piątek, 1 lipca 2011

Stan nadempiryczny

Mocną kawą o poranku próbowałam dzisiaj przedrzeć się przez gęstą pierzynę ciężkiego powietrza. Senność przychodzi ostatnio zbyt późno, świtkiem prawie, z pierwszym rozwidleniem, przemycaniem przygaszonej jeszcze światłości. Mocuję się zatem, w te noce ciemne, z nachodzącymi mnie przemyśleniami, które oplatają jak rozrzucone na poduszce kosmyki włosów, wreszcie żyjące własnym, nieco skręconym co prawda życiem, ale pełnym swobody, bez porannego "ulizania" i wymuszonego "ugrzecznienia", które odbiera im nieco z frywolnej swobody.
I tak myśli biegną to w rejony pamięci bardzo dawnej, to znowu chwytając się jak pnącza, całkiem niedawnych spraw. Popadam przez to w swoiste bytowanie z samą sobą, wymuszone nieco samotnictwo (za ten wyraz dziękując panu Adamowi Zagajewskiemu, bo przylgnęło sobie do mnie, przywarło, po prostu się wtopiło w ten mój byt osamotniony, moje nocne face to face z samą sobą).
Zatem, wracając do nocy bezsennych i obcowania jedynie ze sobą, nie byłoby to towarzystwo szczególnie atrakcyjne, gdyby nie towarzyszące temu stanowi refleksje, unoszące się jak gwiazdy nad moją głową, spadające na nią właściwie. A to odnosząc się do odłożonej niedawno książki, przeczytanego eseju czy wysłuchanej ot, choćby, suity A-dur Anonina Dvoraka. Wciąż tak samo pięknej, jak przed laty, nie tracącej nic na swojej wymowie, nie gubiąc nic z doskonałego dopasowania dźwięków, ich wzajemnego uzupełniania się tworzącego idealną jedność. Suita A-dur będąca, raz to, falami łagodności niesionymi delikatnym prądem Wełtawy, to znów wzbijając się dumnie strzelistymi wieżyczkami smukle wyglądającymi znad Katedry św. Wita. Piękno formy i treści, po prostu czysty, niezakłócony niczym zachwyt.
Te zachwyty to zresztą taka moja mocno zarysowana wada serca, która z medycznego punktu widzenia jest całkiem nieuleczalna, chociaż ostatnio w ogóle trochę jakby lekiem na receptę się stając, bo nie taka łatwa do zdobycia. Dlatego zapewne łapię je jak motyle w siatkę, przyglądam się, podziwiam, po czym pozwalam odfrunąć, by mogły nieść radość innym, samej wypatrując kolejnych.
A popadłam sobie ostatnio w taki zachwyt, ulegając mu, bez żadnego oporu, całkowicie. Bez zbędnej przesady to mówię, bo przesadą być nie może, kiedy wkracza się w poetycki, i nie tylko, świat postrzegany oczami Adama Zagajewskiego. Bo w „Lekkiej przesadzie” trudno by tejże przesady się dopatrywać, w jakiejkolwiek formie jej szukać, tak zgrabnie i z wyczuciem jest skonstruowana najnowsza książka Adama Zagajewskiego. Oś myśli wije się wokół wspomnień i refleksji, ale nie brakuje w niej odniesień muzycznych i zgłębiania się w przepastne rozdziały filozoficznych rozważań, z wielkim taktem, bez zbędnego nadmiaru, przywoływanych. Oczywistym jest też sięganie przez niego do poezji, i do prozy, także prozy życia, która wbrew pozorom prozaiczną się wcale nie jawi. I tak od nostalgii ukraińskich korzeni, przez współczesne szukanie sensu w drobiazgach i wielkich fascynacjach, idziemy razem. Jestem co prawda na początku tej drogi, ale już stopy wtopiły się w miękkość słowa, w ich melodyjność i harmonię. To trochę jakby rozważne stąpanie po wijących się po równinie ścieżkach, co rusz wyrywających nas ze stonowanego krajobrazu, by na moment rzucić nas na pagórki i wzniesienia pozwalające naszym stopom poczuć pewną odmianę, uwrażliwić się na nowy teren i jego różnorodność. Wszystko to jednak łączy się ze sobą, splata, tworzy urzekające zawiniątka myśli, które stają się zalążkami całkiem nowych, przychodzących w sposób naturalny, niewymuszony, jakby znaleziono je niby przypadkiem, ale bez których nie byłoby tak spójnej całości. Wręcz filozoficznego uzasadnienia dla swoistego przeznaczenia słów, które musiały się ze sobą spotkać, by razem dotrzeć do świadomości czytelnika w sposób tak szalenie obrazowy, pozwolić unieść swój umysł ponad własną rzeczywistość. Zresztą, jeśli o tym uniesieniu umysłu mowa:
Kiedy byłem studentem filozofii (raczej złym studentem), napisałem pracę o czymś, co nazwałem, jeśli dobrze pamiętam, "stanem nadempirycznym". Próbowałem, niezgrabnie, nie mając odpowiednich narzędzi intelektualnych, uchwycić to, co Schopenhauer - znowu, jeśli dobrze pamiętam - nazwał "lepszą świadomością". Schopenhauer miał na myśli chwile, kiedy umysł zdolny jest wznieść się ponad poziom zwykłego zmagania się z materią, z codziennością, i otworzyć się, przez moment, na idee, na piękno.
I nagle ciemność nocy została rozciętą, nagłą, pospieszną myślą, jak księżycowym ostrzem, jak połyskującym nożykiem do rozcinania kopert, bym mogła znaleźć w sobie pewne 'przypomnienie'. Zbiegłam szybko do biblioteczki na dole. Sięgnęłam po książkę, przysiadłam na schodach i spojrzałam. Mocno pożółkłe kartki, niejednolicie, bo na brzegach ozdobione intensywniejszym odcieniem naturalnej sepii. Tak też intensywnym zdało się przywołanie lektury sprzed lata bardzo wielu. Otóż, ta książka obudzona w środku nocy, to "Wybór tekstów filozoficznych dla szkoły średniej" zebranych przez Barbarę Markiewicz, wydanych w 1987 roku przez Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne.
W tejże zapomnianej od lat książce znalazłam zakładkę, zwykłą karteczkę wyciętą z papieru, na górze opatrzonej nazwiskiem Schopenhauer, napisanej przez mnie odręcznie, kolejnym, niedookreślonym jeszcze charakterem pisma. Zresztą zmienność mojego charakteru pisma rozciągnięta w czasie, przez długie lata edukacji, miała chyba coś wspólnego z poszukiwaniem własnego charaktery, własnej osobowości, bo też i długo jej też dookreślić nie byłam zdolna. I tak, raz pismo miałam pochyłe, z pewnym urozmaiceniem, bo raz bardziej przechylały się litery w lewo, to znowu bardziej w prawo, i zapewniam, że wtedy z pewnością nie miało to nic wspólnego z upodobaniami politycznymi, z całą pewnością nie. Chociaż raz to przemycałam "z" pisane w stylu rosyjskim, to znowu "r" zdecydowanie utrzymane w modzie francuskiej. Obie literowe przypadłości zostały mi do dzisiaj, sprawiając, że choć charakter noszony w sobie pokroju dość prostego, to ten pisany zbyt ozdobnym czasem się wydaje. Ale zdaje się, że tymi rozważaniami to bardziej zaczynam się przechylać się w stronę psychiatrii, albo też Freudowskich nieświadomie określanych procesów myślowych, zatem szybkie sprostowanie, jak czasem prostowałam stawiane grzecznie literki, bliżej mi jednak do filozoficznych rozważań. Wszak, to nie Freud została zaznaczony, ale na stronie dwieście osiemdziesiątej tkwiła wetknięta karteczka, w rozdziale poświęconym myślom Arthura Schopenhauera. W książce zaś nazwisk ponad sześćdziesiąt, filozofów i myślicieli, od Anaksymandera, przez Św. Augustyna, Spenglera z jego twierdzeniem, że cywilizacja to zmierzch kultury, po rzeczonego, i zaznaczonego, Artura Schopenhauera.
Cóż, bez przesady, ale uwielbiam takie zbieganie się myśli, takie kojarzenie zapętlone w czasie, mające źródło w dalekiej przeszłości, a powracające wraz z teraźniejszym przeżywaniem życia, dotykania zachwytów, czasami we mnie samych przygasłych. Jak twierdził Schopenhauer - świat jest zwierciadłem woli - mój świat jest zwierciadłem woli zmagania się z szarością dnia w imię przechwytywania chwil, kiedy umysł zdolny jest wznieść się ponad poziom zwykłego zmagania się z materią, z codziennością, i otworzyć się, przez moment, na idee, na piękno.Tak, jak mój otworzył się na piękno, bez jakiejkolwiek przesady to wyznaję, przenikające spomiędzy kartek "Lekkiej przesady" Adama Zagajewskiego, wprawiając mnie  w stan iście "ponadempiryczny".

                                                                          fragment z książki Adama Zagajewskiego Lekka przesada
                                                                                          Wydawnictwo a5, wydanie pierwsze, maj 2011

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz