poniedziałek, 29 lipca 2013

Supełek zgubionego oddechu

Zapisać mijający dzień można najprędzej wieczorem, lepiej nazajutrz, pełniej po paru tygodniach, najdoskonalej - w pełnym splendorze zmyślenia i prawdy - po latach, notował w "Dzienniku" Jerzy Pilch, a mnie przychodzi pokusić się o ryzykowne stwierdzenie, że z perspektywy czasu, w nieuchwytnym i nienamacalnym oddaleniu, większość zdarzeń zdawać się może zmyśleniem z krztyną prawdy, utrwalonym w rdzeniu białej kartki, w grubych warstwach stopionego wosku wyglądającego niczym fałdy powieki niedowidzącego starca. Samokształtujące się w przemijaniu, gaszące istotę własnego istnienia w świetle dygoczącego z przejęcia płomienia rozpraszającego światło zmiękczające ostrość widzenia fragmentaryczności zdarzeń, oddalającego od spostrzeżenia zmian w rysach twarzy odnajdywanej w zamglonym zwierciadle porysowanego lustra. I zdawać się może, że zanikając od wewnątrz, splot za splotem cienkiego knota nasączonego pragnieniem życia, w tym powolnym odkładaniu się niezgrabnie wyglądających warstw przemijania, świeca otrzymuje dar życia tylko dla siebie samej. Nikomu już nie przyświecając, nie rozświetlając mroku i wyczesywanych z moich włosów drobinek przeżytych epizodów codzienności.
Zmywam z oczu obrazy utkwione między rzęsami, dostrzegając przemijanie urody dnia więdnącego jak niezdolny do rozwinięcia się pączek róży. Ostry rogalik księżyca, wyglądając zza szczeliny granatu nieba, odlicza ostatnie tchnienie światła przysiadłego na wierzchołkach moich palców próbujących wyczuć w ciemności zarys granicy opadającej kartki z kalendarza. Odsłonięcie tajemnicy. Na wysokości ust krople atramentu próbują spić z warg ciszę zawieszonego niewypowiedzenia. Słowa nieporadnie wydrążają zarys swojego znaczenia w gęstej ciemności schodzącego na mroczną ziemię zmierzchu. Pora zapisywania. Nie ona zdaje się jednak istotną, ale możność ponownego zaistnienia zdarzeń uchwyconych w procesie zapisywania. W sklepieniu ciążących wrażeń wydających się nazbyt błahymi wobec przerwanych nagle snów wyniesionych ponad racjonalną doczesność. Zalążków marzeń kiełkujących spomiędzy ścisłych splotów bawełnianych włókien poszewki.
Zaciśnięty supełek zgubionego oddechu. Kropla na końcu zapisanego mijania. 

BÓL, Z KARTEK DO NOTOWANIA,
ośnieżony, zasypany śniegiem;

w luce kalendarza
kołysze go, kołysze go
nowe narodzone
nic.

* * *
NIECZYTELNOŚĆ tego
świata. Wszystko dwoiste.

Twarde zegary
przyznają rację godzinie rozpadu,
ochryple.

Ty zakleszczony najgłębiej siebie,
wydobywasz się z siebie
na zawsze.

wiersze Paula Celana z tomu "Psalm i inne wiersze"
wyd. Biblioteka Poetycka Wydawnictwa a5
pod redakcją Ryszarda Krynickiego




niedziela, 21 lipca 2013

Genesh w Kalkucie

W zakurzonych skrzyniach drobne kamienie
sprzed milionów lat, kości dinozaurów,
szkielety myszy, ledwie opisane,
żółw bez głowy i kołnierza,
jego pancerz wygląda jak kocioł,
w którym na ulicy bieda gotuje się
na otwartym ogniu.
Pachnie jak w szkole w Berlinie,
gdy nie wiedziało się, jaki sens
ma oglądanie kości, krzemienie, toporne grzebienie,
którym ewolucja czesała się
bez powodzenia. Tutaj, w muzeum w Kalkucie,
staje się dla mnie jasne, że to nasze kości
prażą się w skrzyniach. W rogu
gruby bóg z głową słonia,
śmiejąc sie, mówi do swojego telefonu:
Nie należymy do nikogo. Już nawet nie do samych siebie.

 Muzeum Narodowe w Kalkucie
Michael Krüger 
122 Zeszyty Literackie, lato 2013


środa, 10 lipca 2013

Zawahał się na progu nowy dzień

(...) i piszę ci o wszystkim, co myślę i co czuję, to dla mnie konieczność.

Zawahał się na progu nowy dzień. I mnie nie było spieszno progu nowego dnia przekraczać. Nie wiem nawet, które za nas bardziej będące niepewnym tego, co budziło się jeszcze nieśmiało wraz z pierwszymi promieniami słońca, świergotem bezimiennych ptaków przysiadających na ogrodzeniu i dreptaniem szpaków we frakach urządzających sobie śniadanie na trawie. Drżenie niepokoju. Niczym poruszona w oknie firanka frywolnie poddająca się objęciom delikatnego powiewu rześkiego powietrza. Drżenie niepewności. Kiedy dłoń nieruchomieje nad powierzchnią czystej kartki czekającej na odciśnięcie się pierwszego słowa, jak stopy na równiutkim dywanie piasku nieporuszonym ruchem fali żadnego z miliona ziarenek.
Akt pisania, obsesyjnie przywiązany do stylistycznej doskonałości, do precyzji zdania i trafności wyrazu. I podobnie jak autor "Madame Bovary", bez wahania deklaruję, iż "celem jest styl". To wypatrywanie frazy doskonałej albo raczej jej obłąkańcze niemal wyobrażenie (...)
W filozoficznych rozważaniach, w poszukiwaniach sensu własnej egzystencji, pisanie spostrzegając jako ratunek i terapię, swoiste uleczenie własnych słabości i zwątpień. I nie sposób oderwać swojego spojrzenia przenikającego fragmenty „Dziennika intymnego” Henri Frederica Amiela czy dostrzegającego z okna pragnienia „Pani Bouvary” Flauberta. Przychodzi włóczyć się zapisując spostrzeżenia jak Rousseau czy Chateaubraind, próbując określić literacką przynależność między Północą i Południem, wybierając kierunek geograficzny wedle wyznaczonych granic przez Madame de Stael, przenikając wraz z Senancourem listowne zmagania „Obermana”, który pisarzem pragnie zostać, ale przede wszystkim po to, by zagadać pojękującą w nim smętnie depresję, by słowami zasypać otwierającą się pod jego stopami przepaść szaleństwa. W końcu ramy obrazów zapełniając zapisem myśli jak Delacroix, z porażają świadomością ulotności tego wszystkiego, co nie zostało utrwalone kroplami atramentu na kartce, gdzie  odnajduje się za zaułkiem każdego akapitu tragiczne zmagania ze własną nieporadnością, co sprawia, że tym bardziej nie sposób nie zawahać się nad sensem tego, co na co dzień staramy się zapisać własnym życiem topionym w grząskim potoku słów.
Jakże wtedy trudno zamknąć oczy, odwrócić wzrok już na zawsze naznaczony „Melancholijnym spojrzeniem” Piotra Śniedziewskiego, podczas gdy, spojrzenie to potrafi przekształcić się w przeraźliwą doczesność w odniesieniu do metafizycznego doświadczania egzystencji, ale  i realizowaniu się w twórczej powinności przez dziewiętnastowiecznych bohaterów literatury, pisarzy, malarzy i filozofów, dla których pisanie stało się potwierdzenie własnego istnienia i koniecznością zachowania swoich myśli w piśmie będącym schronieniem, "marzycielską medytacją", ale i efektem przepracowania swoich porażek, duchowej pustki, ale i oswojenia nieuchronnego nadejścia śmierci. Milczenia. Za nim kryjącego się końca niezapisanych na czas słów i wygaśnięcia na zawsze zamglonego spojrzenia jak na płótnach Turnera. Tego, które odbijało się w zmąconym zwierciadle i tego, które ujrzało świat takim, jakim go sobie chcieli wyobrazić, spostrzegając przez otwarte okno pragnienia wydobycia się w ograniczeń własnego istnienia przepełnionego bolesną pustką, "chorobą" życia., kiedy zdarzało mi się, rzadko, ale parokrotnie, zapomnieć, że jestem na ziemi jak cień, który się przechadza, ale niczego nie może posiąść.
"Melancholijne spojrzenie" Piotra Śniedziewskiego to zachwycający zbiór szkiców poświęconych dziewiętnastowiecznej melancholii w sztuce, a każdy z tych dziewięciu szkiców pod piórem autora stając się namiętnym spojrzeniem na akt pisania, w oczach czytelnika stając się wejrzeniem w siebie.
Zawahał się na progu nowy dzień. Dla tej niewielkich rozmiarów, ale gęstych prozą, książeczki nie zawahałam się zatracić w melancholijnym spojrzeniu, a może nawet nie zawahałabym się go dla niej utracić.

Piotr Śniedziewski "Melancholijne spojrzenie"
wyd. Universitas, Kraków 2011