wtorek, 26 lutego 2013

W bursztynie zawisło powietrze

Najpierw urzekł mnie swoją "Melancholią" prowadząc zaułkami rozpostartej nostalgii, tęsknoty za nieuchwytną sferą nienazwanego pragnienia, utraconego na zawsze, gdzieś w zaświatach idyllicznego niedoświadczania, nie do końca uświadomionej straty, istoty rzeczy nieucieleśnionej, a jednocześnie tak sensualnej w całym jej podskórnym odczuwaniu. Zatem trudno oprzeć się wrażeniu, że każde z nim spotkanie niesie w sobie nutę nieprzeciętności, sam zresztą przyznając:
Mam na imię tak jak na okładce, ładne imię, międzynarodowe, i cesarz był taki, dobry pisarz, smutny, i ewangelista, jeden z czterech, to już nieźle (...) 
Marek. Imię przywierające do pobladłych warg. Brzmi dumnie i wojowniczo. Może też i on na swój sposób, nie mocując się wcale, „wojuje” ze zbyt łatwą literaturą słowa, swoją twórczością dając doświadczenie prozy tętniącej wyrafinowaniem, wymykającej się stylistycznym kanonon i dającej doświadczyć swoistego uczucia egzystencjalnego połączenia ze słowem figlarnie wyodrębniającym się spośród nagiej tuzinkowości. Delektowanie się prozą Marka Bieńczyka to jak łyk doskonałego, wytrawnego wina, które swój smak zawdzięcza urodzajnej ziemi, hojnemu słońcu, delikatnemu powiewowi południowego wiatru i przychylności niekapryśnego lata. Jeden łyk, w którym próbuje się odnaleźć skryte w nim drobinki składające się na bogaty, intrygujący smak długo pozostający na podniebieniu mgiełką rozkosznego wspomnienia. To zetknięcie się z narracją niezwykle plastyczną, giętką, układającą się pod zwinnymi palcami pożądania podporządkowania sobie formy i stylu, a może w całkowitej lekkości talentu iskrzącego samoistnie, bez przymusu. Cokolwiek by nie było motorem działania pisarza, efekt jest znakomitym zmierzeniem się dla czytelnika z prozą wręcz zmysłową, cielesną. Jakby sam proces pisania był celem nadrzędnym, fizyczną potrzebą jak oddychanie, a przecież nie brakuje w tym wszystkim dystansu, pobłażania dla własnej doskonałej niedoskonałości i figlarnego spoglądania na zakłopotanego, zwinnością myśli, czytelnika niezdolnego odmówić słowom:
(...) muszę was prosić, no, nie przesadzajmy, że muszę was błagać, abyście nie rzucali jeszcze tej powieści w kąt, pod telewizor, albo nie podpierali nią krzywego stołu w waszym prostym życiu, bo póki do was mówię, mam się świetnie, a potem może być gorzej, po gazetkę nie będzie mi się chciało rano do kiosku skoczyć, ptaszkom okruszków na parapet podrzucić, siedzieć będę z głową opartą na pięści i w przedmioty nieruchomo się wpatrywać, te, co zachowały się cało. Więc zostańcie jeszcze ze mną, a ja obiecuje was dużo łez, w końcu mnie także coś od świata różni.
Uległam. Chociaż współczesne książki o miłości budzą przeważnie moją nieufność i obawę przed banalnością. Zawierzyłam. Przeniosłam się na "Terminal" Marka Bieńczyka, w zaludnioną przestrzeń przybywających i opuszczających port życia pasażerów, port chwilowych wzruszeń, czasowej przynależności do czyichś rąk, czyjeś twarzy.

A gdzie twoja twarz? Ty nie masz już twarzy
Twarz twoja jest tam gdzie mi się zamarzy
Tam gdzie dłonie me budują lotnisko
Do czułości stąd coraz bliżej blisko (...)

Szukałam zatem twarzy do siebie przynależnych, odbicia profilu w zwężonych źrenicach oczu branych za nieczynne latarnie, jego twarzy może najbardziej, jednocześnie samą siebie skazując na nieuchronność rozstania, doznawania powracającego motywu straty niemożliwego do zatrzymania stanu posiadania, które w rękach pisarza przekłada się na obcowanie z żywym słowem podlegającym przekształceniom, splotom skojarzeń przenikającym się filozoficznym odniesieniem do prozaicznej codzienności. Wiodę zatem żywot poniekąd obok fabuły, która zdaje się jedynie tłem dla procesu pisania, dla pewnej zachłanności tworzenia, gry słownej która przenikając na drugą stronę płótna tworzy pewien obraz, nieco jednak jakby będący poza ramą samych wydarzeń. Niedosłowność spotkania, przypadkowość toczących się wypadków pewnej znajomości, może płonnej nadziei na miłość spełnioną, to jedynie podkład do wyrafinowanego brnięcia w układ pragnień lub całkowitej wobec nich obojętności.
Dałam się pochłonąć wszystkożernym słowom Marka Bieńczyka z rozkoszą trawionego robaczka niezdolnego do rozwinięcia motylich skrzydeł, które uniosłyby mnie ponad przeciętność własnej umiejętności niewysłowienia podziw dla prozy tak ponętnie absorbującej swoją gęstością.
Aha, jeszcze jedno. Knocha prawoskrętna na piasku perłową dmie pieśń. Znak wodny na lilii osiadł liściu, w bursztynie zawisło powietrze.




piątek, 22 lutego 2013

Odwracalność słów

Słowa stały się nielotne, jak to pięknie nazwał niedawno Remek Grzela na swoim blogu „bezskrzydłe”. Ciężko opadają na kartkę gęstą kroplą tonąc w strukturze nieprzezroczystości bieli, pozostawiając jedynie szarą powierzchowność nienazwanych wrażeń. Niezdolne do uniesienia swojego przesłania. Niewymownie martwe i nieme. Może przemarznięte jak zimowe poranki budzące się czasami tak przejmująco znieruchomiałe od chłodu, że nawet otwarcie oczu grozi rozkruszeniem dopiero co powstającego dnia. Poświaty. Przygasłej jasności widzenia tego, co jeszcze śpi w zalążku późniejszego rozkwitu.
Jak poskładać połamane konary przydrożnego uchwycenia przemykającej chwili schowanej w podstępnej prozie codzienności? Próbuję.
Gonię nie oglądając się wstecz. Biegnę za cieniem czasu, który znika tuż za rogiem uliczki zakręconej ostrym łukiem przecinającym sznurowadła, nazbyt mocno ściśnięte wokół stóp potykających się o najdrobniejsze nierówności. Niezgrabność nieuchwyconego czasu szyderczo śmieje się wprost w wypatrujące go oczy. Może dlatego ostatnio mój wzrok stracił na swej ostrości pod nazbyt ciężką przysłoną zmęczenia. Mniej zauważam. Z ciągle załzawionym obrazem rzeczywistości nie odnajduję wyrazistości spostrzegania realności świata. Okulary zaś, jedynie, uwidaczniają kolejne rysy wyżłobione wokół ciągle przymrużanych oczu. Zagniecenia myśli. Przyglądam się zniekształceniom odbijającym się w krzywym zwierciadle zdarzeń. Biegnę zostawiając za sobą nieumiejętność oceny sytuacji, nadwątlone relacje i gorycz nadużycia mojej naiwnej wiary w nienaruszalność zwyczajnej przyjaźni.
Bagaż doświadczeń uwypuklony na plecach wznosi się garbem niepoprawnej naiwności. Marna ze mnie uczennica życia. Uciekam. Chowam przed zranieniem, choć wiem, że całkiem nie zdołam. Zapełniam najmniejsze szczeliny pustki, z dozą nieustępliwej przekory, dopisując w kalendarzu kolejne przystanki, gdzie chciałabym przystanąć, schować się pod zadaszeniem, choćby chwilowego zachwytu. Życiodajnej refleksji, która poruszy przemarznięte emocje utkwione w lodowej bryle nienaruszalnego wzruszenia. Próbuję się ogrzać na wykładzie Uniwersytetu Otwartego UW. Po trzech semestrach płomiennego oczekiwania na zebranie się grupki zainteresowanej kulturowo-egzystencjalną interpretacją literatury, musiałam dokonać zmiany. Apetyt na temat tak ogromny, jak tort bezowy z truskawkami, ale gdzież szukać truskawek w środku zimy. Chętnych zbyt mało, a ja wiedziona niezaspokojonym głodem zapisałam się, w zamian, na kolejną odsłonę wykładów o kontrowersyjnych postaciach literatury polskiej i obcej.
Pierwsze spotkanie. Charles Pierre Baudelaire. Salka na wydziale geografii staje się miejscem nowej podróży, kartograficznym zapisem literackich dokonań i życiowych poczynań nieprzeciętnej osobowości artystycznej bohemy Paryża.

Miasto, które pochłania tajemnice bytów poszczególnych
I przetwarza je we własną: miasto bez tajemnic, zrobione z tajemnic.
Miasto Sorbony, na której studiował nieomal każdy (oprócz niego);
W którym podobno jest wzór wszelkich miast, nawet Rzymu;
Słodycz cieni platanów i gorzka kawa w czerwcu, gdy
Cukier krąży w żyłach rozgrzanych wiedzą nastolatek tak samo

Jak w wapnie mądrych starców, na placu del al Sorbonne, piąta
I szósta dzielnica, quel flop! - wszystkim brak ojca albo matki
I to niekiedy ich łączy; si non - samotne kobiety w środku nocy
Przesyłają komunikaty alfabetem Morse'a przez ściany; miasto
Wielu mostów; miasto, które przeklinał Verlaine, Rimbaud, Norwid,
de Nerval, Słowacki, Mickiewicz, Eluard, Miłosz, Hłasko, Rilke,
Villon, Baudelaire (...)

W poczuciu samotności i matczynego odrzucenia tułam się za Baudelaire'em po ciemnych zaułkach miasta, gdzie młody poeta szuka ukojenia bólu zranienia w ramionach kobiet nazbyt lekkich obyczajów. W ukochaniu sztuczności porzuca wszelką naturalność, stwarzając własny wizerunek, obraz, któremu mogliby się przyglądać inni, w podziwie dla jego odmienności, gdy tymczasem cień jego matki snuje się za nim zniekształcając jego relacje z innymi kobietami. Nierozerwalna nić emocjonalna staje się dla niego swoistym zniewoleniem, a jednocześnie wiecznie poszukiwanym pragnieniem, w życiu i w poezji, skrywając się w wypaczeniach, brzydocie i wszelakich przerysowaniach postaw, zachowań, obrazów znajdujących odzwierciedlenie w jego wierszach. Skazany na wiekuistą samotność.
Po wykładzie, zmierzch rozświetlonego latarniami Krakowskiego Przedmieścia wydał się nieskazitelnie piękny. Nienaruszalny. Niemożliwy do jakiegokolwiek zniekształcenia. Charles Pierre Baudelaire. Odwracalność

Aniele pełen chwały, czy możesz znać ten lęk,
Winę, wstyd, płacz, umieranie,
Niejasny koszmar tych okrutnych nocy
Które ściskają serce tak, jak mnie się papier?
Aniele pełen chwały, czy możesz znać ten lęk?
(...)
Aniele pełen piękna, czy już poznałeś starość,
Strach starzenia się, nieznośny zamęt
Czytania tajemnic skrywanych poświęceń
W oczach, z których moje się nie wycofały?
Aniele pełen piękna, czy już poznałeś starość?


fragment wiersza Macieja Niemca Te Dwadzieścia Dwa Lata
oraz przekład jego autorstwa wiersza Charles'a Baudelaire'a Odwracalność
z tomiku Serii Poetyckiej Zeszytów Literackich "Stan Nasycenia"

środa, 13 lutego 2013

Wielkie biografie mają swój własny rytm

Powędruję przez owo morze samotności, a pazie błękitnoocy
i pazinie poniosą swój długi, ciężki tren z żółtego aksamitu, pachnący łubinem.

On poniósł. Uniósł. Ponad doczesność. Przywołując postać Jarosława Iwaszkiewicza ponownie do życia. Innego życia. Może też po trochę dlatego, że zapełniającego się teraz uczuciami czytelników, bijącego nie jednym sercem, ale sercami wieloma, tych, którzy ujmują między palcami cienką kartkę papieru, jak płótno malarza przesiąknięte kwintesencją życia.
Zwykła karta, zdawać by się mogło, ale gdy spojrzeć na nią z boku, na jej brzeg wyraźnie wycięty prostą krawędzią wytyczającą granicę słowa, wydaje się być wąziuteńką szczeliną, przestrzenią skupiającą w sobie uczucia wzajemnego przenikania się myśli między pisarzem a czytelnikiem. Czasami przypominając spacer po cienkiej linie zawieszonej ponad płaszczyzną odczuwania, a może budowania wyobrażenia o sobie nawzajem. I to życie, które się rozsypuje na malutkie kawałeczki, na impresje, na dygresje, coś jak kalejdoskop bez symetrii nagle staje się spójną całością, uskładaną z maestrią mozaiką kolorowych szkiełek tworzących wielobarwną kompozycję zmieniającą się w zależności od tego jak pada światło naszego spostrzegania subtelności niełatwego splotu marzeń, pragnień, oczekiwań i dopełniających je rozczarowań, goryczy, morza samotności. Istne panoptikum, które dzięki finezji i talentowi biografa staje się przejmującym obrazem nietuzinkowego życia, zazębiającej się turbiny wydarzeń, które następując po sobie łączą się tworząc dzieło życia. Biografię. Jedną z najważniejszych.

Powiedziałeś mi, Pawle, że takiego życia,
Nie zniósłbyś ani chwili. Ale ja mam inne,
Które jak ciężka rzeka, skryta pod sklepieniem,
Przemyka się szerokim, choć ciężkim korytem
Ukryta - kwitnie wszakże co wiosna białymi
Kwiatami, które pachną i powoli więdną,
Słońca nie wiedzę może - ale też tym bardziej
Pełne są znaczeń trudnych, których nie wyrażę.
Nad tym życiem - to wszystko, co widzisz i ludzie
Widzą - jest tylko cieniem, złudzeniem budowy.


"Inne życie", skryte pod sklepieniem pierwszego tomu biografii Jarosława Iwaszkiewicza, zawdzięczamy Radosławowi Romaniukowi i choć zapewne trudno nie zgodzić się z Markiem Radziwonem, który w biografii politycznej "Pisarz po katastrofie" notował: Ktokolwiek pisze o Jarosławie Iwaszkiewiczu, musi mieć poczucie, że mimo wysiłków nie zdoła całkowicie poznać tej niezwykłej osobowości, odnoszę wrażenie, że Radosława Romaniuk poznał ją, może jak nikt inny. Podszedł do Jarosława Iwaszkiewicza tak blisko, jak tylko było można zbliżyć się do ogromu wrażliwości wyrytej w historii literatury polskiej, tej ciężkiej rzeki niełatwych relacji wahających się na skali temperatury uczuć, wielości emocji i potęgi artystycznego spełnienia. Poznał na tyle, choć zapewne wciąż jeszcze poznaje, na ile pozwoliły mu nie tylko dokumenty, listy, wspomnienia, dzienniki czy przepastne archiwa, ale na ile pozwolił mu sam Pisarz. Bliskość ich wzajemnej relacji. Bez niej, być może, nie byłoby "Innego życia". Bez tego, dla nich obu, spotkania w szczelinie kartki. Spotkania tak ważnego, tak ucieleśnionego w twórczym dopełnieniu, że jego znaczące znamię dostrzegli także: Instytut Książki i zespół miesięcznika "Nowe Książki" przyznając Nagrodę "Nowych Książek" za rok 2012 Radosławowi Romaniukowi, którą autor odbierze 19 lutego, jakże symbolicznie, w przeddzień urodzin Pisarza. To jak słodycz dojrzałej poziomki rozgniecionej na ustach próbujących wyrazić słowami niewysłowiony smak wtajemniczenia.
Adam Zagajewskiej w swojej książce "Poeta rozmawia z filozofem" pisał o biografach: Różnią się od innych pisarzy tym, że w zasadzie nie chcą wcale dokończyć swych dzieł. Niby śpieszą się, niby chcą dotrzymać terminu wydawniczego, przesuwanego z roku na rok ku rozpaczy redaktorów wydawnictwa, niby widzimy ich w archiwach i później gabinetach, jak całymi dniami pracują na powoli rosnącym tekstem, ale - z drugiej strony - drąży ich zarazem obawa, że czegoś nie znajdą; nie odnajdą ważnego listu, nie dotrą do ostatniego żyjącego świadka i ich opasła książka, owoc tylu lat, rezultat tylu trudów i wyrzeczeń, już po roku przestanie być definitywną biografią.
Tymczasem ja czekać będę niezmiennie urzeczona, wypatrując na półkach księgarń drugiego tomu biografii, kolejnej odsłony "Innego życia", przyjmując z pokorą wiernego czytelnika nieograniczone przestrzenie czasu, bo przecież wielkie biografie mają swój własny rytm, rosną niemal tak powoli, jak rosło życie ich bohatera.


fragmenty:
wiersz Jarosława Iwaszkiewicza
Inne życie z I tomu wierszy, wyd. Czytelnik, 1977
Prozy poetyckiej Łubin, wyd. Czytelnik, 1958
biografii politycznej Marka Radziwona "Pisarz po katastrofie"
wyd. W.A.B., 2010
książki Adama Zagajewskiego "Poeta rozmawia z filozofem"
wyd. Zeszyty Literackie, 2007

sobota, 9 lutego 2013

Ucieleśnienie wspomnienia w formie plastycznej

Czas się nie zatrzymuje, nawet gdyby chciało się przytwierdzić wskazówki zegara sznureczkami do dowolnie wybranej sekundy, i tak nie da się ujarzmić. Nieposkromiony wymyka się ludzkiej woli i gna przed siebie nie oglądając się wstecz. Mam wrażenie, że nawet zarys mojej sylwetki, przemykający po szybie mijanych wystaw sklepowych, rozsypuje się na drobinki zabiegania i zbytniego pośpiechu jaki ostatnio stał się moim nieodzownym towarzyszem, czekającym tuż za rogiem. Podejrzewam nawet, że noc całą skulony na ganku, ogrzewając się jedynie sztucznym światłem lampek, oczekuje uchylenia drzwi, by przylgnąć do mnie nie pytając o zgodę. Na dzień cały. Póki mrok nie stanie się mu nazbyt strasznym i zdecyduje się wyślizgnąć, przez dziurkę od klucza, niczym jedna z wielu postaci na obrazach Marca Chagalla. Wyciągnięta ze snu jawa, stająca się półprzezroczystą mgłą wijącą ponad dachami rosyjskich wiosek zamieszkiwanych przez chasydzką społeczność, skrywająca się w tlącym nieśmiało świetle zapalonych świec, w rozmodleniu piątkowych zmierzchów, dająca o sobie znać w cichym syczeniu samowara. Rozprzestrzeniona. Rozedrgana. Pozostawiając mnie na czas niezmąconego snu czekającego w miękkiej podszewce poduszki kusząco nadstawiającej swoje gładkie policzki. W niedomkniętej kopercie chowając szkice wyobrażeń, które być może pod zamkniętymi powiekami staną się celuloidową taśmą przysłaniającą granicę między realnością i tym, co tak realnie nieuchwytne.
Nieuchwytność. Może to w obrazach Chagalla tak bardzo mnie zachwyca. W pozorach całkiem zwyczajnych obrazów kryje się tajemnica, nieprzenikniona wrażliwość, własny język malarski Chagalla dotykający podniebienia egzystencji uniesionej lekko ponad doczesnością, w poszukiwaniu własnej rzeczywistości którą nosił w swoim wnętrzu i starał się zobiektywizować jedynie za pomocą środków malarskich, w kontraście kolorów wyznaczających jego granicę między odtworzeniem i stworzeniem obrazu widzianego jego oczami, korzeniami silnie wrośniętymi w rosyjską prowincję przywodzącą na myśl wspomnienia z dzieciństwa. Ulotny dym przeszłości porzuconej dla malarstwa, dla artystycznej samorealizacji wymykającej się wszelkim ramom teorii zbytnio obciążającej lekkość malarskiej swobody, twórczej zadumy i poetyckiego widzenia prozy życia. Barwami, zachwianiem proporcji nawiązując do symboliki bizantyjskiej.
Marc Chagall. Jeden z artystów, który kiedyś wdarł się w moją duszę wręcz z rewolucyjną siłą, burząc moje ukochanie proporcji, klasycznego pojmowania kanonu piękna wyrażonego nienagannością formy, pozbawiając mnie nieufności wobec artystycznej awangardy. Mój rewolucjonista. Uwiódł mnie zmuszając do wysiłku dostrzeżenia zachwytu w zniekształceniu, dozie abstrakcji i krztynie groteski. W symbolice ukrytej pod warstwą rozmytych barw, złudnie przydających wrażenie niewyrazistości, bo wyrazistość znaczenia symbolu u Chagalla tkwi w rdzeniu jego malarstwa, w doświadczaniu życia.
Tajemnica tkwi być może w samej naturze jego sztuki, która wykorzystuje doświadczenie wspomnień. Prawdziwe malarstwo jest życiem, i być może życie jest malarstwem (...) Wizualna logika, która od tej pory układa formy, posłuszna jest innym prawom niż te, jakie rządzą przestrzenią euklidesową. Żaden wektor geometryczny nie określa przestrzeni, a jej plastyczność pozwala rysunkowi na to, by znalazł dla siebie wyraz w całej giętkości i spontaniczności.
Nie bez znaczenia jest fakt, iż malarstwo Chagalla prowokuje krytyka czy historyka do wykorzystania terminów muzycznych. Postaci i motywy postrzegane są jako liczne dźwięczne przedmioty, kolory to rytm, a linie - melodie; metafora ta dobrze pasuje do malarstwa, ponieważ tak jak ono akcentuje pojęcie czasu.
Czas się nie zatrzymuje, ale ja zatrzymałam się w czasie, w malarstwie jednego z moich ulubionych artystów przedstawionych w albumie "Marc Chagall". 
"Książka ta poświęcona jest wczesnemu okresowi twórczości jednego z najwybitniejszych malarzy XX wieku - urodzonemu w Rosji Marcowi Chagallowi (...) Reprodukowane tu prace malarskie i graficzne Marca Chagalla pokazują nie tylko skalę talentu artysty, ale także nieistniejący już świat wschodnioeuropejskich żydowskich miasteczek". 
"Marc Chagall" Mikhail Guerman i Sylvie Forestier
wyd. Confidential Concepts, USA
polskie tłumaczenie: 2006 Firma Księgarska Jacek i Krzysztof Olesiejuk
tekst polski opracował: Dariusz Konstantynów



niedziela, 3 lutego 2013

Na skórze nieprzeniknionego

Na skórze stóp rozproszenie dnia osiadło drobinkami zmęczenia. Spod ronda zataczającego krąg splatających się zdarzeń, ponad niedowidzącym wzrokiem horyzontu, wyglądam kolejnego przebudzenia. Wschodu słońca zarzucającego rozpromienioną sieć cieniutkich zmarszczek rozciągających się wokół mrużących się oczu, niczym siatkę w którą chciałoby się złapać kadry spadające z czarnych skrzydeł oddalającej się nocy.
Frywolność rozleniwionego uśmiechu złudnie przypomina papierową łódeczkę sunącą po gładkości niewypowiedzianych słów, po przyćmionej tafli uspokajającego się morza, zatapiając się w dopełnieniach przygasających wrażeń, układanych na dnie pudełeczka jak  układa się papierki od cukierków, wciąż przesycone słodkim smakiem zatrzymanym na podniebieniu kolejnego dnia. Uchwycenie chwil wznieconych pragnień, oczekiwań odnajdywanych za rogiem przeznaczenia.
Pocztówki z życia wysyłane na adres losu, bardziej lub mniej, przychylnego do odczytania listy marzeń. Codzienności prześlizgującej się pomiędzy uderzeniami zegara i klawiszy starej maszyny do pisania. Za okiennicami zbyt pospiesznie przewijającej się taśmy niezmiennego zatrzymania, w niemożności oderwania się od ciężkiej grudki ziemi trzymanej w zaciśniętej dłoni.  
Gasną żarówki wypełnione płatkami przebarwionych poranków. Przezroczystość rysunku kreślonego niepewnę ręką. Wełniany koc rozłożony na dachu niedościgłych wierzchołków otacza chłodem niespełnienia. Brodzę po kostki w snach nieprzyśnionych, dusząc się gęstością niewypowiedzianych słów. W oknie trzepocze firanka motylich skrzydeł. Przedwczesne przebudzenie.

Ale to otwiera coś innego. Wiem, chcesz powiedzieć,
Chyba to chcesz powiedzieć, Sylvio d' O., że
W żadnym języku świata nie ma już nic do powiedzenia.
(Ale jeszcze trzeba będzie próbować tłumaczyć,
nie tylko sny, i mówić o rzeczach, których nie było
nam żal, zapomnianych już wtedy, w ich czasie).
(...)
Może dopiero około pięćdziesiątki
Własne ciało zaczyna być porównaniem
Do pewnej ciągłości, czy zdołam znów w nim zasnąć -
Myśli na progu wielkiej liczby niepotrzebnych myśli,
Zszywa je jasnowidząca maszyna do szycia, singer
Mojej babci; - lub może zaczyna być
Czymś w rodzaju domu, który się odnajduje
Za późno, żeby w nim zamieszkać
Jeszcze raz od początku.

fragmenty wiersza Macieja Niemca
A później umrzeć na zawał w nowojorskiej  taskówce...
z tomiku "Stan nasycenia"
wyd. Seria Poetycka "Zeszytów Literackich", 2012