Jarosław Iwaszkiewicz

Nikt inny tak tobie nie powie

35. rocznica śmierci Jarosława Iwaszkiewicza

Tymczasem to, co uważał za swoją słabość, z czasem okazało się siłą jego twórczości. Właśnie owa staroświeckość, to, że nie podążał za swoim czasem (prócz kilku prób socrealistycznych) i był "niedopasowany". Był wierny swojemu odczuwaniu świata. "To chyba i cała wada mojego pisarstwa, wszystko tam odczute, a nic nie pomyślane". Nikt tak jak Iwaszkiewicz nie opisał i nie odczuł zagadki śmierci. (...)
Iwaszkiewicz w Dziennikach obsesyjnie żegnał się z przeszłością. Powtarzał swoje pytanie z dzieciństwa: "I to wszystko?", które jest znakiem nienasycenia życiem. Ale też nie wierzy, żeby coś jeszcze było przed nim. Przyszłości nie widział. Widział tylko fiasko wspaniale zapowiadającej się drogi. Tymczasem pod sam koniec życia, niedługo przed śmiercią w 1980 roku, powstały najpiękniejsze wiersze, jakie kiedykolwiek napisał do tomu Mapa pogody Muzyka wieczorem. W tych strofach jest i niewygoda starości, i czułość dla minionych ludzi i przedmiotów, i żal, że nikogo się już nie obchodzi. I świadomość, że "świat będzie tak sam. Beze mnie". I jest też poczucie, że mówił o poezji (w prozie również) własnym i zupełnie wyjątkowym głosem. "Ty - nie zostawiaj mnie tutaj samego/ Gdy odlatują gwiazdy i bogowie/ Posłuchaj słowa prostego mojego/ Bo już nikt inny tak tobie nie powie".

fragment "Nikt inny tak tobie nie powie" 
autorstwa Justyny Sobolewskiej
z książki "Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia"
pod redakcją Anny Król



















Nigdy jeszcze nie byłem tak z bliska przy tworzeniu się człowieka

Chwytam się nieśmiałych jeszcze promieni słońca, aby niczym marionetka stanąć niepewnie na słabych nogach o poranku oszronionym niezdecydowanym odchodzeniem zimy. Równie nieśmiało próbuję zapisać swoje pierwsze odczucia, w drżeniu dłoni, nie mogąc odnaleźć właściwych liter na klawiaturze. 
Kiedy jakiś czas temu przeczytałam pierwsze fragmenty tej korespondencji wiedziałam, że przyjdzie czekać na publikację niezwykłą. Dzisiaj czuję jakbym rozwiązywała długą wstążkę, obejmującą pokaźny pęk uczuć delikatnych niczym liście opadające na jesieni. Jej końcówki są dwiema istotami złączonymi ze sobą nie tylko splotem tkaniny życia, ale połączonymi przez Opatrzność, aby uratować każdą z nich razem i z osobna. Każdą na inny sposób. 
Spoglądam jak rozwiązująca się powoli tasiemka prześlizguje się między moimi palcami wytyczając drogę do odczytania kształtu liter i uchwycenia melodii, zapisanych w odręcznym piśmie, słów. Jestem jak niewidzący posługujący się alfabetem Braille'a, wyczuwając wypukłość punktów stanowiących swoisty kod do odczytania znaczenia ukrytego w geometrii, skreślonych na kartkach papieru, myśli. Ja go szukam. Kodu do ich wzajemnych uczuć, do relacji przejmujących i niełatwych, a jednocześnie przypisanych sobie losem zmienności życia. Ich obu. Jarosława Iwaszkiewicza i Wiesława Kępińskiego. Pisarza i osierocone dziecko. Ojca i syna. Przyjaciół. Bliskich i odległych sobie. 
Wzruszenie zastyga w gardle dławiąc każdą opadającą łzę zrodzoną w zawstydzeniu własnej słabości, jak rodzi się więź między Jarosławem i Wiesiem. Nieporadna jak pierwsze listy chłopca, świadoma i ważna, jak wyznania Opiekuna: Nigdy jeszcze nie byłem tak z bliska przy przemianach dojrzewania, przy tworzeniu się człowieka. I tak lęk mnie ogarnia, że każdy twój krok dzisiaj jest wyborem na całe życie.
Jestem na początku ich wspólnej drogi. Wsłuchuję się jak mała roślinka, posadzona w całkiem nowej ziemi, zapuszcza powoli korzenie. Czerpie siłę i witalność z czułości i opieki jaką się ją obdarza. Rośnie, także w sobie samej, poznając nowe smaki, zapachy, poddając się ciepłemu oddechowi bezpieczeństwa. Z dala od biedy i głodu. Poczucia osamotnienia. Zapełniając powoli odczuwaną pustkę bliskością i poczuciem przynależności do kogoś. Rozkwitając pod parasolem ochronnym miłości. Rodzi się na nowo. Do nowego życia i szansy na lepsze, pełniejsze istnienie, nie tylko dla siebie, ale także dla swojego opiekuna. Chciałem Ci tylko powiedzieć, że w ciągu tego roku żyłem też bardzo mocno dzięki tobie i chwilami nawet byłem szczęśliwy: jest to jeden z najpiękniejszych czasów mego życia. Wiedz o tym.
Kolejna pożółkła koperta. Wyblakły znaczek. Pocztówka z Watykanu.
Książka listów. Pudełko wspomnień. 
Rys pękniętego życia dziecka pod sklepieniem wielkiego serca Pisarza. 
Wtapiam się w słowa wstępu Roberta Papieskiego.
I trudno jedno wzruszenie oddzielić od drugiego, jakby książka nie składała się ze zbioru doraźnie pisanych listów, lecz stworzył ją jakiś majster literacki, który zadbał o to, by znalazło się w  niej wszystko, co powinno wyróżniać dobrą powieść epistolarną. Bo korespondencja Iwaszkiewicza i Kępińskiego czyta się jak powieść w listach, w której można wydzielić trzy równorzędne wątki: opowieść o artyście, opowieść o rozwoju duchowym i dzieje przyjaźni.
Przede mną jeszcze ponad czterysta listów pisanych na przestrzeni trzydziestu lat. Dwóch mężczyzn, którzy zapisali wspólnie własną drogę życia i swoistego odrodzenia. W odchodzeniu i powrotach. W rozłące ostatecznej i ostatniej próbie powrotu do już nie takiego samego domu.

"Jarosław Iwaszkiewicz / Wiesław Kępiński
Męczymy się obaj. Korespondencja z lat 1948-1980"
Opracowanie: Agnieszka i Robert Papiescy
wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2014


Wielkie biografie mają swój własny rytm

Powędruję przez owo morze samotności, a pazie błękitnoocy
i pazinie poniosą swój długi, ciężki tren z żółtego aksamitu, pachnący łubinem.

On poniósł. Uniósł. Ponad doczesność. Przywołując postać Jarosława Iwaszkiewicza ponownie do życia. Innego życia. Może też po trochę dlatego, że zapełniającego się teraz uczuciami czytelników, bijącego nie jednym sercem, ale sercami wieloma, tych, którzy ujmują między palcami cienką kartkę papieru, jak płótno malarza przesiąknięte kwintesencją życia.
Zwykła karta, zdawać by się mogło, ale gdy spojrzeć na nią z boku, na jej brzeg wyraźnie wycięty prostą krawędzią wytyczającą granicę słowa, wydaje się być wąziuteńką szczeliną, przestrzenią skupiającą w sobie uczucia wzajemnego przenikania się myśli między pisarzem a czytelnikiem. Czasami przypominając spacer po cienkiej linie zawieszonej ponad płaszczyzną odczuwania, a może budowania wyobrażenia o sobie nawzajem. I to życie, które się rozsypuje na malutkie kawałeczki, na impresje, na dygresje, coś jak kalejdoskop bez symetrii nagle staje się spójną całością, uskładaną z maestrią mozaiką kolorowych szkiełek tworzących wielobarwną kompozycję zmieniającą się w zależności od tego jak pada światło naszego spostrzegania subtelności niełatwego splotu marzeń, pragnień, oczekiwań i dopełniających je rozczarowań, goryczy, morza samotności. Istne panoptikum, które dzięki finezji i talentowi biografa staje się przejmującym obrazem nietuzinkowego życia, zazębiającej się turbiny wydarzeń, które następując po sobie łączą się tworząc dzieło życia. Biografię. Jedną z najważniejszych.

Powiedziałeś mi, Pawle, że takiego życia,
Nie zniósłbyś ani chwili. Ale ja mam inne,
Które jak ciężka rzeka, skryta pod sklepieniem,
Przemyka się szerokim, choć ciężkim korytem
Ukryta - kwitnie wszakże co wiosna białymi
Kwiatami, które pachną i powoli więdną,
Słońca nie wiedzę może - ale też tym bardziej
Pełne są znaczeń trudnych, których nie wyrażę.
Nad tym życiem - to wszystko, co widzisz i ludzie
Widzą - jest tylko cieniem, złudzeniem budowy.


"Inne życie", skryte pod sklepieniem pierwszego tomu biografii Jarosława Iwaszkiewicza, zawdzięczamy Radosławowi Romaniukowi i choć zapewne trudno nie zgodzić się z Markiem Radziwonem, który w biografii politycznej "Pisarz po katastrofie" notował: Ktokolwiek pisze o Jarosławie Iwaszkiewiczu, musi mieć poczucie, że mimo wysiłków nie zdoła całkowicie poznać tej niezwykłej osobowości, odnoszę wrażenie, że Radosława Romaniuk poznał ją, może jak nikt inny. Podszedł do Jarosława Iwaszkiewicza tak blisko, jak tylko było można zbliżyć się do ogromu wrażliwości wyrytej w historii literatury polskiej, tej ciężkiej rzeki niełatwych relacji wahających się na skali temperatury uczuć, wielości emocji i potęgi artystycznego spełnienia. Poznał na tyle, choć zapewne wciąż jeszcze poznaje, na ile pozwoliły mu nie tylko dokumenty, listy, wspomnienia, dzienniki czy przepastne archiwa, ale na ile pozwolił mu sam Pisarz. Bliskość ich wzajemnej relacji. Bez niej, być może, nie byłoby "Innego życia". Bez tego, dla nich obu, spotkania w szczelinie kartki. Spotkania tak ważnego, tak ucieleśnionego w twórczym dopełnieniu, że jego znaczące znamię dostrzegli także: Instytut Książki i zespół miesięcznika "Nowe Książki" przyznając Nagrodę "Nowych Książek" za rok 2012 Radosławowi Romaniukowi, którą autor odbierze 19 lutego, jakże symbolicznie, w przeddzień urodzin Pisarza. To jak słodycz dojrzałej poziomki rozgniecionej na ustach próbujących wyrazić słowami niewysłowiony smak wtajemniczenia.
Adam Zagajewskiej w swojej książce "Poeta rozmawia z filozofem" pisał o biografach: Różnią się od innych pisarzy tym, że w zasadzie nie chcą wcale dokończyć swych dzieł. Niby śpieszą się, niby chcą dotrzymać terminu wydawniczego, przesuwanego z roku na rok ku rozpaczy redaktorów wydawnictwa, niby widzimy ich w archiwach i później gabinetach, jak całymi dniami pracują na powoli rosnącym tekstem, ale - z drugiej strony - drąży ich zarazem obawa, że czegoś nie znajdą; nie odnajdą ważnego listu, nie dotrą do ostatniego żyjącego świadka i ich opasła książka, owoc tylu lat, rezultat tylu trudów i wyrzeczeń, już po roku przestanie być definitywną biografią.
Tymczasem ja czekać będę niezmiennie urzeczona, wypatrując na półkach księgarń drugiego tomu biografii, kolejnej odsłony "Innego życia", przyjmując z pokorą wiernego czytelnika nieograniczone przestrzenie czasu, bo przecież wielkie biografie mają swój własny rytm, rosną niemal tak powoli, jak rosło życie ich bohatera.


fragmenty:
wiersz Jarosława Iwaszkiewicza
Inne życie z I tomu wierszy, wyd. Czytelnik, 1977
Prozy poetyckiej Łubin, wyd. Czytelnik, 1958
biografii politycznej Marka Radziwona "Pisarz po katastrofie"
wyd. W.A.B., 2010
książki Adama Zagajewskiego "Poeta rozmawia z filozofem"
wyd. Zeszyty Literackie, 2007


Ty się zjawiasz wciąż na nowo

Ty się zjawiasz wciąż na nowo,
wpadasz, gadasz to i owo.
Znów, jak żywy, w drzwiach mych progu,
tak stoisz jakbyś był prawdziwy...


Podśpiewuję sobie za Dorotą Miśkiewicz spoglądając na, stojące na moim biurku, zdjęcie Pana Jarosława, z całym uwielbieniem dla niego jakie we mnie drzemie i pojawia się nieśmiałym uśmiechem w kącikach ust. Myślę o  Jego, wyczekiwanych przeze mnie niecierpliwie, powrotach, momentach kiedy pojawiał się w kolejnych literackich odsłonach w progach mojego domu, znów, jak żywy, tu i teraz, a przecież jednocześnie zamieszkując ze mną od tak wielu lat. Jego listy pełne zwiewnych zapisów pochwyconej chwili, dzienniki tak dogłębnie sięgające rdzenia jego człowieczeństwa i literackiej przynależności, dookreślające go jako człowieka i jako artystę, tomiki przenikliwej poezji osiadającej na rzęsach wzruszenia i tomy gęstej prozy wsiąkającej w podskórnie odczytywaną prawdę o jego własnym życiu. Nie przypuszczałam, wtedy, przed laty, że ze mną pozostanie wtapiając się w moją codzienność tak szczelnie, kiedy pierwszy raz otworzyłam przed nim drzwi do samej siebie.
Otwieram wciąż. Szeroko.
Ze spodeczka spogląda na mnie ciemne oczko mocnej kawy. Czy lubił ją bardzo słodką i czy ziarnka cukru przenosiły go wspomnieniami do Kalnika, poruszając w nim tkliwość lat dziecinnych?  Czy dodawał mleko, a może preferował esencjonalne espresso?
Przyznaję. Oddycham jego życiem, ostatnio grzesznie zachłannie, sycąc się każdym rozdziałem jego biografii. Szukając zarysu jego sylwetki na starych zdjęciach, wodząc palcem po linijkach jego egzystencji i próbując wyczuć pod palcami tętno jego przynależności do literackiego, i nie tylko, świata. Także tej nierozłączności przeżywanych uczuć, wielości spotykanych na jego drodze osobowości i piękna, które potrafił dostrzec i zapisać poetyckim uniesieniem.
Tymczasem on sam wciąż mnie oplata, swoją obecnością, a mnie jakże łatwo poddać się tym nierozerwalnym więzom dobrowolnie.
I tak jak urzekł mnie, być może po prostu mój Jarosław Iwaszkiewicz, bo wyczytany moją własną zdolnością lub niezdolnością wczytywania się między linijki jego zapisów i wypatrzony moimi, może nie najbardziej bystrymi, oczami, tak też urzekła mnie i wciąż urzeka, z każdą sczytywaną drobiazgowo stroną, biografia autora „Oktostychów” pióra Radosława Romaniuka.
Jego spokojna narracja, taktowna, w tle schowana czujna obecność przy Pisarzu, pełna zrozumienia i próby bezbolesnego dotarcia do prawdy o życiu nieprzeciętnym, rozpostartym między odległymi brzegami życiowej i twórczej identyfikacji, jak również zbudowanego na emocjonalnym stosunku do świata i ludzi, pozwala przekraczać niejeden próg istnienia, które budowało się drobnymi krokami na rozległej przestrzeni czasu.
Sam Jarosław Iwaszkiewicz notował po latach: "To poszukiwanie ludzkiego echa w drugim człowieku, tak imperatywne w epoce wczesnej młodości i prowadzące tak nieuchronnie do rozczarowań. To ciągłe przymierzanie się do innych indywidualności, to ciągłe oczekiwanie jakiegoś tajemniczego dopasowania i ciągłe rozczarowanie, i niemożność żadnej wspólnoty myślowej, nabrzmiewania nadziei i goryczy każdorazowego rozczarowania [...]"
„Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza” nie ma w sobie nic z brutalnej dociekliwości, co czyni ją szlachetnie się wyróżniającą, godną poświęcenia jej szczególnej atencji, wykradania chwil z zapracowanej codzienności. Dla niej warto wygłuszyć jednostajne tykanie zegara, powstrzymać rytmiczny ruch wskazówek, pokusić się o zatrzymanie zmienności pór roku. Jest przejrzystym poszukiwaniem prawdy, prostowaniem zagnieceń sprawionych czasem, niezrozumieniem, pomówieniem nierzadko. Jest oczyszczającym źródłem poznania, uwypuklającym kwintesencję wielu życiowych wyborów, zapętlających się różnorodnie relacji Jarosława Iwaszkiewicza z otoczeniem. Radosław Romaniuk stał się może najczulszym antykwariuszem oddającym się delikatnemu, ale jednocześnie dokładnemu i pracochłonnemu procesowi ścieranie patyny ze szlachetnego naczynia wypełnionego życiodajnym, słodko-gorzkim napojem doświadczania. Czyni przy tym, to tak, by nie uszczknąć z niego ani kropli, by nie zgubić smaku, proporcji, nie zatrzeć istoty całokształtu składającego się na wielkość i niezwykłość Jarosława Iwaszkiewicza. Zgrabnie docierając do cienkiej warstwy wrażliwości i zdolności do wielopłaszczyznowego przeżywania każdego dnia i korzystania ze wszystkich jego możliwych łask i upokorzeń, delektując się zachwytem i doświadczając grzechu, w odczuwaniu bólu i upojenia, przez jednego z najwybitniejszych twórców w historii literatury polskiej XX wieku.
Dzięki kształtnej rekonstrukcji życia Jarosława Iwaszkiewicza, tego swoistego „odbudowywania Istnienia” od samiutkich podstaw, od zagłębionych w ukraińskiej ziemi korzeni, poprzez dorastanie i dochodzenie do literackiej samoświadomości, Radosław Romaniuk pozwala nam samym, czytelnikom, dotrzeć do rozumienia czym było niełatwe życie na przełomie wieków, zmaganie się z niedostatkiem, przedwczesną utratą ojca, pragnieniem artystycznego spełnienia i doświadczania pierwszych uniesień, zasmakowania pragnienia bliskości drugiego człowieka. Przeżywania. Pozwolono nam podejść jakże blisko Pisarza,  a to czyni „Inne życie” innym życiem i dla nas samych, życiem splecionym z biografii Jarosława Iwaszkiewicza, ale także i tych kawałeczków życia samego biografa, który oddał cząstkę swojego jestestwa dla ukazania jakże przenikliwego portretu autora "Serenite". Dostajemy więc możliwość czerpania z obecności ich obu, między okładkami "Innego życia. Biografii Jarosława Iwaszkiewicza".
Wracam. Spoglądam na pozostające jeszcze, nietknięte moim niezaspokojonym wciąż wzrokiem, kartki z życia Pana Jarosława. Gdzieś za kolejnym akapitem powoli rysuje się cień coraz bliższego rozstania.

Ja, jak zwykle, cię poproszę:
jeszcze chwilę ze mną posiedź,
do niedzieli albo dłużej,
najdłużej jak tylko możliwe!

Radosław Romaniuk
"Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza"
tom I - wyd. Iskry, 2012

oraz fragmenty piosenki Doroty Miśkiewicz
Jakbyś był prawdziwy


Słyszysz?

Wyślizngęło się moje serce, mnie samej, i pełne drżenia, ujęte w jego dłoniach skruplatnie odnotowujących kolejny kawałek życia, otrzymuje dar innego rytmu, odmiennego brzmienia, bardziej melodyjnego, lekkiego, sprawiając, że dzięki temu ponownie przestaję przynależeć jedynie do siebie, dobrowolnie oddając się rytmice spisanych przez niego słów. Oddając je biografii Jarosława Iwaszkiewicza, która przesycona swoistą sensualnością, dźwiękiem ułożonych na pięciolinii fragmentów życia jest partyturą doskonałego współbrzmienia wszystkich płaszczyzn przeżywania. Między wzorzystym wachlarzem złożonych kartek słychać rodzący się oddech przeznaczenia, westchnienie zachwytu, rysuje się każde zagłębienie w dłoni Pisarza stające się wyrytymi liniami naznaczenia, zapisem literackiej powinności, która nadejdzie w najpiękniejszym rozkwicie talentu i wrażliwości na piękno świata, piękno drugiego człowieka w jego najdrobniejszych zagnieceniach, doskonałej formie wyrzeźbionego ciała, błyskotliwości umysłu, delikatności subtelnego dotyku spełnienia, lub całkowitego od niego oddalenia. Pozostając w głodzie niedosytu.
"Inne życie Jarosława Iwaszkiewicza" to jak rozdzielanie posklejanych deszczem opadłych liści. Nasycenie. Mieszanie barw, które przy najdrobniejszej przesadzie mogłyby się wydać nadmiarem boleśnie dosłownym. Tymczasem idąc obok czyjegoś istnienia pragnie się umiaru, może nawet niedosytu rodzącego łaknienie. Pragnienie. Na życie samo w sobie. I takiego łaknienia smakuje się na każdej kartce zapisanego, przez Radosława Romaniuka, jestestwa Jarosława Iwaszkiewicza poszukującego siebie w twórczości, w sztuce, w spełnieniu.
Dzisiaj stojąc u grobu Pana Jarosława, rozpalając niegasnący płomyk mojej dla niego admiracji, wierzyłam głęboko,  że  wciąż jest. W skrzydełkach jesiennych liści leżących na płycie, w drżeniu chłodnego popołudniowego powietrza, niespójnych ścieżkach cmentarnych zatartych stopami powracającej pamięci i bladości sylwetki malutkiej kapliczki.
Słyszysz?
Gdzieś pod gładką płytą nagrobną jest zastygłe serce, poruszające się pod każdym naszym oddechem, przychylnym spojrzeniem, przeniknięciem tomiku wierszy, zachłyśnięciem gęstością prozy. Śladem ciepłej dłoni odciśniętej na zimnej krawędzi życia i śmierci.

Złożyły się w ornament śliczne eglantyny,
Osypały je lekko drobniutkie brylantyny.
W cieniu mojej samotnej jodłowej gontyny
Przyszła radość poranku grać mi sarabandy.

A ty, na tle różanym przejrzystej aurory,
Na srebrnym szczycie wieży jak na brzegu kruży,
Przez ręce sypiąc kwiatów cieliste kolory,
Zrywając liść po liściu ze stulistnej róży,

- Słyszysz?

                               * * *

Milczenia położywszy na naszych skarbach dłonie,
Idziemy, zasłuchani w zmrokowy wody ton.

Jak kwiaty, pochylając ku skroniom swoje skronie,
Jak drzewa, gdy je żółci jesieni smutny dzwon.

Jesienne słońce gaśnie, pustkowe złocąc łęgi.
Il neige (jak u Samaina, wiesz?) d'adorables paleurs...

Westchnienie, z lekka mącąc fal ołowiane kręgi,
Rozbija się przy brzegu w arpendżiach sol-mineur.

wiersze Jarosława Iwaszkiewicza
Aubada oraz Przechadzka sentymentalna
Oktostychy, Wiersze - tom I
wyd. Czytelnik, Warszawa 1977


Pomost

Teraz to zobaczyłem.
I jak w jakiej grze zręcznościowej czy jak w japońskim bilardzie, wszystkie te rzeczy, które miałem w pamięci, które tkwiły w wyobraźni, które istniały w ramach wyimaginowanych, poczęły trafiać do swoich łuz; nagle znajdowały się na swoim z dawna przygotowywanym miejscu, w ich przynależnej przestrzeni, znajdowały swoje miejsce na ziemi. A znajdując je zabarwiały się odpowiednio i powiedziawszy to z ręką na sercu, stawały się  p r a w d z i w e.


Kolejny tydzień odlatuje na skrzydłach prawdziwego spełnienia. Dla mnie te mijające dni nagle pełne były słów, głosów, dźwięków, wrażeń, które chciałoby się zamknąć w dłoniach, jak w drogocennej szkatułce, by w każdej chwili móc im spojrzeć głęboko w oczy. Tymczasem cichutko, za rogiem księżycowej nocy, czekają dwa dni, kiedy dreptać będę drobniutkimi kroczkami, by móc się nimi jak najdłużej delektować. Chociaż przyznać muszę, że wciąż jeszcze czuję smak słów, które w środowe popołudnie rozbrzmiewały w Domu Literatury, gdzie zorganizowano, przez Polskie Stowarzyszenie Kultury Europejskiej (SEC - Societe Europeenne de Culture), spotkanie poświęcone Jarosławowi Iwaszkiewiczowi. Swoistemu pomostowi, który budował swoją twórczością pomiędzy Rosją a Italią, pomiędzy Petersburgiem a Wenecją, na moment skrywając się w cieniach sandomierskich wąwozów.
Między słowami, zabrzmiały dźwięki muzyki, łzy wzruszenia, wspomnienia z podróży. Znowu nabrały ostrości barw kartki ze znaczkiem pocztowym przedstawiającym miasto przeglądające się dumnie w połyskujących kopułach Soboru Zmartwychwstania Pańskiego lub całkiem innego, wijącego się między przygarbionymi mostami, chowającego w gondolach lub "Koronkach weneckich" pałacyków, bo przecież: W Wenecji w marcu bywa chłodno. Wiatr od Dalmacji przywiewa gwałtowne chmury i spada ulewny deszcz. Ale te niepogody niedługo trwają, zaraz nazajutrz powstaje dzień perłowy, przesycony mżącym blaskiem, rozproszonym różowym światłem, jakie tylko w Wenecji istnieje, i domy, i domki, hotele i pałace, wieże i wieżyce stają się rozrzuconą kupą różowawych kości, pobielonych grobów.
Pisał Jarosław Iwaszkiewicz ze swojej weneckiej podróży, jednocześnie o Petersburgu zapisując: Nie spodziewałem się, że w zupełnej starości przeżyję jeszcze taką przygodę. Chodzi o to, że mimo, iż urodziłem się i wychowałem, skończyłem gimnazjum i uniwersytet na terenie imperium rosyjskiego, nigdy nie byłem w Petersburgu (...) Dziwne jest to w człowieku, że wiele, bardzo wiele sobie wyobraża, ale kiedy coś z rzeczy wyobrażalnych zobaczy, jego uprzednie przeżycie nabiera innych rozmiarów i rozgrywa się w innym kolorycie. Wyobrażenia umieszcza się wtedy w realnym doświadczeniu.
Ja czekam na kolejne realne doświadczenie, w nadchodzącą niedzielę, która znowu rozbrzmiewać będzie, na Stawisku, słowami z "Dzienników" Pana Jarosława, jego głosem brzmiącym w każdej melodyjnej sylabie wyrytej na bieli kartek.
Tymczasem, w tę piątkową, ciemną i bezgwiezdną noc, uchylam ponownie okładki książki, która ostatnio towarzyszy mi, nim sen zdoła pozbawić mnie zmysłu wzroku. Bo też trudno było się oprzeć pokusie sięgnięcia po książkę, która przyszła wraz ze słowami Radosława Romaniuka:
„O Czechowie” to książka o czasie Bunina, jego bezsennych nocach (w ostatnim roku życia „prawie całkowicie utracił sen” – wspominała żona) poświęconych lekturom, notatkom, wspomnieniom własnego „gwiezdnego czasu”, wewnętrznym polemikom z literatami wspominającymi Czechowa i literaturoznawcami zajmującymi się czechowowską tematyką. W końcu i pisaniu, prawdziwej walce z czasem, próbie obrony.
I tak, trzymając ją już w dłoniach, myśląc, że w jej wnętrze należałby spoglądać „sponad szkieł pince-nez”, sama dobrowolnie skazuję się na bezsenne noce. Bo jak oderwać się od książki, która wraz z kolejną stroną coraz barwniej uskrzydla się drobnymi, kolorowymi karteczkami przyklejanymi skrupulatnie, by przygarnąć, przyswoić myśli warte zatrzymania na dłużej. Nim pomknie się łakomie dalej na spotkanie z Iwanem Buninem i Antonem Czechowem.
W oddali topnieją śniegi pod ciepłym głosem Jeni Lubich, gdzieś słychać sanie sunące w odległej galaktyce słów otulone wełnianym pledem. Może i cień samego Antoniego Pawłowicz przechadza się brzegiem portowego miasta Taganrog, zasłaniając się od zimnego wiatru przychodzącego nagłymi podmuchami znad morza.
Tymczasem Iwan Aleksiejewicz opowiada „O Czechowie” lekko, niezobowiązująco, a jednocześnie mnie samą zobowiązując do szczególnego uwrażliwienia się na niezwykłość obu osobowości, o których w przedmowie Mark Ałdanow pisze: „Jako ludzi byli do siebie zupełnie niepodobni. A jednak coś ich łączyło, pominąwszy nawet ich ogromny talent. Obaj byli niezwykle mądrzy, obaj posiadali rzadko spotykany, prawie nieskazitelny smak; to samo cenili w literaturze, tym samym się zachwycali, tego samego nie lubili”.
Czy mogli być dwiema stronami tej samej kartki, przyglądając się sobie, a jednocześnie każdy z nich pozostając po swoje stronie twórczości. "O Czechowie" to wszak także o Buninie, bo kreśląc wizerunek Antoniego Pawłowicza, ukazuje nam także i swoje własne oblicze, mówi własnym głosem i Unikając literackości (...) kreśli tylko jedną artystyczną scenę, kiedy wspomina okoliczności, w których dowiedział się o śmierci pisarza, scenę tak naturalną i czystą, że mogłaby zasłużyć na pochwałę mistrza.

fragmenty z "Koronki weneckiej" oraz "Petersburga"
Jarosława Iwaszkiewicza

dzięki uprzejmości redakcji "Dwutygodnika" fragment z tekstu Radosława Romaniuka
http://www.dwutygodnik.com/artykul/2881

oraz fragmenty książki "O Czechowie" Iwana Bunina
wyd. Farbiarnia, 2011



Trzy portrety


Spisane 13 marca 1966.
Trzy Portrety
. Same w sobie mogą stanowić trzy jednoaktówki, przyczynki do opowieści o mijaniu, o zmorach i demonach śpiących w upływie lat, osiadających ciężkim pancerzem zgrubienia na coraz wątlejszych ludzkich ciałach. To przejmujące, wszechogarniające poczucie odrzucenia, osamotnienia, przy jednoczesnym odarciu z wszelkich złudzeń, obnażeniu przed światem własnej ułomności.
Spisane 12 sierpnia 1966.
Starość. To jakby dostać nową tożsamość, niezgrabnie skrojony garnitur, który miast nas zdobić, z każdym ruchem coraz bardziej obezwładnia, pozbawia swobody i wolności.
To jak dostać nową twarz, której nie sposób poznać w lustrze o poranku, jak źle dopasowanej maski, zmywanej łzami ukazując nagą prawdę o nas samych.
To jak mieć nową parę oczu, choć widzących słabiej, paradoksalnie zauważających dokładniej, jakby przez szkło powiększające, każdą kruszynę, najdrobniejsze zarysowanie, zagniecenie, na coraz bardziej postrzępionym skrawku życia, urastającą do wyrytych głęboko koryt przepełnionych niepowodzeniem, zawodem, stratą.
Spisane 27 grudnia 2011.
Ciężko. Oddycha się czytając kolejne zapisy w diariuszu Jarosława Iwaszkiewicza. Trochę jest ono jak życie przy zamkniętych oknach, kiedy doskwiera brak świeżego powiewu powietrza, świeżego dotyku życia, które zdaje się być monotonnym, niezmiennym pod osłoną ułudy nowego dnia. Bo spomiędzy kartek najczęściej przemawia rozrywający smutek i uczucie opuszczenia, niemożności dzielenia z nikim własnych przemyśleń, tych wątłych chwil zachwytów nad pięknem natury żyjącej swoim rytmem, porą dnia i nocy, porą roku, w odwiecznym procesie odradzania się. Tymczasem, czymże jest upływ czasu dla człowieka jak nie bezpowrotnym przemijaniem. Jakby nasze istnienie w przyrodzie było zaprzeczeniem natury. I niczym zdaje się stawać dla Pisarza jego twórczość, w której trwałość i wartość wątpić zaczyna, gubiąc siebie samego w kolejnej migawce życia zbyt szybko umykającej spod niemłodej już powieki.
Zawsze dawniej myślałem, że starość to okres spokoju, uciszenia, skupienia - a tutaj wszystko się składa na szarpaninę dobrą dla czasów młodości (...) Muszę pracować, a pracować nie mogę, ręcę opadają. Myśl inna, że wszystko się robi na próżno, że nic z tego nie zostanie - nie za sto czy dwieście lat - ale już zaraz, teraz - to przerażające. Że się proch własnego życia zobaczy żywymi oczami!
A tymczasem ja, swoimi wciąż niedowidzącymi oczami, uważnie przyglądam się tym misternym miniaturom z dziennika, slajdom wyświetlanym wspomnieniami na ścianach popękanego Stawiska, wijącymi się między korzeniami starych drzew, jakby w ciągłym poszukiwaniu życiodajnych soków. Tymi kładącymi się mozaiką drobniutkich kamyków turlających się po coraz bardziej zwężających się ścieżkach życia, kurczących się jak zraniona dusza szukająca schronienia we własnych spracowanych dłoniach.
I chciałabym móc rozgrzebywać te wąskie ścieżki, poszerzać koryto życia, spulchniać ziemię przesypując ją grubymi grudkami między palcami, by strumień świeżego powietrza roztrzaskał zaryglowane okna do przytłoczonej duszy, Tego, który wciąż otwiera moje wąskie światy. Poszerza horyzonty mojego spostrzegania. Obudzić Go z samotnej senności. Dotrzeć do Jego życia, które się rozsypuje na malutkie kawałeczki, na impresje, na dygresje, coś jak kalejdoskop bez symetrii.

Nie jak we mgle
nie jak na powielanej fotografii
zawsze ten sam
zawsze ten sam który pisze
Wszystko to
i Rzym i Paryż także
tak się w moim wspomnieniu
jakby z poprzedniego życia zapodziały
A jeśli się czegoś naprawdę boję
to senności duszy
Jej wrzask
jednak mniej groźny niż senność

Jest od nas daleko
stoi patrząc w morze
obrócony do nas plecami


fragmenty z "Dzienników 1964-1980" Jarosława Iwaszkiewicza
oraz wiersz Julii Hartwig Spisane
116 Zeszyty Literackie, zima 2011



Moje dążenie do Sandomierza


Otóż jestem w Sandomierzu.
Miasteczko położone jest - jak San Gimignano - na wysokiej górze.
Tę ma nad włoskim miastem przewagę, że u stóp jego płynie majestatyczna i wspaniała Wisła. Jeszcze wiele innych przewag potrafiłbym wyliczyć, a przede wszystkim świeżą i nietkniętą niczym zieloność, powab olbrzymich łąk między miastem a rzeką.


Zza okna dochodziło „miękkie” bicie ratuszowego zegara, który precyzyjnie wybijał kolejną godzinę mijającą ponad dachami Sandomierza. Tymczasem w niewielkim, ale jakże zgrabnie urządzonym, mieszkanku na poddaszu czas zatrzymał sie w zachwycie, bo iluż znakomitych gości przekraczało jego gościnne progi. Wymieniając choćby kilkoro z nich: Maria Iwaszkiewicz, Czesław Miłosz, Adam Zagajewski, Anna Bolecka, Wiesław Myśliwski, Ludmiła Marjańska, ks. Jan Twardowski, Hanna Krall, Sławomir Mrożek. Wszyscy goście upamiętnieni na zdjęciach, rozwieszonych nad schodami, prowadzą ku "Górce Literackiej", z wielkiego serca i przychylności państwa Targowskich, dla ludzi pióra powstałej, a także uwiecznieni w pięknym albumie dzięki dobremu "duchowi" tego miejsca panu Jerzemu Krzemińskiemu.
Oczom każdego przestępującego próg mieszkania ukazuje się okno wyglądające na sandomierski rynek, wygodny fotel, stary regał z książkami tak mocno naznaczonymi czasem, że mnie samej nie sposób było ich dotknąć, bo zdawać by się mogło, że dotyka się nie zawsze przychylnego biegu historii, dla tego domu, otwierając bolesne rany wspomnień zamkniętych za szybą regału. Zachwyca wielka szafa mieszcząca obfitość wspomnień, które zawisły wyjątkową atmosferą tego nietuzinkowego miejsca. Sekretarzyk przy którym, zapewne, niejedno literackie słowo zapisało się na kartkach późniejszych książek i niejeden wiersz schodkami w górę i w dół wznosił się i opadał kolejnym rymem, kolejną linijką wijącą się jak sandomierskie wąwozy pomiędzy siedmioma wzgórzami. A gdy spojrzeć na przepiękne lustro, nie swoją twarz nieco zmęczoną podróżą ujrzeć można, ale twarz Tego, który i moje stopy poprowadził do Sandomierza, odbijającą się z wiszącego po przeciwnej stronie zdjęcia, Jarosława Iwaszkiewicza, zrobionego przy gotyckiej Bramie Opatowskiej, strażniczki i gospodyni miasta witającej przybywających ze stron odległych.
Tak zaczęła się całkiem nowa strona w moim życiu, sandomierska, z Iwaszkiewiczowską nutą snującą się za mną cieniem i oddechem Pana Jarosława. I choć nie było mi dane ujrzeć wystawy Jemu poświęconej, na sandomierskim Zamku, bo zamknięta na czas prowadzonych prac remontowych, to chociaż stanąć mogłam przed popiersiem Mistrza, dotknąć dłonią Jego zimnego policzka, jakbym chciała za pomocą tego gestu pozwolić Mu na moment obudzić się z tego odrętwienia i wziąć głęboki oddech ciepłego dnia ścielącego się szeroką wstążką nad wijącą się Wisłą. Tego dojrzałego, sierpniowego popołudnia, będącego w pełnym rozkwicie swojego piękna, złotymi nitkami słońca przetykanymi przez "ucho igielne" Bramy Opatowskiej, by ślizgając się po strzelistej wieży Bazyliki Katedralnej tkać złoceniami misterne rozety.
Wąwozem, zostawiając za plecami zamek i katedrę, podążałam do schowanego na wzniesieniu kościoła Św. Jakuba. Potężna, ascetyczna sylwetka świątyni czerwieniła się między bujną zielenią ją okalającą. Romański portal wprowadza do ciemnego wnętrza kościoła, gdzie w prezbiterium postać ukrzyżowanego Chrystusa, a po jego bokach, grą świateł padających z witraży, tworzą się dwa cienie, jak dwóch złoczyńców razem z Nim ukrzyżowanych na górze Golgoty. Kolana same uginają się pod ciężarem własnej małości, a cisza tego miejsca bije potęgą zniewalającego piękna i ciszy. Gdzieś za murami kościoła znajdował się Dom Dziecka mieszczący się w Domu Księży Emerytów, w którym Jarosław Iwaszkiewicz zatrzymywał się będąc w Sandomierzu.
Wracam, tym samym wąwozem, w stronę sandomierskiego rynku. Po drodze zbaczam na ulicę Katedralną 5, gdzie kiedyś znajdowało się Muzeum Literatury, a wcześniej mieszkanie, które także zamieszkiwał Pan Jarosław w czasie swoich sandomierskich pobytów.
Mieszkanko moje w Sandomierzu mieściło się w domu państwa Świestowskich przy ulicy Katedralnej 5. Teraz jest tam jakaś inna numeracja. Mieszkanie składało się z dwóch pokoi położonych jeden za drugim. Pokoje stanowiły część domu położonego za katedrą, za murem, ale okna jego wychodziły właśnie na ten mur katedry, dopiero zza domu, z tego miejsca, gdzie w owym czasie znajdowała się malownicza "sławojka", roztaczał się wspaniały widok na Wisłę, na łąki nad Wisłą i na zieloną równinę za Wisłą (...).
Pokoje te pozbawione były zupełnie jakichkolwiek wygód. Ale rozstawiłem w nich moje kopenhaskie łóżka zbudowane z lekkich rur, w stylu, który pięćdziesiąt lat temu w Skandynawii nazywano funkis, w drugim pokoju postawiłem amerykański kufer-szafę, który kupiłem z Józiem Rajnfeldem we Florencji w roku 1931 (to też wtedy było modne - dziś nie wiadomo by było, co z tym robić). W pierwszym pokoju stolik państwa Świestowskich zastępował mi biurko, a w drugim urządziłem coś na kształt umywalni.
No i miałem ten "trzeci adres".
Pamiętając jak lady Bracknell, badająć zalety lorda Goringa mającego zostać jej zięciem, bardzo chwali to, że ma on dwa adresy, na papierze listowym owych czasów kazałem wydrukować: Jarosław Iwaszkiewicz, Warszawa, Kredytowa 8, nr tel. ..., Stawisko, poczta Brwinów, nr tel. ..., Sandomierz, Katedralna 5. Telefonu tam nie miałem.

Przystanęłam przed długim ciągiem okien, domu patrzącego na mur osłaniający katedrę, wypatrując tego jednego okna, szukając Jego dawnej tam obecności.
Wieczorem, w mieszkanku chwilowo "moim", otwieram duży, czarny notatnik leżący na biurku. Czytam wpisy osób, które zatrzymywały się na "Górce Literackiej", pełne ciepłych słów i podziękowań. Przerzucając kolejne kartki, nagle wypadły luźne strony maszynopisu. Z zadziwieniem czytam o Indiach i dziewczynce wyruszającej w podróż z ojcem do mojego ukochanego kraju.
Próbuję objąć zaskakujące przeplatanie się zbiegów okoliczności, skojarzeń, moich dwóch wielkich pasji i miłości, które ułożyły się we wzruszającą dla mnie całość pod gościnnym dachem Sandomierza. Zasypiałam mając przed oczami zadziorny profil księżyca huśtającego się nad Wisłą i romantycznie oświetlone detale architektoniczne miejskiego ratusza, stojącego majestatycznie na przysypiającym gęstą nocą rynku.
Gdybym był malarzem!
Wczoraj przed zachodem słońca na terenie między Rybitwami a szosą cyrk nr 5 rozbijał swe namioty. Wozy stały na zielonej łące, częściowo układano namiot, czterech nagich cyrkowców grało w karty, kobiety i dzieci im się przypatrywały. Na pierwszym planie gruby, tęgi, opalony cyrkowiec, zbudowany jak Herkules Farnezyjski, rozmawiał z cyrkówką w krótkiej plażowej sukience, robiącej wrażenie baletowej spódniczki, sterczącej do góry. Wszystko na tle szmaragdowej łąki, a nad całym obrazem majestatyczne wzgórze Sandomierza z kształtami katedry, domem Długosza,, Collegium Gostomianum – a za miastem wspaniały, letni, cały w chmurach zachód słońca. Jakże to było groteskowe, piękne, niezwykłe – ten cały koloryt, wspaniałe akty i światło niebywałe. Ale jakim to trzeba by było być malarzem, żeby namalować taki obraz.

W południe, dnia następnego, ostatni raz wsłuchiwałam się w skrzypienie starej podłogi, wyglądałam przez okno w kuchni szukając łagodnych fal szemrzącej z cicha Wisły. Wyjeżdżając za mury Sandomierza, zostawiając za sobą wysoką Bramę Opatowską z tarasem widokowym, na chwilę przystaję na ulicy Zawichojskiej 2, gdzie kiedyś stał dworek, którego kupno rozważał Jarosław Iwaszkiewicz. Dzisiaj stoi w tym miejscu hotel w stylu dziewiętnastowiecznego dworku utrzymany.
Odjeżdżałam zostawiając bicie swojego serca w mały mieszkanku na poddaszu, kilka niezdarnych słów podziękowania i ślady swoich stóp podążających za Jarosławem Iwaszkiewiczem. Zabrałam zaś niezapomniane chwile, wzruszenia i nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócę.

I znowu łęgi, znowu pola,
I znowu kłosy jak fontanny,
Puszyste dawne sady w dole,
Jabłonie w puchach niby panny.

Wąwóz ramiona swe wyciąga,
Kwiatami tkane ma rękawy.
A nad wąwozem makolągwa
Opiewa jakieś swoje sprawy.

I wszystko składa się do tonu,
Pełne obietnic i pacierza,
Niby pogodny głos klaksonu
W czerwcowe rano w Sandomierzu.


fragmenty z "Podróży do Polski" oraz II tomu "Dzienników 1956-1963"
jak również wiersz
Jarosława Iwaszkiewicza




Kurek od kranu


Życie zdaje mi się czasami wodą, płynącą z kranu niezbyt zamaszystym strumieniem, mocno ograniczoną ściankami i trudną do regulowania przez nas samych. Jakby pozbawiono nas stałego dostępu do kurków, by móc zmieniać natężenie chłodu lub nadmiernego strumienia gorąca płynącego długą, niewzruszoną na wszelkie zmiany, metalową szyją. Nieugiętą i całkiem pozbawioną wrażliwości. A ja chciałoby móc czasami przykręcić nurt lodowatej wody, która potrafi "zmrozić" uczucia, doprowadzić do „zlodowacenia” duszy, a dodać nieco więcej rozleniwiającego ciepła, zbawiennie ogrzewającego.
Dzisiaj jednak znalazłam taki kurek, ujęłam mocno w dłoni, przekręciłam i już wystawiałam swoją twarz w stronę popołudniowych promieni słońca prześlizgujących się po bielonych filarach stawiskowego dworku, przechadzających się po rzeźbionej, koronkowej werandzie, przetykającego swoje złote nitki między drzewami, by choć na moment rozświetlić ukrytą między nimi kapliczkę. Na Stawisku tak zachwycająco pięknie, błogo i cicho.
Herbata i kruche ciasto z truskawkami u Pani Zosi. Siedząc w kuchni myślałam jednak, że jestem intruzem, któremu pozwolono dotknąć drugiej strony Stawiska, tej delikatnej warstwy od podszewki i jest to niczym nieusprawiedliwione nadużycie, z którego nie umiem zrezygnować, wyrzec się w imię uczuć, które ostatnio, mnie samej, nie dają spokojnie zmrużyć oczu.
Nie wiem po co znowu zajrzałam na Mariensztat. Tyle razy obiecywałam sobie, by tam nie chodzić, nie wracać. Zamknąć ten rozdział, dać mu się wreszcie zagoić. Ale ja, ze swoim byczym uporem, wciąż stawałam pod tym oknem, zamykanym na dziwaczną, wysuwaną klamkę łudząc się, że poryw wiatru trącający moją grzywką, to Jej dłoń, która zawsze odsłaniała moje oczy przysłonięte włosami. Że ten ciepły oddech powietrza, to Jej, przy mnie, niezmienna obecność, a ja zakradałam się pod to okno jak złodziej kradnący album ze zdjęciami z własnego życia. Ot, złodziejka własnych złudzeń, że pewne rzeczy się nie kończą, że pewne rzeczy się nie zmieniają, budująca własny chybotliwy domek z kart.
I znowu mnie tam poniosło. Stanęłam przed tym oknem, by doświadczyć zawalenia się świata z mojego dzieciństwa. Inne okna, nie ta sama klamka, nowa framuga, która najwyraźniej nie dopasowała się jeszcze do tej starej kamienicy i wyglądała na nietutejszą, obcą. W oknie Babcinego pokoju ciężkie zasłony broniące, nawet słońcu, wstępu do wewnątrz. A tam wisiało wielki lustro, przed którym wyobrażałam sobie siebie jako przyszłą panną młodą za welon wpinając sobie we włosy okrągły Babciny obrus robiony na szydełku. Nad starą serwantką wisiało moje zdjęcie zrobione w parku łazienkowskim, kiedy miałam pięć lat, w białej wełnianej sukience w prążki. Pod lustrem granatowy flakonik z kremem „Pani Walewska” i fiołek alpejski na szerokim parapecie.
W kolejnym oknie toż samo. Nowość i obcość. Dopiero przez następne można było zajrzeć do środka. Kiedyś był to salon, do którego ja przeważnie nie miałam wstępu. Należał do innej części rodziny, ja byłam, w tym salonowym obszarze, zawsze niechętnie widzianą, a dzisiaj szukałam tam śladów obecności ludzi, mnie zawsze nieprzychylnych, jakbym szukał koła ratunkowego do swojej przeszłości. Żadnego śladu. Biurko, regały na segregatory, obca twarz kobiety nad komputerem. Kolejne okno, od kuchni, przysłonięte kolorowym szkłem, do którego zawsze pukałam dając znać, że już jestem. Tam, kiedyś, po jego drugiej stronie, w małym garnuszku gotowała się marchewka z groszkiem, wisiał kalendarz z kartkami, będącymi jak kurtyna odsłaniająca nowy dzień. Na podłodze, przy lodówce, miski z jedzeniem i piciem dla ukochanego psa Babci, duży stół, na którym uczyłam się siekać koperek i obierać pieczarki. Spojrzałam jeszcze raz przed siebie. Zobaczyłam pustkę i obcość. Trochę tak, jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca, wciąż mocno bijącego, a może po prostu, nagle zakręcił dopływ ciepłej wody.
Może dlatego dzisiaj wyglądając przez okno w kuchni na Stawisku, poczułam się sama jak taka obca framuga, całkiem niedopasowana, a wciskająca się na siłę między mury starego domu. Co może odczuwać pani Maria Iwaszkiewicz widząc tylu obcych chodzących po jej domu, kiedy drewniane schody prowadzące na piętro, potężne i ciężkie, uginają się pod obcymi stopami, butami zdzierającymi warstwę jej własnej pamięci o tym miejscu. Pan Wiesław, dla którego ten dom stał się danym mu, nowym 'początkiem' życia próbował pokazywać mi inne oblicze moich rozterek, ale obcy to obcy, nowa framuga w oknie, wstawiona choćby na chwilę, nigdy nie będzie tak doskonale dopasowana do starego domu, jak ta, która tkwiła tam od zawsze. A jednak, usiadałam na tychże drewnianych, skrzypiących schodach, by posłuchać wspomnień pana Marka Wawrzkiewicza o jego nielicznych spotkaniach z Panem Jarosławem, ale będących wystarczająco znaczącymi, by w młodym sercu początkującego poety zrodziło się poczucie pewnego porozumienia z Mistrzem, bo gdy teraz, po wielu latach siada, by napisać swój kolejny wiersz, odnosi wrażenie, że Pan Jarosław, wciąż mruga do niego przyjaźnie.
I zapewne ta właśnie, przyjazna atmosfera, wciąż żywa w stawiskowym domu, przyciąga tłumy 'obcych”, którzy na moment czują się części przeszłości, częścią Czyjegoś wyjątkowego życia, tego wyjątkowego Domu, gdzie ja chciałabym być choćby: jednym skrzydłem starego okna, szczebelkiem w drewnianej werandzie, załamaniem światła w porcelanowym kieliszku, rzęsą która utknęła między pożółkłymi kartkami książki, milczącymi słowami zatrzasniętymi w szufladach skrzypiącej komody, kroplą w wodzie płynącą wąskim gardłem stawiskowego kranu.

Nad Arnem na placu stanąłem
(piazza Giuseppe Poggi)
już sam nie wiedziałem po co
stanąłem pod tamtym domem

czy żeby przywołać powroty
czy osoby które niegdyś tu żyły
czy księgi które stworzyłem -
już nie pamiętam po co

i znowu chciałem nowego
za daleko wypłynąłem po prostu
spod białego
prostego nowego mostu

nachylony nad grobem książąt
w pylnej zakrystii świętego Wawrzyńca
jak przyłapany złoczyńca
wyrzekłam się wspomnień: wiążą

wspomnienia jak łańcuchy
w różu kopuł marmurowych
- niebieskie drogi jak ślady nart -
trzeba wszystko od nowa
zaczynać kleić okruchy
i zawsze stawiać domki z kart

jak dom na placu Giuseppe Poggi


wiersz Jarosława Iwaszkiewicza
*** Nad Arnem na placu stanąłem
zaczerpnięty z II tomu "Dzienników (1956-1963)", wyd. Czytelnik, 2010




On stoi wśród nas


Pejzaż ukraiński i mazowiecki posiada wiele cech wspólnych, mimo iż pozornie różnią się krańcowo. Wspólnotę ich można by było nazwać raczej natury emocjonalnej (...) Jeśli zechcemy znaleźć to coś, co łączy pejzaż mazowiecki z ukraińskim, musimy się od zewnętrznych oderwać przedmiotów. Zarówno w zróżnicowaniu Mazowsza, jak w tamtym scałkowanym mieszka pewna dusza, która się ni stąd, ni zowąd nieraz w pieśni, w melodii, w poezji wyrywa. Dusza ta jest zarazem moją duszą. Nazywa się "melancholia".
I taka dusza pełna melancholii wyrywała się z rozmodlonych dźwięków cerkiewnych pieśni i melodii ukraińskich dumek, w stawiskowym domu wtopionym w mazowieckim pejzażu. Ni stąd, ni zowąd, raz w pieśni, a raz to w melodii, kryła się błogosławiona cisza lub brzmiące donośnym głosem wołanie przepełnione pragnieniem rozpoznania Boga i wychwalenia Imienia Jego. To jednoczesne przeniesienie się, na pięciolinii dźwięków, w klimat ukraińskich stepów, rozpostartych na skraju kawałka ziemi wznoszącego swoją głowę ponad wierzchołkami gór,  a stopami dotykającego brzegu kryjącego się w morskich falach. Tych przypływających jak słodkie wspomnienie z dzieciństwa i tych pobudzanych bryzą rześkiego oddechu lat młodości.
Nie przypominam sobie epoki w życiu, w której nic nie pisząc, nie układając wierszy, oddychałbym tak bardzo atmosferą poezji – napisał Jarosław Iwaszkiewicz o lecie spędzonym w Stawiszczu, określając ówczesną atmosferę tego miejsca mianem cieplarnianej i przesyconej zmysłami. Samych dni, drzew, kwiatów młody poeta doznawał jak niezapomnianych poematów, piękniejszych niż te ubrane w słowa.
A mnie samej trudno ubrać w słowa atmosferę poetyckiej niedzieli spędzonej na Stawisku, kiedy to: „Dom-Muzeum, mimo upływu lat od śmierci Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, sprawia wrażenie, jakby Gospodarze byli tylko chwilowo nieobecni”. Koncert w wykonaniu Męskiego Zespołu Muzyki Cerkiewnej pod dyrekcją ks. Jerzego Szurbaka rozpromieniał chwalebną radością ku czci Pana lub tulił do serca delikatnym kołysaniem modlitwy do Najświętszej Panienki. Zamykając oczy można było skryć się, nieśmiało, w przygaszonym przedsionku drewnianej cerkwi, wyciągającej ku niebu swoje kopuły jak ręce złożone do modlitwy, by za moment doznać olśniewającej iluminacji rozpraszającej wszelkie ciemności, także te schowane głęboko we mnie samej. To jakby spojrzeć w oczy ikon połyskujących złoceniami jak płomykami świec, zatopionymi w pięknych kroplach czerwieni, skrytych pod aureolą niewinnej bieli. Jak wczytanie się w zapisaną w niebieskich odcieniach, duchowość, która melancholijnie wkradała się w nieuchwytną materię mojej duszy.
Wszystko to zdawało się być powrotem do źródła, do początku jestestwa, do domu, tego noszonego w sobie, tego mieszkającego w zakamarkach stawiskowych pokoi, pełnych, w ten szczególny wieczór, wciąż żywej pamięci o nieistniejącym już, w ukraińskim Kaliniku, świadku narodzin Wielkiego Pisarza. Ale także tego stojącego na mazowieckiej ziemi, wśród starych drzew szumiących powrotami do lat minionych. I powrotów tych było tak wiele, i wciąż trwają, wijąc się wśród bezdroży, ścieżkami pejzaży dni, których teraz doświadczamy. Te ujęte w okładkach nowej książki "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina", czy te wciąż płonne, pełne nostalgii, skreślone ręką przybranego syna Pisarza, pana Wiesława Kępińskiego:
Rok 1960. Minęło prawie pięć lat jak wyniosłem się ze Stawiska. Ale będę często bywał (obiecuję sobie) w moim dawnym domu. I nie, jako gość. Nie musiałem dzwonić, że przyjadę. Po prostu jechałem. Przy większych przyjęciach uczestniczyłem nie tylko po to, żeby dobrze zjeść, lecz także by poznać nowych ludzi, posłuchać ciekawych rozmów i pomóc w tym wszystkim. Nigdy nie zatracę więzi ze Stawiskiem, aż do śmierci. Ważne słowa, ale prawdziwe.
Rok 2011. Minęło dokładnie trzydzieści jeden lat jak odszedł Jarosław Iwaszkiewicz, a moje myśli biegną dziś, ku Niemu, lipową aleją.

On stoi wśród nas. Olbrzymi. On zdążył ufedrować
To drugie życie, które trwa przez tysiące lat.
Narody trzy po nim płaczą, a ludzkość będzie świętować
Ten dzień, kiedy matka wydała go światu.

cytowane fragmenty pochodzą z następujących źródeł:
"Twórczość", luty 2011:
Evviva l'arte - Radosław Romaniuk
Moje Stawisko - Wiesław Kępiński
Stawisko - z muzeum do Domu - Małgorzata Zawadzka
książka "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina" 
w opracowaniu Roberta Papieskiego
wyd. Muzeum A.J. Iwaszkiewiczów w Stawisku, 2011
oraz fragment wiersza Iwaszkiewicz Dmytra Pawłyczki
w tłumczeniu Bohdana Zadury




Dzień urodzin

20 lutego 1959
Znowu ten okropny dzień: urodzin. Po mojej koszmarnej wizycie w Bydgoszczy czuję się jak zbity pies. Wszystko razem przerażające – jak to pisałem przed rokiem. I nie wiem, co jest gorsze, czy zeszłoroczna samotność, czy tegoroczna „uroczystość”, gdzie mi się nic nie chce, tylko płakać.A ja stoję z rozłożonymi dłońmi, jak kwiatami lotosu, by uchwycić każdą z tych łez, jak drogocenną perłę i sama nie wiem skąd się bierze to romantyczne odczuwanie rzeczywistości. W tej głupiej polskiej krwi tyle tego fermentu pasożytuje na zdrowym rozsądku, objadając go, niby liszki liście kapusty.
Przykładam dłonie do spierzchniętych od mrozu ust, by poczuć smak łez słonych, drobnych kryształków zrodzonych z samotności, bólu i tęsknoty, wrażliwości i przejmującego uczucia braku ukochania. A przecież ja tak bardzo ukochałam i zdaje się, że każda z tych łez przemienia się w słowo, zdanie, w myśl ulotną, która znalazła swoje miejsce na kartkach papieru. Szepczę zamieniając potok łez w kolejne wersy czytanych wierszy, opowiadań, młodzieńczych szkiców i dzienników dojrzałego literata. I szept ten już zdaje się być szumem drzew w brzezinie, a może przeźroczami wspomnień Wiktora i szelestem sukien panien z jego przeszłości, delikatnym niewypowiedzeniem namiętności wśród ciemności straconej nocy, gorzkim pocałunkiem kochanków nie z Werony, słodkim smakiem poziomki lub cieniem wędrującym pomiędzy murami siedmiu bogatych miast, gdzie:
Gwiazdy przeciągle sygnalizują dalekość wszystkiego. I wszystko powoli odpływa w mglistą szarość przepełnionych stężałą mgłą arkad; mnożą się one w nieskończoność, ujęte w zwieszające się palce winorośli, bluszczów - roślin, które mogła oplatać teraźniejszość, kochając wieczność... jak niebieski zawrót głowy, jak mgła to wszystko połyska zapachem oczu nieznanych, czyhających w głębi.
I ja Jego oczu wypatruję, w mglistej szarości dzisiejszego wieczoru, szukając odbicia Jego źrenic w żadnym kolejnym zapisie na kartkach diariuszy, by dotykając palcami kolejnej kartki, ponownie czytanych dzienników, w urodzinowym prezencie, dać subtelny znak mojego ukochania, wytrzeć kolejno spadającą łzę płochej nadziei.

Nie ukołysał mnie, kto mnie ukochać mógł. A jednak wonna niega żółtego łubinu przywodzi mi ze sobą zabawną tkliwość lat dziecinnych.
Nawet i tu, nad morzem.
Powiedziano mi: już nie zdołano mnie pokochać. A jednak płocha nadzieja.
To nawet nie jest smutne.
Powędruję przez owo morze samotności, a pazie błękitnoocy i pazinie poniosą mój długi, ciężki tren z żółtego aksamitu, pachanący łubinem.

fragment z II tomu Dzienników 1956-1963;
fragment z Siedmiu Bogatych Miast;
oraz Łubin z Prozy Poetyckiej
Jarosława Iwaszkiewicza



Morze życia

W domu pusto. Koty śpią skulone, w im tylko znajomych, zakamarkach. Jedynie korniki, które zadomowiły się w kawałkach drewna leżących w koszu przy kominku, zagłuszają ciszę, która rozgościła się dzisiejszego popołudnia. Schroniłam się w kuchni, gdzie pachnie jabłkami i dopiero co, zaparzoną kawą. Namolna mucha, co chwila, przysiada na monitorze mojego komputera swoimi maluczkimi skrzydełkami strącając, niewidoczne dla oka, cząsteczki kurzu, zapewne ukryte w szczelinach monitora.
Minęła osiemnasta, więc włączam radio, bo za chwilę na falach mojej ulubionej radiostacji popłyną dźwięki, jednej z ulubionych audycji. A jak fale... to już proste skojarzenie do morza, stąpania po dywanie miękkiego piasku, nasłuchiwaniu pokrzykiwania mew próbujących zagłuszyć pokrzykiwania rodziców, którzy chcą przywołać do siebie swoje małe pociechy wybiegające ufnie ku przypływającym falom, piętrzącym się u malutkich stóp, zanurzających się w ciepłej wodzie morza, robiących pierwsze, nieporadne kroczki w morzu życia.
A ja próbuję przywołać to, co przeczytałam, próbuję zanurzyć się ponownie w dopiero co, zamkniętej książce Marka Radziwona, karcąc się przy okazji za swoje niedojrzałe rozczulenie nad przytoczonymi, przez autora biografii, słowami spisanymi ręką Jarosława Iwaszkiewicza w ostatnich już dniach jego życia.. Takie to infantylne, ale na obronę samej siebie może świadczy to o tym, jak w rzeczowej analizie życia i drogi politycznej Jarosława Iwaszkiewicza, Marek Radziwon kreśli żywy i przejmujący obraz pisarza, przybliżając nam człowieka uwikłanego w losy powojennej Polski, w trudne dokonywanie wyborów, które jakże różnie były oceniane przez jego przyjaciół i ludzi pióra, a i do dziś budzące burzliwe dyskusje, polemiki.
Sama, po lekturze „Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie”, zostałam z mnogością pytań, czasami stojąc u progu dawanych sobie odpowiedzi, innym razem zatrzymując się w połowie drogi, zastanawiając się czy, oby na pewno podążam we właściwym kierunku. Czy nie zbaczam z wytyczonej, przez kompas życia pisarza, ścieżki i nie gubię się w odmętach morza pytań.
Bo życie Jarosława Iwaszkiewicza jawi mi się dzisiaj, jako morze, między dwoma brzegami rozpostarte. Próbujące połączyć sobą odległe krańce, stając się „obszarem” zmagania się odmiennych wiatrów, doświadczając przypływów i odpływów, gdzie niejeden statek, stateczek, kuter czy łódka próbowały znaleźć przystań, a przecież i te okręty, które przycumowały do odległych lądów, innych brzegów przypatrywały mu się bacznie. Rozpostarty pomiędzy dwoma wiekami, z tą przeklętą lewą nogą, która ugrzęzła jeszcze w XIX wieku”, a przecież „sprężyna odskoczyła, wskazówka zakręciła się, zawirowała i stanęła na godzinie XX ”.
Rozpostarty między Wschodem i Zachodem, wędrujący wraz ze słońcem, opromieniając swoją twórczością kulturę Starego Kontynentu, stając się jedną z jego najcenniejszych cząstek, bo czymże byłoby świat literatury bez Jarosława Iwaszkiewicza, a czymże byłoby życie literackie okresu powojnia w Polsce, gdyby nie jego zaangażowanie w życie kulturalne kraju, gdyby to nie on był prezesem Związku Literatów Polskich. I choć jego postawę, każdy może oceniać w sobie tylko właściwy sposób, wedle własnych kryteriów, nie można jednak zapominać, że cokolwiek Jarosław Iwaszkiewicz czynił, czynił dla dobra swojego środowiska, nawet jeśli to tylko on, dzięki swojemu wyczuciu, doświadczeniu, dystansowi do zawirowań historii, rozumiał swoje poczynania i widział w nich jedyną, możliwą w tamtym okresie drogę. A któż nie popełnia błędów, któż z nas, nie poddaje się przypływom emocji, własnym słabościom?
Sam u schyłku życia, świadom tego, co było mu dane przeżyć i z czym zmierzyć w nowej, powojennej rzeczywistości, jakże bolesne kreślił podsumowania: Wczoraj w telewizji "Sześćdziesiąt lat życia partii". Sześćdziesiąt lat okropności, tego wszystkiego, cośmy przeżyli, przetrwali przez ten czas, fale nieszczęść, zalew kłamstw i fałszów (nawet słówkiem nie wspominam, że patria była zlikwidowana), ale nie tylko o partię chodzi, ale o całe polskie życie.
Może sam odnosił wrażenie, że tonie w morzu niezrozumienia i powolnego oddalania się bliskich mu przyjaciół, że praca, której poświęcił dojrzałe lata swojego życia zostaje szpetnie odbierana, przez tych, w których imieniu działał.
Ta wieczna praca morza. Niespokojne, chwiejące, gorączkowe szarpania się, miarowe, targające, bezsilne szarpanie się. Bunt, za którym idzie nowy bunt i jeszcze raz bunt, i jeszcze raz bunt przeciw wiecznemu lądowi, od wiecznych czasów. Ten ląd zginie, wstanie inny. Ten brzeg przepadnie, powstanie nowy. Wieczna, potworna praca - pisał w 1925 może 1926 roku Jarosław Iwaszkiewicz. 
I nigdy dość tego przebiegu myśli, tego "kosmicznego" jej wahania, odkąd tak nad brzegiem tego morza siedzę (...) Na środku (...) prawie widzę brodzącego po pas nagusa, lecz to nic nie szkodzi, to może nawet zwiększa urok tak płytkiej, ale tak obszernej zatoki. Kto wie, może właśnie moje życie jest tak płytkie i tak rozlewne.
I dzisiaj, siedzę sobie tak nad brzegiem morza, słońce zniknęło na zachodnich krańcach, a ja ukryta, gdzieś w zaułku wyimaginowanej zatoki, bynajmniej nie płytkiej, choć zaiste rozlewnej, w cichym zaułku życia Jarosława Iwaszkiewicza, próbuję je jeszcze lepiej zrozumieć, studząc nieco swoje, dla niego, uwielbienie, bo jak sam zapisał w liście do Konstantego Jeleńskiego: „Myślę, że ślepym ubóstwieniem pisarza wyrządza mu się głęboką krzywdę”, zaraz potem dodając: „ale może się i w tym mylę”.
Ja wiem, że się nie mylę i pozostaję w swoim uwielbieniu dla Pana Jarosława, czym mam nadzieję, głębokiej krzywdy mu nie czyniąc i zachęcam do sięgnięcia po książkę "Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie". 

wykorzystane fragmenty:
"Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie" - Marek Radziwon, wyd. W.A.B.
"Morze" Jarosław Iwaszkiewicz, wyd. Czytelnik
Jarosław Iwaszkiewicz, Teresa Jeleńska, Konstanty A.Jeleński - Korespondencja - opracowanie i przypisy Radosław Romaniuk, Biblioteka "Więzi"



Poziomka

Wiatr pohukuje w szczelinach okien, już nawet za dnia próbując udawać sowę, psotnik jeden. W ogrodzie dzisiaj sam mianował się na króla tańca. Choinki powabnie poruszają przed nim rozłożystymi biodrami, śliwa dziecięca wyciąga za nim swoje smukłe ramiona, zupełnie jak dziecko próbujące uchwycić rąbek matczynej sukienki, a róże, bezwstydnie, zrzucając z siebie płatki, próbują dogonić go w jego nieuchwytnym pędzie. Ale nikt zdaje mu się nie jest w stanie dorównać, dziś jest opętańczo porywczy, bo porwał się nawet na wyścig z moim samochodem, potem próbował powyrywać mi siatki z zakupami, szamotał się z moimi włosami, jakby ciągnąc za nie wzbraniał mi schowania się za drzwiami, by na końcu rozzłoszczony, że go nie zaprosiłam do domu, zastukać złowrogo kołatką u drzwi. W domu cisza. Frycek uplasował się wygodnie w moich „literackim” fotelu, aż czekać, kiedy zacznie sięgać po książki stojące za nim w biblioteczce. Potrafi, skulony, jak kłębek włóczki, spędzać w fotelu długie godziny śpiąc lub medytując zachodzące zmiany w ogrodzie, bo to znowu para lawendulli przybyła i spogląda uroczo na niego z tarasu, zniknęła uschnięta jabłoń, która chyba ze wstydu przed okazałą brzoskwinią, popadła w kompleksy i zamknęła się w sobie. Może czasami i dla nas czyjeś piękno jest tak porażające, że przy braku wiary w siebie chowamy się i znikamy przed światem.
W kuchni pachnie kompotem, jabłkami i owymi dorodnymi brzoskwiniami przyniesionymi z ogródka, z parapetu spoglądają zarumienione owoce dzikiej róży zerwane dzień wcześniej. Może, któregoś lata zdobędę się na zrobienie z nich konfitury, by mieć coś równie pysznego do ciepłej porannej grzanki i herbaty z mlekiem i imbirem.
Na stoliku kończona biografia polityczna Jarosława Iwaszkiewicza, ale też czytam ją wyjątkowo powoli, bo też jest to traktat o sytuacji literatury w powojennej Polsce, nie tylko postawy Jarosława Iwaszkiewicza, ale pisarzy w ogóle, którzy nagle znaleźli się i próbowali, na różne sposoby, odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Podczytuję też wspomnienia Tiziano Terzaniego i jego borykanie się z niełatwym dzieciństwem i postanowieniem wyrwania się z ubogiej część Florencji w kuszące ramiona nieznanego świata. Dzieciństwo wszak jest czasem dostrajania się, strojenia własnych, delikatnych strun wrażliwości i uczenia się spostrzegania, umiejętności odczuwania i odnajdywania się w otaczającym nas świecie i rzeczywistości. To powolne dojrzewanie, które po latach pozwala na refleksję, że : Tak samo wydaje się, że nie zmieniliśmy się od chwili, gdy jako osiemnastoletni ludzi spojrzeliśmy jasno na świat. Te same upodobania, te same uczucia, te same myśli. Nie zaszły żadne gwałtowne zmiany, po prostu rozkwitło wszystko. To, czym jesteśmy w istocie, ostało się wszelkim zmianom i wpływom. Wystarczy jednak przeczytać jeden list, pisany w dniach młodości, aby przekonać się, jak się mylimy. Inne powietrze bije z linii tego listu, powietrze, którym oddychaliśmy za młodu. Wtedy dopiero spostrzegamy, jak każdy dzień, mijając, nadał nam inny kształt i barwę. Odmieniły się zorze, odmieniając nas coraz głębiej, ujmując i dorzucając, aż do dna przetwarzając nasze uczucia i myśli.(...) Jeszcze nas wiele rzeczy czeka w przyszłości, jeszcze po niespokojnych i mętnych dniach młodości nastąpią doskonałe troski wieku dojrzałego, miarowe wjadanie się w miąższ życia i doświadczenia, budowanie wewnętrznego gmachu wiary i rozumu - pisał w 1928 roku Jarosław Iwaszkiewicz w jednym ze swoich opowiadań. I choć przychodzi się z czasem obudzić w innej rzeczywistości, gwałtownie odmienionej, to wciąż, tak sam zachłannie, pragnie się jasno patrzeć na świat i "wjadać w miąższ życia".
A ja obudziłam się w miniony już poniedziałek w nowej, bo urlopowej rzeczywistości, jakże jasno patrząc na świat, witając leniwie poranki, wyciągając, całkiem jak ta moja śliwa dziecięca w ogrodzie, ramiona do budzących się promieni słońca albo licząc krople deszczu spływające po szybie okna. Cokolwiek zastanę nad ranem, teraz w te dni odpoczywania, witam z błogim uśmiechem na zaspanej jeszcze twarzy, gdzie odciśnięty na policzku ślad po zagnieceniu w poduszce, powolutku będzie się wyprostowywał, jak rozprostowywać się będę moje zagniecenia zbierane w sobie, w codziennym pędzie, pogoni za uciekającym czasem wyrywanym zachłannie dniom przez cały rok. Bo teraz, czy to w czasie burzy, czy w olśniewającym słońcu, będę smakować każdy dzień urlopu, zupełnie jakby każdy kolejny dzień był słodką poziomką, która pojawia się raz, przez krótki moment lata. Tak krótki, a jednocześnie tak słodki i przenikliwie rozpływający się na podniebieniu, jak słodkie i przenikliwie rozpływające się po podniebieniu życia, jest opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza "Poziomka": Biorę ją do ust. Jest słodka a zwłaszcza wonna. Zapach jej, jeden z najdoskonalszych zapachów świata, napełnia mi podniebienie. I przywodzi na myśl czerwiec, kiedy jest najwięcej poziomek. I wtedy dopiero spostrzegam, że to już nie jest czerwiec. Że każdy miesiąc, każdy tydzień, dzień nawet ma swoja osobną barwę. Że łudzę się, myśląc, iż nic się nie zmieniło. Zapach poziomki plastycznie mi uprzytomnił, jak inaczej było przed kilku miesiącami (...) Jeszcze chwilka, jeszcze dzień, może dwa...
Dla mnie jeszcze półtora tygodnia "wjadania się w miąższ" poziomkowych dni . Pozdrawiam słodko.

pozwoliłam sobie przytoczyć
fragmenty opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza "Poziomka" z 1928 roku,
która schroniła się w cieniu kartek "Opowiadania 1918-1953"
wydanych przez Spółdzielnię Wydawniczą "Czytelnik", anno Domini 1954




Upał

Cóż w taką pogodę uczynić ze sobą, kiedy perspektywy urlopowe jakże jeszcze niedookreślone. Postanowiłam przewietrzyć swój słomkowy kapeluszy, mający co prawda lata świetności już dawno za sobą, ale przez to tak nam ze sobą do twarzy, a przy tym on wciąż błogo potrafi przysłonić mój coraz bardziej piegowaty nos od słońca i pozwolić mi, ukrytej nieco w cieniu, na delektowanie się popołudniem na tarasie. Spod sfatygowanego rondka obserwuję Walentynę próbującą znaleźć sobie zacienione miejsce, rozciągając się w całej swojej kociej krasie, pod gałązkami róży. Wygląda szalenie malowniczo w swoim szarawym futerku, jakże teraz na pewno jej w te upalne dni dokuczającym, na tle różowych, dopiero co, mających się rozwinąć kwiatowych pączków. Frycek dla odmiany, jakby w wiecznym kontraście do poczynań Walusi, ukrywa się w ciągu dnia w domu i wylegując w moim fotelu cierpliwie czeka na zachód słońca.
Na moich kolanach czytana powoli i uważnie biografia polityczna Jarosława Iwaszkiewicza, który wciąż mi się wymyka, dlatego równocześnie wracam do "Dzienników", przerzucam kartki "Książki moich wspomnień", sięgam do "Listów do córek" i korespondencji pisarza z Konstantym Jeleńskim. Jakbym ciągle składała swoją książkę o Jarosławie Iwaszkiewiczu, gdzie wciąż tyle poszarpanych kartek ze starego kalendarza, postrzępionych przez czas, naderwanych rwącym biegiem historii, pozaginanych na brzegach życia, które teraz próbuję sama dla siebie wyprostować. I przechodzi mnie dreszcz niepokoju i powolnego dojrzewania do myśli, że jeśli nie pojadę na Ukrainę, jeśli nie przestąpię progu tego początku istnienia Jarosława Iwaszkiewicza to nigdy nie nastąpi dopełnienie tej naszej znajomości, tego wspólnego podróżowania, że dalsze wyprawy wciąż będą zataczały niewidzialny krąg popychając mnie ku zaraniu, ku Ukrainie.
I tak w zamyśleniu, przyglądając się słońcu, chylącemu się ku całkiem przeciwnemu kierunkowi geograficznemu, spojrzałam na furtkę przy której, tak niedawno przystanął On, a przecież już dzisiaj przystanęły przy niej "One", a wśród nich ta, która jest, jak On, dla mnie zagadką, nieuchwytnym motylem fruwającym w sobie tylko widzianych przestrzeniach, Anna Iwaszkiewicz. Więc znowu przede mną biografie, czterech nietuzinkowych kobiet, żon wybitnych twórców: Nadieżdy Mandelsztam, Zofii Tołstojowej, Maria Kasprowiczowej i jej Anny, żony Jarosława Iwaszkiewicza, ale też po prostu Hani z domu Lilpop. Wpatruję się w okładkę, na której leśną ścieżką kroczy, niemłoda już chyba, kobieta, w zwiewnej, długiej sukni wspierając się na gustownym parasolu. Może jest nią każda z czterech bohaterek książki Radosława Romaniuka, każda idącą własną drogą, chociaż jednocześnie drogą wiodącą wzdłuż ścieżki jej związku z wybitnym mężem, zatem czy w jego cieniu czy będąc jego cieniem, jednocześnie idąca drogą własnej światłości i zapewne sięgając po książkę "One": Okaże się wtedy, że nie świecą one jedynie "światłem odbitym", lecz były w stanie, mimo silnych osobowości partnerów, wykreować intensywne, wyraziste, osobne istnienia. Potrafiły utrwalić doświadczenie kobiecości, samotności, starości, doświadczenie historii i przemienić życie w "sztukę życia". Portrety literackie Romaniuka dają świadectwo biografii "pełnych".
Ale zanim po biografie czterech dam sięgnę muszą poczekać, choć to zgoła niegrzeczne, wszak damy czekać nie powinny, ale ja muszę dojść do końca politycznej drogi tego, którego "sztukę życia" wciąż próbuję przełożyć także na sztukę rozumienia jego świata i jego samego. Dlatego siadam w cieniu rozłożystego drzewa jego życia, gdzie każdy listek jest skrawkiem minionego dnia, a każda żyłka biegnąca w różnych kierunkach to drgające nerwy niosące w sobie tajemnicę jego osobowości, która w swoim bogactwie podążała jakże wieloma ścieżkami. Wracam zatem, już wieczorną porą, do książki autorstwa Marka Radziwona, by biografia Jarosława Iwaszkiewicza mogła, dla mnie, stać się kiedyś "pełną".

Bzy przekwitły. Niebawem przekwitną jaśminy
I długo trzeba będzie czekać, aż odkwitną.
Z czekania włos bieleje, gaśnie kolor siny
Oczu, a niebo kryje szarość aksamitna.

Więc jeszcze całuj listek, gdy błyszczy zielony.
Więc jeszcze wąchaj jaśmin, kiedy kwitnie właśnie,
Kiedy jeszcze upalnie, szukaj sobie cienia.
Pst! Gorąco. Za chwilę dobry Homer zaśnie.

Upał - Jarosław Iwaszkiewicz 



Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie

Dzwonek u furtki. Frycek, jakby był psiakiem, biegnie wiedziony znajomym dźwiękiem. Walentyna wręcz przeciwnie, powoli, dostojnie zbliża się do schodów, by za moment stać się rakietą odrzutową i znaleźć się błyskawicznie na górze. Nie bez powodu dostała imię po słynnej kosmonautce, wszak będąc młodocianą kotką uwielbiała wskakiwać na meble, im wyżej tym lepiej, a kiedy wracałam do domu zasłony i firanki zamiast przysłaniać nagość okien, robiły za gustowne dywaniki. Zatem w swoim lotnym biegu na górę tradycyjnie zderzyła się z moim powoli sunącymi w dół nogami. Na nich ja, trochę poruszająca się w zwolnionym tempie, bo nie łatwo ciągnąć za sobą welon zbyt ciepłego powietrza, gęstniejącego od coraz wyższej temperatury opanowującej dom.
Podchodzę do drzwi mocując się z ciężkimi stopami, które zrzucają z siebie po drodze nazbyt opatulające je papucie. Oswobodzone próbują znaleźć zacieniony i chłodniejszy kawałek podłogi. Ręka niespiesznie dotknęła klamki, by leciutko uchylić drzwi, broniąc zacienionego przedpokoju przed wtargnięciem gorącego oddechu zza drzwi. Słońce zaświeciło mi prosto w oczy, które zmuszona byłam zmrużyć, a obraz i tak mi się całkiem w tej słonecznej poświacie rozmazał. Niedowidząc postaci stojącej przy furtce, spytałam:
- Kto tam?
- Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie.
Cóż, gdyby taka scenka mogła być możliwa, to w efekcie i tak lepszą scenkę sama bym urządziła, bo zapewne nie dotarłabym do furtki i nie wpuściłabym do domu upragnionego gościa, lecz padłabym niezgrabnie zemdlona robiąc z siebie śmiertelne pośmiewisko, i to nie z powodu nagłego udaru słonecznego, ale z udaru całkiem literackiego, jeśli takowy w ogóle istnieje. Jeśli nie, to ja go na własny użytek powołuję do życia, bo już kilka takich na pewno stało się moim udziałem. Ale, że scena powyższa, jak wspomniałam, zaistnieć nie mogła, to i może szczęście w tym nieszczęściu, bo jakże potem ożyć i stawić czoło takiemu niewybaczalnemu zachowaniu, infantylnemu i nieprzystającemu kobiecie w moim wieku.
Zatem, będąca przy całkiem świadomych zmysłach, podeszłam do furtki, przy której oczekiwał listonosz z przesyłką. Mogłam bez wystawienia na szwank swojej powagi przejąć od niego paczkę i już szybszym krokiem zniknąć w nieco chłodniejszym przedpokoju, szczelnie zamykając za sobą drzwi. Usiadłam wygodnie w fotelu, na wszelkie wypadek jednak blisko mielącego mozolnie nagrzane powietrze wiatraka, tak na zaś, gdyby jednak przyszło mi z wrażenia deczko omdleć po zdjęciu wierzchniego opakowania z książki. Bo przyszła, skąpana w słońcu, jakby wystawiona na iluminację, wyczekiwana od lat paru biografia polityczna Jarosława Iwaszkiewicza.
Ile lat? Śmiem nie pamiętać, bo jakże daleko musiałabym sięgnąć do dnia, w którym usłyszałam, że takowa, autorstwa Marka Radziwona, powstaje. Ale moje sięganie do przeszłości równać się nie może z tym dokonanym przez autora biografii, który musiał wyruszyć w niezwykłą podróż w czas przeszły, by biografia ta mogła się ukazać.
Jakże niezwykłym wydawać się musi praca polegająca na zbieraniu kawałeczków życia rozrzuconych przez czas, pochowanych w różnych zakamarkach. To jak zbieranie starych, pożółkłych zdjęć i układanie z nich albumu nadzwyczajnej historii, wydarzeń wielkich i całkiem maluczkich. To jak wyciąganie ich z przepastnych kufrów podróżnych przemierzających niegdyś wiele granic, z ukraińskiego Kalnika, przez uniwersytecki Kijów, do Warszawy, która zdaniem Karola Szymanowskiego mogła stać się dla Jarosława Iwaszkiewicza „odpowiedniejsza od stu Kijowów”, do domu na Stawisku, potem przez niejedne zakątki Europy i świata.
Pierwsze strony biografii wydają się być spisane niespiesznie, jak niespiesznym wydają się upływające młodzieńcze lata pisarza na Ukrainie, których teraz staję się ponownym świadkiem, może bardziej uważnym, skrupulatnym, poznającym przy tym realia ówczesnej rzeczywistości.
I tak idąc dzień za dniem, krok za krokiem, zastanawiam się czymże jest pisanie biografii jak nie powoływaniem do życia, tych, których już dawno nie ma. To jak danie im okazji do ponownego zaistnienia, wprawienie w drganie serca wystukującego czas odmierzany cofającymi się w czasie wskazówkami. To kolekcjonowanie drogocennych precjozów jakimi niewątpliwie stają się wspomnienia, uczucia spisywane na kartkach dzienników i listów. To składanie w całość strzępów i okruchów ludzkiego życia, które już się rozsypało i teraz, po latach wielu, trzeba z tych kawałeczków wyłuskać to co najcenniejsze i warte wspomnienia na kartkach biografii. A kim jest sam biograf? Może to typ antykwariusza z czułością pochylającego się nad każdym zdobytym okazem, z którego starannie strzepuje kurz, jednocześnie nie pozbawiając go delikatnej powłoki utkanej z minionych lat, nadającej każdemu przedmiotowi niepowtarzalnego uroku. Może jest antykwariuszem dusz, które dzięki niemu mogą ożyć, bo przywraca im minioną świetność jednocześnie niczego im nie ujmując i też nie dodając. Po prostu stara się pokazać drzemiącą w nich prawdę, obiektywnie, nie przypisując im własnych uczuć, ale przecież w jakiś sposób splatając z nimi swoje, te rodzące się w przemierzanej wspólnie drodze.
I ja powoli wchodzę na tę drogę. Będzie jakże odmienna od dotychczasowych, bo tym razem nie będę szła sama z Panem Jarosławem i zapewne nie będę miała takiej śmiałości, by się do niego zbliżyć, tak jak wtedy, gdy kroczyliśmy drogą diariuszy. Tym razem w tej naszej nowej drodze, będzie nam nieodzownie towarzyszył ten, który ją stworzył wysypując żwirem wspomnień, ułamkami wydarzeń, kamykami toczącymi się przez korytarze historycznych wydarzeń, wyłożonej wybranymi fragmentami z życia pisarza.To on będzie nadawał tempo naszej wędrówce, wskazywał miejsca dłuższego i krótszego postoju, kupował bilety na pociąg, zapraszał na spotkania i rauty, podsuwał pytania i podpowiadał odpowiedzi, pokazywał obrazy i postaci, które sam wybrał, sam autor biografii, Marek Radziwon. Zatem w drogę.



"Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie" Marek Radziwon
wyd. W.A.B.



Muzyka nocą

Powolutku nastąpiła nieco zaskakująca zmiana miejsc. Dzień postanowił się zamienić z nocą. Może dosyć mial hałasu, odgłosu zabieganych stóp, trzaskających drzwi, warkotu samochodów, zrzucania na niego winy, że przyniósł nieodpowiednią pogodę, że albo zbyt tropikalnie, to znowu czemu jest taki rozhisteryzowany, bo grzmi i ciągle płacze, wylewając akurat na nas potoki swoich łez, w końcu całkiem oziębły niosąc ze sobą chłód. I chociaż sam świadom, że to właśnie on jest sprawcą, że moje róże w ogrodzie z pączków rozwijają się w zachwycające bladoróżowymi płatkami piękności, że nagle na niebie ukazuje się paleta barw łącząca dwa krańce mojej wsi, że dzięki niemu tyle spraw udaje się załatwić, choć wciąż nie wszystkie, że on budzi śpiewem ptaków i zapachem aromatycznej kawy, to jednak Dzień postanowił stać się nocą. A może to Noc jemu pozazdrościła. Wszak zawsze w jego cieniu, sama cieniem się stając. Osamotniona, bo gdy przychodzi zaczynamy myśleć już o następnym dniu, o liście spraw do załatwienia, o niezdjętych jeszcze ubraniach z suszarki, które trzeba zanieść na górę i poukładać stylem kosteczkowym w szufladach, bo jeszcze szuka się chwili, aby przeczytać, choćby kilka, kartek czekającej cały dzień książki, bo, gdy nagle pojawia się za oknem próbuje się ją rozproszyć światłem albo w końcu przypomnieć jej po co się zjawiła przykładają zmęczoną głowę do poduszki i odpływając w inne światy, wymiary, niezbadane obszary własnej podświadomości. A przecież ona sama rozpalając nad nami miliony latarenek, tworząc świetlistą kopułę, jakby otaczając nas bezgraniczną opieką, którą jakże rzadko zauważamy, staje się dla nas kierunkowskazem w ciemnościach. I być może w swoim rozgoryczeniu niezauważenia postanowiła zwrócić na siebie moją uwagę. Chociaż zmiana ta, to w dużej mierze, efekt chorowitych dni, kiedy na siłę próbowałam powstrzymać Celsjusza przed wdrapywaniem się na kolejne stopnie mojego termometru, co powodowało, że potem sama czułam się jakbym spadła z wysokiej drabiny, przesypiając całe dnie. I tak w końcu nadeszła druga nieprzespana Noc. Nie mając siły na zejście na dół, aby poczytać książkę, postanowiłam przeczekać. W oddali słychać było szczekanie psa, chyba nieduży, może jeszcze szczeniak, ciekawe czy ktoś go zostawił w ogrodzie, czy może pootwierane okna sprawiają, że różne odgłosy same wychodzą na nocny spacer. W moim ogrodzie koncert skrzypcowy świerszczy, które od czasu do czasu najwyraźniej robią sobie krótką przerwę na łyk orzeźwiającej wody, wszak noc parna i upalna. W szczelinie uchylonego okna słychać pohukiwanie wiatru sprawdzającego swoje zdolności naśladowcze i udającego sowę. Wiatr, niewidzialny, trudny do uchwycenia w kadrze. Jakże zalotny, gdy niespodziewania podrywa letnie sukienki, romantyczny, gdy wplata się w nasze włosy bawiąc się nimi, delikatny, gdy muska naszą twarz, porywczy i nieokiełznany, gdy próbuje porwać do tanga, nawet mój mało skoczny samochód, zaskakująco liryczny, gdy bierze w swoje objęcia moją delikatną brzózkę, której listki zaczynają drżeć w zachwycie. Niewątpliwie kochający zmiany, bo raz przybrany w pochwycone z trawy płatki kwiatów, to znów otulony zielonym płaszczem świeżo skoszonej trawy, innym razem dygoczący pod warstwą śnieżnobiałych płatków śniegu, jakby bezcielesny, dzięki swej przeźroczystości potrafiący za każdym razem ukazać jakże odmienne, zwiewne oblicze.
I tak wsłuchana w dochodzące mnie dźwięki, pomyślałam, że Noc jest obrazem niezróżnicowanych barw, za to niewyobrażalnie zróżnicowanych dźwięków. Jest świstem wiatru, żabim chórem, koncertem świerszczy, stópkami kocich łapek stawianych na parapecie, szczekaniem psa, szelestem liści na przysypiających drzewach... jest porą, która wita swoistą ciszą dźwięków, zapachem maciejki, a żegna ptasim trelem, gdy powoli budzi się dzień. Muzyka zapisana w dźwiękach natury, jakże niełatwa do uchwycenia w słowa, a jakże zachwycająca, gdy można się w nią wsłuchać, całkowicie jej poddać.
I tak przez kolejne dwie noce stawałam się nocną rozmową i muzyką jednocześnie, doznając tego co trudne do uchwycenia w jakiekolwiek zdania, skojarzenia, będące czystym odczuwaniem doskonałości, która po prostu istnieje sama w sobie, bo jakże opisać dźwięki, jak nuty zamienić na słowa... a jednak był ktoś, kto i to potrafił uczynić. I jeśli nie zakochałabym się w twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, kiedy pierwszy raz wzięłam do rąk „Panny z Wilka”, jeśli nie utwierdzałabym się nieustannie, w tym uczuciu, sięgając po jego kolejne książki, jeśli nie utonęłabym, w tym bezgranicznym uczuciu po przeczytaniu „Ogrodów”, w szczególności opowiadania „Sny”, czy w końcu, gdybym nie zaprzedała mu tego kawałka swojej duszy odpowiedzialnego za spotkania z literatami, po lekturze „Dzienników”, to niewątpliwie teraz moje serce zostałoby obezwładnione przez „Dziedzictwo Chopina i szkice muzyczne”. To już nie jest poezja prozy czy proza poezją kreślona, to jest posługiwania się muzyką w słowie, to komponowanie tekstów, zapisywanych zamiast na pięciolinii, to na linijkach wierszy, doskonałości. Geniusz Fryderyka Chopina pozwalał mu na przenoszeniu na nuty niewypowiedzianych słów tęsknoty, miłości, życia, radości, wielkich udręk i wielkich uniesień. Geniusz Jarosława Iwaszkiewicza dał mu dar przelania całej swojej miłość do muzyki i umiejętności jej odczuwania, w słowa, malując obrazy, które mogły zrodzić się tylko w jego wyobraźni. Bo wszystko, co napisał komponuje się w najcudowniejszy utwór odczytywany na kolejnych kartkach książki, która jest muzycznym i literackim olśnieniem. I chociaż sam pisarz zanotował: "Niektóre dzieła sztuki czynią wrażenie wielkości tym, że zamykają w sobie coś niewiadomego i bliżej określić się niedającego, co działa na człowieka w sposób wyzwalający, komunikujący go z innym światem, o którego istnieniu nic byśmy nie wiedzieli, gdyby właśnie pewne utwory pewnych artystów nie stawały się objawieniem” to takim też, dla mnie, stają się felietony, listy i teksty Jarosława Iwaszkiewicza o muzyce. I wsłuchuję się Barkarolę na nowo, trochę tak jakbym posłyszała ją po raz pierwszy, wcześniej jej nie znając, bo zaiste chyba też tak było. Teraz muzyka staje się obrazem i już nie postrzegam jej tylko jako zapisu nut, li tylko zapisu uczuć i wrażliwości kompozytora, ale objawia się jako: "... spacer po ciemnej wodzie w letnią noc. Wyobraźmy sobie czarną płachtę wody i gwiazdy nad wodą, i obłoki, wszystko zanurzone w nocy jak w wielkim dnie, odległe i zabierające nam poczucie rzeczywistości. Odezwą się teraz echa dziecinnych wypraw, czy to spacerów zapóźnionych w lesie, czy niepotrzebnych zatrzymań się nad ciemną wodą: czy też zwyczajnego siedzenia na ganku przed domem, kiedy w cieniu śpiewa słowik, rechoczą żaby, otwierają się pachnące  "nocne ozdoby" - jak świadkowie niewiadomych nocnych działań, odbywających się poza nami.(...) Odrywa się od nas ciało nasze i zostajemy bezcieleśni, gdy nasza łódka spływa bez szelestu po atramentowym prześcieradle. Szmer drzew, osadzonych jak cienie czarne po brzegach, dobiega już do nas jako zapach raczej, woń listna, miękka i szumna, pozdrowienie tego, co w dzień jest zielenią, a w nocy szelestem. Pobliskie trzciny nie przywiązują nas do ziemi swoimi wątłymi nićmi, i idziemy po wodzie nicości. Wszystko już jest w takim diapazonie, że śmierć przestaje nas nękać. Barkarola Chopina jest mniej więcej takim spacerem".
A ja wyruszam na kolejny, nieprzewidywalny, wytęskniony spacer z Jarosławem Iwaszkiewiczem przy dźwiękach muzyki, przy dźwiękach już dochodzącej mnie Ballady f-moll, tej, w której panuje: nastrój samotniczego monologu, któremu towarzyszą jakieś echolalie, niby odbicie westchnień o skały opuszczone czy też odzewy fali morskiej, kołyszącej się, właśnie jak u Lorraine'a, na dalekim horyzoncie.
Więc przysiadam przy pisarzu cichutko, nie śmiąc nawet dotknąć palcami klawiatury fortepianu, poddając się temu Iwaszkiewiczowskiemu muzycznemu monologowi, bo nie miałabym śmiałości odezwać się nawet słowem, by nie zakłócić tego odbicia westchnień i odzewu fali morskiej. Bo wobec słów Jarosława Iwaszkiewicza sama słów wypowiadać nie śmiem, stając się już tylko, wsłuchaną w melodię jego słowa, ciszą. 




Dziedzictwo Chopina i szkice muzyczne
Jarosław Iwaszkiewicz
wybór, opracowanie tekstu i posłowie Radosław Romaniuk
wyd. PIW, 2010


Deszcz

Smugi jasne, smugi srebrne, smugi szklane,
Srebrnowłose, srebrnodźwiękie, ukochane -

W waszym szepcie miodopłynne są peany,
Smugi deszczu, szklane kulki, pieśni szklane.

Czy w radości, czy w tęsknocie – zakochany,
Chodzę sobie w waszą mowę – zasłuchany.

Dobre deszcze, deszcze dobre, złotem dziane,
Smugi jasne, krople drobne, ukochane.

Pisał w wierszu "Deszcz" Jarosław Iwaszkiewicz. Mnie samej ostatnio trudno dostrzec urok deszczu, może dlatego, że spadł na mnie deszcz trosk, nie będących drobnymi, jasnymi kroplami, ale raczej ciężkimi i smutnymi. I chociaż w takich momentach najchętniej chowam się w siebie jak ślimak, to wczoraj postanowiłam jednak wyjrzeć na świat. Wystawić swoje czułki i poszukać choćby najdrobniejszych promyków słońca. I znalazłam je za murami Pałacu Kultury i Nauki, który na parę dni zmienił się także w Pałac Kultury Słowa. I choć, niestety, nie zdążyłam na podpisywanie książki przez Agatę Tuszyńską, to patrząc na ofertę widniejącą na stoisku Wydawnictwa Literackiego, pomyślałam, że bogactwo wystawione na pokuszenie tłumnie przybyłych wielbicieli literatury, niejednego bogacza mogłoby uczynić biedakiem, przynajmniej w tym wymiarze finansowym, jednocześnie czyniąc go bogaczem doznań literackich na pewno. Potem jednak już nie udało się oprzeć pokusie, na stoisku Zeszytów Literackich, kupiłam książkę, jednego z moich ulubionych poetów, Adama Zagajewskiego "Rozmowy poety z filozofem". Bo jak się nie skusić czytając w opisie książki: Poeci idą w półmroku, w którym wiedza, rozum i inteligencja zmieszane są z ignorancją, a grube płótno tajemnicy wisi nad nimi jak gałęzie drzew w miejskim parku – idą po omacku, ostrożnie, z zapalonymi latarkami, które nie oświetlają ich twarzy, a przecież moje przybycie na targi miało na celu także podjęcie kolejnej próby oświetlenia twarzy, tego, który sam siebie spostrzegał przed wszystkim jako poetę. Ale o tej iluminacji za chwilę.
Zatem, patrząc na inne kuszące tytuły Zeszytów Literackich, czym prędzej się oddaliłam, notując jeszcze szybko w pamięci, że Adam Zagajewski będzie podpisywał swoje książki za tydzień, na Międzynarodowych Targach Książki, i szepcząc pani stojącej obok mnie, żeby koniecznie kupiła „Drogę do Sieny”, nad którą się zastanawiała, z przykrością słysząc, że jutro, czyli dzisiaj, Marek Zagańczyk będzie podpisywał swoją książkę. Trudno, dzisiaj już nie dałam rady jechać do Warszawy. Potem powoli obrałam swoją drogę do Sali Rudniewa, zbaczając na stoisko antykwaryczne, z którego odchodziłam już w towarzystwie mojego ukochanego Jarosława Iwaszkiewicza i jego "Prozą poetycką". Wzięłam go pod ramię, i już nie rozglądając się za nikim innym, szłam na debatę jemu poświęconą. "Iwaszkiewicz. Remix", powtórzenie debaty z Chłodnej, którą mi tak bezwzględnie ukradła codzienność, ale przecież też jej kontynuacja, bo i żadna ta sama debata nie jest tą samą. Zatem dreptałam w stronę sali, gdzie zbierali się jej uczestnicy debaty: Radosław Romaniuk, Justyna Sobolewska, Tomasz Łubieński i Cezary Polak oraz prowadzący, Jarosław Kuisz, redaktor naczelny „Kultury Liberalnej”. I zapadłam się całkiem, nie tylko w wielkim fotelu, ale przede wszystkim w dyskusji o Jarosławie Iwaszkiewiczu, podpisując się czasami całą sobą pod stawianymi tezami lub też nie do końca się z nimi utożsamiając, ale czerpiąc z każdej z nich coś dla siebie, zestawiając je z własnymi odczuciami i moim własnym patrzeniem na Jarosława Iwaszkiewicza, literata i Jarosława Iwaszkiewicza, człowieka. Nie wiem, kiedy minęło półtorej godziny, bo spotkanie skończyło się tak nagle, a ja mogłaby jeszcze długo siedzieć i przysłuchiwać się tej dyskusji. I zamarzyła mi się Noc Muzeów na Stawisku, kiedy to, w poświacie księżyca, można by usiąść w salonie i do białego rana przysłuchiwać się tak ciekawym rozmowom, jak ta mająca miejsce wczoraj. I wychodząc z sali Rudniewa zabrałam ze sobą zdanie Radosława Romaniuka, który w odpowiedzi na jedno z pytań powiedział: „Iwaszkiewicz ponad... wszystkimi innymi”, bo nie sposób jego twórczości przymierzyć to jakiejkolwiek obecnie się ukazującej. Wyrasta ponad wszystko co się teraz ukazuje, jak ta pieczarka, której pozwolono wreszcie wyrosnąć, wyjęta spod ograniczającego ją słoika, spod banicji, jaką było wieloletnie zapomnienie. 
Uśmiechając się w myślach do Jarosława Iwaszkiewicza, ukrytego przy mnie, żałowałam, że nie może wyjść spomiędzy kartek swojej książki i włączyć się do dyskusji o nim samym. Co chciałby powiedzieć? W II tomie „Dzienników” pod datą 8 września 1959 roku zapisał:
„To byłoby naprawdę zbyt jaskrawą złośliwością losu, aby z tego wszystkiego, co w takiej obfitości piszę, przeszedł do następnych pokoleń tylko jako mój teatr, „teatr Iwaszkiewicza”, jak pisze Jaszcz, którą to twórczość ja sam na razie uważam za całkiem marginesową. Uważam się za liryka, inni uważają mnie za prozaika, a okażę się dramaturgiem...”. I choć pisał to w odniesieniu do swojej sztuki „Wesele pana Balzaka” dedykowanej Jurkowi Błeszyńskiemu, to przecież dzisiaj czytając kolejne tomy jego diariuszy poniekąd patrzymy na taki „teatr Iwaszkiewicza”, Teatr Prawdziwy, bo życiem stworzony, opatrzony własnymi uczuciami, najpełniejszy, gorzki i zachwycająco piękny, teatr jego życia. Podzielony na trzy akty, gdzie w pierwszym bacznie obserwuje otaczającą go rzeczywistość, nakreśla w niej samego siebie, gdzie z początku przebijają barwy młodości, by z czasem stawać się obrazami dojrzewania i coraz bardziej wnikliwego patrzenia w siebie. Drugi akt jakże przepojony bólem upływających lat, utratą młodości, a przecież w przemożnej próbie, odnalezienia sensu życia i swojej twórczości, skreślony. Ten trzeci, akt odchodzenia, ma się dopiero ukazać.
Może mówiłby o sobie żartobliwie, tak jak jego córka, pani Maria Iwaszkiewicz, która była gościem specjalnym debaty, a której każda wypowiedź opatrzona jest rozbrajającym poczuciem humoru.
I nie chciało mi się wychodzić i chciałabym móc słuchać i słuchać, i wciąż odkrywać dla siebie Jarosława Iwaszkiewicza, pozwalać sobie na przebywanie przy nim i z tym co pisał, napawać się tą chwilą obecną, w której organizowane są debaty, w której ukazują się kolejne publikacje, jak tak, którą przedstawiono wczoraj, „Jarosław Iwaszkiewicz. Dziedzictwo Chopina” będąca zbiorem tekstów Jarosława Iwaszkiewicza o Fryderyku Chopinie, wydanych przez PiW, w opracowaniu Radosława Romaniuka, w jakże już rozpoznawalnej stylistyce kolorystycznej niebiesko-czarnej. Czyż życie Jarosława Iwaszkiewicza nie było właśnie takim oscylowaniem między zachwytami nad pięknem, które może symbolizować harmonia błękitu, a czeluściami ciemności z jakimi przyszło mu się również zmagać, tą czarną stroną życia i śmierci?
I oby ta chwila obecna wzbogacana kolejnymi książkami o Jarosławie Iwaszkiewiczu, jego tekstami, wciąż przybliżająca jego samego, mogła malować wciąż niezgłębiony obraz epoki w literaturze, epoki życia Jarosława Iwaszkiewicza i jego ponadczasowej twórczości.
Chwila obecna, zarówno wewnętrznie jak i zewnętrznie, nadaje się – zdaniem moim – do rozpoczęcia pisania wspomnień. Zewnętrznie zdajemy się być oddzieleni od minionych lat kataklizmami, które niedawne czasy przemieniają w odległą historię. Osobiście zaś znajduję się w momencie życia, kiedy pamięć jeszcze dopisuje znakomicie, a już się poczyna odczuwać możliwość jej zanikania – jednocześnie niejakie skupienie i cofnięcie się w głąb pozwala w płynnym materiale życiowym odróżnić pewne zakończone epoki, nadające się do kształtowania w artystyczne całości. Nie zamierzam pisać obszernych pamiętników, chcę tylko dać garść wspomnień, obrazów, ujęć, które będą bardzo osobistym echem wypadków niezwykłej epoki, w jakiej przyszło mi pędzić lata” napisał Jarosław Iwaszkiewicz we wstępie do „Książki moich wspomnień”. Więc, oby te obecne chwile, nam, czytelnikom podarowane w ukazujących się teraz publikacjach, już na zawsze oddzieliły nas od minionych lat kataklizmu w dziejach literatury, bo takimi można nazwać te, w których chciano zapomnieć o Jarosławie Iwaszkiewiczu, bo przecież: Andrzejewski wczoraj <po pijaku> powiedział, że byłem najpiękniejszą polską postacią w czasie okupacji. A potem co? Zbrzydłem.


Listy do córek

Jutro na Stawisku spotkanie z panią Marią Iwaszkiewicz, które poprowadzą Anna i Radosław Romaniukowie. Rzecz będzie o opracowanych przez nich „Listach do córek”, korespondencji Jarosława Iwaszkiewicza z Marią i Teresą. Pani Maria w swoim wstępie napisała: „Bardzo dziwne uczucie mnie ogarnęło, kiedy przeczytałam listy sprzed tyle, tylu lat, nagle stały się protezą pamięci, przypomniały mi różne rzeczy, których nie pamiętam (...)”. Zatem w jutrzejsze, niedzielne popołudnie, w domu Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, w domu ich córek, będzie można przywołać obrazy spisane w listach, tych nieco przykurzonych upływem lat, ale jakże iskrzących, kiedy po nie sięgnąć, choć przyznaję, że ostatnich listów nie przeczytałam. Tych pisanych przez Jarosława Iwaszkiewicza ze szpitala, jego ostatnich listów, chyba dla mnie jeszcze nie czas na nie, bo przecież III tom "Dzienników" przede mną. Przeczytanie słów kreślonych u kresu jego życia, byłoby jak zaryglowanie dostępu, do tego, co wciąż czeka na odkrycie w kolejnym tomie, mającego się ukazać, diariusza.
Pani Teresa kończąc swój wstęp do "Listów do córek" napisała: "I oddajemy listy w ręce Czytelników i wielbicieli talentu Jarosława Iwaszkiewicza". Cóż, mogę tylko nisko się ukłonić i z całego serca powiedzieć: dziękuję, że wraz z tą korespondencją Jarosław Iwaszkiewicz stał się kimś jeszcze bliższym. Kimś, kto już nie musi czuć się "Opuszczony":

Ten ma premierę, ten ma chrzciny wnuka,
Ten gdzieś wyjechał, a tamten zapomniał,
Ten ma zebranie, tamten kogoś szuka,
Ten, choć żałuje, nie może przyjść do mnie (...)

A ja przyjdę, i choć wymknąć się będę musiała wcześniej, to będę, by nie żałować.

fragmenty ze wstępów Marii Iwaszkiewicz
i Teresy Markowskiej do "Listów do córek"
w opracowaniu Anny i Radosława Romaniuków
oraz fragment wiersza "Opuszczony" Jarosława Iwaszkiewicza



Z całego serca

Wczoraj krótki spacer po stawiskowym ogrodzie, w oddali podupadający pałacyk w Turczynku, kiedyś szpital, gdzie coraz bardziej podupadał na zdrowiu Jurek Błeszyński. Przepiękne stare drzewa, mała kapliczka. I w to ciepłe, słoneczne popołudnie na wszystko patrzyłam przez kartki II tomu "Dzienników" nasłuchując czyichś kroków kierujących się w stronę Turczynka, czyjegoś oddechu, pełnego niepokoju i strachu, o to, co ma się stać za murami szpitala. "To czym jest szpital w Turczynku - i ten nieszczęśnik na tym tle, to jest przerażające" zapisał pod datą 27 maja 1959 roku Jarosław Iwaszkiewicz. Czy chodził do szpitala tą samą ścieżką, którą ja wczoraj spacerowałam, czy szłam po jego śladach? W maju na pewno było cieplej, słońce przebijało się przez gałęzie wysokich drzew, które może wciąż sobie opowiadają wydarzenia tamtych lat, tamtych dni. Brałam głębokie oddechy jakbym chciała wchłonąć w siebie jak najwięcej z niepokojącej atmosfery tego miejsca. Czy on też chwilami przystawał by przypatrzeć się otaczającym go drzewom, by zauważyć to jedno "drzewo jego życia, drzewo twórczych dokonań" i wspomnieć to "dawne drzewo ufności, woli życia, drzewo trudnej harmonii (...) Te wysokie drzewa Iwaszkiewicza" będące "coraz bardziej drzewami rozpaczy, daremności, bezradnej szarpaniny wśród różnych sekretów bytu i śmierci", jak napisał we wstępie do II tomu prof. Andrzej Gronczewski, który wczoraj w domu pisarza mówił o kolejnych zapiskach diarystycznych Jarosława Iwaszkiewicza. Piękne popołudnie dopełnił poetycki koncert piosenek do wierszy Jarosława Iwaszkiewicza w wykonaniu Joanna Mioduchowska. To był zachwycający, kameralny recital poezji śpiewanej kończący się przejmującym tekstem wiersza, który wczoraj zabrzmiał tak dotkliwie:

Zostanie po mnie uścisk rąk
i uśmiech - ten radości kwiat,
wspomnienie zapomnianych mąk
i stary las, i stary sad.

A ja mogłam wczoraj uścisnąć dłoń, pani Marii Iwaszkiewicz, profesora Gronczewskiego i kogoś, kogo tak miło było poznać, a kto sprawił, że urosły mi skrzydła, że przez moment jakbym nie dotykała podłogi. I pomyślałam, że usłyszeć tyle miłych słów, stojąc w domu mojego ukochanego pisarza spoglądającego z ciemnego obrazu wiszącego na ścianie obok, to zbytnia hojność życia, które ostatnio stawia na mojej drodze tych, którzy okazują mi tyle, niczym niezasłużonej, życzliwości. I choć zaraz to samo życie potrafi mnie brutalnie postawić na ziemię, tym bardziej czuję ulotność takich niezwykłych chwil, które chciałabym ukryć w jakimś flakoniku i strzec jak najcenniejszych perfum. Tak na wszelki wypadek, by w momentach jakiegoś zwątpienia, smutku móc uchylić zatyczkę flakonika i ponownie oblec się w tę podarowaną mi życzliwość.
Łyk herbaty i powrót do domu. Wyjeżdżając ze Stawiska spojrzałam na ścieżkę wiodącą do Turczynka: "Była ciemna majowa noc. Na Stawisku było ciemno i pięknie. Leciałem pospiesznie, potykając się, przez las. Potem przez łąki prosto do Brwinowa. Nic nie czułem, nic nie myślałem (...) Jurek umarł".
Jechałam powoli do bramy aleją drzew, w lusterku widząc oddalający się ganek domu... może stałby tam oparty o kolumnę i machał, a może siedziałby teraz przy swoim olbrzymim biurku i słychać by było pióro sunące się po papierze, kreślące nowe słowa, rodzące się zdania, a może byłoby słychać cichy płacz i spadające, na pobladłe z żalu kartki, łzy...

Ach Jarosławie, myśl o żywych, proszę
I nie słuchaj umarłych muzyki w gęstwinie.
Wśród czerwonych gałęzi i owocowe kosze
Mówią o szczęściu, prawdzie, rozkoszy i winie.

Widzisz je? Szczęście? Prawdę? Jak złociste ptaki
Unoszą się i lot ich taki doskonały.
Och uwierz! I podobnym przeżegnaj nas znakiem.
Och, uwierz im, i wróci do ciebie świat cały.

Wszystko stanie się nowe, żywe, oczywiste,
Bo śmierć umierająca to są narodziny.
Nie odwracaj się w nikąd. Zmarły dusze czyste -
Dawne godziny.

I wraz z kolejnym tomem "Dzienników" wszystko staje się nowe, żywe, bardziej oczywiste.
"I nie powinno się odwracać w nikąd, tylko uznać, że pora, aby w Warszawie, któraś z ulic nosiła imię jednego z najwybitniejszych prozaików i poetów XX wieku. Mam wielką nadzieję, może naiwną, że starania SEC-u (Société Européenne de Culture) o nadanie jednej z ulic imienia pisarza stanie się faktem i na mapie Warszawy będzie można odnaleźć napis: Jarosław Iwaszkiewicz. 
I już nikt go nie zapomni, już nie przykryje jego twórczości kurz zapomnienia "i wróci do ciebie świat cały".

Jarosława Iwaszkiewicza
fragment wiesza "Zostanie po mnie..."
oraz wiersz z tomiku "Ciemne ścieżki"




W podziękowaniu


19 stycznia 1962 roku, Jarosław Iwaszkiewicz zapisał:
„Jeszcze w szpitalu. Zabawy w marzenie. Ciągle się myśli o dawnych (i przyszłych!) podróżach. Tylko nie o żadnych utworach – to wszystko jakby skończone. Mógłbym napisać chyba tylko „moje życie” - bardzo szczegółowo, rok po roku. Kalnik stary dom, Kalnik nowy dom, Warszawa - trzy grube tomy, ale to z opisem błysków na stole, smaku kaszki po kąpieli, sukien mamy i sióstr... Jedyna rzecz, co bym mógł teraz jeszcze wywołać z siebie”.
I powstawało, powolnie, rok po roku, pisane dzieło życia, "jego życia", odczytywane teraz na kartkach kolejnych tomów "Dzienników". Najwspanialszy, bogaty zapis przeżyć, uczuć, wrażliwości, spostrzegania świata, ludzi i siebie samego, przez pryzmat swoich doświadczeń i własnej twórczości. To niezwykła Księga Samotności, przepełniona bólem, miłością, powolnymi stratami. To krytyczna obserwacja otaczającej rzeczywistości politycznej.
I tak skończyłam. Zamknęłam "Dzienniki", jakbym zamykała wieko przepastnego kufra podróżnego, bo czytanie II tomu do przejmująca podróż, nie tylko geograficzna, przez miasta Europy, ale także ta najcenniejsza, podróż w duszę pisarza, człowieka, Jarosława Iwaszkiewicza. I odczuwam to samo co wtedy, gdy zamykałam I tom, przejmujący smutek rozstania, jakby wyprowadzał się z mojego domu, ktoś nietuzinkowy, kogo mogłam gościć u siebie. A przecież niedawno wybiegałam z księgarni "Czytelnik" tuląc go w ramionach, przywiozłam do domu i zaczęłam naszą drugą, wspólną rozmowę. Czasami trudną, pełną pytań bez odpowiedzi, a przecież najczęściej łagodną i pełną zrozumienia. I to z nim zaczynałam dzień, spoglądając jeszcze zaspanymi oczami na okładkę "Dzienników" i z przy nim zasypiałam przytulając już śpiący policzek do kartek nieodłożonej na stolik książki. Bo czytanie "Dzienników" to obcowanie z Jarosławem Iwaszkiewiczem, z jego osamotnieniem i tym dojmującym poczuciem, że on już nikogo nie obchodzi. I chciałoby się go pocieszyć, dotknąć jego drżącej dłoni dodając otuchy w chwilach zwątpienia, w bolesnym odczuwania starości, albo po prostu chcą wziąć go pod rękę i towarzyszyć mu w spacerach po Rzymie, Londynie czy uliczkach Sandomierza. Odjąć mu tej samotności.A teraz zamknęłam książkę i poczułam pustkę, i zostawiłam go z jego osamotnieniem, poczuciem niezrozumienia jego jako człowieka i jako pisarza, z poczuciem wyobcowania, chociaż przecież jednoczesną przynależnością do świata i ludzi.
Dzisiaj oglądając na TVP Kultura dokument o Jarosławie Iwaszkiewiczu zastanawiałam się jak bardzo film nakręcony dzisiaj, po ukazaniu się jego korespondencji z córkami, po publikacji jego "Dzienników", byłby odmienny. A ile nową twarz pokazał pisarz w swoim diariuszu, bo "Dzienniki" to niezwykły portret Jarosława Iwaszkiewicza, człowieka i literata. Może pora "odkurzyć" portret pisarza, nieco zapomnianego przez lata, a teraz jakby wychodzący z cienia tegoż zapomnienia, wyraźniejszy, ostrzejszy i bardziej przejrzysty. I z rozczuleniem patrzyłam na postać Juliana Stryjkowskiego, drobniutkiego, starszego pana, któremu Jarosław Iwaszkiewicz zadedykował, moje ukochane, króciutki opowiadanie "Sny".
I prawie jak sen, piękny, smutny, przejmujący, minęło ostatnich parę tygodni z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Na pewno będę wracać do naszych rozmów, sięgać ponownie do jego "Dzienników", by także zgłuszyć czas oczekiwania na ostatni, trzeci tom. I choć nie wiem, kiedy się ukaże to będę czekać niecierpliwie, ale też nie spiesząc się wcale, bo to przecież będzie Wielka Księga Umierania i Śmierci. To będzie bardzo trudna, wspólna droga, bo czytając "Dzienniki" Jarosława Iwaszkiewicza nie można go nie polubić, on staje się kimś bliskim, kto sam oczekuje tak niewiele: "A mnie potrzeba jednego serdecznego słowa, wiedzieć, że ktoś nie to, że mnie kocha (to już niemożliwe), ale że mnie lubi, takiego jakim jestem, egoistę, egotystę, hedonistę i czym tam jeszcze ja jestem".
I lubię go, takim jakim był i dla mnie wciąż jest, na nowo i od dawna mający tylko swoje miejsce w moim domu i w moim sercu.

Tadeusz Różewicz pisał:
Byli szczęśliwi
dawniejsi poeci
Świat był jak drzewo
a oni jak dzieci

"Bo dawniejsi poeci widzieli nie tylko jedno drzewo. Widzieli zbiorowiska drzew, którym nic nie groziło, widzieli lasy, widzieli ogrody. Może już wkrótce nie będzie ogrodów. Ogromne połacie ziemi pokryją martwo błyszczące szklarnie i kwiaty, jak wszystko inne, będą płodem zorganizowanej produkcji, nic z improwizacji, nic z niespodzianki" - napisał Jarosław Iwaszkiewicz w "Ogrodach", które to opowiadanie jak sam powiedział: "Jest to rodzaj kompozycji z pejzaży, ludzi, rozmów, zdarzeń, które istniały rzeczywiście lub powstały w mojej wyobraźni, połączone w odpowiednie całości przez topograficzne umiejscowienie w ogrodach mego życia w ogólności".
I to za te ogrody, ogrody twórczości i życia, Panie Jarosławie, z całego serca, dziękuję.



Utonęłam

Nic nie poradzę, siedzę w tych „Dziennikach” po uszy. Wczorajsza debata podobno bardzo ciekawa, a ja dzisiaj, całkiem złamana i załamana grypą, wlewanymi w siebie strumieniami Fervexu i innych cudów farmaceutycznych, wszelkich pochodnych Pana Rutinoskorbinu, i innych ruti..., na chwilę zerknęłam do tomiku „Liryki” Jarosława Iwaszkiewicza. Przerzucam kartki, tak z podskórną potrzebą znalezienia tego jednego wiersza na dzisiajszy wieczór, gdy nagle wyrasta przed moimi oczami wielka pieczarka..., wracam do „Dzienników” i szukam tego pana na jednej nóżce w wielkim kapeluszu... jest, zapis z 23 marca 1958 roku, zaznaczony jedną z niezliczonej ilości przyklejonych, kolorowych karteczek połyskujących na kartach diariusza. Zapis brzmi: „Najgorsze w moim życiu – a zwłaszcza na starość – to, że nie mam się do kogo przymierzyć. Niewątpliwie jestem postacią na miarę największą. Ale wyrosłem jak olbrzymia pieczarka przykryta małym słoikiem, stąd wszystkie zniekształcenia. Zamiast pięknego, wielkiego grzyba – szklanka napełniona białą masą. Potrawę z tego można zrobić, ale bez smaku”.

A ileż smaku w tym wierszu:

Rośnie to
jak grzyb jak pieczarka
rozwija jak paproć
z małego zielonego pastorału

pachnie grzybkiem
fiołkami
jałowcem
roztartą poziomką

jest kwiatem
blaskami
oszalałą czerwienią
łanem żniwnym
lotem
upadkiem
żalem

i zmienia się
w parę zwietrzałych linijek
napisanych na maszynie
na wiotkim papierze
pożółkłym

I to jest kolejna, wielka wartość "Dzienników", że dzięki ich lekturze odkrywa się wiele więcej w poezji i w prozie Jarosława Iwaszkiewicza. To przekraczanie na nowo wrót i bram jego twórczości. Teraz lepiej widać jak się życie i twórczość przeplata, skleja, układa w jakże jaśniejsze obrazy, wyraźniejsze freski, których kreska wydaje się mocniej pociągnięta, wydobywa się z niej więcej barw, pełniejszych, jaskrawszych i głębszych. 
Może "Dzienniki" to najpełniejsze dzieło Pana Jarosława.



Drugie życie

Frycek siedzi patrząc na zatopiony w śniegu i ciemnościach ogród. O czym myśli, czy czasami o tym skąd przyszedł, kiedy to przekroczył próg jeszcze niezamieszkałego domu, szukając schronienia. Taka kocia, mała sierota. Czasami ktoś z nas jest takim osieroconym kociakiem, może na wpół osieroconym, czasami porzuconym, niechcianym. I nagle pojawia się ktoś, kto bierze na ręce, otacza miłością, opieką. Ktoś kto szepnie: od dzisiaj to ja jestem twoim ojcem, dam Ci z siebie wszystko co najlepsze, najwartościowszą cząstkę siebie samego, nauczę Cię kochać, patrzeć i wiedzieć, dostrzegać i rozumieć, doceniać i czerpać z życia. Chociaż nie łączą nas więzy krwi to zrobię wszystko, aby połączyły nas więzy wzajemnej miłości, szacunku i zrozumienia. I wiem, że czasami będziesz się buntować, bo uznasz moje metody za zbyt surowe, ograniczające, i będziesz jak ten młody źrebak, który się wyrywa, by samemu stanąć na nogi, a ja na to nie pozwolę, póki nie będę pewien, że już nadszedł ten czas. Będę dyskretnie obserwował jak sama zaczniesz wyciągać wnioski ze swoich błędów, doświadczać nieznanego, odkrywać tajemnice życia. I chociaż kiedyś, w końcu się wyrwiesz, zasmakujesz radości z samodzielnego biegu przez życie, ja wciąż będę czuwał. Wciąż będę przy Tobie i z Tobą, kiedy upadniesz i wszystkimi siłami będziesz się z tego upadku dźwigać, ambitnie, nie chcąc prosić o pomoc, a ja przyjdę, kiedy zabraknie Ci siły i Cię podniosę. W końcu odejdziesz, będziesz dla kogoś miłością, znajdziesz swoje spełnienie, a ja wciąż będę niezmiennie przy Tobie, bo przygarniając Ciebie złożyłem Twojemu sercu obietnicę czuwania nad Tobą, tego, że Cię nigdy nie zawiodę i będzie czekał na Ciebie dom, do którego zawsze możesz wrócić...
Chociażby taki dom, w jakim kiedyś zamieszkał mały Wiesio, którego rodzina zginęła w rzezi na Woli, dom Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, którzy w 1947 roku przyjęli go pod swój dach, stając się dla niego nową rodziną. Tymi przytulającymi ramionami otaczającymi opieką i troskliwością. Z wielkim wzruszeniem wspomina lata spędzone ze swoimi opiekunami. Wciąż ze łzami w oczach patrzący na ganek, na okna swojego pokoju na poddaszu, na drewnianą werandę, gdzie odbywały się latem potańcówki, na zdjęcia, teraz także na napisane kiedyś listy, w których jest tyle tęsknoty za domem, za opiekunem, za poczuciem bezpieczeństwa jakie otrzymał u progu swojego nowego życia na Stawisku.Listy, w których jest tak niezwykła dawka uczuć, emocji, relacji ojciec-syn, która przecież dla każdego dziecka jest podwaliną do umiejętności wkroczenia w przyszłe, dorosłe życie. O ile matki najczęściej dają tę najczulszą miłość, w dotyku dłoni na dobranoc, w podawanym gorącym mleku o poranku, pamiętaniu o czapce i szaliku zimą, dbając w chorobie i pocieszając w smutku, o tyle ojciec, przeważnie bardziej wymagający i surowy, daje nam ten kręgosłup, dzięki któremu możemy iść przez życie wyprostowani i gotowi na stawianie czoła przeciwnościom losu, z jakimi przyjdzie nam się kiedyś zmierzyć. Nawet jeśli nie raz upadniemy.
Relacje Wiesia z Panem Jarosławem nie zawsze były łatwe, bo Wiesio też stawał się tym młodym źrebakiem, próbującym stanąć o własnych siłach i wyrwać się w świat, chcącym zerwać krępującą go uzdę. Jarosław Iwaszkiewicz czyni wszystko, aby Wiesio wyrósł na porządnego człowieka, który będzie umiał odnaleźć się w dorosłym życiu. Ale czytając te pierwsze listy, pisane z wojska, maluje się nam przede wszystkim obraz rodzącej się miłości, przywiązania, tęsknoty za domem, odczuwania własnej do niego przynależności:"Już tydzień minął, jak jestem w wojsku, a wydaje mi się, że jestem już strasznie długo. Z każdym dniem coraz bardziej tęsknię za Stawiskiem, zamiast przyzwyczajać się (...). Ciągle śni mi się Stawisko, mój powrót do domu, moja głowa ogolona i Pan. (Trudno jest mi jakoś pisać!) Zobaczyłem kiedyś pana nazwisko w jakiejś starej gazecie i nie mogłem oderwać od niego wzroku. Czasami wydaje mi się, że nigdy przedtem nie istniałem, że nie jestem tym samym, co przed tygodniem. Dopiero tydzień, Boże! Gdybym mógł choć przez chwilę zobaczyć wszystkich".
Jarosław Iwaszkiewicz pisząc swoje listy do syna podpisuje się różnie: ojciec, opiekun, przyjaciel czasami po prostu Jarosław, bo właśnie on chciał, aby chłopiec znalazł w nim nie tylko opiekuna dającego dach na głową, nie tylko ojca – troskliwego i próbującego go ukształtować, ale też stać się dla niego przyjacielem, powiernikiem, Jarosławem, kimś do kogo mógłby się zwrócić w każdej potrzebie. I przecież Wiesio nie raz będzie się zwracał.
Agnieszka i Robert Papiescy, niezwykli sprawcy, tego, że korespondencja Jarosława Iwaszkiewicza i Wiesława Kępińskiego, zostanie wydana przez PIW, we wstępie do tych kilku opublikowanych w „Twórczości” listów napisali między innymi: „Usynowienie Wiesława Kępińskiego przez Iwaszkiewiczów zapoczątkowało szczególną więź pisarza z jego przybranym synem. Autor „Sławy i chwały” czuł się odpowiedzialny za wychowanie i wykształcenie młodego Wiesia. Ich korespondencja wybornie odzwierciedla „warsztat pedagogiczny” Iwaszkiewicza i krnąbrny charakter ucznia. (...) Toteż korespondencja między nimi jest także świadectwem ich trudnej przyjaźni, kroniką obopólnych nadziei i rozczarowań”.
Jarosław Iwaszkiewicz, któremu przyszło bardzo wcześnie stracić ojca, później poznać gorzki i rozrywający ból po stracie nienarodzonego syna, być może sam przez to tak dobrze rozumiał czym jest potrzeba ojcowskiej miłości, opieki. Czym może być danie szansy na normalne życie istocie osieroconej, pozbawionej rodziny, szukającej schronienia. Stał się dla Wiesia ojcem, tak jak Wiesio stał się dla niego synem. 4 grudnia Jarosław Iwaszkiewicz pisał do Wiesia:
„Syneczku kochany, rozpieczętowuję list, aby Ci dodać jeszcze parę słów życzeń na twoje imieniny. Całuję Cię mocno i życzę, abyś był mądry, miły, mężny, jak zawsze, abyś nabrał sił charakteru i mocy uczuć i w ogóle aby Ci się dobrze powodziło”.

Dzisiaj, 20 lutego, dzień urodzin Pana Jarosława...

Cny Jarosławie,
co chodzisz sprawie-
dliwie we sławie,
w zachwytów wrzawie
w Polsce, w Warszawie
i w całym prawie
świecie
przyjm przecie
podziwu kwiecie
w uczuć bukiecie
co choć się gniecie,w rymów gorsecie,
ale
woń sieje trwale.
Na czasu skale
jakże wspaniale
w laurów chwale
imię Twe z dale-ka świeci, boski
złotymi zgłoski.

wiersz Anny Świerszczyńskiej
z dedykacją
Przyjm, Jarosławie, ten rymowany żarcik wraz z tą książeczką od Anny
"Jestem baba", Kraków 1972

powyżej także fragmenty listów
Jarosława Iwaszkiewicza i Wiesława Kępińskiego
opracowanie i przypisy - Agnieszka i Robert Papiescy
"Twórczość" nr 2/2010




Podpatrzone

W "Dziennikach" jest taka króciutka historia, kiedy pisarz będąc w paryskiej kawiarni zauważa płaczącą, nieznajomą kobietę i pociesza ją. Czytając ją pomyślałam, że to mógłby być początek jakiegoś przejmującego opowiadania, a okazuje się, że Tadeusz Różewicz napisał o tym taki prosty wiersz, zdawałoby się całkiem zwykły, jaki tylko można napisać. Po prostu: Iwaszkiewicz. Człowiek.

Piotr opisał nam scenę
która „rozegrała się”
przed wielu laty
w paryskiej kawiarni
między Jarosławem Iwaszkiewiczem
i nieznajomą kobietą
która siedziała sama
przy stoliku i płakała
nikt się tym „zjawiskiem”
nie interesował
być może była to modna
kawiarnia egzystencjalistów
członków „ruchu oporu” (ho! ho!)
kolaborantów
kobieta płakała
nie ukrywała twarzy

Jarosław wstał
podszedł do kobiety
pochylił się nad nią
mówił coś szeptał do ucha
objął ramieniem mówił dalej

kobieta przestała płakać
otarła łzy wyszła

Jarosław wrócił na swoje miejsce
i powiedział (do Piotra)

„kiedy ktoś płacze
trzeba go czasem dotknąć
objąć”

Tadeusz Różewicz
wiersz - tempus fugit (powieść)
z przypisów do II tomu "Dzienników"




Nieosiągalna doskonałość

Dzisiaj zadzwonił Pan Wiesław z informacją, że w poniedziałek 18 stycznia, na TVP Kultura będzie emitowany film na podstawie prozy Jarosława Iwaszkiewicza “Dziewczyna i gołębie”. Polecam, i sama z ciekawością zasiądę przed telewizorem, bo opowiadanie czytałam, a z kolei po przenikliwym eseju Roberta Papieskiego, który ukazał się w październikowej „Twórczości, o którym zresztą już tutaj pisałam, nie sposób tego filmu nie obejrzeć. W rolach głównych: Leszek Heldeger, Karol Gruza, Jadwiga Jankowska-Cieślak, Andrzej Seweryn. Reżyseria: Barbara Sass. Zresztą ten rok w jakiś szczególny sposób Jarosławowi Iwaszkiewiczowi winien być darowany, bo przypada 30 rocznica jego śmierci. Zresztą w duecie z Rokiem Chopinowskim komponuje się wręcz idealnie, wszak Iwaszkiewicz był wielkim miłośnikiem muzyki Chopina i napisał przepiękną książkę o genialnym kompozytorze, o której sam autor napisał: „Moja książka o Chopinie, nie ma pretensji do naukowości. Jest to podanie czytelnikowi mojej wiedzy o Chopinie – i ich domysłów o Chopinie – w literackiej formie. (...) Jest to rezultat miłości do sztuki Chopina i do jego osobowości i chęci podzielenia się tym przemożnym uczuciem z moimi czytelnikami.” Bo też książkę czyta się tak dźwięcznie, płynnie jak czyta się nuty nakreślone ręką mistrza i dwóch Mistrzów w tej jednej książce się spotkało. Dlatego też postanowiłam ogłosić sama dla siebie, na swój własny prywatny użytek, Rok Iwaszkiewiczowski. Wszak II tom „Dzienników”, biografia pisarza autorstwa Marka Radziwona, i „Listy do córek” znajdą się w tym roku w księgarniach i na pewno zamieszkają ze mną. I niech drżą wszystkie inne książki, te będą miały pierwszeństwo w kolejce do mojego serca.
Ale wracając do dzisiejszego telefonu, wiadomość o emisji filmu przyjęłam z radością, chociaż przez łzy bólu, bo mój schorowany kręgosłup postanowił o sobie przypomnieć. I jak zwykle takie sytuacje wybierają sobie najmniej odpowiedni moment, bo jak mi nie przejdzie to zamiast "Bomby" będzie bomba, ale ta która wybuchnie we mnie w złości niepohamowanej. Dlatego na razie rozmawiam ze swoją podporą po dobroci, wspomagając ją lekami, opatulam kocem i postanawiam leniuchować do niedzieli. Jedynie moje patrzydełka zostaną na straży i będą chodzić sobie po kartkach książek, jak oddany wartownik, a ja będę mogła znowu przyklejać te swoje kolorowe karteczki, łapać myśli biegające między słowami, zatrzymywać je na chwilkę, by móc się nimi nasycić, dostrzec piękno w nich ukryte, bo jak napisał o swojej twórczości pisarskiej Jarosław Iwaszkiewicz: "Gdy patrzę na swoją dotychczasową działalność pisarską (...) nasuwa mi się słowo od czasów Montaigne'a znane i uświęcone jego wielkością - słowo <próby>. Czy to poezja, czy dramat, czy opowiadanie - wszystko tu jest próbą, jednakową próbą pokazania czytelnikowi piękna życia i przybliżenie mu jego wartości. Wszystko to są próby, nigdy nie mogące się urzeczywistnić, wciąż poczynane na nowo w syzyfowym trudzie, coraz bardziej - w zamierzeniu przynajmniej - zbliżające się do jakiejś nieosiągalnej doskonałości". I oto przykład próby, dla mnie będącej doskonałością, tak jak twórczość Jarosława Iwaszkiewicza.

Twój uśmiech to jest najważniejsze,
A co tam wicher, co tam płacz,
Gdy dnie zimowe coraz krótsze,
Godzinę każdą palcem znacz,

Palcem maczanym w konfiturze -
To nic, że już słodycze mdlą -
Wszystkie gałązki, wszystkie róże
Wcześnie obcięte szybko schną.

Któż myśli o zbytecznym jutrze?
Do rzeki czasu, koniu, skacz!
Twój uśmiech to jest najważniejsze.
Jakiż nieważny jest mój płacz.



Mój syn

Sama nie wiem o czym mam w pierwszej kolejności napisać. Bo na blogu Eli Czerwińskiej mądry i piękny wpis, chwila refleksji nad ludźmi maluczkimi i zakompleksionymi, tymi, którym wydaje się że mają monopol na jedyną prawdę, może i o nas samych zbyt często z obojętnością patrzących na dziejąca się niesprawiedliwość. Na zamieszkującą w ludzkich sercach nieczułość wobec bliźniego, osób którym wsparcie i nasza pomoc jest niezbędna, bo sami nie mają siły do walki. Zachęcam do przeczytania. Na blogu Remka Grzela zapowiedź jego nowej książki "Hotel Europa", zachwycająca i wiele mówiąca okładka, tylko trzeba poczekać, aż do listopada. I bardzo dobra wiadomość, że pani Leokadia Wyspiańska może zostać u siebie. W końcu najtrudniej przychodzi mi napisać o eseju Roberta Papieskiego, ale spróbuję sklecić chociaż parę zdań, i przepraszam autora za płytkość mojego stwierdzenia, ale ten tekst jest doskonały, poruszający, po prostu do zaczytania. Zachwycająca przenikliwość i głębia analizy, jakiej poddał Robert Papieski opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza „Dziewczyna i gołębie” w swoim eseju „Sierpień w lipcu”. Bo to jest analiza literacka, ale jednocześnie to też psychoanaliza wzajemnych relacji łączących pisarza i Wiesia, tej delikatnej nici jaka połączyła losy młodego chłopaka z Woli i genialnego literata, sprawiając, że stali się dla siebie synem i ojcem, czy jak ktoś woli przybranym synem i opiekunem, ale to przecież brzmi zbyt sucho, beznamiętnie w świetle czułych słów skreślonych w jednym z listów przez Jarosława Iwaszkiewicza: „Mój synku najmilszy, najdroższy przyjacielu”. Syn i przyjaciel, pokładane w nim nadzieje, pragnienia, jakby próby wskrzeszenia w nim nienarodzonego syna, ale przecież Iwaszkiewicz dostrzegał w Wiesiu, jego własną osobowość, jego wady i zalety, pasje, namiętności, słabości i na pewno, jak każdy mądry ojciec, wiedział, że Wiesio musi pójść własną drogą. Robert Papieski przywołuje przejmujące, dotykające fragmenty listów pisanych przez Jarosława Iwaszkiewicza, wspólnej korespondencji z Wiesiem będącej zapisem ich wzajemnych uczuć, tego jak one się rodziły, rozwijały, rozmijały: „Dlatego też listy obydwu korespondentów to także zapis fascynującej psychomachii, mocowania się dwóch charakterów, osobowości, temperamentów” - napisał w swoim eseju Robert Papieski. Czytałam tekst z drżącym sercem, mając przed oczami Pana Wiesława na Stawisku, na pięknej drewnianej werandzie, kiedy po raz pierwszy pozwolił mi przekroczyć próg jego niezwykłego życia, spojrzeć na miejsca z jego przeszłości i dotknąć jego wciąż żywych i wzruszających wspomnień.
Teraz po latach, rozmawiając z Panem Wiesławem, wiem jak bardzo rozumie, że wiele spraw mu umknęło, bo młody człowiek patrzy inaczej, czego innego szuka, a dzisiaj jako dojrzały i doświadczony życiem mężczyzna potrafi wreszcie docenić co mu było dane, podarowane. Nawet jeśli dziś jest zbyt późno na podziękowania, na słowa nigdy niewypowiedziane, to łzy wzruszenia w oczach Pana Wiesława, które napływają przy rozmowach o Stawisku są wszystkim: podziękowaniem, zrozumieniem i próbą zatrzymania jedynie dobrych wspomnień. To jak dotknięcie przez niego drżącej ręki pisarza i w milczeniu wypowiedziane: dziękuję, ojcze, opiekunie, przyjacielu. Myślę, że nawet jeśli oczekiwania pokładane w Wiesiu przez Jarosława Iwaszkiewicza nie zawsze znajdowały swoje spełnienie, to wśród wielu cech, które udało się wpoić w młodym wówczas człowieku, to co dzisiaj widać najpiękniej i najpełniej to umiejętność obcowania z ludźmi. I jeszcze fragment listu, który tak bardzo porusza, wbija się w myśli, niepokoi, zachwyca, jak zachwycający i niepokojący był i wciąż pozostaje Jarosław Iwaszkiewicz: „ Od dziś dnia czy chcemy tego czy nie chcemy, nasz stosunek pocznie się zmieniać, będziemy się od siebie odsuwać, będzie Ci przybywało znowu mnóstwo gestów, śmiechów, słów – ale już beze mnie. A mnie będzie ubywało wszystkiego, zwłaszcza chęci do życia”. 

Mój syn
w srebrnej sieci
wśród zamieci
gwiazd gdy ja
w pomroce dnia
znajduję nikły Boski
ślad

wiersz Edy Ostrowskiej



Zostanie po mnie

Tyle w nim było bólu i zachwytu
tyle niepotrzebności i tyle nadmiaru
starości tak rozszarpującej jak prawdziwa młodość
I tyle w nim było rzek łąk krajobrazów
wszystko podwójne bo odbite w jeziorach pamięci
i tyle siły co aż ciągnie w słabość
tyle niewiary krzyczącej o wiarę
I gniewu ale także potulnej wyrozumiałości
ubrania zawsze ciasne i trochę za małe
i serce pobolewa i psie oczy na ratunek
i gdzie to Jarosławie wszystko się podziało - Anna Kamieńska, 1980

Wczoraj przekraczając bramę cmentarza w Brwinowie zwróciła moją uwagę śliczna kaplica.
"Tutaj pani Anna czekała całą noc na swój pogrzeb następnego dnia rano" wspomniał Pan Wiesław. Na grobie Jarosława Iwaszkiewicza kwiaty. Cicho i spokojnie. Godzinę wcześniej spacerowałam po ogrodzie na Stawisku i słucham jak Pan Wiesław opowiadał o małej kapliczce, do której chodziła pani Anna aby się pomodlić i o drewnianej figurce skradzionej przez kogoś, mówił o drzewach tych, które wiele pamiętają i być może opowiadają niezwykłe historie szelestem liści i stukiem opadających igiełek, i o tych całkiem młodych, które dopiero zapuszczają korzenie w stawiskowej ziemi. Słońce przebijało przez konary, jakby na przekór brzydkiej i śnieżnej pogodzie 1980 roku, kiedy to żegnano wielkiego pisarza. Stojąc przy jego grobie zastanawiałam się ile w nas jest pamięci o człowieku, który przynajmniej dla mnie w literaturze jest tym, kim Fryderyk Chopin w muzyce, doskonałością. Na Stawisku tłumnie i gwarno. Schowałam się na jakiś czas w kuchni u cudownej Pani Zosieńki. Herbata i widok z kuchennego okna na drzewa.
I mam swoich dwóch geniuszy, Jarosława i Fryderyka, w domu na Stawisku. Etiudy, mazurki i Barcarola. Wiersze dedykowane Jarosławowi Iwaszkiewiczowi w interpretacji Zofii Kucówny, ba pojawił się nawet Andrzej Wajda zaproszony przez panią Marię Iwaszkiewicz. Stoję wciśnięta w drzwi prowadzące na werandę, na której latem siedziałam z Panem Wiesławem, nasza pierwsza rozmowa. Jest tak tłoczno, że ledwo udaje mi się robić notatki.
Krótkie wprowadzenie do książki "Zostanie po mnie" i otwarcie wystawy grafik. Czekam aż Stawisko opustoszeje, bo takim go lubię najbardziej. Schronienie daje mi znowu kuchnia Pani Zosi, a do tego pyszne kanapki. Wspomnienia snute przez Pana Wiesława i Panią Zosię są do zasłuchania. Oboje tworzą niezykle barwny i radosny duet, a ich radość jest niezwykle zaraźliwa.
Wychodzimy z Panem Wiesławem. Zamiast słońca na niebie księżycowy rogalik. Szybki przejazd do Warszawy. Pożegnanie. Wracam do domu i myślę sobie, że na cmentarzu w Brwinowie wciąż jest cicho i spokojnie, ale już ciemno, i chłodno. Słucham Chopina.

Zostanie po mnie ponad szczyt
starych topoli - nieba błam,
zostanie po mnie - słuchaj, cyt! -
dźwięk, który ja tu tylko znam.

fragment wiersza Jarosława Iwaszkiewicza, 1952



Karawana jedzie

Jak opisać to niedzielne popołudnie i wieczór na Stawisku? Nie sposób, bo ja sama jeszcze nie wszystko mogę objąć.
Dzisiaj poznałam dom na Stawisku od jego najbardziej uroczej strony, nie tej muzealnej dzisiejszego popołudnia wypełnionej gośćmi przybyłymi na koncert i czytanie fragmentów "Dzienników" i książki "Z pamięci", ale kameralnej, ukrytej jakby w innym czasie. Gdzieś, gdzie mieszkają wspomnienia o gospodarzach tego czarującego miejsca, i są one tak bardzo namacalne. Chyba jeszcze sobie tam siedzę próbując namówić cudowną panią Zosię na wspomnienia. A pierożki jej produkcji były przepyszne. Ten dzisiejszy czas spędzony w gronie czarujących ludzi Agnieszki i Roberta, Pana Wiesława, Pani Zosi, przysłuchując się fascynującej rozmowie o Jarosławie Iwaszkiewiczu, o Panu Wiesławie z Panem Wiesławem, na zawsze pozostanie w mojej pamięci. I choć gdzieś z dołu dochodziły dźwięki muzyki klezmerskiej, którą szalenie lubię, to dzisiaj nie to było istotne. Ważne było, że na jakiś moment byłam gościem domu na Stawisku, a nie gościem w muzeum. Popijałam herbatę, siedziałam w pokoju, nigdyś należącym do pani Anny, patrzyłam na meble, które z pewnością nie jedno pamiętają, obserwowałam krzątającą się panią Zosię i pomyślałam, że jestem prawdziwie szczęśliwa. Z radia w kuchni dochodziły jakieś stare piosenki, ba, nawet była moja ulubiona aria z opery "Tosca". 
I rozmowy, rozmowy, rozmowy...., to co opowiadał Robert o listach było tak niebywałe i niezwykłe, że mogłabym słuchać tego do białego rana.
Na koniec Stawisko wieczorową porą, opatulone śnieżnym puchem, puste i spokojne. Po prostu piękne.
Tymczasem dochodzi północ, a ja... wciąż myślami na Stawisku.


Tak się nie godzi

Dostałam wczoraj od Pana Wiesława opracowanie materiałów z międzynarodowej sesji literackiej poświęconej twórczości Jarosława Iwaszkiewicza "Zostanie po mnie...". Są w nim spisane eseje, wspomnienia, fragment przygotowywanej biografii pisarza, rozważania o twórczości Iwaszkiewicza, co miało na nią wpływ i co w niej znajdujemy, co sprawia, że wciąż intryguje. Z przyjemnością przeczytałam "Rozmowy na moście spisane" profesora Gronczewskiego, jak tylko on potrafi poezją prozy skreślone. Z rozczuleniem przeczytałam fragmenty książki "Moje Stawisko" Pana Wiesława Kępińskiego spisane słowami miłości, zwłaszcza fragmenty zatytułowane "Rachunek sumienia" oraz "Wspomina syn". Z wielkim zainteresowaniem śledziłam esej o miłości w twórczości Jarosława Iwaszkiewicza. Może wszystko to pomogło mi znaleźć odpowiedź na pytanie wciąż mnie nurtujące dlaczego akurat Jarosław Iwaszkiewicz? Spośród wielu innych pisarzy, właśnie On. Może dlatego, że w jego twórczości znalazłam nostalgię, powroty do pewnych wydarzeń z przeszłości, które już nigdy nie będą takimi jakie były, rodzaj odczuwanej samotności, nieuchronność pewnych zdarzeń, niespełnione uczucia, wszystko co składa się na losy tak wielu jego bohaterów, a które są w jakimś sensie bliskie mnie samej. Potem Stawisko, ukazanie się "Dzienników", znajomość z Panem Wiesławem. Jarosław Iwaszkiewicz staje się jeszcze bliższy z całym jego bagażem literackim i życiowym. A "Dzienniki" zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, i można by użyć słów samego pisarza chociaż w odmiennym kontekście wyrażonych, "Wydaje mi się jakbym dostał(a) maczugą po łbie". Tylko żal ogromny, że już nic więcej nie napisze ...
"Tak się nie godzi Panie Jarosławie...." z wiersza Mieczysława Stanclika



Prezent życia

Czy życie czasami nie obdarza zbyt szczodrze? Ja mam ostatnio wrażenie, że otrzymuję dużo więcej niż mogłabym sobie wymarzyć. To trochę tak jakby w nagrodę, za poprzednie dość trudne lata, otrzymać teraz więcej dobrego niż można by się spodziewać. Gdyby przyszło mi kupować w tym roku nową ozdobę choinkową symbolizującą coś wyjątkowego co mnie spotkało w tym roku, to tegoroczna choinka otrzymałaby kilka nowych, a jednocześnie najpiękniejszych bombek mieniących się tęczą bajkowych kolorów. Tymczasem ja ostatnio otrzymałam podarunek, który jest dla mnie tak bezcenny, że żadna najbardziej urodziwa ozdoba świąteczna nie byłaby w stanie oddać wspaniałości tego prezentu. Kartkę. Mogłoby się zdawać, że to najzwyklejsza kartka, ale zwykła ona nie jest. Łączy w sobie dwa istnienia ludzkie, dwoje wyjątkowych ludzi a w tym wszystkim zupełnie niespodziewanie coś i ze mnie samej, chociaż to może nadużycie. Tych parę czułych słów zostało skreślonych ręką wielkiego pisarza, a jednocześnie są to najprostsze słowa skierowane od ojca do syna, spisane w dalekiej Italii pod datą 20 maja. Datą w której ja, dokładnie dwadzieścia jeden lat później, pojawiam się na świecie. I zdawało się, że siedząc w kawiarni „Literatka” z Panem Wiesławem, słuchając jego opowieści i w tle grającego Chopina, nie mogłabym być szczęśliwsza. A tu TAKI podarunek. Świat z radości z lekka zawirował jak walc Wojciecha Kilara z Trędowatej, bo nie śmiałabym nawet o takim podarunku marzyć, a ja go otrzymuję. Trzymam w dłoniach uczucia zaklęte w czterech krótkich zdaniach. Zdaniach pełnych czułości, takiego ojcowskiego zatroskania. Jest to tak szalenie wzruszające i poruszające, że nie sposób ująć tego w żadne słowa. Czegóż można sobie życzyć więcej…niczego, bo teraz już żaden prezent nie jest w stanie dorównać tej, zdawałoby się skromnej, pocztówce z Watykanu z podpisem Jarosław.

6 komentarzy:

  1. Tu jestem , przysiadłam na małym foteliku ..i czytam ..z góry na dół i czuję się u Ciebie jak w zaczarowanym a intymnym Twoim świecie ..więc już przysiądę cichutko..tylko jeszcze słówko o Targach Książki ..kiedyś nie wyobrażałam sobie swojej nieobecności ..teraz niestety ..tak Pozdrawiam Ciepło Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz, Olu, jak się cieszę, że jesteś. Serdeczności z całego serca!

      Usuń
  2. Małgosiu zadziwiająca jest wiedza Twoja o Jarosławie Iwaszkiewiczu .. rzetelna , bardzo emocjonalna ale nadzwyczaj wnikliwa! o ogromnej wartości ,czy Twoje spisywane uczucia ,wrażliwość ! na Wielkość Wielkiego Pisarza jest ..zapisywana poza blogiem?? Gdzie się podziewasz Małgosiu skoro rozmawiałaś z Wiesławem .. to brzmi jak inne nowe zapisane kartki, nowej zupełnie książki ..Twojej książki o Jarosławie Iwaszkiewiczu! Właśnie ta wrażliwość Twoja i Wielkiego Pisarza ,widzę spójną ! To cenne .. bo nie jest płytkie ,suche,bez koloru! Przemyślenia o Jarosławie , są jak perły pisane .Przecież poza pięknym językiem jakim piszesz mają niebywałą wręcz wartość do całości Twórczości Iwaszkiewicza.Czy KTOŚ się interesuje tym co piszesz?
    Jestem czułym odbiorcą tego co tu pokazujesz.Nie potrafię wyrazić głębiej i więcej .Małgosiu , nie jestem nauczycielem ani znawca literatury,ani dziennikarzem ..ani .. nie mam iskry "pisania" jaką posiadasz Ty!! ..ale słowo pisane spod serca i duszy wyczuwam ..a Twoje nie może ginąć w czeluściach internetowych ..
    Pozdrawiam gorąco Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oleńko, ja raczej czuję niż wiem :) więc to takie wyczuwanie instynktowne niż wiedza sama w sobie. Czerpię zatem wiedzę od innych a sama w swoim sercu układam emocje i uczucia jakie wyzwala we mnie Jarosława Iwaszkiewicz i jego Twórczość. On jako Pisarz, On jako Człowiek. Niemniej dziękuję za tyle miłych słów i bardzo miłe memu sercu jest to, że Ciebie to interesuje. Ściskam Cię najmocniej.

      Usuń
  3. Umiesz interpretować ,wyciągnąć to co piękne , pokazać i ..uzasadnić .>Małgosiu ,to jest najbardziej fascynujące ..wiedza swoja szosą ale Ty jesteś odbiorcą Twórczości i stajesz się swoistym Twórcą ,a przecież bez emocji i uczucia nie da się tak pisać ! Twoje słowa są ważne i dlatego czytam coraz bardziej doceniając ..Jarosława Iwaszkiewicza. The End. Ściskam życzliwie Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, dziękuję. Twoje słowa uskrzydlają, a cóż może być piękniejszego niż świadomość, że skreślane słowa trafiają do serca tak wrażliwego Odbiory jak Ty i że Pan Jarosław znajduje swoje miejsca w czyimś życiu. Ściskam Cię słonecznie i cieplutko!

      Usuń

Polecany post

Klisze wspomnień

Twarze umarłych przychodzą tylko w snach. Zamykają moje oczy bym nie ujrzała własnego zdziwienia rozwieszając klisze wspomnień plączących ...