Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jacek gutorow. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jacek gutorow. Pokaż wszystkie posty

Jacka Gutorowa. Życie w rozproszonym świetle.


granice mojego języka oznaczają granice mojego świata

Jakże bezbrzeżnym wydaje się być świat Jacka Gutorowa wobec którego staję obnażona w bezradności nakreślenia granic własnego podwórka. Oczy zanurzając w miękkości zarysowanych słów plastycznie kształtowanych jego palcami, nasyconych barwami wyrazów i wielością znaczeń zmniejszających kontrasty zestawionych ze sobą powtarzalności obrazów. Próbując zakorzenić się na płaszczyźnie zrozumienia roli każdego słowa. Obserwowania sceny pisania. Doświadczając innej rzeczywistości myśli, odmiennego języka, innej egzystencji i przyswajanych intencji. Próbując wyjść "poza zwykły akt czytania" w poszukiwaniu cienkiej linii łączącej znaczenie zdań, interpunkcyjnych przystanków, zatrzymań dla znalezienia równowagi w przywoływanych sekwencjach tekstów. Odmiennego światła spostrzegania i interpretacji. Wchodzenia pod warstwę druku, grubą skórą naciągniętych na kartki słów, szukając ukrytego kontekstu. Tożsamości. Przyglądając się powiązaniom w relacji pisarza do czytelnika skupionego na nasyconej lekturze świadomego obcowania z trwałością myśli intelektualnej, przemierzania wędrówki duchowej i poszukiwania sensu bytu. Gdy dociśnięty do podniebienia język zagłusza niewyartykułowany jeszcze dźwięk na pomoście budowanego w każdym akcie czytania, dialogu.

Literatura może i powinna zaistnieć jak rozmowa. To jakby korekta wcześniejszej tezy - literatura dąży do odsłonięcia obecności sensu, ale jest to możliwe wyłącznie w przestrzeni mowy i rozmowy, a zatem w przestrzeni pomiędzy pisarzem/autorem a czytelnikiem/krytykiem. (...)

Współtworząc sensy nieujawnione. Doszukując się spoczywającego, po drugiej stronie zapisu kaligraficznego, znaczenia. Szukając siebie, w podszewce sylab i ściągniętych, pętelkami cudzysłowów, myśli pochwyconych z egzystencjalnych rozważań i filozoficznych traktatów. W podejmowanym wysiłku odnajdywania. Wchodząc we wnętrze tekstu, rozcinając tkankę łączącą słowa by poczuć smak początku tworzenia, poprzekładanych wieloznacznością warstw intencji i soczystego miąższu twórczej żywicy sklejającej znaczenia i podteksty. Dostrzegając niewyrażone bezpośrednio aluzje i ukryte tonacje w rytuale czytania. W jego rytmie. Tonacji. Brzmieniu. Kierując się logiką lub intuicją, innym tempem i akcentowaniem, ale zawsze próbując nie tylko dotknąć sedna interpretacji, ile uczestniczyć we wrażliwym współtworzeniu. Szukaniu i nadawania sensu.

Uważne, krytyczne czytanie nie ma nic wspólnego z biernym przyswajaniem sobie czyichś myśli i intencji. To również nadawanie sensu. Mówiąc aforystycznym skrótem: czytając, współtworzymy. Z jednej strony odnajdujemy w sobie intencję tekstu, z drugiej zaś w samym tekście odkrywamy siebie. (...) A zatem każda zaangażowana lektura przedłuża trwanie literatury i zarazem poszerza jej sens, choćby miło to być poszerzenie minimalne.

Szesnaście esejów.
"Tekstów o charakterze ulotki odsyłającej do innych tekstów (...) wsuniętych pomiędzy inne teksty, naszytych jak aplikacja, na wpół żywych życiem dzieła, choć ono samo śni sny, zwinięte w sobie" - jak pisał Jacek Gutorow w "Księdze zakładek".

Szesnaście rozmów.
Zamyśleń. Rozważań. Analiz czujności czytania, świadomego aktu lektury będącego, jak uważał Proust, drogą do duchowego rozwoju, dostrzegania wieloznaczności tekstu. Poszerzania granic wrażliwości i literackiej wyobraźni. Powiększania przestrzeni własnego języka w obcowaniu z tekstami będącymi biografią intelektualną: Ludwiga Wittgensteina, Hansa-Georga Gadamera, Marcela Prousta, Franza Kafki czy Hannah Arendt i Martina Heideggera, Edwarda Saida, a także samego Jacka Gutorowa wpisującego się w grono przywoływanych przez niego twórców myśli i słowa.

"właśnie w tej chwili pragnę literatury gwałcącej wszystkie kanony literatury ekscesu i wykroczenia, takiej, która nie pozwoli nam zasnąć, lecz będzie drążyła nasze myśli na jawie i we śnie".

Życie w rozproszonym świetle. Eseje - Jacek Gutorow
wyd. Ossolineum,  Wrocław 2016

oraz fragment wiersza "Parataksa" Jacka Gutorowa 
z tomiku "Inne tempo" wyd. Biuro Literackie 

Życie w rozproszonym świetle. Eseje.


Słowo-klucz

Czuję się jak muzyk, który wypadł z rytmu i nie może do niego odnaleźć drogi na żadnej pięciolinii. Szuka zatem tej jednej nuty, aby wtopić się w muzyczną całość, ale z każdym krokiem bliżej mu jednak do zamknięcia partytury i odejścia w cień futerału, niż odnalezienia także siebie samego w muzycznej toni.
I ja szukam słowa-klucza, tego jednego, który jak magnez przyciągnie do siebie pozostałe. Nic. Pustka. Otwiera się jedynie przestrzeń bez treści, bez tego miąższu który dodaje smaku i ostrości barw wszelkiej szarości dnia codziennego. Przyznaję, po takiej długiej przerwie w pisaniu tutaj, czuję się jak dziecko, które ma postawić między linijkami swoją pierwszą literę. Na początku wychodzi nierówno, kształt wymyka się ograniczeniom, jest niesforny i wydawać się może nieczytelny, dopóki próbując po wielokroć nie ukaże się zgrabnie zarysowana literka. Tymczasem ja próbuję postawić kolejne, pierwsze słowo i wciąż każde wygląda karykaturalnie. Wymawiam więc na głos 'koniec'. Nie brzmi przyjemnie dla mnie samej, więc jak futuryści próbuję wyrwać je z kontekstu skupiając się na jego dźwięku. Wydaje się tępy i głuchy. Próbuję dotrzeć do jego rdzenia, początku, dostrzec jego nagość, ale nie znajduję w nim cienia rozedrgania, które wywołuje emocje i pozwala rozwinąć się całej słowotwórczej gamie. Żadnej melodii, do pisania.
Kluczę, szukam w wąskich korytarzach, coraz ciaśniej zawężających moją percepcję widzenia, spostrzegania, wypowiadania słów.
„Słowo to rzecz lub czynność, kiedyś tam powstało dla oznaczenia czegoś, dostało określoną treść, ale w ciągu wieków użytkowania słowa były przekręcane, deformowane, znaczenia przechodziły różne fluktuacje i właśnie na tym migotaniu narosłych znaczeń polega dramat wewnątrz słowa.
Dramat rozgrywa się wewnątrz słowa. Nie pomiędzy słowami, nie w przestrzeni wiersza rozumianego jako pewien przekaz, w którym poszczególne cząstki podporządkowane są większym całościom, lecz we wnętrzu słowa, tam, gdzie (wydawałoby się) nie ma nic dramatycznego, gdzie odnaleźć można tylko pewne słownikowe denotacje i konotacje. Otóż zdaniem Białoszewskiego słowo nigdy nie zastyga w pewnych określonych sensach – ulega za to ciągłym transformacjom, za każdym razem jest inne: inaczej rozbrzmiewa, inaczej znaczy”.
Moje przeżywają swój wewnętrzny dramat, bo nie rozbrzmiewają, niczego nie znaczą, nie przełamują się między akapitami, by otworzyć przestrzenie, w których można by odnaleźć głębszy sens, ponad tym, co widoczne w powierzchownym kształcie litery. Spoglądam w stronę Postaci, jakby stawała się, dla mnie, ratunkiem przed wszelką miałkością, której się tak lękam. On też się lęka powierzchowności, miałkości, więc wdziera się w samego siebie, drąży tunele do rozumienia świata, przeznaczenia, sam naznaczony przypadkowością zdarzeń.
Za oknem powoli budziła się ulica, a mgła już zdążyła rozproszyć się przeźroczystym welonem ponad dachami sąsiednich kamienic, oplatając długie szyje kominów siwym szalem, przysiadając na parapetach okien i stapiając się z szarością gołębich skrzydeł. By, w końcu sama nieco uskrzydloną się czując zniknąć w podniebnym puchu.
Spoglądał na mknące coraz gęstszym sznurem samochody, goniące na spotkanie z, pozostającym nieodgadnionym o tej porze, obliczem nowego dnia. Domknął szczelnie okno, by uliczne rozedrganie nie wtargnęło do jego wciąż przenikniętego leniwym rozespaniem mieszkania. Zazgrzytała stara klamka odgradzając go od powierzchowności świata zewnętrznego. Klamka, słowo-klucz, do bram przeszłości. Swoim zgrzytem ryglująca drzwi wagonu przepełnionego strachem, śmiercią, duszącym oddechem.
Przez moment zastanowił się czemu nigdy nie naoliwił tej klamki. Czemu tak bardzo potrzebny był mu ten poranny zgrzyt zasuwy oddzielającej go od zbyt pospiesznego nurtu życia. Może chciał ochronić siebie przed wpadającym przypadkowo przeciągiem, bezlitośnie zrywającym kolejną kartkę z kalendarza. Może był mu potrzebny jak coraz płytszy oddech, by nie stracił świadomości swojego t u   i  t e r a z, poruszając rdzeń jego ciągłego istnienia, wciąż sięgającego swoimi wierzchołkami  t a m t e g o   ś w i a t a. Jakby paradoksalnie dając mu siłę do walki z błahymi dramatami życia, bo nic, czego doświadczał teraz, nie mogło się równać z dramatem  t a m t e g o   doświadczania.Zarzucił na siebie przesiąknięty niedospaniem szlafrok, naciągając, coraz bardziej przykrótkie rękawy, na nadgarstki. Jakby cały chciał się schować w tych wąskich rękawach, jakby w nich wyryty był bezduszny fragment jego życia. Spojrzał, jak co rano, na jej portret uśmiechając się bezwiednie, nie wiedząc czy czyni to sam do siebie, czy do tego ledwo dostrzegalnego grymasu twarzy malowanego porannym załamaniem się światła. Tego nieruchomego drgnięcia źrenic dawno obumarłych, ostatniego kadru niezatrzymanego na czas, umykającego nawet ciężkim ramom nieistniejącego już życia. Ileż razy zarzucał jej, że śmiała się poddać, że nie udźwignęła bagażu przeszłości. Przez lata będąc jak tragarz ciągnący za sobą zbyt ciężki wózek, który przy najdrobniejszym potknięciu przygniatał ją, miażdżąc zbyt słabą istotę którą się stała. Jakby rozbijały się wszystkie zbierane latami porcelanowe filiżanki, spodeczki, srebrne łyżeczki, siedmioramienne kandelabry z wyciągniętymi ku niebu ramionami, jakby prosząc o zmiłowanie. Całe jej dziedzictwo. Nagle stała się niezdolną do doświadczenia ani jednego zachodu słońca więcej. Ileż razy zarzucał sobie, że okazał się słaby, może nawet słabszy od niej pozostając niewystarczającym oparciem w jej wewnętrznym, powolnym rozkruszaniu się na kawałeczki, niezdolne do złożenia się ponownie w spójną całość.
Zatrzymał się. Oparł dłoń o parapet okna. Nogi znowu się pod nim ugięły. Musiał przyznać, że był coraz słabszy. Zegar wybił kolejną godzinę życia, jednocześnie przypominając mu o bezimiennych istnieniach ożywających, na moment, z każdym uderzeniem zegara. Wsłuchując się w ich niemy śpiew.
Za oknem jesienne liście, wciąż piękne, ale gdy je ująć w dłonie rozkruszają się i rozsypują jak konfetti, spadające na czubki zakurzonych butów. Stając się jedynie strzępkami samych siebie. Rozwarstwiając się boleśnie. Tak jak rozwarstwiają się jego dwa światy, które łączy jedynie ten poranny zgrzyt klamki w oknie.
Zostawiam go w momencie, gdy przygląda się swojej twarzy w zaśniedziałym lustrze wspomnień.
Nic mi nie smakuje. Zgubiłam swój klucz do słów.


fragment z "Księgi zakładek" Jacka Gutorowa
wyd. Biuro Literackie, 2011

Świat biegnie mi przez głowę rzeczami


Ostatnie dni tak obfite, bezgranicznie wypełnione aż poza brzegi wszelkich ograniczeń wytyczanych przez wskazówki zegara, spływające gęstymi minutami, przepełnione aż bolesną intensywnością. Jesień taka dokuczliwa, wręcz raniąca, a ja nawet nie mam czasu opatrzeć ran, wylizać się z tych zadrapań, podrażnień. Nadwrażliwość.
Z nadzieją, każdego ranka, otwieram szeroko drzwi, aby zdołały się pomieścić wszystkie nieodzowne w moim życiu obowiązki, pochłaniająca coraz więcej czasu praca zawodowa, która korzystając z okazji przekracza próg domu. Jednocześnie starając się nie dopuścić do utraty tej odrobiny zachwytu, która ma pozostać jeszcze długo na podniebieniu i tworzyć słodką warstwę lukru na ustach.
Nowa kartka. Rozpoczęły się wykłady na Otwartym Uniwersytecie. Przyglądanie się kontrowersyjnym postaciom literatury XX wieku na uniwersyteckim poddaszu. Wielkie oczekiwania. Chwila wytchnienia od zabiegania w uroczym staromiejskim antykwariacie, gdzie kandelabry stoją na stosach książek "przyświecając" ścieżki do nowych tytułów skrywających się w wysokich regałach lub kusząco spoglądając z półek będących na wyciągnięcie ręki. Zabieram ze sobą "Utwory ostatnie" oraz "Petersburg" Jarosława Iwaszkiewicza, bo jak mogłabym Go zostawić wciśniętego bezdusznie między twarde okładki sąsiadujących książek. I jeszcze "Herzog" Saula Bellowa, bo jak nie ulec, czytając: Historia Mosesa Herzoga, człowieka, który lituje się nad sobą i kpi z siebie, głęboko współczuje światu, lecz boi się go i buntuje przeciw niemu, bezradny wobec własnych porażek z uporem szuka odpowiedzi na zasadnicze pytania - to swoista spowiedź dziecięcia wieku, spowiedź prawdziwie współczesna i głęboko przejmująca. 
Zamawiam "Mój wiek" Aleksandra Wata, lektura na kolejny wykład, by już za trzy dni ukradkiem spoglądać na jego syna, który pojawia się w Muzeum Literatury na spotkaniu z Wojciechem Karpińskim przy okazji otwarcia wystawy„Podwójny portret” poświęconej Konstantemu Jeleńskiemu i Leonor Fini. Wystawy wyjątkowej.
Wojciech Karpiński, uroczy, skromny oprowadza nas po wystawie przepełniając sale muzealne "Uśmiechem Kota". Niedawno czytałam "Fajkę van Gogha" i "Portret Józefa Czapskiego" jego autorstwa, a tu nagle on sam, we własnej osobie naznacza każdy zakątek wystawy obecnością Kota. Wychodzę odurzona nadmiarem zachwytu, z wyrywkami zdań widniejących na ścianach muzeum: "Inteligencja emanowała z niego jak perfumy". Konstanty, jego delikatność, wrażliwość i inteligencję zabieram jak flakonik najcenniejszych perfum.
Wieczorami nadrywam kolejny rąbek nocy. Tak mało czasu na uważne czytanie. Wyrywam strony, zdania. Zaznaczam karteczkami akapity, przekładam zakładkami rozdziały, by mi nie uciekły, by do nich wrócić, doczytać. W Zeszytach Literackich z 1988 roku zaznaczam:
"Nie uważam, bym wiedział o życiu więcej niż ktokolwiek w moim wieku, ale wydaje mi się, że książka jest dużo bardziej niezawodnym partnerem niż przyjaciel lub ukochana. Powieść lub wiersz to nie monolog, lecz rozmowa pisarza z czytelnikiem, rozmowa, powtarzam, wyjątkowo osobista, wykluczająca wszystkich pozostałych, jeśli kto woli - dialog mizantropów. I w chwili, gdy się toczy, pisarz zrównany jest z czytelnikiem, jak zresztą i na odwrót, niezależnie od tego czy chodzi o wielkiego pisarza, czy nie. To zrównanie jest zrównaniem świadomości i naznacza człowieka na całe życie, gdyż tkwiąc w jego pamięci, niejasno lub wyraźnie, wcześniej lub później, w porę lub nie, wpływa na jego zachowanie. Właśnie to mam na myśli, mówiąc o roli odtwórcy, tym bardziej naturalnej, że powieść albo wiersz to wytwór dwu samotności, pisarza i czytelnika." (fragment z przemówienia Noblowskiego Josifa Brodskiego).
Zasypiam ze swoim wytworem samotności.
Kolejna kartka pękająca od nadmiaru wydarzeń. Pękają też mury wiecznego miasta pamięci, kiedy czytam o Konstantym Jeleńskim: "W latach 1948-51 pracował w Rzymie w departamencie ekonomicznym FAO (Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Żywności i Rolnictwa)". Cofnięcie czasu. Na trasie budynku FAO w Rzymie stoi dziewczynka. Wstążki trzepoczą na jej długich warkoczach, a ona nie zdaje sobie sprawy, że dwadzieścia lat wcześniej w tym samym miejscu, być może stawał Konstanty Jeleński wypijając popołudniową kawę. Może przechadzał się tym samym korytarzem, co jej tata, siadał w podobnym fotelu i przeglądał taki sam stos dokumentów. Tak niewiele zostało z tej dziewczynki. Za to pojawił się w jej życiu Konstanty.
Kolejna zakładka. Oczekując na dzisiejszy wykład podczytuję, dopiero co zakupioną, "Księgę zakładek" Jacka Gutorowa: "Zależy mi na tym, aby każda lektura była jednorazowa i wyjątkowa,aby każdy tekst literacki przeżyć osobno i niejako na jego prawach, w jego języku bądź dialekcie. Marzy mi się, aby każdy akt czytelniczy był nieodwracalnie absolutny, tak jakby zawierał w sobie całe moje czytelnicze doświadczenie. Na tym polega - moim zdaniem - unikalność doświadczania literatury (...)".
Wykład o Marii Komornickiej. Unikalność jej osobowości.
Marzy mi się wrócić do Jacka Gutorowa. Słodkie spotkanie przy gorącej czekoladzie i jej smak na ustach. Zostawiam rozświetlone Krakowskie Przedmieście. Mimo późnej pory sznur samochodów na Puławskiej. Ze zmęczenia ulice zdają mi się zwężać, wijąc się jak kobry i spoglądając na mnie swoimi wielkimi oczami. Światła. Czerwone. Sięgam po książkę: 
Zapisać bieg myśli słów w biegnącym świecie. Którym biegnę, który mną biegnie.
Mówić, nie pisać. A jednak zapisać. Zdążyć.
Nie myślę słowami. Myślę obrazami. Świat myśli mi się biegnącymi zwierzętami roślinami ludźmi. Lepiej powiem: przeze mnie biegną. Świat biegnie mi przez głowę rzeczami...
"Księga zakładek" Jacek Gutorow
wyd. Biuro Literackie, Wrocław 2011


