Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

Rzęsy w atramencie

"Daj rękę, pójdziemy wstecz po naszych wspólnych śladach
pozwól, że poprowadzę cię raz jeszcze."
Halina Poświatowska


Przekładam kartki książek. Bezgłośnie. Jak odszedłeś. Litery zdają się jedynie rozsypanym makiem utkwionym pod powiekami. Drażnią. Kaleczą. Zanurzam rzęsy w czarnym atramencie rysując wyschnięte rzeki w zagłębieniach dłoni, palcami wodząc po zarysach znajomych kontynentów. Zapach czekolady w Blois. Portret "Muzykantki" w Montrésor. Smak curry rozcierany palcami. Komplet strun do starych skrzypiec. Synagoga w rodzinnym miasteczku. Żydowska piosenka. 

W strzykawki nabieram ból tętniący pod cienką skórą nadgarstka. Fastryguję poszarpane noce. Wyszarpuję korzenie oplatające obolałe ręce nasłuchując głuchych poranków. Wsuwam stopy w chłodne, zbyt duże flanelowe kapcie potykając się o nieporadność własnych uczuć. Garbate myśli. Odkładam resztki leków i niemodne okulary w złotej oprawce. Chowam w szafce krzyczące tytuły niedoczytanych gazet, by nie dotarły pod grudkę wilgotnej ziemi. Zapomniałeś koca Tato. Jest tak zimno.

Cedzone słowa

Przeszłość daje się utrwalić jedynie jako obraz, który rozbłyska w momencie swojej nierozpoznawalności, aby już nigdy nie powrócić.
Joanna Ugniewska "Podróżować, pisać"

Wieczór opada niczym pozbawiona intensywności zapachu mgiełka porannych perfum. Bezdźwięcznie, jak w ciszy słychać umykający za rogiem czas. W kapeluszu i przydużym płaszczu zbierający ze sobą rozsypane w codziennym pośpiechu chwile. Cedzone, przez wąskie sito bezradnej niezgody na zapomnienie, słowa. 
Szukam istnienia. Sensu przemijania na kliszach wyblakłych zdjęć nim zatrą się figlarne kształty wspomnień, milczące kamienice niezamieszkałych pokoi, opuszczone w oknach firanki i zwiędnięte liście pelargonii. Zasuszone w wazonach szczegóły czułego uniesienia, nieodnalezione ziarenka piasku rozsypane w oziębłych nieobecnością żeberkach starego kaloryfera. Krople deszczu dudniące w wyciągniętych szyjach  rynien i rytmicznego skrzypienia przestarzałego szyldu patrzącego z naprzeciwka. Liczę opadające na chodnik litery. Szpary w nocnym śnie. Przepalone żarówki oświetlające nagość pustki. Wyblakłe tapety i porzuconą w pośpiechu pościel. 
Palcami wygładzam czapy śniegu na balkonie. Wargi wypełnia zamarzający smak goryczy. Zamykam w małej fiolce kruchość opadającej rdzy, daremność posiadania pamięci o Tobie, na wyłączność. Trzeba zrezygnować z pragnienia czekania na powroty.

Nieobecność

Chłód spływa między łopatkami prostując plecy. Brakuje mi tchu. Resztkami sił zmywam Twój oddech ze ścian przedpokoju. Zaciskam palce klejące się od bolącej gęstości wspomnień. Płuczę łzy w starej misce i wywieszam na sznurku. Wilgoć w łazience nie pozwala im wyschnąć. Kapią rytmicznie do wanny, nietaktowne w swojej nieustępliwej powtarzalności. Ciągną się za mną niczym melodia płynąca z radia rozbijając śmiertelną głuszę szpitalnej sali. Pozbiera myśli. Wypełni rozpacz skuloną na kuchennej podłodze jak osierocone dziecko. 

Zbieram tabletki. Flakoniki złudzeń. Dwa lata walki. Ktoś dzwoni. Nie mam siły otworzyć drzwi. Bezradność zawieszam na klamce i chowam do szuflady kolejną parę Twoich okularów. Przygniata wielość przedmiotów, nieprzeczytanych gazet, świętych figurek i nieomodlonych na kolanach różańców. Zimno. Nocą przychodzisz i wciskasz się pod moje powieki. Wtulam się w Twoją nieobecność szukając pulsu życia w załamaniu zimnej pościeli. Dusisz się i otwierasz oczy. Biegnę otworzyć okna. Zachłannie chwytam powietrze. Przyłóż swoją dłoń do moich ust. Proszę. Ucisz mój krzyk. Mamo.



W ciemności

W ciemności niczego nie można ukryć.
W ciemności można udawać, że niczego nie ma.
fragment wiersza Macieja Niemca z tomiku "Stan nasycenia"


Próby powrotu bywają trudne. Czasami próba zapisania siebie zdaje się być niczym wewnętrzna strona dłoni. Osobiste dzieło Durera. Wyżłobiona siatka przecinających się linii niczym uliczek w zatłoczonym mieście, wstążka rzeki przecinającej dzielnice miasta lub łącząca odmienność urbanistyczną nadającą niezrozumiały, przybyłym z innych miejsc, charakter różnorodności tkwiącej w jego mieszkańcach. Bywa zapisem doświadczeń, emocji, minionych lat i ciężaru dźwiganego bagażu, momentami zaciśniętym w pięści wewnętrznej niezgody na niesprawiedliwości nas dotykające. Tkwiące w nas zacietrzewienie i ból. Niekończącą się analizą nagłości zdarzeń nie będąc na nie przygotowanym. 
Unoszę codzienność przejmującego ciężaru. Biorę pod opiekę utracony czas. Zniekształcony, szpetny, niezrozumiały w swojej obojętności. Zepchnięty w najgłębsze szczeliny istnienia wypełnionego przepalonymi żarówkami, strzępkami wspomnień, zmechaconymi kłębkami siwej włóczki zwiniętymi na pochylonym karku. Chłodem wędrującym o poranku między łopatkami i stosem niekształtnych słów opadających bezwiednie na dnie filiżanki. Czekam na zmrok. Udawanie.




Odrobinka życia

Wieczysta tajemnica ujawnia się najpełniej w małym piasku, w "odrobince życia" (...)
Piotr Paziński "Rzeczywistość poprzecierana"

Prują się skrawki przerwanych nagle snów, szamoczą pragnienia w bezradności obserwując szklistą przezroczystość spływającą obcym chłodem na przygarbione plecy. Tak łatwo spłycić każde niewypowiedziane słowo wtłoczone w pośpiech codzienności wystukiwanej na klawiaturze telefonu. Rozsypać się niczym ziarenka piasku. Emotikony, bez wyrazu. Choćby najdrobniejszego. Okradać z wrażliwości. 
Naciągam na siebie stary sweter. Jakkolwiek ciepły, to pełen supłów i splątań niemożliwych do rozsupłania. Wyciągnięte nitki włóczki wyglądają zza przerzedzonej warstwy oziębłości osiadającej na parapecie okna niczym poranny szron. Zdrapuję jego cienką warstwę chcąc dotrzeć do oryginalnego płótna i splotów nerwów tętniących podskórnie. Poraniona zamykam okno. Chowam dłonie w przydługich rękawach poprzecieranej rzeczywistości. 

KLISZE PAMIĘCI
W naszym "składzie" pamięci istnieją "karteczki"
klisz zarejestrowanych przez nasze zmysły.
Przeważnie szczegóły z pozoru nic nieznaczące,
biedne, odpadki, jakieś wycinki...
NIERUCHOME!
I co ważniejsze: PRZEŹROCZYSTE. Jak negatywy
Aparatu fotograficznego.
Można je nasuwać jedne na drugie.
Dlatego nie należy się dziwić, że np.
wypadki odległe łączą się z dzisiejszymi,
postacie się mieszają, mamy poważne kłopoty
z historią, moralnością i wszelkimi
konwencjami".

Tadeusz Kantor, Niech szczezną
z książki Piotra Pazińskiego "Poprzecierana rzeczywistość"
wyd. Austeria, Kraków - Budepeszt 2015



Przełamując swój intymny świat wewnętrzny

Naprawdę w nocy, przy przebudzeniach, myślę innymi warstwami siebie, i to, co się w nocy jakby rodzi, jak tylko wchodzę w życie praktyczne, w stosunki między ludźmi, w pracę powiązaną z konkretnymi planami (pośpiech, telefony, listy żądające natychmiastowej odpowiedzi), i człowiek obrasta jakąś skorupą, bez której każdy czyn praktyczny mi się zdaje niemożliwy. Ale skorupa, która obrasta myśli tamtejszej nocy, powoduje, że po jakiemuś te myśli przestają istnieć w sensie żywego, wewnętrznego w tobie istnienia. Więc znowu stwierdzam zupełną niezdolność ogarnięcia w sobie tej  j e d n o ś c i,  jedności życia wśród tłumu i niepodległej samotności.

Senność gęsto przylgnęła dzisiaj do powiek łapiąc się rzęs, jak szczebelków ograniczających zsuwanie się kołdry podszytej niedospaniem. Nazbyt niskie ciśnienie rozwinęło się ciężkim welonem wilgoci w oknach. Szukałam przebudzenia z zamkniętymi oczami, stopami próbując wyczuć nastrój leniwie przeciągającego się poranka. Śpiąco. Zapragnęłam jeszcze złapać za rąbek odsuwającej się noc, wtulić w jej ciepłą senność, gęstość snów, nieprzeniknioną ciszę, która jak grube płótno przyjmowała wszelkie odgłosy i barwy życia jedynie powierzchownie, bo gdy ją rozkroić, ostrzem spadającej gwiazdy, ukazałaby się jedynie aksamitna gładkość ciemności. Nieprzenikliwość.
Dzień. Świtało uwydatniało nieszczelności w okiennicach. Zapragnęłam, jak Józef Czapski, rozpocząć nowy dzień słowem "przebudzenie", które jednak, jak bańka mydlana, pękło jeszcze przed wypowiedzeniem i  opadało przemokniętymi od deszczu kroplami bezdźwięcznego ziewnięcia. Pierwszy, płytki oddech poranka przylgnął lekko do poduszki. 
Józef Czapski. Powracający do mnie nieskończenie. Jeden z "pisarzy zbójnieckie" Wojciecha Karpińskiego. Dla mnie, obok Jarosława Iwaszkiewicza i Konstantego Aleksandra Jeleńskiego, jeden z najważniejszych twórców w moim własnym, wewnętrznym świecie. Jego ‘Wyrwane strony’ nieprzerwanie kruszą się w drobne płatki opadając na usta, przydając im uśmiech zawstydzenia, że tak często je wypowiadam. Wszak przysłaniam nimi bladość swoich warg. Próbuję uwypuklić każde słowo. Czasem przygryzam usta, jakbym chciałam skosztować plastyczności z jaką malował świat i swoją w nim czułą sylwetkę, bo jakże smakowite było jego dążenie do doskonałości, artystycznej i życiowej. Ciągłe dobieranie odpowiednich farb i kolorów. Nadawanie kształtów.
I jego ciągłe "przebudzenia". Do nowego dnia, nowego obrazu, barwy, sceny uchwyconej w zatłoczonym paryskim metrze tętniącym porannym pośpiechem, kawiarni spoglądającej wielkim oczami na pędzące przed nią samochodami ulice. Na lustra, w których próbował dostrzec fragmenty samego siebie.
Cienie. Oczekiwanie. Walka, o kolejne przebudzenie, w sobie i dla siebie.
Tymczasem ja, nie mogłam się dzisiaj przebudzić. Ani do siebie, ani do otaczającego mnie świata. Przemoczonego przenikliwością. Jadąc do pracy patrzyłam obojętnie jak krople deszczu łączyły ze sobą niewzruszone, pośpiesznymi krokami przechodniów, pęknięcia w chodnikach. Jak rozłożyste parasole łączyły ze sobą całkiem obcych sobie ludzi, a aura łączyła się z niepogodą mojej duszy. Skulonej pod kołdrą niewyspania. Wewnętrznej samotności zamkniętej w skorupie obrosłej obumarłymi, w świetle dnia, myślami.
Już wieczór, przywitał mnie u progu domu. Dzień utonął niepostrzeżenie. Został jedynie mało widzialnym kręgiem w kałuży deszczu.
Noc drepcze po schodach szurając skrawkami zachodzącego dnia.
Jak zdobyć tę zdolność myślenia innymi warstwami siebie?

[...] wybieram parę książek, tak bardzo różnych światopoglądem, klimatem, a tak bliskich w czymś najważniejszym, w widzeniu najbardziej generalnych zagadnień, w przełamaniu poprzez swój intymny świat wewnętrzny.

fragmenty książki "Wyrwane strony" Józefa Czapskiego
oraz "Książki zbójeckie" Wojciecha Karpińskiego (cytat z "Ja" Józefa Czapskiego)
wyd. Fundacja Zeszytów Literackich

Przerywnik codzienności


O swoich licznych podróżach, Julia Hartwig, pisała, że to przerywniki codzienności. Taki też przerywnik przypadł i mnie w udziale. I chociaż ujęty w twarde ramy służbowych zobowiązań, to jednak udało się nieco uelastycznić jego czasowe ograniczenia i zanurzyć bezimiennie w wiedeńskie uliczki pachnące czekoladą i marcepanem. Każdy krok zdawał się zamieniać w taneczny ton Straussowskiego walca, a ja otulając się peleryną tkaną z przedwieczornej mgły sunęłam między kamienicami spoglądającymi oczami gigantów podtrzymujących balkony przyozdobione filigranowymi balustradami lub kwiatowymi motywami oplatającymi ozdobne gzymsy. Zaglądałam do podwórek schowanym za długimi korytarzami, z urokliwymi sklepikami, antykwariatami i księgarniami skrytymi w ich wnętrzu. Za jednym podwórkiem kolejne, jak bombonierka w bombonierce, oplecione wijącymi się długimi wstążkami bluszczu, który jakby obejmował czule przedawnione wspomnienia drzemiące za zamkniętymi oknami każdej kamienicy. Zdawać by się mogło, że ich silne ramiona sprawiają, że te stare domy nigdy się nie rozkruszą i jeśli nawet czas jeszcze mocniej je nadwyręży, a ich posągowe ciała przyozdobią zmarszczki pęknięć, wciąż tkwić będą zdobiąc miasto swoim nieprzemijającym urokiem.
Wizyta w Galerii Albertina, do której prowadzą schody tworzące malarskie dzieło sztuki, z sąsiadującą obok Operą Wiedeńską zachwycającą swoją iluminacją o zmroku. Spacer przez wystawę od impresjonistycznych reminiscencji Moneta do, zawsze mnie niepokojących, obrazów Picassa. Jednak to nie kto inny, spośród wielu znamienitych nazwisk, ale Marc Chagall, jak zawsze, zatrzymuje mnie na dłużej intensywnością barw, głębią kobaltu przenikającego jakże wiele z jego obrazów, rodzajem "dziecięcej" niesforności czy nonszalancji, u niego przekształcającej się w nietuzinkowe dzieło sztuki, które nie pozostawia obojętnym każdego, kto zechce zajrzeć w świat talentu jej autora. Wszak każdy z jego obrazów jest cząstką niego samego, jego wielokulturowości począwszy od chasydzkich korzeni, rosyjskiego pochodzenia, francuskiego obywatelstwa, wojennej tułaczki po Europie, aż po krańce Ameryki, Izraela, by ostatecznie osiąść na stałe we Francji.
To Lucian Freud w kilku myślach o malarstwie zanotował: Malując obrazy, staram się poruszyć zmysły poprzez intensyfikację rzeczywistości (...) Najbogatsze uczucia malarza wobec wszystkiego, co go obchodzi, stają się rzeczywiste dla innych. Wyrazistość doznania sprawia, że każdemu kto patrzy na obraz, objawia się tajemnica.
I przyglądając się obrazom Chagalla trudno nie przyznać im zdolności poruszania zmysłu poprzez tę właśnie intensyfikację rzeczywistości, która staje się wyraźniejsza, jednocześnie nie tracąc nic na swojej tajemniczości, niedopowiedzeniu, ulotności, zwiewnej poświacie postaci i skrywających się w nich uczuć.
Za to intensyfikacja moich uczuć znalazła swoje najskrytsze spełnienie, kiedy przekroczyłam próg Austriackiej Biblioteki Narodowej. Przekroczyłam i stanęłam nieruchomo jak te posągi, które zamarły w ogromnej sali biblioteki, niewątpliwie olśnione pięknem samego wnętrza, jak również zbiorów ksiąg tam zebranych. Wszystkie okazale ukazujące swoje zachwycająco przyozdobione ornamentami grzbiety. Jedne jakby nosiły na sobie najokazalsze królewskie szaty grubo haftowane złoceniami, inne skromniejsze przyprószone patyną i siwymi kosmykami czasu. Przylgnąwszy do siebie tworzą bogate kobierce, najszlachetniejsze książkowe arrasy, zamieszkałe pomiędzy ciężkimi drewnianymi półkami przyściennych bibliotek pnących się aż pod nieboskłon fresków przemawiających licznymi alegoriami.
I trudno, by nogi nie ugięły się od tegoż bibliofilskiego bogactwa, i jak te drabiny w wyciągniętymi wysoko ramionami chciałoby się przylgnąć do tych milczących świadków minionego czasu zapisanego na licznych papirusach i nakreślonych na mapach starych kontynentów. Najprawdziwszy zawrót głowy, jak zawrócony z biegu świat spoczywający na wydatnych krągłościach olbrzymich globusów stojących na straży czterech stron świata. Przyznaję, najchętniej wślizgnęłabym się pomiędzy uchylone drzwi, ukryte między półkami na książki, aby pozostać tam na dłużej, kiedy cisza obejmie swoim oddechem wnętrze biblioteki, już po zamknięciu drzwi dla innych zwiedzających, a ja wziąwszy na kolana kilka z tych książkowych okazów mogłabym pomilczeć w ich towarzystwie wsłuchując się jedynie w niemy szelest pożółkłych kartek.
Tymczasem wieczorem przy szeleście kartek całkiem białych, przemawiających wymownym dwugłosem, wciąż zastanawiałam się jakiej ilości papieru ściernego trzeba, by użyć dla mojej coraz bardziej stwardniałej skóry, by przeniknęła przez nie osobowość Czesława Miłosza. Moja ułomność w relacjach z Miłoszem wciąż mnie niepokoi, ale może i znajomość z nim nazbyt krótka, jak ta podróż do Wiednia, jak podróż Jarosława Iwaszkiewicza do Londynu i Paryża, o której pisał w liście do Miłosza:
Niestety podróż trwała nazbyt krótko, żeby jakieś dłuższe wrażenie zostawiła, ja teraz jestem stary i gruboskórny i wrażenia muszą dobrze popracować, aby moją słoniowatą warstwę przebić i naprawdę poruszyć.
  
