sobota, 4 czerwca 2011

Spiżarnia literacka


Ostatnie pięć dni mijającego tygodnia przemknęły tak szybko, że jedynie cień zachodzącego słońca, nadającego wnętrzom mojego domu złotych barw, sygnalizował mi schyłek kolejnego dnia. Każdy z nich budził się przedwcześnie z zaspanymi oczami, a zasypiał z nosem w książce. Ponadto dźwiganie kosza wypełnionego nadmiarem codziennych obowiązków okazało się nadwyrężyć moje siły, a w szczególności mojego kręgosłupa, który postanowił dać o sobie znać w przejmująco przykry sposób.
I mogłabym przyznać za Czesławem Miłoszem, że „Właściwie nie wiem, po co o tym wszystkim piszę, jeżeli powinienem raczej pisać o tym, że <metafizycznie pękam w szwach>, z wielkim trudem przychodzi mi tzw. wykonywanie obowiązków, że jestem kompletnie crazy i że moim marzeniem byłoby wyprodukować jakieś załamanie nerwowe z pobytem w sanatorium, co zaiste jest pewnie tylko marzeniem, zważywszy na moją prymitywną i zdrową naturę" – jak wyznawał poeta w swoim liście do Konstantego Jeleńskiego.
Tymczasem sama bliska załamania nerwowego zmagając się z prymitywną naturą mojego kręgosłupa, który w szalenie niewyrafinowany sposób nie pozwalał mi o nim zapomnieć, metafizycznie pękałam w szwach. Na stoliku nocnym, obok książek, ustawiły się pudełka z lekarstwami, mające mi dopomóc w zachowaniu życiowego „pionu”. Dla świata zewnętrznego, zatem, trzymałam się dzielnie, w środku rozsypując na obolałe kawałki, bo jak zaznaczał w jednym ze swoich listów poeta: "(...) kiedy się cierpi, to trzeba to robić na własny rachunek i nie można nikomu swoich zgryzot wywalać". Strałam się nie wywalać.
Dzisiaj natomiast powzięłam postanowienie nie zauważania konieczności zajęcia się odkurzaniem, sprzątaniem i praniem. Po prostu ogłosiłam porzucenie tego wszystkiego i oddanie się delektowaniu ciszą poranka, słońcem, książkami i błogim nic-nie-robieniem, świadomym próżnowaniem, dając też odpocząć mojej kręgosłupowej podporze. Żadnej pracy.
I przypomniałam sobie, jak w dzieciństwie, zakradłam się do piwniczki mojej cioci, przysiadając na małych schodkach i wyjadając małą łyżeczką z pokaźnego słoika słodką, domowej roboty, konfiturę. Wiedziałam, że oczekuje się ode mnie bardziej właściwego zachowania, ale czasami przychodzi taka potrzeba, by nie być ułożoną, rozsądną, ale taką trochę crazy. I choć w moim dzisiejszym zachowaniu trudno byłoby doszukać się tej nuty szaleństwa, poza nieco zbyt intensywnym przyrumienieniu się na słońcu, to jednak porzucenie czekających powinności, wbrew rozsądkowi nakazującemu się nimi zająć i wciśnięcie ich w kąt zapomnienia, było dość swobodną interpretacją poczucia obowiązku.
Ale to właśnie dzięki temu dostrzegłam, że peonie pięknie zakwitły chyląc swoje różowe główki tak nisko, że przytulały się do zielonego dywanu trawy, że moje róże jakże hojnie obdarowana przez Naturę kwiatami, zaś pierwszy kwiat na magnoli już zdążył przekwitnąć. Na krzakach bzu, rosnącego przy furtce, kolor jego delikatnego fioletu przemienił się na brunatno-brązowy, a małe drzewko nektaryny nie zniosło dzielnie zimowych mrozów, mimo opatulenia.
Cóż, natura żyje swoim życiem, nie ma czasu czekać, aż ja znajdę chwilę, by się zatrzymać i zwrócić ku niej widzące oczy. Ona nie zmienia swojego rytmu, ustalonej od zawsze sezonowości. Pąki kwiatów będą rozkwitać i więdnąć, trawa po kolejnym deszczu wybujale rosnąć, świerk przyozdabiać kolejnymi broszkami z szyszek. Słońce wstawać i zasypiać, wciąż w tym samym miejscu, niezmiennie. Wszystko wedle ustalonych praw, niepohamowanych, narzuconych swoistym poczuciem obowiązku wobec samej siebie.
I tylko zdawać się może, że pejzaże uchwycone wrażliwością malarza, takiego jak choćby Józef Chełmoński, będą potrafiły zatrzymać naturę wbrew niej samej. Pochwycić w locie ptaka, nadać dar nieśmiertelności ulotności babiego lata, sprawić, że puchate zaspy śniegu nie stopnieją, a jesienne dymy palonych traw jeszcze długo będą drażnić nozdrza. Tymczasem, jak trafnie skreślił miarę talentu Chełmońskiego, Witkiewicz:
"Natura przemawia do jego wrażliwego umysłu całą różnorodnością objawów, nietylko kształt, barwa i światło obchodziły go i zajmowały! Starał się wyrazić muzykę wieczoru, szept skrzydeł nietoperza, cichy lot lelaków, skrzeczenie żab, skrzypienie derkacza i dalekie dudnienie czapli bąk. On pierwszy, a może jedyny, malował chmarę komarów dźwięczących w powietrzu i hucznie lecącego jak kula chrabąszcza. Jemu chodziło o to, że wiatr na obrazie świszczał w badylach zwiędłych słoneczników, dzwonił deszczem po szybach i stukał wiadrem wiszącem u żórawia (...)".
Zatem jednak mimo uchwycenia, natura wciąż żyje, pulsuje życiem nawet w nieruchomych już pociągnięciach pędzla, w zaschniętej barwie farb, w sztywnych ramach obrazu.
Spojrzałam na książki, które jak te słodkie 'słoiczki' w mojej literackiej spiżarni, czekają na mój czas, wiedząc jednocześnie, że on stanie się także ich własnym. Te, które dołączyły ostatnio: "Lekka przesada" Adama Zagajewskiego, biografia Czesława Miłosza autorstwa Andrzeja Franaszka, "Dzienniki" Eugene'a Delacroix i "Spiżarnia literacka" wypełniona smakowitymi tekstami Czesława Miłosza, który jeden z nich "Natura" zaczął słowami:
Natura nie jest naszym przyjacielem. Jest siłą wobec nas obojętną, postępującą własnymi drogami, albo odczuwaną przez nas jako wroga, kiedy występuje w postaci bakterii niszczących nasz organizm. Nasze wobrażenie o niej uległo licznym zmianom, zwłaszcza od czasu Oświecenia, kiedy przybierała kształt Opatrzności albo nawet Boga.A przecież swoisty, nierozerwalny marriage Miłosza z Naturą, jakieś nią "zniewolenie", uzależnienie od jej "humorów" i "nastrojów", przekonanie, że jest początkiem i końcem, jakże często przemawiało i w jego poezji, choćby zwracając się wierszem "Do Natury":
Kochałem się w Tobie, Naturo, aż zrozumiałem kim jesteś.
Zasmuciło się moje serce podrostka, kirem oblekło się słońce.
Wyrzuciłem moje atlasy i zielniki, pamiątki urojenia.
Moim filozofem został wtedy Schopenhauer,
Wędrowiec wpatrzony w rzekę istnień jednodniowych,
Które rodzą się i umierają bez świadomości.
Tylko on, człowiek, pojmuje, współczuje,
Poddany i niepoddany kamiennemu prawu.
Świadomość człowieka na przekór tobie, Naturo.
Odtąd miałem rozmyślać o tym przez całe życie.
I któż mi zarzuci antropocentryzm w krajach
antropocentrycznej religii
Albo równie antropocentrycznej niewiary?
William Blake miał rację łącząc w jedno człowieczość i boskość.
Na nic wasze modlitwy do kota, do drzewa i do gwiazdozbioru
Plejady
Albo do puszcz pierwotnych, jak w moim ekologicznym
marzeniu.
fragmenty z korespondencji Czesława Miłosza z Konstantym Jeleńskim
wyd. Zeszyty Literackie, 2011
wiersz Czesława Miłosza Do Natury
z tomu "Wiersze ostatnie", 2006
fragment tekstu Natura ze "Spiżarni Literackiej", wyd. Wydawnictwo Literackie, 2011
oraz fragment tekstu Stanisława Witkiewicza poświęconego Józefowi Chełmońskiemu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz