środa, 8 czerwca 2011

W świetle piorunów


Wieczór powoli kładzie się ciężkim dywanem na kończącym się dniu.
Cicho i spokojnie. Jeszcze niedawno przeplatały się bladoróżowe pasemka na poszarzałym nieco błękicie nieba, ani śladu po wczorajszej burzy. Dzisiaj ten skrawek nad ziemią nie przypomina wczorajszego rozdzieranego groźnie rysującymi się konturami nieobliczalnej burzy, która rozświetlała ciemności nocy jaśniejącymi rysami. Wyglądało to szalenie niepokojąco, całkiem inaczej niż "Burza" na obrazie Giorgione'a jakby pozbawiona grozy, gdzie "panuje nastrój oczekiwania, ale nie złych przeczuć", burza tajemnicy, niejasna, skłaniająca do odmiennych interpretacji i wicia przeróżnych skojarzeń.
Ale to zapewne nie przypadek, skoro jej autor to jeden z najbardziej zagadkowych artystów nowożytnych, tak jak zapewne nie przez przypadek, właśnie wczoraj, sięgnęłam ponownie do albumu "Literatura i malarstwo", by znaleźć w nim malowniczy esej Ewa Bieńkowskiej Co mówią kamienie Wenecji kreślący taki oto nastrój widniejący na obrazie Giorgione'a:
Oko rejestruje najpierw pochmurną atmosferę i węża błyskawicy na groźnym niebie. Błyskawica jest źródłem światła w obrazie, oświetla mury miasta i korony drzew nagłym blaskiem (...). Błysk wydobywa fosforystyczną biel kamieni i na mgnienie przemienia liście w konstelację świecących punktów, uwydatniając ciemne sylwetki drzew stojących, z punktu widzenia oglądającego, pod światło. Zanim okno spocznie na zagadkowej cygance w dolnej partii obrazu, przyciągane jest widokiem miasta - jak ze snu. (...) Rozbłysk błyskawicy na moment zmienia nie tylko wygląd rzeczy, ale ich substancję, i zostawia w nas przekonanie, że przez ułamek sekundy uczestniczyliśmy w innym, uroczystym i sekretnym istnieniu świata.
Niewątpliwie doświadczenie wczorajszej burzy na obrazie, który zawisł nad dachem mojego domu był takim sekretnym, ale też budzącym grozę i pokorę wobec sił natury, spojrzeniem na istnienie innego świata.
Moje oko zarejestrowało, za oknem, granat nieboskłonu rozkrawany jak wielka porcja czekoladowego tortu. Połyskujący nóż zanurzał się w gęstych warstwach chmur rozdzielając je na nierówne kawałki. Błyskawice wiły się jak brokatowe serpentyny, jak złote wstążki zrywane zamaszystymi ruchami z pudełek z prezentami, rozświetlając rozłożyste kształty krzaków róż schowanych pod ciemną maską niespokojnej nocy. Kielichy ich kwiatów napełnione deszczem, po brzegi płatków, ledwo były w stanie utrzymać ten ciężar. Dzwoniące perełki rozpryskiwały się na drobniutkie cząsteczki uderzając o zaokrąglenia donic stojących na tarasie. Parapety okien zalane łzami mieniły się purpurą czerwieni w blasku przydrożnej lampy, a przezroczyste paciorki turlały się po schodkach zanurzając w zielonym dywanie. Znikając bezpowrotnie między źdźbłami trawy, wsysając się między gródki spierzchniętej ziemi, która wreszcie zaczęła oddychać.
Tymczasem ja czuję się jakbym oddychała zaledwie połową pojemności swoich płuc, nazbyt płytko, by móc zachłysnąć się malowniczym zjawiskiem objawionej natury, przyduszona gęstym powietrzem.
Parnym porankiem unoszącym się ciężko nad ziemią.
fragment eseju Ewy Bieńkowskiej Co mówią kamienie Wenecjialbum "Literatura i malarstwo" Aliny Biały
wyd. Wydawnictwo Szkolne PWN - ParkEdukacja, 2009

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz