niedziela, 12 czerwca 2011

Zawężona perspektywa


Jeszcze w piątkowe popołudnie wyraźnie widziałam potężne kasztanowce za oknami Instytutu Archeologii UW, kołyszące się majestatycznie, trochę swoim ruchem nasuwając mi na myśl zabawkę z mojego dzieciństwa popularnie zwaną 'wańką-wstańką'. Była w kolorze dojrzałej pomarańczy, równie jak ona chwaląca się zgrabnie zaokrąglonymi kształtami. I to moje spostrzeżenie jakże prędko znalazło swoje odbicie w jednym z obrazów omawianych parę chwil później, na kolejnym wykładzie z malarstwa. Bracia Maksymilian i Aleksander Gierymscy, czyli ciąg dalszy realizmu monachijskiego, tym razem w wydaniu nastrojowym, i skojarzenie z niedawno odnalezionym obrazem autorstwa młodszego z braci, Aleksandra, „Żydówka z pomarańczami”.
I to właśnie malarstwo Aleksandra Gierymskigo w szczególny sposób ująło mnie swoją tematyką, a nade wszystko grą światła budującego nastrój, nadającego ostrego wyrazu albo nastrojowego złudzenia zaułkom, wąskim uliczkom lub uchwyconym scenom z życia miasta, w szczególny sposób życia warszawskiego Powiśla. Obrazy Gierymskiego zlewając się w niezwykłą całość z przywoływanymi naprędce w pamięci opisami tej dzielnicy, które można znaleźć między linijkami „Lalki” Bolesława Prusa, tworzą przejmujący portret tej części miasta, mojemu sercu najbliższej. Jakby nakładające się na siebie odcienie barw pociągnięte pędzlem malarza i wyrazistość słów kreślonych ręką pisarza, uzupełniały się wzajemnie, tworząc przejmujący zapis zatrzymanego czasu i atmosfery Warszawy końca dziewiętnastego wieku. "Powiśle", "Solec", "Brama" czy "Święto trąbek" każdy z nich to jakby oddzielna historia, każdy z nich mogący stać się przyczynkiem niezwykłej opowieści o ludziach, ich biednej i trudnej codzienności, ale też wielości kultur, które mieszkały na jednym skrawku ziemi, ujęte w ciężkich ramach rzeczywistych obrazów.
I wychodząc z wykładu olśniona nastrojowością zatrzymaną na obrazach 'warszawskich' i tych utrwalających uliczki Paryża otulone nieśmiałym światłem latarni czy będące odbiciem śladów nocnych spacerów przy Luwrze, wiedziałam, że znacznie zawężyła się moja perspektywa spostrzegania. A w sobotni poranek obudziłam się już z przykrym doznaniem, że najbliższych parę dni dane mi będzie oglądać świat przez szparki.
Zapalenie spojówek i jakże odmienna ostrość widzenia. Wychodząc do ogrodu schowałam się za ciemnymi okularami, które miały być bezpieczną zasłoną przed światłem, które jeszcze dzień wcześniej zachwycało mnie swoim malarskim wyrazem i nastrojowym refleksem prześlizgującym się po płótnach. Teraz ta świetlistość stała się dla moich oczu wyjątkowo przykrą, jakże odmiennie od tej pochwyconej niezakłóconą wrażliwością poety, Czesława Miłosza, który o obrazie Port w La Rochelle, jednego z przedstawicieli nastrojowego realizmu monachijskiego Jean-Bapiste-Camille Corot, pisał w swoim wierszu:
Imię jego świetlistość. Cokolwiek zobaczył,
Niosło mu pokornie, ofiarowywało
Swoje wnętrze, bez fal, uspokojenie,
Jak rzeka w dymach czasu jutrzenneg,
Jak perłowa macica w czarnej muszli.
Tak i ten port, w godzinie popołudnia,
Ze śpiącymi żaglami, dniem upalnym,
Dokąd przyszliśmy, może ociężali winem,
Rozpinając kamizelki, jemu, jemu, lekki
Odsłaniał jasność pod przebraniem chwili.
Drobne postacie dotychczas rzeczywiste:
Trzy kobiety tu, tamta jedzie
Na osiołku, beczkę toczący mężczyzna,
Konie w chomątach cierpliwe. Był tu, znad palety
Wołał ich, wezwał, uprowadził
Z ubogiej ziemi trudu i goryczy
W atłasową krainę dobroci. 

Próbowałam przypomnieć sobie pierwszy obraz pokazany na piątkowym wykładzie, Jean-Baptiste-Camille Corot "Taniec nimf". Taka magia splatających się skojarzeń, przychodzących obrazów barw i obrazów słów. Po prostu magia.
Usiadłam w ogrodzie, by całotygodniowy, wewnętrzny chaos ukoić widokiem piękna natury, w jej drobnych fragmentach widzianych tym razem bardzo wąsko, ale z tym większą fotograficznością, sfokusowaniem się na detalach, szczegółach, utrwaleniu rzeczywistego obrazu życia, które było także nieodłącznym elementem realizmu monachijskiego.
I zatrzymałam, kilka obrazków, realizmu ogrodowego, pochwyconych w obiektywie własnej, wąsko widzącej soczewki...
wiersz Czesława Miłosza, będący częścią tekstu W Yaleze zbioru "Dalsze okolice", wyd. Znak, 1991

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz