością walizek, pękających od nadmiaru kufrów i pomarszczonych ze zmęczenia toreb.
Zdarzają się jednak podróże pozbawione obciążenia nadbagażem, a będące lekkim uniesieniem, podnietą doznawania nowych wrażeń, zapisem miejsc, czyichś stóp, których ślad na ścieżkach staje się swoistą mapą, kartograficznym zapisem przemierzanej przestrzeni, drogowskazem prowadzącym także do samej siebie. Taką podróżą pełną lekkości, wrażliwego spostrzegania, splotu skojarzeń jest droga wiodąca wśród "Cyprysów i topoli". I czy wkracza się w świat podziemi, pokonuje wzniesienia i zazielenione pagórki, wkracza do opustoszałych, w samo południe, miasteczek czy dotyka skrawka nieba skąpanego w porannym słońcu, doznaje się najdoskonalszych chwili istnienia. I czuję się znowu dzieckiem przeskakując z zacienionych fragmentów trotuaru, na te rozjaśnione południowym słońce, w którym odbija się złożoność katedralnej rozety. Zakładam, nieco wykrzywiony czasem, słomkowy kapelusz by zatrzymać jak najdalej od mojego nosa piegi, rozsiane jak ziarenka maku na brzuszku pszennego chleba. Wieczorem w pełnej dojrzałości chylącego się ku krańcowi dnia delektuję aksamitnym smakiem czerwonego wina. Takim też jest pisarstwo Marka Zagańczyka, przepojone dozą gładkości z jaką zapisuje swoje podróże w mnogość miejsc, nawiązań do różnorodnych książek, odniesień do malarstwa, tworząc idealną harmonię współistnienia sztuki słowa i obrazu ze sztuką życia. Jego podróżnicze opisy są subtelnymi freskami, które będąc jedną z najtrudniejszych technik w malarstwie, wydają się nieskazitelnym dziełem zatrzymanym między kartkami książki na pokuszenie dla każdego czytelnika sięgającego po "Cyprysy i topole".
I trudno powstrzymać się od wzruszenia czytając: o historii winnej latorośli spisanej przez Roberta Calasso w jego mitologii,  pięknym Ampelosie stratowanym przez byka, o cierpieniu Dionizosa, który nie umiał płakać. Po śmierci Ampelosa bóg zerwał winne grona zrodzone z ciała umiłowanego mężczyzny, zgniótł je czule w ręce, popatrzył na palce poplamione czerwienią i skosztował kilka kropel. "Ten - pisze Calasso - który wywołał płacz boga, co nigdy nie płacze, miał zarazem przynieść światu radość [...]. Myślał przy tym Dionizos: Ampelosie, śmierć objawiła świetność twego ciała. Chociaż zmarłeś, nie utraciłeś swoich rumieńców. Nikt z bogów - ani Atena ze swoją skromną oliwką, ani nawet Demeter ze swoim pokrzepiającym chlebem - nie wydał niczym podobnym do tego płynu. Wreszcie pojawiło się to, czego życiu brakowało: upojenie".
Książka Marka Zagańczyka jest upojeniem, tak jak upojeniem potrafi być życie będące podróżą w nieznane, odkrywaniem i dotykaniem świata. Wznoszeniem się na pagórki, dosięganiem wzgórz, ale też zejściem w dolinę, ukryciem w cieniu.
Otwieram nowy rozdział, smakuję pierwszy łyk jeszcze nazbyt młodego wina, bo zbyt dużo w nim cierpkiej goryczy, ale wiem, że z czasem docenię smak dojrzałości pachnącej słońcem południa, żyzną ziemią, raz mieniącej się soczystą czerwienią, innym razem przejrzyście białej, chwilami uderzającej do głowy, kiedy wziąć nazbyt łapczywy łyk musującego napoju.
A na razie upajam się w cieniu "Cyprysów i topoli' dziękując autorowi, że choć przywołał słowa Derreka Walcotta, nie uległ jego namowom, by zarzucić pisanie i dzięki temu ja mogłam ulec czarowi jego nowej książki.

rzucić pisanie
i zająć się rozżarzonymi znakami
uznanych znakomitości, stać się
ich idealnym czytelnikiem, żarłocznym
przeżuwaczem, który miłość do arcydzieł
przedkłada nad chęć powtórzenia ich
albo przelicytowania
i być najznakomitszym czytelnikiem na świecie. [...]


fragmenty książki 
"Cyprysy i topole" Marka Zagańczyka
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich, 2012
oraz
fragment "Dzienników 1822-1853" Eugene'a Delacroix
wyd. słowo/obraz terytoria, 2003
w tłumaczeniu Joanny Gruze i Julii Hartwig



poniedziałek, 14 maja 2012

W cieniu spojrzenia

Dwa lata temu próbując spisać swoje odczucia z przebytej „Drogi do Sieny” zaczęłam od wyznania:
Stało się. Zakochałam się, wpadłam po uszy, a może nawet po sam czubek głowy. Zakochałam się bezgranicznie i ślepo, chociaż to nie najlepsze określenie, raczej z szeroko otwartymi oczami, w Toskanii, w książce Marka Zagańczyka „Droga do Sieny”. Ta niewielkich rozmiarów, zgrabna książeczka, skromna w swojej formie, kryje prawdziwe bogactwo, bo każda kartka to namalowany najpiękniej obraz, to finezyjne freski, których zachwycająca uroda z zaciekawieniem wydobywa się zza mgły czasu, to stare katedry stojące na straży niezachwianego piękna, gdzie rozmodlone ołtarze rzucą na kolana każdego, kto zechce przekroczyć ich próg. „Droga do Sieny” jest malownicza, napisana, a raczej namalowana, smakowicie, zmysłowo, to zachwycająca podróż po miasteczkach rozrzuconych między oliwnymi gajami i dojrzewającymi w słońcu winnicami. 
Tymczasem, od wczoraj, stałam się szczęśliwą posiadaczką kolejnej literackiej perełki autorstwa Marka Zagańczyka, tym cenniejszej, że wzbogaconej dedykacją samego autora.
Siadam zatem, za radą autora, w cieniu „Cyprysów i topoli”, w cieniu jego spojrzenia zatopionego w "wielość krajobrazów, od gór piętrzących się wysoko po równinę Veneto, gdzie rachityczne drzewa o jasnobrązowej korze stoją w równych odstępach. Gdy patrzę na nie z ruchliwej autostrady, mam wrażenie, jakbym brał udział w ćwiczeniach z perspektywy, jakby ustawiono je z widocznym zamysłem, aby nowy Uccello mógł tu wymalować swoją leśną bitwę. Jakże jednak odmienny to las od tego, który znam, z sosnami wczepionymi w piasek, z mchem oblepiającym drzewa, z kępami paproci".
I już sama myśl, że przyszłoby mi napisać tutaj o nowej książce Marka Zagańczyka wprawia mnie w lekkie zakłopotanie i jeśli się później zdecyduję to uczynię to dość nieśmiało, bo jakże pokusić się o skreślenie własnych odczuć z podróży, kiedy Pani Julia Hartwig w jednym zdaniu zamknęło całe piękno kryjące się między słowami książki: "Siłą tych szkiców jest wiedza o przedmiocie, czarem - czuły opis miejsc, w których autor się porusza".
Jednocześnie mnie samej nie sposób jest odnieść się do tej książki inaczej niż z czułością, biorąc do rąk różnorodność obrazów, kolorów i alejek szeleszczących szyszkami cyprysów wijących się przez słoneczną Italię. Nie tylko w wymiarze geograficznym, ale również literackim i malarskim. Oddając się lekkości spostrzeżeń, uchwyconych pejzaży, rysunku przygarbionych sylwetek starych domostw otulonych pnączami winorośli, które wplatają dom w toskański krajobraz, nadając mu smak dojrzałych owoców i kolor purpury zachodzącego za miękkim horyzontem słońca. Maczając kawałek świeżo pieczonego chleba z rodzynkami w ciężkiej oliwie z oliwek, czując jej lepkość między opuszkami palców i wsłuchując w szum topoli.
Sam autor, Marek Zagańczyk, wyznaje; "Widok toskańskiej doliny jest dla mnie wzorem doskonałości i znakiem chwil szczęśliwych. W dni jesienne i zimowe noszę go w pamięci jak talizman i szukam dla niego godnego odpowiednika wśród północnych pejzaży. Wędruję, szukając ulotnych cieni, wydeptuję szlak, licząc, że w końcu odnajdę dawny kształt miasta, krajobrazu, choćby jego zarys, i wpiszę w niego kilka bliskich mi postaci, mocniej uchwycę ich obecność. Samotność jest może najważniejszą częścią podróży, tej prawdziwej, wiodącej w odległy świat, i tej, równie ważnej, pozwalającej dzięki wyobraźni podążać w nieznane".
I zanim spróbuję tutaj przywołać odrobinę tej podróżniczej samotności drepczącej między smukłymi cyprysami i wysokimi topolami, zostawiam skrawki mojej niedawnej podróży w wielowymiarowy i wielobarwny świat Podlasia, a raczej maleńkiego jego kawałeczka. Moja wizyta, to jakby uszczknąć małą porcję ze smakowitego tortu, kiedy na podniebieniu zostaje niedosyt i uczucie pragnienia znacznie więcej.








fragmenty z książki Marka Zagańczyka "Cyprysy i topole"
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich,  Warszawa 2012


sobota, 12 maja 2012

Przeprowadzka. Otwarte

Przeprowadzka.

Spakowałam  tylko ostatni rok, bo ostatnich sześciu nie udało mi się pomieścić w moim małym kuferku. Zostały za mną, chociaż każde słowo wtedy wypowiedziane i usłyszane mieszkać już będzie we mnie na zawsze. Tyle pięknych chwil, cudownych spotkań, wzruszeń, nie sposób oddalić ich w zapomnienie pozwalając by zasnęły pod pierzyną siwego kurzu.

Jednak, poniekąd zmuszona własnym brakiem sił do walki z technicznymi usterkami, bo to raz kran przeciekał, innym razem tapeta odklejała się całymi płatami spadając z głuchym grzmotem na wyszczerbioną podłogę, innym razem echo całkiem zasypiało i nie mogłam usłyszeć samej siebie. Dlatego, zmiana.

Potrzebować będę chwili, by się tu zadomowić, poustawiać swoje mebelki, książki wyjąć z przepastnych pudeł, zawiesić indyjskie dzwoneczki u drzwi zostawiając je uchylonymi dla gości. Zaparzyć imbryk herbaty i wsypać ziarenka kawy do słoiczka.

Wywieszam. Otwarte. Zapraszam.

Stary adres: http://www.india.blog.onet.pl


środa, 2 maja 2012

Postać i Manfred

Noc zaglądała przez niezasłonięte okna, by po cichu wślizgnąć się do pokoju. Wtulił się w jej ciepłą ciszę, próbując palcami dosięgnąć gwiazd, jakby chciał zamknąć oczy nocy. Wydawały musię nazbyt przenikliwe.
Zamykał kolejny dzień. Zapisany gęsto rozdział życia, bo miejsca w nim coraz mniej i każde zdanie trzeba ubrać w najmniejszą ilość słów, ale brzmiących wyraziście, nakreślonych grubą kredką, chociaż nie przekraczającą granic wyznaczonych cienką warstwą oddechu. Niewiele w nim już uniesień, zresztą kto miałby siłę udźwignąć jego przeżycia. Więcej w nim też upadków, bo nogi coraz słabsze, a jakby chciały chodzić własnymi drogami. Coraz bardziej mu nieposłuszne. Pozrywał zatem nadwątlone więzy, niewystarczająco mocne, by mogły przetrwać czas, w którym on coraz częściej chował się przed światem. Życie nie dawało mu już zbyt dużo czasu na obcowanie z samym sobą, chciał wykorzystać każdy skrawek minuty wykradzionej spomiędzy coraz ściślej przylegających do siebie wskazówek zegara. Przeczuwał, że w końcu staną się jednością, drogowskazem do nieskończoności, a tak wiele rzeczy chciał jeszcze uporządkować. Zdążyć poukładać. Dlatego coraz trudniej było mu dzielić ten darowany czas z kimś innym. Chciał się wtopić we własny cień, zjednoczyć z nim i pomóc mu się jeszcze na chwilę wyprostować. Gwiazdy flirtowały z nim w blasku księżyca, ale on to przyjmował z przymrużeniem oka. Całe życie budował dystans do siebie samego i do tego, co nieosiągalne. Gwiazdek z nieba.
Podszedł do starego patefonu. Igła zgrabnie zaczęła poruszać się po czarnej powierzchni zanurzając się w wąskie zagłębienia, poruszając się w rytm każdego budzącego się pod jej dotknięciem dźwięku. Stając się drżeniem. Wróciło wspomnienie tamtego wieczoru, kiedy ujrzał jej drobną postać w czarnej, niewyszukanej sukience. Stała przed synagogą nakręcając pukiel czarnych włosów na palec. Nieświadoma swojego urzekającego piękna, tak, że nawet stanowiąca jej tło kamienica z czerwonej cegły wyglądała na pobladłą z zawstydzenia. Pamiętał, kiedy pierwszy raz objął jej smukłe ciało, a ona przyglądając mu się mrużyła oczy, jakby próbowała uchwycić ostrość jego rysów. Zakochał się w tym przenikliwym spojrzeniu, w sposobie jakim na niego patrzyła. Już wtedy wiedział, że będzie o nią walczył, wyprze się samego siebie, choć nie wiedział, że życie szybko go z tego postanowienia rozliczy. Pokona każdego kto chciałaby mu ją odebrać, ale nie przewidział, że będą ich tysiące – bezimiennych, bez twarzy, wraz z jej krzykiem rozsypujących się w popiół osiadający ciężką przysłoną na jej rzęsach. Ostatecznie zamykając jej oczy. Potem już nikt nigdy tak na niego nie patrzył. Może poza oczami nocy, które chciał zakryć dłonią, ale one też były poza jego zasięgiem. Gasły kiedy same tego zapragnęły, kiedy uznały, że już więcej widzieć nie chcą. Nie mogąc patrzeć na własne odbicie w jego oczach.
On sam, każdego poranka spoglądając przed siebie wciąż miewał chwile niedowierzania oczom patrzącym na niego z lustra. Próbował wypłukać z nich to uczucie, ale woda, której krople spływały po jego długich palcach, wciąż pozostawała przeźroczysta. Może były to jedynie łzy, które już dawno powinny były wyschnąć na piaskach Negewu, a teraz zdawały się wyblakłymi wspomnieniami, jak zdjęcia zatrzymane na kiepskiej kliszy. Bał się, że straci na ostrości barw, że zniknie z pamięci. Kolejne, niepoliczalne ziarneko piasku na bezkresnej pustyni ludzkości.Nie chciał odchodzić w przekonaniu, że jego życie nie było wystarczająco wartościowe. Wątpliwości miał wciąż tak wiele. Tyle w jego życiu było zmagania, kiedy świat stawał się garstką sypkiego piasku palącego skórę. Teraz chował się w cieniu, tam szukał ukojenia.
Dźwięki 'Manfreda' Piotra Czajkowskiego wyrwały go z zamyślenia. Uwielbiał dramatyzm tej symfonii. Fatum które odbijało, w każdej nucie, skrawek jego życia obarczonego przeznaczeniem, którego wciąż nie całkiem potrafił objąć. Jego ramiona stawały się coraz słabsze. Włączam starą, zdartą płytę analogową, pokrytą zagłębieniami. "Manfred".
Czy zdołam to objąć, czy zdołam objąć jego coraz wątlejszą postać?