wtorek, 28 czerwca 2011

Kolekcjonowanie chwil


?? - BOHATERM TEJ KSIĄŻKI JEST CHWILA. INACZEJ: BOHATEREM JEST CHWILOWOŚĆ CHWILI. Stąd wielka liczba dygresji, ilustracji. To zatrzęsienie migawek, przelotnych obrazków.
        Moje osobiste, niechby, bazgroły, autorskie niedorzeczności – a spod nich przeziera skrupulatna kolekcjonerska faktografia. Muzyka matki. Ojciec – Wega, Betelgeuse, planety, gwiazdozbiory, fabryka. Fabryki... (Jestem przecież nieodrodnym synem swych rodzicieli, w ich domu zawsze spotykałem się z „kolekcjonerstwem”, z bardziej lub mniej wysublimowanym gromadzeniem. Pisząc, kolekcjonuję.)  

Andrzej Falkiewicz 'ta chwila'fragment książki opublikowany w "Twórczości" nr 11, listopad 2010

niedziela, 26 czerwca 2011

Kurek od kranu


Życie zdaje mi się czasami wodą, płynącą z kranu niezbyt zamaszystym strumieniem, mocno ograniczoną ściankami i trudną do regulowania przez nas samych. Jakby pozbawiono nas stałego dostępu do kurków, by móc zmieniać natężenie chłodu lub nadmiernego strumienia gorąca płynącego długą, niewzruszoną na wszelkie zmiany, metalową szyją. Nieugiętą i całkiem pozbawioną wrażliwości. A ja chciałoby móc czasami przykręcić nurt lodowatej wody, która potrafi "zmrozić" uczucia, doprowadzić do „zlodowacenia” duszy, a dodać nieco więcej rozleniwiającego ciepła, zbawiennie ogrzewającego.
Dzisiaj jednak znalazłam taki kurek, ujęłam mocno w dłoni, przekręciłam i już wystawiałam swoją twarz w stronę popołudniowych promieni słońca prześlizgujących się po bielonych filarach stawiskowego dworku, przechadzających się po rzeźbionej, koronkowej werandzie, przetykającego swoje złote nitki między drzewami, by choć na moment rozświetlić ukrytą między nimi kapliczkę. Na Stawisku tak zachwycająco pięknie, błogo i cicho.
Herbata i kruche ciasto z truskawkami u Pani Zosi. Siedząc w kuchni myślałam jednak, że jestem intruzem, któremu pozwolono dotknąć drugiej strony Stawiska, tej delikatnej warstwy od podszewki i jest to niczym nieusprawiedliwione nadużycie, z którego nie umiem zrezygnować, wyrzec się w imię uczuć, które ostatnio, mnie samej, nie dają spokojnie zmrużyć oczu.
Nie wiem po co znowu zajrzałam na Mariensztat. Tyle razy obiecywałam sobie, by tam nie chodzić, nie wracać. Zamknąć ten rozdział, dać mu się wreszcie zagoić. Ale ja, ze swoim byczym uporem, wciąż stawałam pod tym oknem, zamykanym na dziwaczną, wysuwaną klamkę łudząc się, że poryw wiatru trącający moją grzywką, to Jej dłoń, która zawsze odsłaniała moje oczy przysłonięte włosami. Że ten ciepły oddech powietrza, to Jej, przy mnie, niezmienna obecność, a ja zakradałam się pod to okno jak złodziej kradnący album ze zdjęciami z własnego życia. Ot, złodziejka własnych złudzeń, że pewne rzeczy się nie kończą, że pewne rzeczy się nie zmieniają, budująca własny chybotliwy domek z kart.
I znowu mnie tam poniosło. Stanęłam przed tym oknem, by doświadczyć zawalenia się świata z mojego dzieciństwa. Inne okna, nie ta sama klamka, nowa framuga, która najwyraźniej nie dopasowała się jeszcze do tej starej kamienicy i wyglądała na nietutejszą, obcą. W oknie Babcinego pokoju ciężkie zasłony broniące, nawet słońcu, wstępu do wewnątrz. A tam wisiało wielki lustro, przed którym wyobrażałam sobie siebie jako przyszłą panną młodą za welon wpinając sobie we włosy okrągły Babciny obrus robiony na szydełku. Nad starą serwantką wisiało moje zdjęcie zrobione w parku łazienkowskim, kiedy miałam pięć lat, w białej wełnianej sukience w prążki. Pod lustrem granatowy flakonik z kremem „Pani Walewska” i fiołek alpejski na szerokim parapecie.
W kolejnym oknie toż samo. Nowość i obcość. Dopiero przez następne można było zajrzeć do środka. Kiedyś był to salon, do którego ja przeważnie nie miałam wstępu. Należał do innej części rodziny, ja byłam, w tym salonowym obszarze, zawsze niechętnie widzianą, a dzisiaj szukałam tam śladów obecności ludzi, mnie zawsze nieprzychylnych, jakbym szukał koła ratunkowego do swojej przeszłości. Żadnego śladu. Biurko, regały na segregatory, obca twarz kobiety nad komputerem. Kolejne okno, od kuchni, przysłonięte kolorowym szkłem, do którego zawsze pukałam dając znać, że już jestem. Tam, kiedyś, po jego drugiej stronie, w małym garnuszku gotowała się marchewka z groszkiem, wisiał kalendarz z kartkami, będącymi jak kurtyna odsłaniająca nowy dzień. Na podłodze, przy lodówce, miski z jedzeniem i piciem dla ukochanego psa Babci, duży stół, na którym uczyłam się siekać koperek i obierać pieczarki. Spojrzałam jeszcze raz przed siebie. Zobaczyłam pustkę i obcość. Trochę tak, jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca, wciąż mocno bijącego, a może po prostu, nagle zakręcił dopływ ciepłej wody.
Może dlatego dzisiaj wyglądając przez okno w kuchni na Stawisku, poczułam się sama jak taka obca framuga, całkiem niedopasowana, a wciskająca się na siłę między mury starego domu. Co może odczuwać pani Maria Iwaszkiewicz widząc tylu obcych chodzących po jej domu, kiedy drewniane schody prowadzące na piętro, potężne i ciężkie, uginają się pod obcymi stopami, butami zdzierającymi warstwę jej własnej pamięci o tym miejscu. Pan Wiesław, dla którego ten dom stał się danym mu, nowym 'początkiem' życia próbował pokazywać mi inne oblicze moich rozterek, ale obcy to obcy, nowa framuga w oknie, wstawiona choćby na chwilę, nigdy nie będzie tak doskonale dopasowana do starego domu, jak ta, która tkwiła tam od zawsze. A jednak, usiadałam na tychże drewnianych, skrzypiących schodach, by posłuchać wspomnień pana Marka Wawrzkiewicza o jego nielicznych spotkaniach z Panem Jarosławem, ale będących wystarczająco znaczącymi, by w młodym sercu początkującego poety zrodziło się poczucie pewnego porozumienia z Mistrzem, bo gdy teraz, po wielu latach siada, by napisać swój kolejny wiersz, odnosi wrażenie, że Pan Jarosław, wciąż mruga do niego przyjaźnie.
I zapewne ta właśnie, przyjazna atmosfera, wciąż żywa w stawiskowym domu, przyciąga tłumy 'obcych”, którzy na moment czują się części przeszłości, częścią Czyjegoś wyjątkowego życia, tego wyjątkowego Domu, gdzie ja chciałabym być choćby: jednym skrzydłem starego okna, szczebelkiem w drewnianej werandzie, załamaniem światła w porcelanowym kieliszku, rzęsą która utknęła między pożółkłymi kartkami  książki, milczącymi słowami zatrzasiętymi w szufladach skrzypiącej komody, kroplą w wodzie płynącą wąskim gardłem stawiskowego kranu.
Nad Arnem na placu stanąłem
(piazza Giuseppe Poggi)
już sam nie wiedziałem po co
stanąłem pod tamtym domem
czy żeby przywołać powroty
czy osoby które niegdyś tu żyły
czy księgi które stworzyłem -
już nie pamiętam po co
i znowu chciałem nowego
za daleko wypłynąłem po prostu
spod białego
prostego nowego mostu
nachylony nad grobem książąt
w pylnej zakrystii świętego Wawrzyńca
jak przyłapany złoczyńca
wyrzekłam się wspomnień: wiążą
wspomnienia jak łańcuchy
w różu kopuł marmurowych
- niebieskie drogi jak ślady nart -
trzeba wszystko od nowa
zaczynać kleić okruchy
i zawsze stawiać domki z kart
jak dom na placu Giuseppe Poggi
wiersz Jarosława Iwaszkiewicza
*** 
Nad Arnem na placu stanąłemzaczerpnięty z II tomu "Dzienników (1956-1963)", wyd. Czytelnik, 2010

