niedziela, 26 lutego 2012

Postać i paciorki różańca

Obudził go, w środku nocy, przenikliwy zapach deszczu. Srebrzyste paciorki spływały cienkimi sznureczkami po gładkich szybach okien. Wiatr zrywał je, by nawlec na przeźroczyste żyłki tworząc kryształowe naszyjniki iskrzące się w poświacie niedalekich latarń. Czyjeś ślady stóp utonęły w przydrożnej kałuży. Rozpłynęły się kręgami wspomnień dotykając płynnej granicy chwilowego istnienia. Podmuch wiatru, kolejnym ruchem, zacierał ostatnie dowody czyjejś obecności. Trzepotem rozłożystych skrzydeł zagłuszał echo kroków oddalających się pospiesznie.Już nie dowie się kto, pod jego oknami, przemykał w samym sercu samotnej nocy, która zasnuwała wszystko nieprzeniknionym woalem tajemniczości. W nocy życie toczyło się, jakby całkiem innym torem, a on przyglądając się jej z wnętrza, własnego gwałtownego rozbudzenia, stawał w szczelinie między rozwarstwiającymi się płaszczyznami wszechogarniającej ciemności. Czuł gęstość z jaką obejmowała nagie sylwetki budynków, czarnym aksamitem zasłaniając ociemniałe wystawy sklepów. O tej porze nie przyciągały niczyjego wzroku, traciły na swojej atrakcyjności i wobec własnej przyblakłej urody, zastygały w przygaszonym zawstydzeniu.
Ileż razy zdawało mu się, że sam jest takim nieruchomym przedmiotem na wystawie życia, z czasem stającym się nieatrakcyjnym dla nikogo, poszarzałym i całkiem niezauważanym. Może stąd tak dobrze czuł się w ciemnościach nocy, która wszystko ujednolicała, zacierając różnorodność kształtów i barw. Jednocześnie wymagała zwiększonej uwagi, wytężenia wzroku i szukania jasności, w sobie samym, by przyświecać sobie w ociemniałych porach jej panowania nad światem. Dzień wszystko rozjaśniał, ułatwiał, stawał się widocznym drogowskazem, niewymagającym przewodnikiem prowadzącym nas za rękę we właściwym kierunku. Noc była wymagająca. Uwielbiał ją za to, że potrafiła go zmobilizować. Obudzić się silniejszym.Uchylił okno i spróbował złapać za jeden z deszczowych sznureczków, ale przeźroczyste paciorki rozsypały się nawlekając na linie wyryte głęboko w jego dłoni. Uśmiechnął się do siebie. Tyle razy w życiu wszystko mu się rozsypywało, ale jeśli tylko mieć siłę, by swoje życie uchwycić w dłonie, zawsze znajdzie się jakaś, choćby wątła, żyłka na którą uda się nawlec potłuczone kawałki codzienności. Swoisty różaniec modlitewnych próśb o łaskę nowego życia. Instynktownie zaczął przebierać palcami, ale jedyne co poczuł, to szorstkość skóry na opuszkach palców. Przestał. Czy jest w nim mniej wiary? A może z wiekiem wymaga się od niego więcej? Spojrzał w oczy świętych, pełne czułości, patrzące na niego z obrazków na pobladłych ścianach. Oni nigdy nie zasypiają. Nie szarzeją. Wybrańcy. Paciorki. Na różańcu między miękkimi opuszkami palców Boga.
Usypiał go przenikliwy zapach deszczu i dźwięk srebrzystych paciorków spływających cienkimi sznureczkami po gładkich szybach okien. Słyszał jak czyjeś ślady stóp utonęły w przydrożnej kałuży. Rozpłynęły się kręgami wspomnień dotykając płynnej granicy chwilowego istnienia.


poniedziałek, 20 lutego 2012

Łyżeczka cukru

Jakże może byćże ta pieśń dzisiejsza
jest tylko odbiciem tegoco było wczoraj

Może czasami zdaje mu się, że wszelki chaos tego świat wciąż przysiada na jego wychudzonych barkach donosząc o wszelakich nieszczęściach i znojach mieszkających w zamkniętych, za oknami, ludzkich światach. Takich małych, między niemymi ścianami wygłuszonymi ociemniałymi portretami, wypłowiałymi zdjęciami w nazbyt ciężkich ramach, obrazami bezwbarnymi, które rozpościerają na płótnie poranną mgłę, opadającą na poduszki podszyte sennymi nie-marzeniami.
Nie napełni nimi wąskiej szyi zaschniętego długopisu. Jeszcze śpi snem dziecka.
Drzwi do niego zdają się być na wpół-otwarte. Szukam klamki.
Reszta zdaje się piórkiem puchu, lekkim i osiadającym w bieli niewinności na białych kartkach.Nieśmiale wyglądające zza chmur, słońce, rzuciło promienistą łunę na przykurzony parapet. Wypłowiałe strony gazet spojrzały zdziwione, dzisiaj już, niewiele znaczącymi tytułami. Litery bezimiennych listów patrzą na siebie w wykrzywionym zwierciadle niedowidząc własnego odbicia.
Podnosi do ust łyżeczkę cukru. Słodko.Wyjdzie naprzeciw światu. Obejmie drzewa życia silniejszymi ramionami.
I psa spostrzegłszy przy drodze. Bezpańskiego. Pogłaszcze czule.
Posłucha śpiewu ptaków. Śpiących. Słodko.



Sandomierz Pana Jarosława
Jarosław Iwaszkiewicz, ur. 20 lutego 1894 roku w ukraińskim Kalniku


sobota, 18 lutego 2012

Kieszonkowy zegarek

Rozkruszałam się ostatnio na milionowe cząsteczki Małgoś, z których każda biegła w inną stronę, chwytając różnych niteczek kłębiących się powinności, poruszając się w odmiennych przestrzeniach i wymiarach samej siebie. Wieczorem wchodząc do domu wszystkie były już tylko garstką drobinek zgarnianych zmiotką i szufelką, próbujących się posklejać, dopasować do siebie jak kawałki puzzli, poukładać wewnętrznie.Dzisiaj o poranku spoglądając na swoje odbicie w lustrze zobaczyłam jedną z kobiet Jean’a Metzinger’a, utkwioną w roztrzaskanej rzeczywistości. Jak ocalić, cokolwiek, z tych strzępków mijającego tygodnia?
Zwalniam. Przede mną wytęsknione dwa dni, kiedy czas spływa, gęstymi kroplami, po wskazówkach kieszonkowego zegarka. Niespiesznie spoglądam jak jedno drgnięcie sekundnika rozbija cząsteczki czasu na kruszyny od razu odchodzące do przeszłości. W zagłębieniu dłoni wyczuwam bijące serce zegarka i zdaje mi się, że w tej jednej chwili, potrafię uchwycić czas. Zamknąć go w dłoni pod wygrawerowanym, cienkimi wskazówkami, wieczkiem zegarka.
Chowam się. W przydużym swetrze naciągając po koniuszki palców zbyt długie rękawy. Pod grubymi, wełnianymi splotami nie widać mojej zbyt mocno naciągniętej skóry, przeźroczystej, ujawniającej tętniące pod nią życie. Nazbyt obnażającej to, co wolałabym ukryć.
Chowam się. W życiu innych, przyglądając się twarzom "Ocalonym z XX wieku". Chowam się za ich historiami dostrzegając płytkość własnych przeżywanych ostatnio dni, mimo gęstości z jaką osiadły na moich rzęsach, przysłaniając jasność widzenia.
Twarze ocalonych, z których każda jest zapisem życia nie tylko na taśmie fotograficznej Mikołaja Grynberga, ale także na taśmie życia. Już nico zniszczonej, pełnej zarysowań, gdzie barwy przybladły, choć nie straciły na ostrości przekazu. Intensywności.
Ocaleni. Mówią o żydowskim losie splątanym z polskością, uwięzionym we wspólnej - ale nie symetrycznie sprawiedliwej w cierpieniu - historii (...) Ale trzeba też, aby te historie nie zaginęły. Grynberg przez zaginięciem uratował kolejnych dwadzieścia pićć, bo tyle osób podzieliło się z nim swoimi wspomnieniami, od który nie potrafili się uwolnić przez 70 lat (...) I po przeczytaniu - jestem pewna - nie zapomni, napisała Teresa Torańska.Sam autor, we wstępie, tłumaczy: "Spieszyłem się i zdążyłem, ale bardzo dobrze wiem, że PAMIĘĆ, której dotąd strzegli oni, przechodzi pod naszą opiekę. Zdaję sobie sprawę, że czas nie leczy ran, tylko zamazuje przeszłość. Postanowiłem jednak stanąć po stronie tych, którzy wierzą, że im lepszą będziemy mieli pamięć, tym rzadziej będziemy popełniali te same błędy. Wierzę, że ta książka jest czymś więcej niż tylko moją podróżą sentymentalną".Wskazówki kieszonkowego zegarka zaczynają się cofać, z jeszcze większą siłą rysując wieczko je przykrywające. Podnoszę je, by wskazówki mogły swobodnie zakreślać czas miniony.

"Ocaleni z XX wieku" Mikołaj Grynberg
wyd. Świat Książki, Warszawa 2012

poniedziałek, 13 lutego 2012

Życie które jestem im winna


Ile kobiet i dziewcząt mieszka we mnie?
Spotykają się w końcu od lat w mojej krwi.
A więc najpierw ta ja-dziewczynka z krótką grzywką
tuląca do siebie łaciatego kota na spłowiałej
fotografii i nieznana mi prababka z Wilna,
błagająca przed obrazem Ostrobramskiej o cud
poczęcia. Jeszcze śniada ogrodniczka
z pełnej słońca Toskanii i roześmiana hafciarka
z kamienistej uliczki w Sozopolu. Cyganka,
wędrująca z taborem drogami podkarpackich dolin
i ta dziwnie skryta święta Teresa od Dzieciątka
Jezus, modląca się do Pana Boga słowami
własnych wierszy. Może także żydowska matka
spalona razem z dziećmi w Birkenau i uczennica
z Biesłanu, zabita podobno przez pomyłkę.
                 Mam swoje krewne i znajome
w górach i na pustyni, nad brzegami mórz
i wśród sadów Mandżurii. Nocami
rozmawiam z nimi szeptem, a one powierzają mi
wszystkie sekretne myśli, których nikomu
nie mogę wyznać. Moje serce bije jednak wtedy
dwa razy szybciej, ażeby zdążyć podzielić się z nimi
tym życiem, które im jestem winna.
wiersz Konfrontacje Adriana Szymańska
107 Zeszyty Literackie, jesień 2009

wtorek, 7 lutego 2012

Postać - między pagórkami

Sen przeciągał się jeszcze leniwie między jego łopatkami, jak między pagórkami, do których przylgnęła pomarszczona połać czasu. Zwykł żartować, że całe piękno minionego świata ukryte jest w płytkiej dolinie między jego wystającymi łopatkami. Gdy odwrócić głowę, spojrzeć wstecz, nie sposób było go dostrzec, za to można było poczuć w dreszczach przenikających wzdłuż paciorków kręgosłupa. Jakby będąc nutami próbowało znaleźć swoje miejsce na żyłkach naciągniętych na smyczki Stradivariusa. Przyznawał, że czuł się czasami nagim instrumentem w rękach wirtuoza, a jeszcze częściej w rękach muzycznego nieudacznika, który raz to próbował wygrywać delikatną kantylenę, innym razem nieprzewidywalną wariacją. Życie pogrywało z nim jak chciało.
Wyprostował się. Na chwilę rozprostowując wszystkie swoje zagniecenia. Poprawił siwe kosmyki włosów, które na bieli poduszki wyglądały jak cienkie niteczki przypadkowo wyślizgujące się z podszewki. Unosząc głowę zdawało mu się, że rozpruwa się sfatygowana poszewka, a z niej wysypują drobinki niedospania, jak koraliki z długich sznurków przetartych snów. Kawałeczki krótkich przebłysków dotkliwego istnienia i kłębowisko potarganych myśli, które nocą osiadały na poduszce niczym mgły wieczorne, nie pozwalając dostrzec końca drogi.Kolejny poranek. Przed nim mozolne przewlekanie nitek przez wąskie ucho igielne. Coraz trudniej przez nie się prześlizgnąć, a przed nim zszywanie, minuta po minucie, nowego dnia. Ręce coraz bardziej drżące, czasem jedynie sfastrygować się udawało. Innym razem nieco mocniej związać ze sobą mijające chwile, tak by stworzyć, pod koniec dnia, swoisty patchwork z płytszych i głębszych oddechów, by schować pod nim chłód zasypiającego o zmroku dnia.
Tymczasem śniadanie. Tradycyjnie, miało posmak niedospania, ale przyzwyczaił się do niego i dziwnym byłoby odnalezienie innej nuta na podniebieniu. Przed nim codzienny spacer. Równie tradycyjny. Spojrzał na parę ciężkich butów wyglądających z półki przytartymi noskami. Znowu będzie musiał się przed nimi pochylić. Po jednej z nielicznych wizyt w Paryżu nazwał je „napoleonkami”, bo pochylał się nad nimi jak nad sarkofagiem wielkiego wodza w Dôme des Invalides. Ileż one już z nim przeszły, ile ścieżek wydeptały. Odporne, bardziej niż on sam, na zmiany zachodzące w pogodzie, także tej odmiennymi odcieniami zabarwiającej jego duszę. Nieprzemakalne, jakby nieczułe na wszelkie niedogodności aury i wyboistość drogi, którą przychodziło im razem przemierzać. Pokonując pagórki wyrastające ponad miarę jego własnych sił. Jakby pokryte oblodzoną warstwą niemożności sprawiając, że nie mógł czasami wysłowić własnej bezsilności. Czuł, że słowa przywierały do jego warg zamieniając się w ledwo dostrzegalną mgiełkę osiadającą szeptem na szybach okien. Milczące. Jak teraz wyczytać w tych mroźnych rozetach znaczenie niewypowiedzenia? Czasami uchylał okno, bo ująć między palcami garstkę gwiezdnego puchu rozcierając śnieżny miąższ, docierając do rdzenia wszelakiego istnienia, do serca gorącego obleczonego warstwą chłodnego szronu. Docierając do siebie. Innym razem przykładał palce do szyb oblepionych mroźnymi freskami czekając, aż pod wpływem ciepła zaczną zatracać swój finezyjny kształt, wtapiając w zagłębienia wyryte dłutem czasu na jego długich palcach. Swoistych działach drzeworytu.
Tym razem to on odciskał ślad swojego istnienia. Ukryty między pagórkami niewypowiedzianych na głos słów. Postać, niedostrzegalne piękno drżące między pagórkami mojego dziedzictwa.

środa, 1 lutego 2012

Zamilkliśmy nagle


Gawędziliśmy sobie,
zamilkliśmy nagle.
Świat nagle posiwiał zatrzymując na moment oddech i ślady własnych stóp na progu krakowskiego mieszkania. Zamknęły się okładki do tomiku najpiękniejszej poezji. Zatrzasnęły szufladki z pamiątkami całego świata. Cisza przysiadła chowając twarz w drżących dłoniach Poezji.
Jak teraz uwolnić słowa z niewoli ust pokrytych warstwą chłodu?
Umrzeć - tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Wisława Szymborska
(2 lipca 1923 - 1 lutego 2012)
fragmenty wierszy Ze wspomnień i Kot w pustym mieszkaniuz tomiku "Miłość szczęśliwa i inne wiersze", wyd. a5