Jak w zwierciadle


W tej jabłonce
pochylonej nad rowem
rozpoznaję własną formę
o jasnym konturze.

Chciałbym stać
twarzą w twarz
z drugą stroną
drzewa i nieba,

ale i tak jest dobrze:
chmury cenią towarzystwo,
zwłaszcza przed burzą,
przed wiatrem jak eksplozja
schodów, oddechem opadającym
spiralą liścia
na samo dno
dna -

lecz wciąż jak w zwierciadle.
wiersz Jacka Gutorowa
Jak w zwierciadle z tomiku "Inne tempo"
I ileż razy w takim zwierciadle pełnym opadłych liści szukam siebie. Pochylona nad rowem, złamanym drzewem będąc, sięgając swoimi ramionami otchłani przepaści, twarzą w twarz z samą sobą. W towarzystwie chmur, w deszczu, cała mokra od łez rozbijających się na niewzruszonej szybie codzienności. Pojąc się łapczywie każdą kroplą umykającego życia, zachłannym oddechem napełniając płuca, aż do bólu. Czasami opadając na dno samej siebie, w spirali zmieniających się dni. Ale żadne życie nie jest pełne, kiedy patrzy się tylko w siebie. Pięknie jest móc spojrzeć na inną twarz, inne życia, chwilami dotykające mroku ziemi, to znów wznoszące się jak latawiec, ponad szarością własnych wspomnień lub tkające obraz z nieuchwytnych barw własnego tu i teraz.
Patrzeć w zwierciadło duszy drugiego człowieka. Niełatwe.
Dlatego przyznaję, że „rozum spokorniał” wobec, danej Remkowi Grzeli, tak wyjątkowej umiejętności widzenia ludzkich twarzy, otwierania ludzkich dusz, wędrowania splątanymi zaułkami jakże często delikatnych, uczuć, odnajdywania drogi do prawdziwego oblicza, ukazującego całą kruchość i siłę jego rozmówcy. Któż inny potrafiłby z takim wyczuciem przechadzać się przez tak wiele terenów będący pod ochroną, bez naruszania granic prywatności, nie burząc wewnętrznego porządku.
Zatem dziwić nie może, a jakże cudnie cieszy, nominowanie Remka Grzeli do Nagrody im. Barbary Łopieńskiej za najlepszy wywiad prasowy, bo każdy z nich jest wyjątkowym spotkaniem, jak napisała we wstępie, do jego pierwszej książki „Rozum spokorniał”, Maria Szyszkowska:
"Rozmowa - wartość tak często lekceważona w naszych domach - wyzwala z obu stron pokłady nie zawsze przez nich uświadomione (...) Spotkanie człowieka z człowiekiem powinno być wydarzeniem, zwłaszcza gdy napotyka się bratnią duszę. Wyraziście to uświadamia ta książka. Wyrywa ona Czytelnika ze świata pozornych wartości i skłania do zastanowienia się nad sobą w konfrontacji z zamieszczonymi tu wyznaniami. Skłania również do konkluzji, że sens życia wiąże się z odnalezieniem jakiejś pasji."
Za dotykanie pasji. Za to, że gdy czuję się złamanym drzewem pasja spotkań, których doświadczam wyrywa moje spętane korzenie, na moment, zmieniając mnie w jabłoń o jasnym konturze. Dziękuję.

Remigiusz Grzela otrzymał nominację do Nagrody im. Barbary Łopieńskiej za wywiad z Henryką Krzywonos, pt. „Solidarność to nie jest puste słowo” („Zwierciadło” lipiec 2010) oraz rozmowę z Aliną Świdowską pt. „Zwyczajna córka” („Gazeta Wyborcza – Wysokie Obcasy” luty 2010).
Trzymam kciuki (chyba do 17 maja już nic nie będę mogła napisać, by ich nie puścić :-)

Dwóch świętych, walizka i sznurowadło


Walizka. Parę swetrów, dżinsy, czapka w szkocką kratkę z daszkiem na bakier, stos mało gustownych papierów służbowych, może nieco bardziej gustowna mała czarna, bilet na pociąg. Buty zachwycają się swoimi wypolerowanymi noskami i ja prawie jestem gotowa do drogi.
Każdy wyjazd do Krakowa to przyjemność niezaprzeczalna, ale tym razem głowa, nade wszystko, zaprzątnięta ważnymi sprawami do załatwienia i nieco nieudolną próbą poukładania ich sobie, możliwie najzgrabniej, by nie zabrakło momentu, by pospacerować uliczkami Kazimierza czy wypić kawę w "Bonie". Pobłądzić wzrokiem między okładkami w „hurtowni taniej książki” lub przebiec między kształtymi stoliczkami, kryjąc się, przed natłokiem spraw, pod kolorowymi kapeluszami parasoli budzących się na wiosnę w kawiarnianych ogródkach. Strzepnąć kurz z rzęs, utrudzonych bezczynnym staniem, sprzedawczyń obwarzanków i wsłuchać w dźwięki zamknięte w tubach, tramwajowych szyn, na Franciszkańskiej. Wtulić się w skrzydła krakowskich gołębi, spacerujących wśród kwiatowych straganów i unieść się z nimi ponad dachami starych kamienic, błyszczącymi w słońcu kościelnymi dzwonnicami, zaglądając w oczy maszkaronom zapatrzonym, w osłupieniu, na pysznie kremowe przyodzienie Sukiennic. To tam, od niedawna w nowym anturażu, kryje się jeden z moich ulubionych obrazów, "Kuszenie św. Antoniego" Lucjana Wędrychowskiego.
A ja chciałabym móc skusić czas, który zaplątał się, jak sznurowadła, wokół moich stóp nie pozwalając mi chodzić własnymi ścieżkami, i przysiąść na chwilkę w „Camelocie”. Popatrzeć na świat przez „okienka” staromodnych, koronkowych serwetek, z widokiem na nieco nieporadne, obrazki Nikifora zdobiące ściany kawiarni. Z dala od zgiełku, w tym cichym zaułku niewiernego Tomasza, odnaleźć nieco wiary w nadejście spokoju, odrzucenia szamotania się z każdą uciekającą minutą, jak wyrywanym przez wiatr szalem, podszytym nierealnymi marzeniami. Zadumać się nad imbryczkiem herbaty i znaleźć ukojenie dla rozbieganych myśli. Poddać się aromatowi suszonych owoców, będących na wyciągnięcie dłoni, przywołujących wspomnienia o letnim sadzie, a może „Nagim sadzie” będącym przepełnionym miłością portretem ojca sporządzanym przez syna, we wznowionej, debiutanckiej książce, Wiesława Myśliwskiego, wydanej ostatnio przez "Znak".
I zdaje się to być, dla mnie, znakiem na najbliższe dni, drogowskazem, po powrocie do domu, wskazującym zawiłe ścieżki, jakimi mogą być niełatwe relacje ojciec-syn, także te ujęte między czekającymi na mnie kadrami drzew w „Lesie” Piotra Dumały. Zapisanej na celuloidzie, szumiącej historii, gdzie starzec prowadzi syna przez las, a jednocześnie leży pod jego opieką, przykuty do łóżka śmiertelną chorobą. A przecież na uginającym się, od książek, kawałku zręcznie wyprofilowanego drzewa, czeka wciąż  „Satrun” Jacka Dehnela, następna planeta trudnego układu, w którym, jak złączone ze sobą pierścienie, widać sploty niszczącej presji, jaką na syna wywiera potężny i despotyczny ojciec – Francisco Goya.I tak czekam na moment, w którym będę mogła im kolejno towarzyszyć w dźwiganiu swojego losu i przeznaczenia, jak przyciężkiego życiowego bagażu. Sama, jednak zawczasu, próbując spakować nadmiar swoich trudnych spraw do walizki i zamykając ją na strych.
W końcu być zdolną by spokojnie przysiąść i ułożyć sobie swoistą harmonię uczuć na trzy serca, jak trzy rodzaje tej samej relacji, gdzie losy ojca i syna przeplatać się będą jak cienie strzelistych i całkiem karłowatych drzew w lesie wspomnień, jak ledwo uchwycone, nieliczne prześwity jasnych barw na przygaszonych obrazach Goi, jak promienie zachodzącego słońca prześlizgujące się po nagich brzuszkach młodych jabłek w sadzie życia.
Walizka spakowana. Ja jeszcze w małym rozgardiaszu, ale rozgrzeszam się i jeszcze sięgam po tomik wierszy, jak w Międzynarodowy Dzień Poezji przystało, by naprędce zerwać kilka strof i narzucić sobie "Inne tempo" tych moich wyjazdowych przygotowań. A jutro już tylko pozostało zasznurować buty.

Ale słowo. Mógłbym z nim pojechać
na poetycką wiosnę lub literacką jesień.

Łączy cholewki wysokiego buta
i dociska język do nogi.

A dociśnięty język to przecież poezja.

wiersz Jacka Gutorowa
II. Sznurowadło z tomiku "Inne Tempo"
 wyd. Biuro Literackie, 2008

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...