czwartek, 28 lipca 2011

Cokolwiek sobie przywłaszczam


Czuję się jak paproch, jak mikroskopijna grudka pyłu której dane było przysiąść na krawędzi wyrwanej kartki, na granicy światów pozostających wciąż nieprzebytymi.  Nigdy nie przeniknę tych warstw, bo najdrobniejszy powiew strąci mnie z tej krawędzi, zawieszając w pustej przestrzeni. W niebycie, w całkowitej próżni, bo jednego życia mało, by doszczętnie wsiąknąć w kartki nie czując pod stopami namacalnego dna, ale co najwyżej potykając o zbyt wysokie progi, które zachciało mi się przekroczyć. A ja chciałabym móc być kroplą tuszu na choćby jednej z kartek jego dziennika, zagiętym nieopacznie rogiem papieru, kropką postawioną od niechcenia, przecinkiem rozdzielającym zdanie, by mogło zgrabnie potoczyć się dalej. Nazbyt prostolinijnym wykrzyknikiem, podczas gdy on pozostanie na zawsze przepięknie wyprofilowanym znakiem zapytania zawieszonym nad moją, niewiele wciąż pojmującą, głową. Zostało zatem jedynie pomarzyć, by być choć źdźbłem myśli zakorzeniającym się w kolejnych warstwach książki, "ogonkiem" dnia i przebudzeniem nocy, końcówką pędzla sunącego bezszelestnie po płótnie zostawiając smugę jego postaci, zarys szczupłej sylwetki.
A mnie samej przecież zdaje mi się, że i
m dłużej z nim obcuję, to mocniej czuję rozkoszne uczucie zatracenia siebie samej. To tak, jak przestawać istnieć by za moment znów próbować poskładać swoje niezgrabne cząsteczki istnienia, czując ból zetknięcia z własną rzeczywistością. I jak teraz spojrzeć samej sobie w twarz, tak pozbawionej wyrazu,  niekształtnej, kiedy tuż obok widzę portret Józefa Czapskiego? Moje myśli rozsypują się zawstydzone, że ośmieliły się w ogóle narodzić w tak mizernej postaci. Więc pozostaje tylko pytanie: jak ogarnąć przenikliwość zapisków, jak je przysposobić, dopasować, ujarzmić ich moc i potęgę oddziaływania?
Czytam dwie książki jednocześnie: „Wyrwane strony” Józefa Czapskiego i jegoż „Portret” autorstwa Wojciecha Karpińskiego, by sobie coś z tego całego bogactwa spostrzeżeń i dociekliwej analizy "przywłaszczyć". Ale gdzie ja właściwie jestem, kim jestem, w poczuciu takiej nieprzydatności dla świata, nawet swojego własnego. I zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy nie zdołam zobaczyć, czegokolwiek, w największych lustrach świata, tak jak on potrafił dostrzec wszystko w najmniejszym odłamku codzienności, poczuć ziarenko prawdy rozgryzając zalążek kolejnego dnia.
Więc sklejami pozrywane wątki, a opuszki palców chociaż pokrywają się coraz grubszą warstwą spoiwa, nadal odczuwają najdrobniejsze drgnięcie przenikające między akapitami, wznoszące się na pagórkach wybrzuszonych liter lub wpadające w pustkę na moment przerwanego zdania.
I jeszcze ten snujący się, po ścianach jego notatek, cień Simone Weil, której myśli tkwią w mojej głowie, dobijając się do rdzenia bytu, do źródła istnienia. Wszczepiły się we włosy, oplotły szczelnie przyprawiając o utratę tchu. Zgarniam więc każdy wymykający się moim palcom kosmyk jej myśli, jakbym próbowała zebrać niesforne włosy, na moment misternie je układając, próbując nadać im pewnego ugładzenia, ale one i tak się rozsypują jak nieudolnie zrobiona fryzura, z powrotem wpadając w oczy. A przyznać muszę szczerze, że tak wiele chciałabym sobie "przywłaszczyć", uczynić swoim by na zawsze pozostało prawdziwym podskórnym odczuwaniem, jednak jak zapisała S.W.:
Pokora polega na wiedzy, że w tym, co nazywa się <ja>, nie ma żadnego źródła energii, która pozwoliłaby nam się wznieść. Wszystko, co jest we mnie cennego, bez wyjątku, pochodzi skądinąd niż ze mnie, nie jak dar, ale jako pożyczka, która musi bez ustanku odnawiana. Wszystko, co jest we mnie, bez wyjątku, jest absolutnie bez wartości. A pośród darów pochodzących skądinąd cokolwiek sobie przywłaszczam, staje się natychmiast bez wartości.Tymczasem wartość tekstów Józef Czapskiego jest wartością niemożliwą do ujęcia w jakiekolwiek ramy obrazów, okładek książek. Są jak swobodne motyle przysiadając w dowolnie wybranym miejscu: w "Gołębniku", "Na widowni", stające się płatkami "Kwiatów w wazonie" lub "Żółtą chmurą", by w końcu schować się w kieszonce "Czerwonego szlafroka".
Na pewno kiedyś powstanie. Muzeum Czapskiego z konkretnym adresem, z eksponatami na ścianach, w gablotach, na bibliotecznych półkach. Byłoby spłatą społecznego długu wobec niezwykłej osoby i znakomitego dzieła, aby nastąpiło to możliwie prędko.Póki to nie nastąpi, ja wydzielam ze swojej własnej przestrzeni miejsce dla Józefa Czapskiego, na swój własny, prywatny użytek. Gdzie nie będzie się chować obrazów za grubymi szybami, bo jakże tam mogłby oddychać, ani zapisanych kartek w gablotach, bo jakże je wtedy posłyszeć. Zatem buduję obszar, gdzie będę mogła wejść o każdej porze dnia i nocy, przejść się między rysunkami, patrząc na wyrwane kartki jak na unoszące się latawce zachwycające kształtem i kolorem, swobodnie kołyszące się na wietrze. Wyrwane wszelki ograniczeniom. Sama zaś z pokorą chowam się za dowodem mojej niezdarności ujęcia kłębowiska odczuć i doznań, powoli blednąc, znikając, stając się szarym cieniem na ścianie.
   
fragmenty z książki "Portret Czapskiego" Wojciecha Karpińskiego
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich 

wtorek, 26 lipca 2011

Biedronki i pasikoniki


"Dzieło sztuki istnieje samo w sobie. Malując z natury chcemy stworzyć płótno, by odpowiadało naszemu przeżyciu malarskiemu wobec natury, więc nie żeby było dokumentem podobieństwa, ale żeby dało grę stosunków i działań plastycznych, na których koncepcję nas ta natura naprowadza. Płótno powinno być rozstrzygnięte po malarsku".
Tymczasem moje przeczucie niemalarskie wobec natury podpowiada mi, że za drzwiami pachnie jesienią w środku lata. Deszcz znowu spłukuje czarne kropki ze zgrabnie wyprofilowanych skrzydeł biedronki i obejmuje przenikliwą wilgocią delikatne struny skrzypiec pasikonika. Czerwień i zieleń obmyte z kurzu codziennego zyskują na intensywności swojej barwy, lśniąc i mieniąc się mimo szarej aury za oknem, budząc się do życia.
Ja sama budząc się rano nie przechodzę w naturalny sposób w stan przebudzenia, raczej tkwię pod ciężką kołdrą zbyt niskiego ciśnienia, którego nie sposób podnieść nawet kolejną dawką kofeiny. Patrzę na odwieszony identyfikator Uniwersytetu Otwartego.
Od czego zacząć skoro to już koniec?
Szamoczę się, nie tylko z miękką poduszką, która przylgnęła do mojego policzka, czy może całkiem odwrotnie, ale też sama ze sobą, z natłokiem refleksji, których nie potrafię wystarczająco szybko zapisać, bo każda myśl rozsypuje się w garstkę czarnego pyłu, nim koniuszek pióra zdąży przekształcić ją w kontur słowa zasychającego na powierzchni kartki. Spoglądam na ogród przez szkliste szyby okien, na których krople deszczu tworzą powierzchnię rozbijających się plamek malując przede mną obrazy, które jakby wypłynęły spod pędzla impresjonisty. Ulotna chwila, gra przyćmionego zachmurzeniem światła, zmienność nazbyt szybka, bo móc ją za moment znów odtworzyć w tej samej formie. Swoiste “żywe” obrazy zmieniające się wraz z najdrobniejszym drgnięciem kropli deszczu, jak za dotknięciem pędzla na płótnie, odbierające każdy oddech powietrza jak oddech natchnienia artysty. I czasami przeklętą się staje świadomość nieumiejętności malowania, nazwania barw, wypełniania konturów kolorem, wyrazistością lub zasnuciem woalem mgły utkanej z artystycznej melancholii. Z tym większą przyjemnością przywołuję z pamięci piątkowy, ostatni wykład o polskim malarstwie XIX wieku, który niespodziewanie zamknął się dla mnie klamrą zatrzaskującą obszar mojego literackiego zauroczenia, gdzieś na przełomie wieków. 
Najpierw jednak "Fatalność Władysława Podkowińskiego". Jego słynny i kontrowersyjny "Szał", do mnie znacznie bardziej przemawiające rysunki szkieletów, trupich czaszek odciśniętych na płótnie w sarkastycznych grymasach. Jakby Podkowiński drwił z widma śmierci czyhającej nad jego schorowanym ciałem, a wykrzywiając im twarze w krzywym zwierciadle próbował oswoić świadomość rychłego odejścia. Na dłużej zatrzymuję się przy obrazach naznaczonych bliską mu obecnością Aleksandra Gierymskiego. Rysunki ukazujące Warszawę od podszewki, przez portrety jej mieszkańców, tych bezimiennych, zamieszkujących biedne obrzeża Powiśla, dźwigających, jak garb, ciężki tobołek własnego ubóstwa, jak tytułowa „Śmieciarka” czy rozpraszający cień nocy „Latarnik” egzystujący dzięki wszechogarniającej ciemności. Jakby ona, przekornie, stawała się, wraz z przychodzącym mrokiem, światłością niosącą zarobek i przetrwanie. Sam Podkowiński w swoim autoportrecie, schowany pod franciszkańskim kapturem, jawi się jakby w uśpieniu, w cichym rozmodleniu, może oczekujący na swoje artystyczne przebudzenie, swoisty “Szał” wiodący ku sławie i, nie wiedzieć czemu, swoistej samozagładzie w niemal dzieciobójczym czynie popełnionym, bo na obrazie, własnej twórczości gwałt zniszczenia zadając. Obraz wszak ocalał, choć poraniony, to przecież dzisiaj będący swojego rodzaju “wizytówką” Podkowińskiego, przylegając do niego w sposób nieśmiertelny, jak sztuka z całą gamą barw i kształtów, odniesień scala się z wrażliwością jej twórcy, jemu tejże nieśmiertelności przydając.
Tak też, przylgnęły do mnie i obrazy kolejnego artysty, Józefa Pankiewicza, igrającego z barwą, formą, przestrzenią, kształem, oddającego w swoim malarstwie charakter i brzmienie nokturnów, zestawiając ze sobą ostrość kontrastów. Jak choćby w jednym z moich ulubionych “Portret pani Oderfeldowej z córką”, gdzie jasność odbijająca się od młodziutkiego, dopiero co wkraczającego na drogę życia, dziewczęcia jakże intensywnie kontrastuje z przydymioną, przyciemniałą dojrzałością matki wtapiającej się w tło, stając się coraz mniej widoczną. Jeszcze tylko w rysach twarzy, w dozie łagodności spowijającej jej profil, moża by się doszukiwać pełnej akceptacji upływu czasu i nieuchronności powolnego gaśnięcia, naturalnej kolei losu, życia usuwającego się, by zrobić miejsce temu właśnie się rozwijającemu.
Spoglądam na pejzaże, sceny z martwą naturą, hiszpańskie impresje przesączone intensywnością ciepłych kolorów i w sposób całkiem naturalny nasuwają mi się obrazy kolorystów, a wśród nich tego, który zachwyca nie tylko talentem ukazywania rzeczywistości na płótnie, ale przefiltrowywania jej przez siebie samego, także na kartki dzienników, Józefa Czapskiego.  Niedługo czekałam, by jego nazwisko padło w kontekście kontynuatorów szkoły Pankiewicza, który stworzył w Paryżu filię krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych, tzw. Komitet Paryski.
I znowu się coś zazębia, przenika, wtapia, tworzy supełki na sznureczku powiązań literacko-malarskich tworząc pełniejszy kobierzec, obraz tkany zwinnymi palcami artystów, gdzie zieleń na frakach pasikoników i czerwień na skrzydełkach biedronek nabiera przenikliwej wyrazistości, tworząc moją własną kompozycję harmonijnie przeplatających się płócien polskich mistrzów malarstwa i polskich mistrzów słowa.
Właśnie zza chmur wyjrzał nieśmiały promień słońca, jak światełko zachwytu przenikające przez niewielki świetlik talentu utkwionego w rozciągniętych płótnach malarskich. Fini.

środa, 20 lipca 2011

Odpryski życia


Jak zamienić kawałek węgla w kostkę czekolady? Jak poczuć słodszy smak rozpuszczającej się codzienności na chropowatym podniebieniu życia?
Na razie wszystko rozpuszcza się w kałużach deszczu, krople rozbijają się na milionowe cząsteczki jakby roztrzaskał się podniebny żyrandol wprost z fabryki Swarovskiego, każdą kryształową łzą wypłukując kurz spomiędzy szczelin i szparek, w których skryły się ziarenka gorczycy, porzucone w biegu troski, zagniecione skrawki albo gałganki z kurczącego się płaszcza ochronnego, gdzie śpi głuche echo szyderczego chichotu, odpryski mijających dni. Tak, jak w ziemię wbiły się odpryski potłuczonych zniczy, bezkształtne kawałki roztrzaskanej przez kogoś tablicy na grobie mojej Babci, jak dotarła do mnie roztrzaskująca wiadomość, że koleżanka ma stwardnienie rozsiane.
Jak pozostać niewzruszonym wobec takich wybryków i wyroków? Jak wzmocnić własną, z lichego materiału zrobioną, konstrukcję?
Nową tablicę można zamówić, znowu boleśnie wyryć na niej datę śmierci ostrym dłutem rozgrzebując własny ból i poczucie straty. Od nowa licząc kolejny rok, kolejny deszcz, który rozmyje krwawiącą ranę, zmyje cień Jej odejścia wypłukując go spod moich powiek, jak wypłukiwał powoli, z każdym dniem, przejmujący błękit z Jej oczu.
Ale jak zamówić nowe życie?
Ściskam w dłoni kawałek węgla patrząc na czarne smugi spływające pomiędzy palcami.
Czuję się doszczętnie przemoknięta.


piątek, 15 lipca 2011

Siła kruchości


W "Lekkiej przesadzie" Adama Zagajewskiego każda myśli, zgrabnie nakreślona litera zdaje się być perłą znajdywaną na dnie czarnego morza słów, jak Morze Czarne, swoimi brzegami sięgajac korzeni zasklepionych w sentymentalnych warstwach ukraińskich pejzaży. Jeden akapit skleja ze sobą kolejny, jak na bursztynowych plastrach miodu stających się pomostem łączącym wielość odniesień, literackich powiązań i muzycznych fraz. Można je wszak rozdzielić, a smak słów, nic nie tracąc na wcześniejszej wyrazistości, nabierze nowego wyrazu wypełniając każdą najdrobniejszą szczelinę w linijce, stając się archipelagiem wysp przywoływanych siłą wspomnień.
Staram się zatrzymać na dłużej płynność przewijających się obrazów i wydarzeń. Podróży całkiem odległych, od przykurzonych minionym czasem lwowskich zaułków, przez nowoczesne amerykańskie miasteczko uniwersyteckie, skąpane w deszczu wąskie uliczki Paryża, po te znacznie bliższe geograficznie i bardziej oswojone - "obnażone" Gliwice i Kraków w szarej kotlinie, gdzie mgły się podnoszą, mgły opadają. Jak podnoszą się i opodają zasłony do czarno-białych retrospekcji, jak otwiera się i przymyka przesłona aparatu fotograficznego zatrzymująca ułamki chwil niemożliwych do powtórzenia, z jednej strony kontrolując strumień światła, z drugiej wpływając na głębię ostrości pochwyconego obrazu. Tak, jak pisarz kontroluje dawkowanie emocji i wpływa na ostrość naszego spostrzegania jego, wewnętrznego świata. Tego, będącego na wyciągnięcie dłoni, wyślizgującego się spod pospiesznych muśnięć palców, lub przeciwnie, całkiem niespiesznych, poruszających się rytmicznie po klawiaturze komputera w takt mozartowskiej melancholii.
Tak, utkwiona w stanie literackiego zachwytu, popodam w kolejny znajdując fragment odmalowujący intrygujący portret malarza, który wkradł się do mnie z kocią zwinnością i gracją,  wraz z przywłaszczeniem sobie cząstki mojego świata przez Konstantego Jeleńskiego:
 … cóż to za radość czytać zapiski Czapskiego, znakomitego obserwatora, artysty i człowieka o wielkiej inteligencji i absolutnej prawdomówności, kruchego jak wszyscy ludzie, ale niewstydzącego się swej kruchości. (...) W dzienniku był surowy wobec samego siebie, obnażał się, nie korzystał z przywileju  a r y s t o k r a t y c z n o ś c i, ani z przywileju  w y b i t n e g o   e m i g r a n t a.  Pośród paryskich wysiedlonych uderzał czymś, co trzeba nazwać absolutną prostotą.
Więc niech mi wolno będzie powtórzyć za panem Adamem, cóż to za radość czytać zapiski Czapskiego, od kiedy dotarła do mnie, kilka dni temu, przesyłka z redakcji „Zeszytów Literackich”. W dodatku z dołączonym prezentem w postaci 115 numeru kwartalnika, a w nim tekstami przedstawiającymi sylwetkę Józefa Czapskiego. Serce w przyspieszonym tempie wybija odę do radości, uśmiech podnosi kąciki ust jak ręce marionetek pociąganych za sznurki, bo prawie marionetką jestem całkowicie poddając się porażającej sile „kruchości” Józefa Czapskiego. 
Trzymam w dłoniach "Wyrwane strony" zszyte w ponad dwustu-stronicowym tomie. Z książki wypada zakładka, na niej postać starszego mężczyzny, w płaszczu z postawionym wysoko kołnierzem, w berecie… jakże łatwe, możne nawet nazbyt łatwe, przychodzi skojarzenie z Postacią, którą trzymam pod powiekami, przemierzającą wąskie uliczki starego Żoliborza. Na zakładce nie spostrzegam tylko twarzy malarza, stoi tyłem, jakby ważne było to, co zostawia poza sobą. Tak, jak cennym jest to, co pozostawił nam, czytelnikom i odbiorcom jego sztuki – swój talent, przemyślenia, zapis własnego odczytywania świata, przejmujące szkice otaczającej go rzeczywistości i utkwionej w nim przenikliwej wrażliwości.
Może siadywał, w takie burzowe dni, by poskromić przeszywające go skrajne emocje, wszelką zmienność natury, notując swoje refleksje skrupulatnie w licznych kajetach, dobierając słowa do swoich myśli, tak, jak dobiera się farby do własnej wizji obrazu, by mogły spocząć spokojnie na chłonnej bieli kartek. Wtopić się w nie, jak farba wtapia się w płótno nasączając je ostrością barw, wyrazistością wymowy, wgryzając się w jego miękko poddającą się fakturę, kształtując formę kolorem, przenikając granicę między rzeczywistością i artystyczną wizją. Dochodząc do skończoności, artystycznego fini, zamknięcia obrazu w oprawionym kawałku przestrzeni, na wyrwanej kartce z życiorysu.
I tylko przymuszona przerywam czytanie „Wyrwanych stron”, wyrywając się do spraw codziennych,  albo całkiem bez przymusu wiedziona koniecznością pojechania na kolejny wykład, ale że w temacie malarstwa pozostawałam, poniekąd sama się przed sobą rozgrzeszam z zaniedbania czytelniczego. A przecież dzisiaj temat fascynujący, frapujący portret jakby nie do końca dorysowany, bez wyraźnych konturów, rozmyty, zamglowy, tak jak jej obrazy. Olga Boznańska, malarka, w której pracowni wisiał krajobraz Henri Martin'a, tegoż samego autora, który przemyka między linijkami opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza "Serenite".
Olga Boznańska obdarzona niezwykłą intuicją, potrafiąca wydobyć charakter portretowanej postaci, jakby bezwiednie, wiedziona własną wrażliwością i dozą spostrzegawczości, wyczulenia na to, co zdawać się może dla oczu zwyczajnych, niewidzialnym. Jakby wyjmowała portretowaną postać z ograniczeń jej własnego ciała, ukazując tę, zdawałoby się niedostrzegalną, metafiznyczną sferę duchowości. Może to ona, ta wewnętrzna, niematerialna aura, sprawiała, że obrazy Boznańskiej jakby za woalem pozostawały, wtapiając się w tło, zanurzając się w delikatną kompozycję kolorów, harmonijnie przenikających siebie nawzajem. Obrazów często niepokojących, niedosłowych, pochwyconych jakby w ułamku sekundy, choć wypracowanych tygodniami, wszak bez zbędnego przerwysowania, pozbawione kolejnego, już zbytecznego pociągnięcia pędzlem. Cały sekret obrazu, że w pewnej chwili musi "pod karą śmierci" dotrzeć do własnej logiki i wtedy zmienia się stosunek do płótna, do tego co jest  p r a w d ą  płótna.
To, co przed chwilą było niedopuszczalne ( "przecież tak  n i e   b y ł o  w naturze czy w notatce"), staje się właśnie nie tylko konieczne, ale jedynie prawdziwe!
Czasami ten moment, nieznaczny ułamek sekundy, przychodzi późno, czasami jest od pierwszej chwili lub nie przychodzi wcale i wtedy obraz wprost się nie urodził. Jak często niszczy go naturalizm, który się wkrada bocznymi drzwiami i zabija wizję po cichutku, tenże naturalizm, który nas przed chwilą wizją obdarzył (...) Delacroix mówił, że najtrudniej jest wiedzieć, k i e d y  obraz przerwać - notował Józef Czapski.