sobota, 25 czerwca 2011

Moje 'jestem' pochodzi stamtąd


"Urodziłem się w małej cukrowni, położonej pośrodku żyznej równiny..."
Jarosław Iwaszkiewicz - fragment z Książki moich Wspomnień

Może jest tak, że wielka literatura rodzi się z wielkiej tęsknoty, z jej nie ukojenia, z niezaspokojonego pragnienia powrotu do niemożliwego, jak niemożliwym jest odtworzenie świata, który odszedł zatopiony przez rwącą rzekę historii, zżarty rdzą przywianą przez niepomyślne wiatry, gdzie żywioł czasu pokrył patyną piękno tlące się już tylko na celuloidzie wspomnień z dzieciństwa, na wyblakłych coraz bardziej kartkach pamięci. Pozostaje wtedy tylko ledwo słyszalnym brzękiem filiżanki stawianej na porcelanowym talerzyku, zapachem żyznej ziemi, smakiem pękającej w ustach, chrupiącej, kromki domowego chleba, głuchym dudnieniem wiatru w kominie, ciepłym oddechem matczynej troskliwości, gwarną muzyką małych miasteczek, kształem garbów na ulicznych trotuarach odciskających swój ślad na stopach mieszkańców przypisanych na zawsze tym ulicom, zarysem cerkiewnych kopuł unoszących się ponad cieniem doświadczanego rozstania z własnym źródłem.
Może właśnie przez to dzieła pisarzy kresowych potrafią dotrzeć do rdzenia istnienia, do sedna jestestwa, poruszając najgłębiej i pozostawiając w nas samych pewną nutę nienazwanego i nierozpoznawalnego utęsknienia.
Aleksander Jurewicz, jeden z tych, który w każdej linijce swojej prozy, w każdym wierszu poezji, tak dogłębnie i przejmująco kreśli własną tęsknotę i melancholię za krajem utraconym, napisał we wstępie do "Lidy":

Nigdy nie pożegnałem tego miastaNigdy nie nauczę się tego miasta
Budzę się ciągle na jego ulicach
z odrapanymi kolanami z pudełkiem
klocków ściskanym w rękach
Budzie mnie śpiew kobiet wracających
z niedzielnych nieszporów
i przekleństwa mężczyzn w czereśniowym
sadzie przy samogonie (...)

I ileż takich spopielałych migawek z przeszłości, niedopowiedzianych, niewykrzyczanych słów tęsknoty kryje się w literaturze stworzonej przez pisarzy i poetów, którzy pochodzą "stamtąd", z niedalekich krańców, tworzących w cieniu "osierocenia", wyrwania z innej ziemi. Ich słowa wciąż pobrzmiewają jak echo tęsknoty, stając się jednocześnie esencją ich literackiej wrażliwości, taką "wartością dodaną", którą filtrują przez pryzmat własnych odczuć, przeżywanych wciąż rozstań i wiecznego utęsknienia.
I dlatego też z zapartym tchem czytałam dzisiaj słowa Radosława Romaniuka, ujęte w tekście poświęconym książce opracowanej przez Roberta Papieskiego „Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina”, bo odnajduję, w nich właśnie, wytłumaczenie tegoż utęsknienia, tego wiecznie bijącego źródła dającego początek własnemu "ja", własnej "przynależności" do kawałka ziemi pachnącej wspomnieniami, dookreślających własną "tożsamość" w życiu i w twórczości:
Kluczem do zrozumienia poety jest „kraj poety”. W polskiej literaturze przykład Jarosława Iwaszkiewicza to jedna z najlepszych ilustracji formuły Goethego. Ukazuje również podskórne skomplikowanie tej prostej myśli, bo przecież kraj poety jest rzeczywistością duchową, nie geograficzną, domeną poezji, nie materialnych pamiątek. Buduje go prywatna mitologia, zamknięta przed „turystami”, czytelna dla archeologów wewnętrznych poruszeń, którzy w kraju realnym próbować będą odgadnąć przed wszystkim to, czego nie ma i zobaczyć, jak nie ma.Może też dlatego, kiedy całkiem niedawno dostałam propozycję wyjazdu służbowego na Ukrainę, która miała się zresztą rozpocząć w dniu moich urodzin, pomyślałam że dostaję od Losu najpiękniejszy prezent, że będę mogła wreszcie postawić swoją stopę w "kraju poety" mojemu sercu najbliższemu. Przeznaczenie jednak zawróciło mnie z drogi, oddalając moment, w którym mogłabym zanurzyć usta w tym źródle, które zaspokoiłoby moje własne pragnienie poznania Iwaszkiewiczowskiego "początku". Wierzę jednak, że może nie był to jeszcze ten moment. Może wyjeżdżając wtedy, z listą służbowych spraw do załatwienia, czując jedynie zabieganie pod stopami, stałabym się  "turystyczną duszą" nieumiejętną do prawdziwego doświadczenia ukraińskiej tożsamości, tej tajemnicy Iwaszkiewiczowskiego utęsknienia.
A może nikt, kto stamtąd się nie wywodzi, nigdy nie zostanie dopuszczony do tej tajemnicy. Adam Zagajewskim w swojej "Lekkiej przesadzie" wspomina podróż sentymentalną do Lwowa i reakcję jego ciotki Ani, dla której każdy kto jedzie do tego Miasta pozostaje jednak dla niego "obcym". Patrzącym oczami przybyłego z innego świata, widzący obraz rzeczywisty, podczas gdy prawdę o tym Mieście znają tylko Ci, którzy stamtąd się wywodzą. To oni, w pełni, rozumieją głębokie pęknięcia w ciałach starych kamienic, bo sami noszą je na własnych. Tylko oni słyszą przytłumione głosy przenikające przez szczeliny opustoszałych okiennic wraz z wieczorną mgłą. Oni, których własne korzenie, boleśnie wyrwane, rzucone na inny grunt, tak do końca nie potrafiły się przyjąć, a proces ten został okupiony bolesnym wrastaniem w inne środowisko.
Zatem mnie, na razie, pozostaje powracanie do zebranych przez Roberta Papieskiego ukraińskich tekstów Jarosława Iwaszkiewicza, tak sugestywnie opisanych przez Radosława Romaniuka. Począwszy od podskórnie odczytywanej "Siciliany", opowiadania z 1914 roku, przez eseje, korespondencję Jarosława Iwaszkiewicza z ukraińskimi przyjaciółmi, zapisy wspomnień poety z podróży w rodzinne strony, kończąc na swoistym "kalejdoskopie wrażeń", które jak pisze Radosław Romaniuk, wskazują, że Ukraina nie była w życiu pisarza jedynie wspomnieniem. Była ważnym składnikiem osobowości (Iwaszkiewiczowskiego "jestemu"), tak że tom "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina" jest w stanie naprawdę zbliżyć do pisarza. Stanowiła realność w sensie krajobrazu, kultury, dziedzictwa, doświadczenia kolejnych podróży, zarówno tych rzeczywistych, jak i podejmowanych w przestrzeni wewnętrznej. (...) W jednym z wierszy Iwaszkiewicz pisał:"Myślę sobie: wraz z nocą sen przyjdzie zwyczajny / I skrzydłem mnie otoczy kochanym, brak życia, / Przypomnienie powróci do swego ukrycia / I jutro się obudzę bez wspomnień z Ukrajny". Ale walka z "przypomnieniem" nie była możliwa. Na szczęście.
fragmenty z tekstu Radosława Romaniuka
Zobaczone, przeczytane -
114 Zeszyty Literackie, 2011
oraz fragment wiersza z Lidy Aleksandra Jurewiczawyd. Fokus, Gdańsk 1994

wtorek, 21 czerwca 2011

Postać

Przynajmniej raz w tygodniu zdarza mi się go mijać. Bez względu na pogodę nosi długi szary płaszcz. Kołnierz postawiony wysoko, koniuszkami dotykający zapadniętych policzków, zarumienionych od rześkiego powietrza i porywów wiosennego wiatru wiejącego od Wisły. Może to jedyne 'żywe' kolory jakie jeszcze pojawiają się w jego życiu. Siwe włosy schowane pod wyblakłym beretem w kratkę. Kto jeszcze dzisiaj nosi takie śmieszne berety? Z kieszeni zawsze wygląda poranne wydanie gazety i nieco zdeformowany zarys paczki papierosów, zapewne nigdy nieotwartej, jakby tkwiącej w gotowości, że może jednak, któregoś dnia po nią sięgnie łamiąc swoją żelazną zasadę, niepalenia. Przynajmniej od czasu, kiedy rzucił swój nałóg, jeden z niewielu jakie kiedykolwiek nim zawładnęły.
Nim podejdzie do przejścia, z
lewej kieszeni wyjmuje chusteczkę, bawełnianą, z wyhaftowanym monogramem. Zza szyby samochodu nie widzę liter splecionych w lekko zagniecionym rogu. Przeciera nią szkła okularów, bardzo starannie, jakby w przekonaniu, że od ich czystości zależy jego patrzenie na świat, ostrość widzenia i zdolność baczniejszego spostrzegania otaczającej go rzeczywistości. Co prawda, czasami, pozwala sobie na zdjęcie okularów i naciągnięcie bielma świadomego niewidzenia, ale zdarza się to nad wyraz rzadko i tylko w chwilach wielkiego przemęczenia dziejącymi się wokół niego wydarzeniami.
Zakłada okulary, a jego zmarszczki pod szkłem powiększającym stają się wyraźnie wyrzeźbionymi korytami niosącymi w sobie zagubioną z czasem pewność siebie.
Staje przed przejściem dla pieszych rozglądając się uważnie. Wie, że może ufać sobie coraz mniej. Kiedy ustaje szum koni mechanicznych przechodzi na drugą stronę ulicy powolnym krokiem, jakby czekał, aż pierwszy przez jezdnię przebiegnie jego ukochany pies. Bliżej nieokreślonej rasy, jak nieokreślone wydają się jego plany na najbliższe lata, ba, dni nawet. Ale psa już dawno przy nim nie ma, chociaż, któż to może wiedzieć. Może wciąż czuje jego obecność przy sobie, widząc jego sylwetkę w kałużach deszczu, w których odbijają się zniekształcone kształty szybko mknących samochodów. Nie lubi wspomnień. Czubkiem parasola rozmazuje swoje wyobrażenia o przyjacielu, który odważył się odejść przed nim. Zostawić samego na tym przeklętym przyjściu dla pieszych, przejściu nie dla biegnącego, nie dla czterołapego, którego sierść pod kroplami deszczu potrafiła falować jak tafla rzeki poruszana skrzydłami ptaków. Instynktownie, z przyzwyczajenia, wyciąga dłoń, która zawisa nieruchomo nad pustą przestrzenią chodnika. Chowa ją do kieszeni zawstydzony własną ułomną słabością. Na ścieżce w parku zostawia ślady swoich stóp ciężko dźwigających niezgrabne buty, jak niezgrabną wydaje mu się przyszłość, jaka mu jeszcze została. Ciężka i zdeformowana, wplatająca się wciąż w jego nazbyt długie, siwe włosy, które jak przetarte starością niteczki łączą go z niechcianą historią jego samotności.
Zapewne w końcu zawsze wraca do pustego mieszkania, chociaż przez okno widać, że jednak bardzo ciasno zamieszkanego przez trudne do zliczenia książki, których postarzałe, przykurzone grzbiety wyglądają spomiędzy krat zamontowanych w oknach starej, żoliborskiej kamienicy. Duże biurko przy podwójnych drzwiach balkonowych, lekko uchylanych w upalne poranki, przygarbione jak on od całodniowego przesiadywania nad kolejną profesorską rozprawą, esejem o wyczekiwanej starości czy też traktatem filozoficznym o śmierci, którego żaden student nie będzie chciał zbyt dociekliwie zgłębić. Jakby bez poszanowania jego oddania, pracy, zaangażowania, niezmiennego od lat, niepomna prawie czterdziestu. Na biurku, przy coraz słabiej przyświecającej mu lampce, staromodna fajka o fantazyjnie wygiętej szyi, miejscami nieco poprzecierana jak jego pamięć, wciąż pachnąca fragmentami wspomnień i zapachem tytoniu z dzieciństwa, kiedy to stryj Franciszek zapalał ją z niespotykaną konsekwencją, zawsze o zachodzie słońca, i pykając na ganku rozkoszował się spokojem nadchodzącego wieczoru. On sam, nigdy jej nie zapalił. To jakby naruszyć rodzinną „świętość”, puścić z dymem drzemiące w niej strzępki minionego wieku.
I tak przesiaduje, zapewne, przy swoim biurku godzinami, pisząc, czytając, z krótkimi przerwami na kawę zaparzaną w mosiężnym imbryku albo filiżanką mocnej herbaty ze starego samowara.
Nie kładzie się spać. Nocą siada z książką w głębokim fotelu, wspartym na niepewnych już własnej stabilności nóżkach. Boi się snów, boi postaci, która ukazuje się pod jego powiekami, gdy tylko ośmieli się zamknąć oczy. Najpierw zawsze stoi wyprostowana, by powoli się pochylać, jakby kuląc się sama w sobie, zwijając jak kłębek włóczki, aż w końcu upaść na kolana chowając w dłoniach twarz i dławiąc w sobie krzyk, którego nigdy nie usłyszy. Bo nigdy nie zasypia. W ostatniej chwili otwiera oczy, podbiega do okna otwierając je szeroko i łapie w płuca głęboki oddech nocnego powietrza. Boli, więc wciąż żyje.

Klakson samochodu stojącego za mną wytrąca mnie z zadumania. Przede mną już pusta jezdnia. Jadę dalej, wzrokiem jeszcze szukając śladów jego ciężkich, niezgrabnych butów i śladów czterech przemoczonych deszczem łap.

