Przy śniadaniu

Sen płowieje na poduszce. Drepczę pustą ulicą szukając swoich śladów w odbiciu wczorajszego dnia. Pustej wystawy oddanej do remontu, gdzie cisza zagłusza rozbudzone własnym krzykiem myśli. Opieram palce na krawędzi kartki szukając bezpiecznego brzegu po drugiej stronie dłoni. Milczeniem wypełniam puste kawiarniane stoliki, doniczki na parapecie okna, filiżanki osiadłych na dnie słów.

Przekraczam granice nieznanych miast dających poczucie anonimowości, swobodę chwytanych ukradkiem spojrzeń i możliwość pisania siebie od nowa. Krojenia kromki chleba smakującej inaczej niż Twoja codzienna obecność, niezmienna jak wschody i zachody słońca na krańcu wstążki granatowego morza. Nie dosięgam. Mokrymi placami rysując płynność przemijania na zimnym piasku.

Sen płowieje na poduszce. Niczym stare zdjęcia niepamiętające ważnych zdarzeń. Nieostre kadry poruszonych wzruszeń. Melodii rozciągniętych na pagórkach mglistych krajobrazów pachnących pomarańczą i skórką z cytryny. Plasterki życia układam na spodeczku Twojego uśmiechu nie pytając o nic.  




Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...