Spoglądam na jego obraz „Autoportret w lustrach”. Czymże jest autoportret malarza? Próbą zobaczenia siebie samego we własnych oczach, przyjrzenia się sobie samem czy może próbą pokazania siebie innym, prawdziwym czy upozowanym? Wojciech Karpiński w "Fajce van Gogha" pisze o autoportretach Vincenta: "Chciał za zewnątrz - w obrazach - przedstawić swoje wnętrze, ująć istotę swojej osoby, upewnić się przez dzieła o własnym istnieniu, które czuł, wymyka się mu (...) Van Gogh pochyla się nad sobą, próbuje odcyfrować tajemnicę swojego losu, przygląda się sobie z uwagę, szkicuje autoportret, kolejne wersje autoportretu, zarazem obawia się zaglądać w zwierciadło ze zbytnią natarczywością (...)".
Kogo Józef Czapski chciał pokazać lub kogo zobaczyć w lustrach, komu się tak naprawdę przygląda, może nam podglądającym go z oddali? Sięgam ponownie po słowa Wojciecha Karpińskiego, tym razem skreślone w "Portrecie Czapskiego", który wskazuje:
"Pozostawił po sobie błysk rozświetlającego widzenia, melodię zdania, umiejętność twórczego łączenia wielu zjawisk, umiejętność uczenia się od innych i pozostawania sobą - w ciągłych przemianach. Jego obrazy, jego teksty, rozrzucone po świecie, ślady jego osobowości stanowią przede wszystkim szkołę widzenia. To jest skarb, który może objawić się każdemu, kto patrzy na jego obrazy lub pochyla się nad jego książką (...)".
Przyglądam się chcąc zobaczyć w nim prawdę, przemiany, kruchość będącą siłą, poszukać tego, co kryje się pod warstwą intensywnych barw, po drugiej stronie lustra, w cienkich pociągnięciach szkiców, załamaniach linii, tego co schowane pod grubszym obrysowaniem kreski. Wracam do jego dzienników.Dla mnie te dzienniki (już od wojny blisko sto grubych kajetów) były i są studnią materiałów, które kiedyś zamierzałem wyzyskać szerzej. W miarę lat ilość zapisanych stron przerażająco rośnie! Już nie umiem żyć bez zapisywania rzeczy dla mnie, i może tylko dla mnie, interesujących. Co znaczy ta pasja pisania? Grafomani piszą także z pasją. Może to ucieczka przez pisaniem odpowiedzialnym, zbudowanym, osaczonym przez wybór świadomy i dla innych czytelnym?Ot, i tak się chyba zbyt zamaszyście rozpisałam i zaczyna rozbrzmiewać dokuczliwa kakofonia, więc uciekam, przed własną grafomanią coraz bardziej mnie samą paraliżującą, choć przecież nie pozbawioną szczerej pasji. Uciekam, między wyrwane strony z  dzienników, by odradzać się na nowo z każdym kolejnym literackim zachwytem, by wciąż budzić się ze stanu, przez Józefa Czapskiego nazwanego, nieoddychalnością życia z nadzieją na "odkorkowanie" na inny wymiar mojego własnego życia.
fragmenty:
> wiersza Adama Zagajewskiego
Widok Krakowa
z tomiku "Jechać do Lwowa"
, wyd. ZL
 > książki Lekka Przesada, wyd. a5
 > dzienników Józefa Czapskiego Wyrwane strony, wyd. ZL
> książek Wojciecha Karpińskiego Fajka van Gogha oraz Portret Czapskiego, wyd. ZL

czwartek, 7 lipca 2011

Kontrola oddechu dnia

Długi, powłóczysty welon wieczornej mgły, który jak woal przysłonił wczoraj nieśmiało oblicze przydrożnych krzewów, dzisiaj rano rozpłynął się niezauważony. Przejrzystość poranka zajrzała przez okno rozświetlając wnętrze nierozbudzonego jeszcze domu. Frycek wrócił z nocnych wojaży chowając się przed rażącym jego niewyspane oczy światłem, znikając w ciepłych, wełnianych warstwach koca, jak ta wczorajsza mgła.
Z kubkiem aromatycznej kawy przysiadam się do „Wakacyjnego Śniadania Mistrzów” smakowicie przygotowanego przez Dariusza Stańczuka. Wyborne towarzystwo i wykwintne menu, z klasą podane, a jakimż wdziękiem i dźwiękiem opatrzone. Te ptasie trele słyszane w koncercie na flet Piccolo C-Dur Vivaldiego, mogłyby zawstydzić leniwe szpaki w ogrodzie, bardziej skupione na mistrzowskim poszukiwaniu smakowitego kąska, zanurzone w aspekcie stricte kulinarnym tejże smakowitości, niż tym muzycznym płynącym z eteru na falach RMF Classic.
Tymczasem ja chłonęłam, wraz z kolejnym łykiem kawy, łyk tonów przepełnionych barokowymi ozdobnikami, skrzydlatymi szesnastkami szeleszczącymi swoimi chorągiewkami w podziwie wielkim dla utalentowanych poczynań Antoniego. Moje oczy, zaś, jak półnuty szeroko otwarte, wypatrywały tego, co dzień ma dla mnie zaplanowane na dzisiaj. Praca, popołudniowy wykład, droga do domu autostradą zachodzącego słońca, i w końcu powolne odsuwanie od siebie trosk, które sprawiły, że przez ostatnich parę dni czułam się jak kobieta z obrazu Józefa Czapskiego „Droga nadmorska” idąca wąską drogą, z jednej strony osłonięta niewzruszoną skałą codzienności, z drugiej ukazująca usuwające się spod nóg urwisko, znikające w przepastnych odmętach morza. Choć może w zamyśle samego malarza mogła to być kobieta w pełni szczęśliwości, ufna, niezalękniona. Kapelusz, jak słońce, nad jej głową zawieszony, rozjaśnia drogę wijącą się jak stróżka piasku. I choć droga wąska, to może tajemnicza kobieta widzi własną przyszłość znacznie szerzej, spod rozłożystego kapelusza w kolorze szafranu, chowającego pod swoim rondem, jej własny mikroświat.
I tylko ja mniej kolorowa sama sobie się zdaję.
Gdyby tak można było wyrwać niektóre strony ze swojego życia, wyrwać z serca i własnej niedobrej pamięci, spalić, spopielić, by nigdy więcej do nich nie wracać, nie wracać do związanych z nią strachu, przerażenia, bezsilności. Ale kiedy czytam fragment zapisów Józefa Czapskiego, który notuje: Niech się stanie wola Twoja, przyjąć, przyjąć, nie omijać, nie odwracać się od rzeczy przykrych i trudnych, przyjąć je do końca, nawet z radością, wchodzić w to, czego się boisz, a boisz się każdej decyzji, każdego złego spojrzenia - z przewrotnością, tylko kobietom ponoć przypisywaną, próbuję samej sobie powiedzieć, że dobrze może, że żadnych kartek wyrwać nie sposób. Jakkolwiek niechciane stanowią jakąś cząstką mnie samej, a jakże wyrwać kawałek siebie, który nerw należałoby usunąć jak fastrygę, wyrwać jak wenflon, choć boleśnie wbity, to przecież w przewrotny sposób mający w czymś dopomóc. Może w doprowadzeniu świeżego oddechu, takiego który przychodzi z czasem, z dystansem odmierzanym kolejnym życiodajnym zachłyśnięciem się sokiem z żywicznego drzewa.
I kiedy przeczytałam fragmenty, niewielkie bardzo, z dziennika Józefa Czapskiego, pomyślałam, że pewnie bywa i tak, iż niektórym udaje się „powyrywać strony” sprawiając, że samoistnie każda z nich staje się esencją, barwnym obrazem, zapamiętaniem, „wklejając się” w nasze własne widzenie i odczuwanie.Józef Czapski - malarzy, pisarz i eseista, przyjaciel Konstantego Jeleńskiego, powyrywał strony z własnego życia zostawiając je dla potomnych jako ślad swojej przynależności do świata, ślad własnej w niej, pięknie odrysowanej, obecności. Sam konstatując: A dziennik mój to jest pas ratunkowy, to jest dociskanie siebie do tej świadomości. Co znaczą te jęki - drukować, ani mowy, ale tylko tak możesz zachować działanie pasa ratunkowego i nawet uratować kartki, które muszą nabrać innej formy, może więcej wspomnieniowej - w każdym razie oczyszczonej z tego, co jest istotą i potrzebą, i treścią główną dziennika - mego pasa ratunkowego i moich dla siebie samego niespodzianek (…) Dziennik nie na pokaz pomyślany, ale jako kontrola oddechu dnia.Jak tu oddech, jednak, samemu kontrolować czytając to co iskrzy i olśniewa. Nie sposób, bo trzeba poddać się tej rytmice przyspieszonej, opartej nuż to na świadomym ruchu w malarstwie, toż znowu na pewnej dozie improwizacji jaka jest nieuniknionym elementem życia. Akceptacją tejże zmienności i różnorodności.
Wszak można swobodnie kojarzyć barwy, układać na płótnie i wprawnie przemieniać je w pełnokrwiste pejzaże zatrzymane w malarskim kadrze, ale pozostaje wciąż element zaskoczenia, będący nieobliczalnym efektem ubocznym, całkiem poza wszelką kontrolą, a dodającym blasku, pewnej świetlistości skoncentrowanej w małych fragmentach nagle stających się dla nas istotniejszymi od całego tła. Skupia się w nich soczewka naszego oka, nasze widzenie i dostrzeganie detalu. Te skrawki, „łachmanki”, wyrwane z kontekstu chwile, same stają się kontekstem swojej własnej, odrębnej całości.
Teraz już tylko czekam na przesyłkę, a stan ten wzmaga wypowiedź Konstantego Jeleńskiego, który o diariuszu swojego przyjaciela powiedział: Jedyny swego rodzaju dziennik i najwierniejszy autoportret. 
A na razie przyglądam się malutkiemu wydawnictwu zakupionemu na stoisku antykwarycznym w nowoczesnym budynku Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie zostały przeniesione nasze wykłady o malarstwie. Ta niewielka książeczka chowa w sobie wybór listów z osiemnastego wieku, wydanych przez Librairie Hachette, w zupełnie nieznanym mi roku, choć jej stan świadczy o wielu latach tułaczki. Pięknie szeleszczące doskonałą francuszczyzną, opatrzone wstępem Gustave'a Lanson'a, opieczętowane dwoma stemplami: Biblioteki uczniowskiej Gimnazjum im. T. Niklewskiego oraz Gimnazjum i Liceum Państwowego im. J. Słowackiego w Warszawie. W środku ślad czyjejś obecności, czy może obecności tychże listów w czyimś życiu, znacznie bliższym mi czasowo - fiszka z biblioteki na której ktoś odręcznie zanotował: z jednej strony - tytuł, nr wydania oraz wydawcę, zaś na drugiej - "Chiny. Halimarski Andrzej: Wojna o Konfucjusza. Polityka r. 1974 nr 9 s. 7."
W rozdziale o Stanisławie Auguście Poniatowskim wkładam gałązkę lawendy. Może kiedyś ten tomik listów trafi w czyjeś ręce, niech zatem będzie sentymentalnym, ździebko infantylnym, śladem i mojej bytności między kartkami  
Choix de Lettres du XVIIIe siecle.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Na moim rąbku świata


rzuć mnie w obłok panie
lecz nie czyń mnie kroplą deszczu
nie chcę wracać na ziemię (...)

Tymczasem...
Na moim rąbku świata.
Przypisanego tylko moim oczom, każda myśl stawała się ostatnio kroplą deszczu zrzucaną z nieba, jak być może zrzuca się niepokornego anioła, by wtopił się w ziemski świat przesiąknięty różnorodnością odczuć, barw i uniesień. By zasmakował cierpkiego smaku przyklejającego się przeźroczystą powłoką do powiek, i tego całkiem słodkiego, mijającego nazbyt pospiesznie z podniebienia, wraz z kolejnym przełknięciem ziarenka goryczy, który dokuczliwie potrafi utknąć w krtani na dłużej, odbierając wszelkiej słodkości każdemu kolejnemu łykowi wypijanemu z rozchylonego wciąż kielicha życia.
Na moim rąbku świata.
Obszytym ścisłym ściegiem ograniczeń, czasem wszystko potrafi się rozejść jak źle przyfastrygowany kawałek skóry, odsłaniając rdzeń własnego jestestwa, jak odstawać potrafi płat pokarbowanej kory starego drzewa, pozwalając wilgotnemu powietrzu przeniknąć do podskórnej strefy wrażliwości jego natury.
Na moim rąbku świata.
Nieidealnego, nie próbuję oddalić się od rzeczywistości, ale przygarnąć ją, otulić się choćby jej chłodem, wniknąć w wielowarstwowość wiatru przemierzającego przeróżne zakątki, by wciąż pozostać kroplą, jedną z wielu, nawleczoną na nieznanej długości żyłkę. Pozwolić sobie na wewnętrzne rozedrganie będące niezbitym dowodem niezaprzestanego odczuwania.
Na moim rąbku świata.
Po prostu padał deszcz.

piątek, 1 lipca 2011

Stan nadempiryczny

Mocną kawą o poranku próbowałam dzisiaj przedrzeć się przez gęstą pierzynę ciężkiego powietrza. Senność przychodzi ostatnio zbyt późno, świtkiem prawie, z pierwszym rozwidleniem, przemycaniem przygaszonej jeszcze światłości. Mocuję się zatem, w te noce ciemne, z nachodzącymi mnie przemyśleniami, które oplatają jak rozrzucone na poduszce kosmyki włosów, wreszcie żyjące własnym, nieco skręconym co prawda życiem, ale pełnym swobody, bez porannego "ulizania" i wymuszonego "ugrzecznienia", które odbiera im nieco z frywolnej swobody.
I tak myśli biegną to w rejony pamięci bardzo dawnej, to znowu chwytając się jak pnącza, całkiem niedawnych spraw. Popadam przez to w swoiste bytowanie z samą sobą, wymuszone nieco samotnictwo (za ten wyraz dziękując panu Adamowi Zagajewskiemu, bo przylgnęło sobie do mnie, przywarło, po prostu się wtopiło w ten mój byt osamotniony, moje nocne face to face z samą sobą).
Zatem, wracając do nocy bezsennych i obcowania jedynie ze sobą, nie byłoby to towarzystwo szczególnie atrakcyjne, gdyby nie towarzyszące temu stanowi refleksje, unoszące się jak gwiazdy nad moją głową, spadające na nią właściwie. A to odnosząc się do odłożonej niedawno książki, przeczytanego eseju czy wysłuchanej ot, choćby, suity A-dur Anonina Dvoraka. Wciąż tak samo pięknej, jak przed laty, nie tracącej nic na swojej wymowie, nie gubiąc nic z doskonałego dopasowania dźwięków, ich wzajemnego uzupełniania się tworzącego idealną jedność. Suita A-dur będąca, raz to, falami łagodności niesionymi delikatnym prądem Wełtawy, to znów wzbijając się dumnie strzelistymi wieżyczkami smukle wyglądającymi znad Katedry św. Wita. Piękno formy i treści, po prostu czysty, niezakłócony niczym zachwyt.
Te zachwyty to zresztą taka moja mocno zarysowana wada serca, która z medycznego punktu widzenia jest całkiem nieuleczalna, chociaż ostatnio w ogóle trochę jakby lekiem na receptę się stając, bo nie taka łatwa do zdobycia. Dlatego zapewne łapię je jak motyle w siatkę, przyglądam się, podziwiam, po czym pozwalam odfrunąć, by mogły nieść radość innym, samej wypatrując kolejnych.
A popadłam sobie ostatnio w taki zachwyt, ulegając mu, bez żadnego oporu, całkowicie. Bez zbędnej przesady to mówię, bo przesadą być nie może, kiedy wkracza się w poetycki, i nie tylko, świat postrzegany oczami Adama Zagajewskiego. Bo w „Lekkiej przesadzie” trudno by tejże przesady się dopatrywać, w jakiejkolwiek formie jej szukać, tak zgrabnie i z wyczuciem jest skonstruowana najnowsza książka Adama Zagajewskiego. Oś myśli wije się wokół wspomnień i refleksji, ale nie brakuje w niej odniesień muzycznych i zgłębiania się w przepastne rozdziały filozoficznych rozważań, z wielkim taktem, bez zbędnego nadmiaru, przywoływanych. Oczywistym jest też sięganie przez niego do poezji, i do prozy, także prozy życia, która wbrew pozorom prozaiczną się wcale nie jawi. I tak od nostalgii ukraińskich korzeni, przez współczesne szukanie sensu w drobiazgach i wielkich fascynacjach, idziemy razem. Jestem co prawda na początku tej drogi, ale już stopy wtopiły się w miękkość słowa, w ich melodyjność i harmonię. To trochę jakby rozważne stąpanie po wijących się po równinie ścieżkach, co rusz wyrywających nas ze stonowanego krajobrazu, by na moment rzucić nas na pagórki i wzniesienia pozwalające naszym stopom poczuć pewną odmianę, uwrażliwić się na nowy teren i jego różnorodność. Wszystko to jednak łączy się ze sobą, splata, tworzy urzekające zawiniątka myśli, które stają się zalążkami całkiem nowych, przychodzących w sposób naturalny, niewymuszony, jakby znaleziono je niby przypadkiem, ale bez których nie byłoby tak spójnej całości. Wręcz filozoficznego uzasadnienia dla swoistego przeznaczenia słów, które musiały się ze sobą spotkać, by razem dotrzeć do świadomości czytelnika w sposób tak szalenie obrazowy, pozwolić unieść swój umysł ponad własną rzeczywistość. Zresztą, jeśli o tym uniesieniu umysłu mowa:
Kiedy byłem studentem filozofii (raczej złym studentem), napisałem pracę o czymś, co nazwałem, jeśli dobrze pamiętam, "stanem nadempirycznym". Próbowałem, niezgrabnie, nie mając odpowiednich narzędzi intelektualnych, uchwycić to, co Schopenhauer - znowu, jeśli dobrze pamiętam - nazwał "lepszą świadomością". Schopenhauer miał na myśli chwile, kiedy umysł zdolny jest wznieść się ponad poziom zwykłego zmagania się z materią, z codziennością, i otworzyć się, przez moment, na idee, na piękno.
I nagle ciemność nocy została rozciętą, nagłą, pospieszną myślą, jak księżycowym ostrzem, jak połyskującym nożykiem do rozcinania kopert, bym mogła znaleźć w sobie pewne 'przypomnienie'. Zbiegłam szybko do biblioteczki na dole. Sięgnęłam po książkę, przysiadłam na schodach i spojrzałam. Mocno pożółkłe kartki, niejednolicie, bo na brzegach ozdobione intensywniejszym odcieniem naturalnej sepii. Tak też intensywnym zdało się przywołanie lektury sprzed lata bardzo wielu. Otóż, ta książka obudzona w środku nocy, to "Wybór tekstów filozoficznych dla szkoły średniej" zebranych przez Barbarę Markiewicz, wydanych w 1987 roku przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne.
W tejże zapomnianej od lat książce znalazłam zakładkę, zwykłą karteczkę wyciętą z papieru, na górze opatrzonej nazwiskiem Schopenhauer, napisanej przez mnie odręcznie, kolejnym, niedookreślonym jeszcze charakterem pisma. Zresztą zmienność mojego charakteru pisma rozciągnięta w czasie, przez długie lata edukacji, miała chyba coś wspólnego z poszukiwaniem własnego charaktery, własnej osobowości, bo też i długo jej też dookreślić nie byłam zdolna. I tak, raz pismo miałam pochyłe, z pewnym urozmaiceniem, bo raz bardziej przechylały się litery w lewo, to znowu bardziej w prawo, i zapewniam, że wtedy z pewnością nie miało to nic wspólnego z upodobaniami politycznymi, z całą pewnością nie. Chociaż raz to przemycałam "z" pisane w stylu rosyjskim, to znowu "r" zdecydowanie utrzymane w modzie francuskiej. Obie literowe przypadłości zostały mi do dzisiaj, sprawiając, że choć charakter noszony w sobie pokroju dość prostego, to ten pisany zbyt ozdobnym czasem się wydaje. Ale zdaje się, że tymi rozważaniami to bardziej zaczynam się przechylać się w stronę psychiatrii, albo też Freudowskich nieświadomie określanych procesów myślowych, zatem szybkie sprostowanie, jak czasem prostowałam stawiane grzecznie literki, bliżej mi jednak do filozoficznych rozważań. Wszak, to nie Freud została zaznaczony, ale na stronie dwieście osiemdziesiątej tkwiła wetknięta karteczka, w rozdziale poświęconym myślom Arthura Schopenhauera. W książce zaś nazwisk ponad sześćdziesiąt, filozofów i myślicieli, od Anaksymandera, przez Św. Augustyna, Spenglera z jego twierdzeniem, że cywilizacja to zmierzch kultury, po rzeczonego, i zaznaczonego, Artura Schopenhauera.
Cóż, bez przesady, ale uwielbiam takie zbieganie się myśli, takie kojarzenie zapętlone w czasie, mające źródło w dalekiej przeszłości, a powracające wraz z teraźniejszym przeżywaniem życia, dotykania zachwytów, czasami we mnie samych przygasłych. Jak twierdził Schopenhauer - świat jest zwierciadłem woli - mój świat jest zwierciadłem woli zmagania się z szarością dnia w imię przechwytywania chwil, kiedy umysł zdolny jest wznieść się ponad poziom zwykłego zmagania się z materią, z codziennością, i otworzyć się, przez moment, na idee, na piękno.Tak, jak mój otworzył się na piękno, bez jakiejkolwiek przesady to wyznaję, przenikające spomiędzy kartek "Lekkiej przesady" Adama Zagajewskiego, wprawiając mnie  w stan iście "ponadempiryczny".

                                                                          fragment z książki Adama Zagajewskiego Lekka przesada
                                                                                          Wydawnictwo a5, wydanie pierwsze, maj 2011