niedziela, 19 czerwca 2011

Błędne koło


Każdy dzień mijającego właśnie tygodnia przecierał się jak przez gęste oczka starego sitka. Ciężko, niezgrabnie, opornie. To tak, jakby zauważać jedynie nieforemną warstwę mazi zostającą na dnie sitka, nie spostrzegając, że pod spodem, po wielkim trudzie, jednak powstało coś ciekawszego, wyglądającego bardziej harmonijnie. Ale dno sitka znaczenie bardziej wdzierało się pod powieki, nawet bardziej niż piątkowy wykład o Janie Matejce i jakże, dla mnie, fascynujący o Jacku Malczewskim, bo szybko stracił na swojej barwie przez sobotnie, wyraźnie pozbawione koloru wydarzenia.
Gdyby tak można było stanąć przed mijającym tygodniem jak przed płótnem rozpostartym na blejtramie, przymocowanym silnie do jej obramowania i zamalować go na biało. Bez najmniejszego po nim śladu, licząc, że kolor bieli symbolizujący niewinność i śmierć, pozwoli minionym dniom odejść w całkowite zapomnienie, zetrzeć go w proch pozostawiający tylko cienką warstwę niewinności niektórym wydarzeniom, które zatarły się pod wpływem tych niekorzystnie przemawiających swoich ciężarem.
A zdawałoby się, że sobota miała przynieść, po zapracowanych i niełatwych pięciu dniach, gamę pięknych odcieni i emocji związanych ze ślubem znajomych. Tymczasem dla mnie było spotkaniem z kimś, kto dawno temu stawiał przede mną pierwsze litery słowa 'miłość', kiedy dla mnie wyglądały one jeszcze nieporadnie. Uciekłam wtedy zanim ten wyraz mógł rozbrzmieć głośno i wyryć się w moim sercu. Za to wczoraj wyryło się w moich oczach przerażenie. Nagle ujrzałam drobną postać, połowę tej, którą nosiłam w mojej pamięci, a w pamięci pozostawiając od wczoraj cienką warstwę skóry na rękach, gdzie pod jej przeźroczystością kłębiły się zwoje żmij sączących chorobliwy jad, swoim językami dotykając każdego najdrobniejszego i najdelikatniejszego splotu nerwów. Wróciłam do domu zdruzgotana widokiem, który nie szybko wypłucze się spod moich powiek. Schowałam się w kochających ramionach, by za moment znów wsiąść w samochód i pognać na spotkanie z demonami nieporozumienia i nadwrażliwości.
Kiedy znowu wróciłam do siebie i zaparkowałam po domem, cichą nocą, na rozstaju dwóch dni poczułam się trochę jak malarczyk z obrazu "Błędne koło" Jacka Malczewskiego, który siedzi obserwując kłębiące się wokół niego postaci, szarpaninę wydarzeń, i jak w życiu, otaczającą go dozę lśniącego piękna, nastroju, fascynacji i natchnienia oraz tę szarą warstwę trudu, okrucieństwa i bólu. Tylko w przeciwieństwie do malarczyka, który ujmie to wszystko w całość i naniesie na płótno tkając najpiękniejsze barwy, ja nie potrafię z tego stworzyć żadnego, wartego zapamiętania obrazu.
Niedziela zastukała do okien całkiem już "rozwiniętym" porankiem. Otworzyłam oczy, by ujrzeć na stoliku przy łóżku zawadiackie, nieco buntownicze i szalenie intrygujące spojrzenie Bruce'a Chatwin'a, zdecydowanie przedwcześnie zmarłego angielskiego pisarza i podróżnika. Życie jest podróżą, także tą, która prowadzi nas przez najciemniejsze uliczki nas samych, by móc czasem zatrzymać się pod latarnią, która rozjaśni ciemny zaułek, by w jej świetle odnaleźć odbicie jakiejś cząstki nas samych, czystości barwy w nas tkwiącej.
Jutro obudzi mnie nowy tydzień, białe, czyste płótno rozpostarte między moimi ramionami, które wraz z upływem kolejnych sekund nakreślanych wskazówkami zegara, nanosić będzie odmienne kolory, wzory, zakreślając sylwetki zdarzeń, obciążając moje coraz bardziej przygarbione barki nowymi przeżyciami, może chwilami danymi mi oczarowań i fascynacji. Jakiejś niedopowiedzianej doskonałości dnia codziennego, szukając w niej przejrzystości, czystości koloru, jakie znaleźć można w zaciekawiającym tekście Claudia Magrisa "W poszukiwaniu koloru doskonałego", który pisze:
Kolory nie są jedynie urokiem życia i poezji, są przede wszystkim fascynującym problemem filozoficznym, filozofia bowiem, od arystotelików do Kanta, od Husserla do Wittgensteina, rozważała wielokrotnie problem istnienia lub braku, ich wzajemnych relacji i ich sensu. Jaki kolor liścia, zielony, który widzimy w południe, czy czarny, który dostrzegamy w nocą? Czy kiedy mówimy "niebieski", wskazujemy na coś rzeczywistego, tak jak kiedy podajemy wagę albo objętość przedmiotu, kiedy wydaje się nam niebieski, czy słowo to jest tylko metaforą, przekładem, jakiego dokonuje nasz mózg, określonej długości fal, dzięki którym światło dociera do naszej kory mózgowej? (...) Poszukiwanie absolutnego indygo - czy po prostu poszukiwaniem absolutu - jest śmiertelną obsesją (nie przypadkiem doskonały kolor jest przyczyną śmierci motyli), jak gdyby kolory rodziły się naprawdę z ciemności, jak sądził dziwaczny jezuita żyjący w epoce baroku, ojciec Kircher, a nie ze światła, jak twierdził Newton. Ale epicka siła autora potrafi przemierzyć to mroczne morze i odnaleźć życie, chociaż wcześniej musi ominąć pułapkę śmierci. Błękit może oznaczać poddanie się urokowi otchłani jak w "Wielkim Błękicie" Luca Bessona albo - jak w filmie Kieślowskiego "Niebieski" - odzyskanie wolności.I tak wracam do błędnego koła kolorów, zdarzeń, doświadczeń, które tworzą swoisty obraz nieposkromionej codzienności.
Nie bliskość ale dystans
nie ciepło ale chłód
kiedy jawi się wizja
niezgodna z porządkiem dnia

Poddani jesteśmy jej przemianom
bo raz wciąga nas w górę
to znów podtapia w grzęzawiskach zwątpienia

Słowo przetarło się jak zleżała tkanina
ale wciąż służy
odświętność każe nam szukać
w pozorach piękna
więc wybieramy codzienność
wiersz Julii Hartwig Wybór
oraz fragment tekstu Claudia Magrisa "W poszukiwaniu koloru doskonałego"
 w tłumaczeniu Joanny Ugniewskiej
114 Zeszyty Literackie, 2011

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Wskrzeszanie własnych zachwytów


S z t u k a   m a j ą c a   z w i ą z e k   z   „P i ę k n e m” -  to  ta  jedynie,  która  utrwalając  zachwyt artysty,  pozwala   odbiorcy   (czytelnikowi,  widzowi,  słuchaczowi)   uruchomić  podobny  mechanizm   w s k r z e s z a n i a    w ł a s n y c h    z a c h w y t ó w.  

Konstanty Aleksander Jeleński
fragment z listu do Czesława Miłosza
Saint-Dye-sur-Loire, datowany 30 6 84
Czesław Miłosz / Konstanty Jeleński. Korespondencjawyd. Zeszyty Literackie, 2011

niedziela, 12 czerwca 2011

Zawężona perspektywa


Jeszcze w piątkowe popołudnie wyraźnie widziałam potężne kasztanowce za oknami Instytutu Archeologii UW, kołyszące się majestatycznie, trochę swoim ruchem nasuwając mi na myśl zabawkę z mojego dzieciństwa popularnie zwaną 'wańką-wstańką'. Była w kolorze dojrzałej pomarańczy, równie jak ona chwaląca się zgrabnie zaokrąglonymi kształtami. I to moje spostrzeżenie jakże prędko znalazło swoje odbicie w jednym z obrazów omawianych parę chwil później, na kolejnym wykładzie z malarstwa. Bracia Maksymilian i Aleksander Gierymscy, czyli ciąg dalszy realizmu monachijskiego, tym razem w wydaniu nastrojowym, i skojarzenie z niedawno odnalezionym obrazem autorstwa młodszego z braci, Aleksandra, „Żydówka z pomarańczami”.
I to właśnie malarstwo Aleksandra Gierymskigo w szczególny sposób ująło mnie swoją tematyką, a nade wszystko grą światła budującego nastrój, nadającego ostrego wyrazu albo nastrojowego złudzenia zaułkom, wąskim uliczkom lub uchwyconym scenom z życia miasta, w szczególny sposób życia warszawskiego Powiśla. Obrazy Gierymskiego zlewając się w niezwykłą całość z przywoływanymi naprędce w pamięci opisami tej dzielnicy, które można znaleźć między linijkami „Lalki” Bolesława Prusa, tworzą przejmujący portret tej części miasta, mojemu sercu najbliższej. Jakby nakładające się na siebie odcienie barw pociągnięte pędzlem malarza i wyrazistość słów kreślonych ręką pisarza, uzupełniały się wzajemnie, tworząc przejmujący zapis zatrzymanego czasu i atmosfery Warszawy końca dziewiętnastego wieku. "Powiśle", "Solec", "Brama" czy "Święto trąbek" każdy z nich to jakby oddzielna historia, każdy z nich mogący stać się przyczynkiem niezwykłej opowieści o ludziach, ich biednej i trudnej codzienności, ale też wielości kultur, które mieszkały na jednym skrawku ziemi, ujęte w ciężkich ramach rzeczywistych obrazów.
I wychodząc z wykładu olśniona nastrojowością zatrzymaną na obrazach 'warszawskich' i tych utrwalających uliczki Paryża otulone nieśmiałym światłem latarni czy będące odbiciem śladów nocnych spacerów przy Luwrze, wiedziałam, że znacznie zawężyła się moja perspektywa spostrzegania. A w sobotni poranek obudziłam się już z przykrym doznaniem, że najbliższych parę dni dane mi będzie oglądać świat przez szparki.
Zapalenie spojówek i jakże odmienna ostrość widzenia. Wychodząc do ogrodu schowałam się za ciemnymi okularami, które miały być bezpieczną zasłoną przed światłem, które jeszcze dzień wcześniej zachwycało mnie swoim malarskim wyrazem i nastrojowym refleksem prześlizgującym się po płótnach. Teraz ta świetlistość stała się dla moich oczu wyjątkowo przykrą, jakże odmiennie od tej pochwyconej niezakłóconą wrażliwością poety, Czesława Miłosza, który o obrazie Port w La Rochelle, jednego z przedstawicieli nastrojowego realizmu monachijskiego Jean-Bapiste-Camille Corot, pisał w swoim wierszu:
Imię jego świetlistość. Cokolwiek zobaczył,
Niosło mu pokornie, ofiarowywało
Swoje wnętrze, bez fal, uspokojenie,
Jak rzeka w dymach czasu jutrzenneg,
Jak perłowa macica w czarnej muszli.
Tak i ten port, w godzinie popołudnia,
Ze śpiącymi żaglami, dniem upalnym,
Dokąd przyszliśmy, może ociężali winem,
Rozpinając kamizelki, jemu, jemu, lekki
Odsłaniał jasność pod przebraniem chwili.
Drobne postacie dotychczas rzeczywiste:
Trzy kobiety tu, tamta jedzie
Na osiołku, beczkę toczący mężczyzna,
Konie w chomątach cierpliwe. Był tu, znad palety
Wołał ich, wezwał, uprowadził
Z ubogiej ziemi trudu i goryczy
W atłasową krainę dobroci. 

Próbowałam przypomnieć sobie pierwszy obraz pokazany na piątkowym wykładzie, Jean-Baptiste-Camille Corot "Taniec nimf". Taka magia splatających się skojarzeń, przychodzących obrazów barw i obrazów słów. Po prostu magia.
Usiadłam w ogrodzie, by całotygodniowy, wewnętrzny chaos ukoić widokiem piękna natury, w jej drobnych fragmentach widzianych tym razem bardzo wąsko, ale z tym większą fotograficznością, sfokusowaniem się na detalach, szczegółach, utrwaleniu rzeczywistego obrazu życia, które było także nieodłącznym elementem realizmu monachijskiego.
I zatrzymałam, kilka obrazków, realizmu ogrodowego, pochwyconych w obiektywie własnej, wąsko widzącej soczewki...
wiersz Czesława Miłosza, będący częścią tekstu W Yaleze zbioru "Dalsze okolice", wyd. Znak, 1991

środa, 8 czerwca 2011

W świetle piorunów


Wieczór powoli kładzie się ciężkim dywanem na kończącym się dniu.
Cicho i spokojnie. Jeszcze niedawno przeplatały się bladoróżowe pasemka na poszarzałym nieco błękicie nieba, ani śladu po wczorajszej burzy. Dzisiaj ten skrawek nad ziemią nie przypomina wczorajszego rozdzieranego groźnie rysującymi się konturami nieobliczalnej burzy, która rozświetlała ciemności nocy jaśniejącymi rysami. Wyglądało to szalenie niepokojąco, całkiem inaczej niż "Burza" na obrazie Giorgione'a jakby pozbawiona grozy, gdzie "panuje nastrój oczekiwania, ale nie złych przeczuć", burza tajemnicy, niejasna, skłaniająca do odmiennych interpretacji i wicia przeróżnych skojarzeń.
Ale to zapewne nie przypadek, skoro jej autor to jeden z najbardziej zagadkowych artystów nowożytnych, tak jak zapewne nie przez przypadek, właśnie wczoraj, sięgnęłam ponownie do albumu "Literatura i malarstwo", by znaleźć w nim malowniczy esej Ewa Bieńkowskiej Co mówią kamienie Wenecji kreślący taki oto nastrój widniejący na obrazie Giorgione'a:
Oko rejestruje najpierw pochmurną atmosferę i węża błyskawicy na groźnym niebie. Błyskawica jest źródłem światła w obrazie, oświetla mury miasta i korony drzew nagłym blaskiem (...). Błysk wydobywa fosforystyczną biel kamieni i na mgnienie przemienia liście w konstelację świecących punktów, uwydatniając ciemne sylwetki drzew stojących, z punktu widzenia oglądającego, pod światło. Zanim okno spocznie na zagadkowej cygance w dolnej partii obrazu, przyciągane jest widokiem miasta - jak ze snu. (...) Rozbłysk błyskawicy na moment zmienia nie tylko wygląd rzeczy, ale ich substancję, i zostawia w nas przekonanie, że przez ułamek sekundy uczestniczyliśmy w innym, uroczystym i sekretnym istnieniu świata.
Niewątpliwie doświadczenie wczorajszej burzy na obrazie, który zawisł nad dachem mojego domu był takim sekretnym, ale też budzącym grozę i pokorę wobec sił natury, spojrzeniem na istnienie innego świata.
Moje oko zarejestrowało, za oknem, granat nieboskłonu rozkrawany jak wielka porcja czekoladowego tortu. Połyskujący nóż zanurzał się w gęstych warstwach chmur rozdzielając je na nierówne kawałki. Błyskawice wiły się jak brokatowe serpentyny, jak złote wstążki zrywane zamaszystymi ruchami z pudełek z prezentami, rozświetlając rozłożyste kształty krzaków róż schowanych pod ciemną maską niespokojnej nocy. Kielichy ich kwiatów napełnione deszczem, po brzegi płatków, ledwo były w stanie utrzymać ten ciężar. Dzwoniące perełki rozpryskiwały się na drobniutkie cząsteczki uderzając o zaokrąglenia donic stojących na tarasie. Parapety okien zalane łzami mieniły się purpurą czerwieni w blasku przydrożnej lampy, a przezroczyste paciorki turlały się po schodkach zanurzając w zielonym dywanie. Znikając bezpowrotnie między źdźbłami trawy, wsysając się między gródki spierzchniętej ziemi, która wreszcie zaczęła oddychać.
Tymczasem ja czuję się jakbym oddychała zaledwie połową pojemności swoich płuc, nazbyt płytko, by móc zachłysnąć się malowniczym zjawiskiem objawionej natury, przyduszona gęstym powietrzem.
Parnym porankiem unoszącym się ciężko nad ziemią.
fragment eseju Ewy Bieńkowskiej Co mówią kamienie Wenecjialbum "Literatura i malarstwo" Aliny Biały
wyd. Wydawnictwo Szkolne PWN - ParkEdukacja, 2009

sobota, 4 czerwca 2011

Spiżarnia literacka


Ostatnie pięć dni mijającego tygodnia przemknęły tak szybko, że jedynie cień zachodzącego słońca, nadającego wnętrzom mojego domu złotych barw, sygnalizował mi schyłek kolejnego dnia. Każdy z nich budził się przedwcześnie z zaspanymi oczami, a zasypiał z nosem w książce. Ponadto dźwiganie kosza wypełnionego nadmiarem codziennych obowiązków okazało się nadwyrężyć moje siły, a w szczególności mojego kręgosłupa, który postanowił dać o sobie znać w przejmująco przykry sposób.
I mogłabym przyznać za Czesławem Miłoszem, że „Właściwie nie wiem, po co o tym wszystkim piszę, jeżeli powinienem raczej pisać o tym, że <metafizycznie pękam w szwach>, z wielkim trudem przychodzi mi tzw. wykonywanie obowiązków, że jestem kompletnie crazy i że moim marzeniem byłoby wyprodukować jakieś załamanie nerwowe z pobytem w sanatorium, co zaiste jest pewnie tylko marzeniem, zważywszy na moją prymitywną i zdrową naturę" – jak wyznawał poeta w swoim liście do Konstantego Jeleńskiego.
Tymczasem sama bliska załamania nerwowego zmagając się z prymitywną naturą mojego kręgosłupa, który w szalenie niewyrafinowany sposób nie pozwalał mi o nim zapomnieć, metafizycznie pękałam w szwach. Na stoliku nocnym, obok książek, ustawiły się pudełka z lekarstwami, mające mi dopomóc w zachowaniu życiowego „pionu”. Dla świata zewnętrznego, zatem, trzymałam się dzielnie, w środku rozsypując na obolałe kawałki, bo jak zaznaczał w jednym ze swoich listów poeta: "(...) kiedy się cierpi, to trzeba to robić na własny rachunek i nie można nikomu swoich zgryzot wywalać". Strałam się nie wywalać.
Dzisiaj natomiast powzięłam postanowienie nie zauważania konieczności zajęcia się odkurzaniem, sprzątaniem i praniem. Po prostu ogłosiłam porzucenie tego wszystkiego i oddanie się delektowaniu ciszą poranka, słońcem, książkami i błogim nic-nie-robieniem, świadomym próżnowaniem, dając też odpocząć mojej kręgosłupowej podporze. Żadnej pracy.
I przypomniałam sobie, jak w dzieciństwie, zakradłam się do piwniczki mojej cioci, przysiadając na małych schodkach i wyjadając małą łyżeczką z pokaźnego słoika słodką, domowej roboty, konfiturę. Wiedziałam, że oczekuje się ode mnie bardziej właściwego zachowania, ale czasami przychodzi taka potrzeba, by nie być ułożoną, rozsądną, ale taką trochę crazy. I choć w moim dzisiejszym zachowaniu trudno byłoby doszukać się tej nuty szaleństwa, poza nieco zbyt intensywnym przyrumienieniu się na słońcu, to jednak porzucenie czekających powinności, wbrew rozsądkowi nakazującemu się nimi zająć i wciśnięcie ich w kąt zapomnienia, było dość swobodną interpretacją poczucia obowiązku.
Ale to właśnie dzięki temu dostrzegłam, że peonie pięknie zakwitły chyląc swoje różowe główki tak nisko, że przytulały się do zielonego dywanu trawy, że moje róże jakże hojnie obdarowana przez Naturę kwiatami, zaś pierwszy kwiat na magnoli już zdążył przekwitnąć. Na krzakach bzu, rosnącego przy furtce, kolor jego delikatnego fioletu przemienił się na brunatno-brązowy, a małe drzewko nektaryny nie zniosło dzielnie zimowych mrozów, mimo opatulenia.
Cóż, natura żyje swoim życiem, nie ma czasu czekać, aż ja znajdę chwilę, by się zatrzymać i zwrócić ku niej widzące oczy. Ona nie zmienia swojego rytmu, ustalonej od zawsze sezonowości. Pąki kwiatów będą rozkwitać i więdnąć, trawa po kolejnym deszczu wybujale rosnąć, świerk przyozdabiać kolejnymi broszkami z szyszek. Słońce wstawać i zasypiać, wciąż w tym samym miejscu, niezmiennie. Wszystko wedle ustalonych praw, niepohamowanych, narzuconych swoistym poczuciem obowiązku wobec samej siebie.
I tylko zdawać się może, że pejzaże uchwycone wrażliwością malarza, takiego jak choćby Józef Chełmoński, będą potrafiły zatrzymać naturę wbrew niej samej. Pochwycić w locie ptaka, nadać dar nieśmiertelności ulotności babiego lata, sprawić, że puchate zaspy śniegu nie stopnieją, a jesienne dymy palonych traw jeszcze długo będą drażnić nozdrza. Tymczasem, jak trafnie skreślił miarę talentu Chełmońskiego, Witkiewicz:
"Natura przemawia do jego wrażliwego umysłu całą różnorodnością objawów, nietylko kształt, barwa i światło obchodziły go i zajmowały! Starał się wyrazić muzykę wieczoru, szept skrzydeł nietoperza, cichy lot lelaków, skrzeczenie żab, skrzypienie derkacza i dalekie dudnienie czapli bąk. On pierwszy, a może jedyny, malował chmarę komarów dźwięczących w powietrzu i hucznie lecącego jak kula chrabąszcza. Jemu chodziło o to, że wiatr na obrazie świszczał w badylach zwiędłych słoneczników, dzwonił deszczem po szybach i stukał wiadrem wiszącem u żórawia (...)".
Zatem jednak mimo uchwycenia, natura wciąż żyje, pulsuje życiem nawet w nieruchomych już pociągnięciach pędzla, w zaschniętej barwie farb, w sztywnych ramach obrazu.
Spojrzałam na książki, które jak te słodkie 'słoiczki' w mojej literackiej spiżarni, czekają na mój czas, wiedząc jednocześnie, że on stanie się także ich własnym. Te, które dołączyły ostatnio: "Lekka przesada" Adama Zagajewskiego, biografia Czesława Miłosza autorstwa Andrzeja Franaszka, "Dzienniki" Eugene'a Delacroix i "Spiżarnia literacka" wypełniona smakowitymi tekstami Czesława Miłosza, który jeden z nich "Natura" zaczął słowami:
Natura nie jest naszym przyjacielem. Jest siłą wobec nas obojętną, postępującą własnymi drogami, albo odczuwaną przez nas jako wroga, kiedy występuje w postaci bakterii niszczących nasz organizm. Nasze wobrażenie o niej uległo licznym zmianom, zwłaszcza od czasu Oświecenia, kiedy przybierała kształt Opatrzności albo nawet Boga.A przecież swoisty, nierozerwalny marriage Miłosza z Naturą, jakieś nią "zniewolenie", uzależnienie od jej "humorów" i "nastrojów", przekonanie, że jest początkiem i końcem, jakże często przemawiało i w jego poezji, choćby zwracając się wierszem "Do Natury":
Kochałem się w Tobie, Naturo, aż zrozumiałem kim jesteś.
Zasmuciło się moje serce podrostka, kirem oblekło się słońce.
Wyrzuciłem moje atlasy i zielniki, pamiątki urojenia.
Moim filozofem został wtedy Schopenhauer,
Wędrowiec wpatrzony w rzekę istnień jednodniowych,
Które rodzą się i umierają bez świadomości.
Tylko on, człowiek, pojmuje, współczuje,
Poddany i niepoddany kamiennemu prawu.
Świadomość człowieka na przekór tobie, Naturo.
Odtąd miałem rozmyślać o tym przez całe życie.
I któż mi zarzuci antropocentryzm w krajach
antropocentrycznej religii
Albo równie antropocentrycznej niewiary?
William Blake miał rację łącząc w jedno człowieczość i boskość.
Na nic wasze modlitwy do kota, do drzewa i do gwiazdozbioru
Plejady
Albo do puszcz pierwotnych, jak w moim ekologicznym
marzeniu.
fragmenty z korespondencji Czesława Miłosza z Konstantym Jeleńskim
wyd. Zeszyty Literackie, 2011
wiersz Czesława Miłosza Do Natury
z tomu "Wiersze ostatnie", 2006
fragment tekstu Natura ze "Spiżarni Literackiej", wyd. Wydawnictwo Literackie, 2011
oraz fragment tekstu Stanisława Witkiewicza poświęconego Józefowi Chełmońskiemu