Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo znak. Pokaż wszystkie posty

Kocha się tego, któremu najbardziej chce się opowiadać

"Nie da się do niczego porównać uczucia, kiedy twarz drugiego człowieka staje się prawdziwym spotkaniem. Otwiera się na drugą twarz."

Takim jest spotkanie z "Purezento". Ulotnym, eterycznym, zanurzonym w tokijskim deszczu, pomiędzy nitkami złota sklejającego odłamki popękanego życia. Intymnym doznaniem zapachu egzotycznych kwiatów, świeżo skoszonej trawy i gęstym wypełnieniem czasu pomiędzy życiem i śmiercią. 
Oddechem niepospiesznej sztuki 'kintsugi' wymagającej otwarcia umysłu i poszukiwania drogi. Staroświecką pocztówką. Dotknięciem, odległych od siebie dłoni, tego samego kawałka papieru.
Przejmującą. Nietuzinkową. Bladoherbacianą kompozycją zapachu i smaku. Pełną nieuchwytnej ale chłoniętej, każdym zmysłem, harmonii gestów i nawijania wielobarwnych nici codzienności na kłębki.
"Purezento" Joanny Bator. Oczyszczające zanurzenie się w głąb samej siebie.

"Wzięłam prysznic i wyszorowałam się czarnym mydłem. Wymyłam włosy. A potem nalałam wody do drewnianej kadzi i zanurzyłam się w niej. Nabrałam powietrza i zwinęłam się w kłębek. Moje plecy i stopy dotykały drewna. Włosy unosiły się wokół twarzy jak wodorosty. Gdybym mogła tak pozostać. Poza ciałem, poza umysłem. Niczego nie pragnąć, niczego się nie bać. Zawieszona w krystalicznej pustce. Słyszałam tylko daleki głuchy odgłos. Może to był tajfun. Może to biło serce ziemi.".

Jasna. Piękna. Mądra książka. Zapisana jednym znakiem, oznaczającym jednocześnie serce i umysł. Po prostu "mei".

"PUREZENTO" JOANNA BATOR
wyd. Znak, Kraków 2017

Zakładki zachwytu

Pisząc, że my wszyscy, gdy pomyślimy głębiej, posługujemy się kryteriami Maupassanta, bo każdy z nas żyje dla minut czy sekund wrażeń, których nie potrafimy jasno opisać, o których mówimy ostrożnie, aby ich nie spłoszyć, lub o których milczymy, Hostowiec pisze wówczas o tajnej racji  s w e g o  własnego istnienia. I może jak Maupassant nie jest świadomy, że takie sekundy właśnie on przekazać nam umie.
Czy może pisarz dać więcej czytelnikowi?

Zakładki zachwytu wkładam między kartki książki, by były tam kiedy wrócę, jeszcze raz, do tych samych obrazów i podróży w miejsca tak blisko poznane. Ulepione z tkanki pospiesznego oddechu i kradzionego spojrzenia, gdzie na obrzeżach okładek, pogniecionych od parnych dni, krystalizują się myśli niczym zapas słów w kratkach woskowych plastrów. Znieruchomiałe posągi rzeźb. Na moment zatrzymane w kadrze źrenicy. Karuzelowym rytmie filiżanki na spodeczku fajansowych koronek.
Zakładki zachwytu. W kropli atramentu na mankiecie koszuli i zapachu przepalonych tytoniem żółtych, kawiarnianych stolików. Czyjejś sylwetce zatrzymanej między framugami wysokiego lustra i śladu pocałunku na papierowej serwetce. Marynarki porzuconej na brzegu łóżka jak niechciane pragnienia "Zadumanego fryzjera".
Odkrywam kolejny rozdział jak kartę w pasjansie. Staromodnej garibaldce. Crapette. Grze dla dwojga. Z zaciekawieniem spoglądając na nowe rozdanie. Zbitkę słów nieprzypadkowo zebranych jak obrazy mistrzów na koralowych ścianach muzealnych przestrzeni wytyczających granice piękna i poszerzających wielobarwne horyzonty widzenia odbiciem na płótnie. Wyczytanych między kartkami w wąskich wagonikach "Train de banlieue".

Poprzez wszystkie rozdziały tej książki, tak różne i zawsze stanowiące całość w sobie - ta sama powściągliwość autora - jakże pilnuje on siebie samego, by nie zakrzyczeć, najsilniej działające sceny urywa, maskuje ich zakończenie; w tym samym rozdziale, w tym samym opowiadaniu, gdy tylko napięcie zaczyna gwałtownie narastać, gdy dociera do losu tej czy innej istoty, autor ją gubi, przesuwa uwagę czytelnika na innych ludzi, czy na inne miejsca, nadaje wypadkom inny, jakże absolutny sens.


Józef Czapski "Czytając"
wyd. Znak, Kraków 2015



Musiałam jej powiedzieć, że wszystko wiem

Zaskrzypiały stopnie starych schodów. Spróchniałe deski miały coraz większy problem z udźwignięciem każdego, kolejnego kroku swoich mieszkańców zamkniętych za bezimiennymi drzwiami przedwojennej kamienicy. Tabliczki z ich nazwiskami stały się niewidoczne, pozostając jedynie śladem ich ciągłej, wielopokoleniowej obecności między sąsiadującymi obok siebie ścianami wchłaniającymi słowa i dźwięki odbijające się od kandelabrów i niezerwanych kartek z kalendarza. Dni okaleczonych czasem, gdzie popękania wypełniły się grubą warstwą kurzu i ciężkiego powietrza przenikającego przez szczeliny niedomkniętych okien. Szumem wydarzeń niemożliwych do zapomnienia, wnikających ostrością wyraźnych kształtów w miękką tkankę codzienności.
Przygarbiony chłopak zmywał posadzkę na niewielkim, wewnętrznym podwórku. Inny wycierał poręcz jakby chciał zetrzeć z niej każdy pozostawiony odcisk dłoni, uchwyt palców szukających zaczepienia w teraźniejszości. Patrząc na nich odnosiło się wrażenie, że każdy z nich zmywając minioną przed momentem chwilę wchłania ją w siebie, pochylając się coraz bardziej od ciężaru cudzych doświadczeń stających się w jakiś szczególny sposób ich własnymi choć w innym czasie doświadczanych, w innej chwili. Chwila obecna nie ma perspektywy i zawsze jest mgłą, w której trzeba szukać drogi po omacku. Dopiero po wszystkim, kiedy mgła opadła, każdy mógł sobie przypomnieć, że ta chwila, od której wszystko się zaczęło, miła już w sobie ciemny punkcik, mały jak pierwsza plamka zgnilizny, która potem rosła i rosła, aż rozwinęło się z niej to, co w końcu wszyscy mogli zobaczyć gołym okiem.
Zobaczyć siebie. Od zarania. Od początku. Wychodząc spod ograniczającej swobodę ruchów podszewki dzieciństwa. Lecz jeśli spojrzeć przez lupę, okaże się, że ten początek ginie w kłębowisku wątków, w którym zagnieździła się tamta chwila. Żeby do niego dotrzeć, szarpie się za te wątki, próbuje wyciągnąć swój, uwolnić go i oddzielić o innych, i to okazuje się niemożliwe, i tylko supłów jest przez to coraz więcej.
A jednak zdobywa się na próbę rozsupłania, oddzielenia od siebie wbijających się w skórę nitek włóczki, by dotrzeć do źródła siebie i zrozumieć tych, którzy owinęli ją sznurkami pokrewieństwa, próbami narzucania własnych schematów i norm zachowań. Zatem wchodzi. Po skrzypiących schodach własnego życia. Cierpkich wspomnieniach dorastania w tkance oplatających ją tajemnic, traum najbliższych i rodzinnych niedopowiedzeń. Zmagając się sama ze sobą i otoczeniem, które wierzyć jej nie potrafiło, bo zamknięte było w swoich małych światach realności powojennej Polski. Drepcze zatem zgrabnie omijając niezagojone rany, zachowując ostrożność w relacjach z innymi. Musiałam zachować ostrożność. Przedtem, jeśli zdarzało mi się kimś zachwycić, to tylko potajemnie. Nie obciążałam swoim zachwytem innych ludzi, którzy nie wiedzieliby może, co z nim zrobić, to znaczy - jak się od niego uwolnić. Powściągliwość, do której wdrożyła mnie matka, wydawała mi się gwarancją bezpieczeństwa.
Magdalena Tulli, choć szczerze to wciąż z tą właśnie dozą pięknie brzmiącej powściągliwości pisze o sobie, dzięki czemu bez zbędnej wiwisekcji wnika w sferę własnych wspomnień, przenika między światami, między porami roku, między różnymi warstwami skóry pod którą się chowała, a teraz pod którą znajduje różne oblicza samej siebie. Z twarzami esesmanów, znajomością z przyjacielem-listem z lasu, niemiecko brzmiącym nazwiskiem szkolnej koleżanki, włoskimi impresjami ojca, silną osobowością ciotki i cierpkim dystansem matki w tle. Z całym bagażem rodzinnych i historycznych obciążeń idzie lekko po cienkiej tafli lodowiska, by przy najdrobniejszym ociepleniu nie poczuć pod stopami pustki, gruntu usuwającego się spod stóp. By zachować równowagę między odczuciami dziewczynki i dojrzałością kobiety piszącej swoje nazwisko pewnie i z pełnym zrozumieniem swojej tożsamości. Nie da się wszak zamalować swojego dziedzictwa białą farbą, nie da się go przykryć jak czarnego koloru butów od łyżew otrzymanych po starszym bracie ciotecznym. Użycie białej farby odsłoniło coś z moich spraw, zamiast zasłonić coś innego. 
Magdalena Tulli niczego na przykrywa, nie pociąga warstwą milczenia czy niedopowiedzenia. "Szum" jej powieści przywołuje prawdziwą ostrość i różnorodność doświadczeń, w oczach innych postaci zaludniających jej przestrzeń jeszcze wnikliwiej przygląda się sobie, spisując swoje spostrzeżenia z czułością i zrozumieniem. Spisuje szum, osobistej rozmowy z matką. Jej własnej drogi do siebie.
Trudno się rozmawia ze zmarłymi. Rzeczy, które najbardziej mnie pochłaniają, dla nich są nudziarstwem. Ich obojętność mnie onieśmiela. Nie mam pojęcia, co może ich ciekawić. To wynika z różnicy doświadczeń. Mają ze sobą coś takiego co w nich wszystko zmienia (...) 
Musiałam dać jej znać, że ktoś mi opowiedział, jak to było, kiedy wróciła do Łodzi po wojnie. Byłam pewna, że to tam, w tym wielkim mieszkaniu, uległa nieuchwytnej przemocy litościwych spojrzeń, uwierzyła w wyższość milczenia, w zwycięską siłę chłodu. Dlatego pozwoliła, żeby rozwinęła się w niej twardość serca, jakiej życie naprawdę od nikogo nie wymaga. Wymaga trudów ponad siły, wymaga ryzyka ponad rozsądek, ale akurat tego nie, nigdy. Musiałam jej powiedzieć, że wszystko wiem. I jeśli coś mam jej za złe, to tylko to, że ugięła się i opuściła samą siebie.

Magdalena Tulli "Szum"
wyd. Znak, Kraków 2014


Spis rzeczy odczuwanych

Kiedy czyjś wydech staje się oddechem dla nas samych, to jakby dokonywał się w tym krótkim akcie sens naszej własnej egzystencji, bo i nasz oddech jest przecież komuś dany. W tej jednej sekundzie stajemy się dla siebie, w całkiem pozamaterialnym wymiarze obcości, jakby naczyniami połączonymi w jednej czasoprzestrzeni, w kosmosie naszych własnych rytmów życia i tętna odnajdywanego w pulsie pod opuszkami palców szukających oznak współodczuwania. Niezmiennej cykliczności następujących po sobie pór roku, nawet jeśli każdy z nas tę niezmienność zachodzących zmian odlicza inaczej, spostrzega odmiennie, z całkiem różnej perspektywy doświadczeń. Z mrówczą pracowitości sklecając swoją misterną codzienność, od wschodu do zachodu słońca. Szukając siebie samych po omacku w gęstym cieniu nocy. W zagięciach przyzwyczajeń oswajanych latami, wyrytych w niezgrabnym kształcie stóp drepczących na odległość przykrótkich sznurowadeł. W lustrze czyichś źrenic. W sylwetce wykrojonej z nieporadności upływającego czasu, zszytej z ran bliznami przeżyć. W cieple oddechu będącego, jak moje, marzeniem by stać się, choć na moment, zagłębieniem w kartce maszynopisu jego kolejnej powieści. Choćby płatkiem śniegu na szybie jego pokoju, by móc przyglądać się jak zapisuje nowy rozdział swojego "Dziennika zimowego".
Zacznij mówić teraz, zanim będzie za późno, i umocnij się nadzieją, że będziesz mówił do chwili, kiedy już nic nie zostanie do powiedzenia. Jakkolwiek by było czas się kończy. Może lepiej zaniechać mówienia i zastanowić się, jakie to uczucie – żyć w danym ciele od pierwszego zapamiętanego dni aż po moment teraźniejszy.
Paul Auster. W przejmującej spowiedzi z własnego życia. Snutej zgrabnie i zajmująco powieści o  pasjach, namiętnościach, esencjonalności każdego dnia budzącego się ponad dachami Nowego Jorku, którego szkielet odbija się w soczystej czerwieni smakowanego wieczorami wina. W prowadzonym wewnętrznym monologu stającym się niejako doznaniem samego czytelnika. Odzwierciedleniem, często naszych własnych myśli i doznań, gdy pod bosymi stopami czujesz zimną podłogę, gdy gramolisz się z łóżka i podchodzisz do okna. Masz sześć lat. Na zewnątrz pada śnieg. Gałęzie drzew na tyłach domu zaczynają pokrywać się bielą (…) Pytasz siebie: ile jeszcze poranków przed tobą?
Staję przed swoim oknem, by odnaleźć ślady jego obecności w zawstydzeniu budzącej się niewinności poranka, podczas gdy Paul Auster swoje życie oddaje na własność tym, którzy przekraczają próg jego dziennika pozwalając na wzajemne przenikanie się, mimo dzielącej nas odległości zamkniętej między kartkami książki. 
Za rogiem kolejnego akapitu, w zgięciu między zdaniami, wszędzie odczuwa się jego obecność. Bliskość. Prawie czując oddech natchnienia i ostry zapach, dopiero co zapalonego przez niego, papierosa. Tonąc w poszarzałym dymie złudzenia, że jest się cząstką jego samego, bohaterem jego życiowej powieści, chodząc między ulicami Manhattanu, na drugim brzegu New Jersey czy w zaułkach Paryża. To swoiste przekraczanie granic związujące nas ze sobą, tworzące więź której nie chce się w żaden sposób utracić w swoistym klimacie intymności między pisarzem i czytelnikiem. To dotknięcie przyzwolenia na wtulenie się w fakturę jego wspomnień, chropowatą, pełną uwypukleń, rys wyrytych w jego twarzy, ale i pewnej łagodności przyjmowania zdarzeń, jakimi były i wciąż są, wydając się niewiarygodnymi w perspektywie minionych lat odtwarzanych w kadrze jego przenikliwego spojrzenia. Niektóre wspomnienia są tak dziwne, tak mało prawdopodobne, tak bardzo wykraczające poza sferę wiarygodności, że trudno ci je pogodzić z faktem, że jesteś tą osobą, która przeżyła zapamiętane przez ciebie rzeczy.
W zapisanej liście smakowanych potraw, zmienianych adresów i przypisania do nowojorskiej tożsamości, zgubionych pocałunków i miłości która ocala, fizycznych i duchowych przemian. W geście ręki trzymającej pióro zanim dotknie gładkiej powietrzni niezapisanej jeszcze kartki.
„Dziennik zimowy”. Spis rzeczy odczuwanych, albo innymi słowy, fenomenologia oddychania. Między fragmentami autobiografii Paul Austera stałam się wysepką jego oddechu.


Paul Auster "Dziennik zimowy"
wyd. Znak, Kraków 2014





Nieulotności międzyludzkich relacji

Niepotrzebnie wziąłem ten notes. Pomyślałem jednak, że zamiast nudzić się, może uda mi się z jakąś literką zrobić porządek, a kto wie czy nie natchnęłoby mnie to, aby tak samo zrobić z następną, a może i następną, co przemogłoby wreszcie bezradność, która doprowadzała mnie do tego, że po kilkunastu nazwiskach rezygnowałem.
Przyszedł czas, aby swój notes otworzyć. Wyciętymi fragmentami brzegów zaznaczonych kolejnymi literami alfabetu. Notes otwierany od święta, kiedy przychodzi czas wysyłania okolicznościowych kartek z życzeniami. Przyglądam się uważnie widniejącym w nim nazwiskom. Niektóre jakby nieco wycofane, oddalione się nie tylko w mojej pamięci, ale i fizycznie, wyblakłe swoim istnieniem między kartkami notesu. Inne wciąż wyraźne, dosłownie brzmiące i niezachwianie wpisane w fakturę, nie tylko tego niewielkich rozmiarów notatnika, ale nade wszystko mojego życia. Czasem tylko jego fragmentu, strzępków wyrwanych nagłością wydarzeń, ale jakże ważnym i trudnym do całkowitego usunięcia się nie tylko ze sfery wspomnień, ale i moich wciąż iskrzących uczuć wplecionych w czyjeś w moim życiu zaistnienie.
Żadnych nazwisk i adresów nie wykreślam. Tkwią w notesie i we mnie już na zawsze. Nawet jeśli "A" już nie tak strzeliście wyprostowane czy "S" straciło na swojej wdzięcznej giętkości, każda z tych liter stojąca na początku czyjegoś nazwiska nie zagubiła się w bezimiennych kadrach minionych lat, istnieje nierozerwalnie związana ze mną i tym  popękanym, pożółkłym notatnikiem.
Przekładam kolejną kartkę. Pojawia się kolejna litera. Adresy czasem oddalone od mojego tysiącami kilometrów i tysiącami niedoświadczanych wspólnie przeżyć. Niektóre z adresów mają już całkiem innych właścicieli, a jednak dla mnie są najważniejsze, jak niezapomniane lata dzieciństwa.
Ogarnąć życie. Znów nachodzą mnie wątpliwości, czy to w ogóle możliwe, czy ten zbiór przypadków, w którym mało co ma z sobą związek, jak te wszystkie imiona, nazwiska, adresy, telefony w moim notesie, jak skłonny poddać się naszej woli. Mimo to próbuję, ponieważ jednego jestem pewny, że to za mało tylko żyć. bo to nie to samo żyć, a wiedzieć o tym. Nie dam głowy, na ile i ten mój notes jest wiarygodny. Ale w nim jest prawie wszystko, czego mógłbym się o swoim życiu dowiedzieć. Przynajmniej tak mi się zdaje.
Piszę na białej kopercie kolejną nazwę ulicy, miasto i ten ogrom myśli powiązanych ze sobą, rozciągających się w różne strony na mapie geograficznej i mapie moich własnych przeżyć. Osób, które przewinęły się czasem w całkowitej cichości, a czasem zostawiając we mnie piętno wypalonych uczuć. Najtrudniej ominąć adres, który chciałoby się nanieść na gładkość czystej koperty, a który przynależny jest już do innego świata, innego adresata. Obumarły, a we mnie wciąż tak żywy. Zaklejam w niezaadresowanej kopercie wyblakłe zdjęcia i kilka bezbarwnych łez. Tymczasem notatnik pozostaje wobec nich zupełnie obojętny. Pochłania sobą tę odrobinę wilgoci pozostawiając jedynie ledwo widoczny ślad, pustkę niezdolną do zapełnienia kimkolwiek innym. 
Na stoliku pojawiają się kolejne koperty tworząc wachlarz rozmaitych znajomości, przyjaźni, pokrewieństwa serc i myśli, ale i tych relacji, które się rozluźniły, jak sploty w wełnianym szaliku, który już nie daje tyle ciepła, co kiedyś, ale wciąż przywodzi na myśl miłe wspomnienia. Dlatego lubię ten moment, w którym w świątecznym karnecie pojawiają się słowa życzeń, a zaklejenie koperty to jakby akt zamknięcia pewnego momentu, czasoprzestrzeni charakterystycznej i przynależnej tylko do tej właśnie chwili. Czasu oczekiwania na święta. W kopercie zostaje zatrzymany czas, sekunda, która wymknęła sie spod wskazówki starego zegara, drżenie dłoni piszącej życzenia, drobna rysa refleksji i źdźbło rozczulenia, szczypta magii. Cząstka mnie samej, którą oddaję w czyjeś dłonie, choćby na drobną chwilę otwarcia koperty, wysunięcia z niej świątecznego karnetu i przeczytania kilku napisanych odręcznie słów.
Patrzę na koperty myśląc o tych wszystkich, do których są skierowane.  I może nawet jestem dzięki temu, że patrzę. Nie musiałem sobie niczego wyobrażać, nie czułem nawet, że jakiekolwiek słowo chce się we mnie narodzić, bo wszystko było w tym patrzeniu. Niekiedy nawiedzało mnie wręcz poczucie, że to patrzenie jest niezależne od mojego istnienia. Tylko czy możliwe jest istnienie świat niezależnie od człowieka? Któż by go wówczas przeżywał, doznawał, potwierdzał? Co poza człowiekiem mogłoby zapewnić istnienie światu? I może do tego sprowadza się nasza niezbędność?
Dla mnie wysłanie kartek świątecznych do niezbędny element świąt, podtrzymywania relacji z osobami bliskimi i tymi, którzy istnieją w oddaleniu od mojego kawałka świata, ale tworzą jego ważną cząstkę.
Dlatego życzę Wam nade wszystko nieulotności międzyludzkich  relacji i wiary w bezinteresowność drugiego człowieka. Dojrzenia gwiazdki na niebie, niosącej ze sobą jasność i nadzieję. Ciepła i szczypty magii, które nie znikną, kiedy święta zostaną już jedynie mgiełką wspomnienia.

fragmenty z książki Wiesława Myśliwskiego
"Ostatnie rozdanie", wyd. Znak, Kraków 2013



Niematematyczna stała

Ostatnie dwa tygodnie minęły mi na małej powierzchni, nadszarpniętej, wyszczerbionej, zupełnie nie w formie, wręcz w pewnej deformacji niedomagania utkwionej. Można rzecz, że te dni były istnym Mrożkowskim "dziobaniem życia”. Jakbym była zdolna uszczknąć jedynie rąbek z wszechogarniającej rzeczywistości, ziarnko po ziarenku, przełykając je bez zachłannego delektowania się przeżywaniem. I chociaż doceniam ten czas spowolnienia, wymuszonego zatrzymania, którego mi brakuje w codziennym zabieganiu, to z upływem lat coraz bardziej żal mi każdej chwili, której nie mogę pochwycić pazernie, napawając się nią bez umiaru. Tego uczucia wręcz pożądliwego rozkoszowania się każdą mijającą sekundą, żłobiącą przestrzeń mojego własnego odczuwania. 
Pora  zatem już na powrót do wystartowania w biegu długodystansowca, przynajmniej dopóki nie potknę się o kolejną niesprzyjającą okoliczność czającą się za rogiem, zdradziecko. Ale to zapewne przez przykrótkie nóżki, przykrótki wzrok niedowidzący tego, co czeka dalej niż na wyciągnięcie ręki. Może lepiej niedowidzieć?
Nowy dzień. Poranek rozprostowujący senne zagniecenia rozciągając prześcieradło jak zasłonę nieprzeniknionej tajemnicy stojącej u progu domu, by parę godzin później dojrzeć do przekształcenia się w impresjonistyczny obraz popołudnia. Nieuchwytny w swojej niewyrazistości, przeglądający się w oczach przechodniów chowających się pod rozłożystym parasolem niepogody. Spostrzegających swoje odbicie w granicach małych krążków rozkładających się powolnym, majestatycznym ruchem niczym chiński wachlarz. 
Poszarzało, przybladło.
Przyglądam się książkowym zaległościom piętrzącym się na stoliku, niczym biblijna wieża Babel. Wszak każda z nich mówi innym językiem, odmiennym dialektem, próbując wynieść czytelnika na wysokość, wystarczającą, by objąć całość jej przekazu, ponad doczesność i wszelką próżnię, by dostrzec głębię uśpioną pod ciężką oprawą, można by rzecz 'przykrywką' do tego, co w niej najwartościowsze. Moja prywatna wieża Babel. Także w aspekcie nierealności, niemożności ukończenia zaplanowanej lektury, bo zdaje się, że niemożliwym jest przeczytanie wszystkich książek kuszących swoją kreacją, tą delikatną materią literackiego jestestwa, rdzenia egzystencji w nieprzewidywalnej przyszłości mojego czytelniczego bytu. 
Książka. Pewna, bynajmniej niematematyczna stała, constans, niezmienna gwarancja swoistego ravissement. I chociaż nie każda staje się tą, kolejną-jedyną, niezapomnianą, podarowującą 'nowe życie', to każda bezbronnie przenosi na kawałek upragnionej, czytelniczej samotności. Poddając nas jej kierownictwu duchowemu. Takimi przewodnikami, niewątpliwie, stają się książki nominowane do Literackiej Nagrody NIKE. W tym roku, w finałowej siódemce znalazły się:
  • Krystyna Czerni, "Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego", Znak, Kraków
  • Andrzej Franaszek, "Miłosz. Biografia", Znak, Kraków
  • Filip Springer, "Miedzianka. Historia znikania", Czarne, Wołowiec
  • Małgorzata Szejnert, "Dom żółwia. Zanzibar", Znak, Kraków
  • Marek Bieńczyk, "Książka twarzy", Świat Książki, Warszawa
  • Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, "Imię i znamię", Biuro Literackie, Wrocław
  • Magdalena Tulli, "Włoskie szpilki", Nisza, Warszawa
I nie ma znaczenia, dla mnie, która z nich będzie tą jedyną, kolejną, nagrodzoną. Moje serce bije dla Andrzeja Franaszka i jego, napisanej onieśmielająco pięknie, przenikliwie, biografii Czesława Miłosza, zostawiając sobie jednocześnie kawałeczek przestrzeni dla "Książki twarzy" Marka Bieńczyka, który niedawno, melancholijnie wślizgnął się do galerii moich literackich fascination.



Nie przychodzi mi nawet do głowy, że wiem "wszystko" o życiu - jeśli mogę tak go nazwać - swojego bohatera, wydaje mi się też, że nie odczuwam chęci górowania nad nim, o której chętnie pomawia się biografów. Wiele jest jeszcze faktów, które zostaną rozjaśnione, i takich, które na zawsze pozostaną w ukryciu. Czasem nie zgadzam się z Czesławem Miłoszem, jednak bez zamiaru "osądzania" go, mając świadomość, że nic łatwiejszego niż komentować czyjeś decyzje z bezpiecznego dystansu. Zresztą najtrudniejsze wydaje mi się co innego. Łatwo odnaleźć potknięcia, jak jednak oddać geniusz?Ten moment, gdy nad niepewnością, udręką, pokusami zawisa niedosiężna nuta, linia słów? Może nie da się go opisać, można tylko odrywać na własną rękę.


Andrzej Franaszek "Miłosz. Biografia"
wyd. Znak, Kraków 2011


Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...