fragment z "Kilka myśli o malarstwie" Luciana Freuda115 Zeszyty Literackie, jesień 2011
fragment korespondencji Czesław Miłosz/Jarosław Iwaszkiewicz
"Portret podwójny", wyd. Zeszyty Literackie


Kompleksowe znaczki pocztowe


Dzisiaj jest taki dzień, kiedy wszystko się rozkleja. Kopery z niewysłanymi listami, wspomnienia jak plaster na niegojącej się ranie, nieudany obraz od płótna, nawet podeszwa od buta, nieco sfatygowanego jak ja. Rozklapciałego, rozbitego na przydrożnych wertepach wyboistej codzienności.
Do tego, w takie dni jak dziś, one rozsiadają się nad wyraz wygodnie. Zadomowione zresztą od lat. Bezceremonialnie, nie pytając o zgodę. Mimo moich, nielicznych co prawda, przeprowadzek one nie lubią zmieniać adresu. Są jak znaczek pocztowy. Niezbędne, żeby się nie zgubić. Szalenie stałe w uczuciach, a przy tym krnąbrne i niezmiennie uparte. Zawsze bardzo pewne siebie, można rzec, że w siebie ślepo zapatrzone. W sobie rozkochane egoistycznie i samolubnie. Od dziecka przysiadając na moich łopatkach, by nie wyrosły mi skrzydła. Sprytniejsze niż cień i dokuczliwe przenikliwe jak poranna wilgoć. Ciężkie jak sen nieprzespany.
Wieczorem tańczą fokstrota na kartkach kalendarza, póki nie przeskoczą na nowy dzień. Rankiem zaś uwielbiają przeciągać się między ramami lustra uśmiechając się do mnie szyderczo kolejną zmarszczką.
Niestrudzone w walce o zachowanie przeze mnie równowagi, chociaż przecież niejednokrotnie przechylają szalę na swoją stronę, aż nazbyt dokuczliwie. Ograniczająco. Wtedy wszystko staje się wątpliwe, nieudolne i bezkształtne. Plączą się palce, myśli i wątki. Pozostaje ze wstydu schować się za ich szerokimi plecami.
Freud, co prawda zapewniał, że są potrzebne do samorozwoju, do ukształtowania swojej osobowości.
Ale czy wiesz, że czasami chciałabym się ich wyrzec, Zygmuncie. 
Nie słyszy.
I tak tkwimy sobie, w rozklejający się coraz bardziej dzień, przyklejając się coraz mocniej do cichej nocy i do siebie nawzajem.


Ziarenka

Przyglądam się ziarenkom fasoli, które wymknęły się z długich strączków, jak z ciepłego śpiwora. Małe, nieco zawstydzone swoimi krągłościami, nieśmiałe, turlające się niespiesznie po blacie ciężkiego stołu. Delikatnie ujęłam, jedno, kładąc w zagłębieniu pomarszczonej dłoni. Gładkie. Zupełnie jak moje poranki, które przeciągając się leniwie rozprostowują senne zagniecenia.
Tymczasem, ja rozgniatam w dłoniach kolejny dzień, by lepiej poczuć jego smak. Rześkie powietrze pachnie już szczyptą jesieni lśniącej rudo-purpurowym rumieńcem. Szczęśliwa ze swojego powrotu gubi łzy wzruszenia wybijające, o parapet okna, rytm mojej zabieganej codzienności, Ociężale szarej, kiedy stalowe chmury odgradzają od czystego błękitu nieba, ale rumieniącej się, gdy wspomni piękne chwile, których była świadkiem.
Wszak całkiem niedawno sama kryłam łzy wzruszenia idąc Próżną, bo choć w dużej części poddawanej remontowi, to znowu oddychającą szeptem wspomnień. A może właśnie dlatego, że nie było takiego nadmiernego gwaru, odnosiłam wrażenie, że cienie jej dawnych mieszkańców stoją na zawieszonych pod niebem balkonach, by wsłuchać się w klezmerska noc, stworzoną w sobotni wieczór przez Brass All Stars, z gościnnym występem klarnecisty Christiana Dawida, który rozpraszał ciemności dźwiękami, jak olśniewającymi urodą gwiazdami. Zaś, kiedy śpiewał razem z Lorinem Sklambergiem pieśń o aniołach, to jakby one swoimi skrzydłami, niosły każdą nutę ponad ociemniałymi kamieniczkami, poranionymi czasem i zapomnieniem, tego wieczora, wypełniając ich ociemniałe oczy rozmodleniem.
Przy płocie, oddzielającym remontowane szkielety domów od Placu Grzybowskiego, siedziało dziewczątko, młode bardzo, wystawiając swoje rysunki na ocenę przechodniów gubiących, jednak, swoje oczy w błyskotkach. Tymczasem postaci na jej obrazach, zdające się cieniami zatrzymanymi w kadrze miejskiego dworca, szeptały krzycząc krzykiem niemym i bezdźwięcznym, jednocześnie jakże intensywnie przykuwając moją uwagę. Damy w powłóczystych sukniach chowające twarze pod rozłożystymi kapeluszami stoją w kolejce po nieznaną przyszłość. Same zdają się być ziarenkami popiołu strzepniętego przez nierozważny los, na nieznaną ziemię. Utkwione w ramach, nieruchome, niezdolne do żadnego ruchu, a przy tym przepełnione lekkością, ulotnością własnego istnienia. W jakiś szczególny sposób nieuchwytne, acz jakże wyraźnie dostrzegalne w swoim nierealnym jestestwie.
Patrzę na ziarenko w dłoni. Jak bardzo jest realne, namacalne. Moje myśli zaś niezdarne, wciąż padają na nieurodzajną ziemię.

Kołysanka

Nie mogę zasnąć. Patrzę zatem jaka jest nieziemsko piękna.
Powinna była przyjść razem ze snem. Przyszła całkiem sama nucąc kołysankę z mojego dzieciństwa...
Idzie niebo ciemną nocką, ma w fartuszku pełno gwiazd.
Gwiazdy świecą i migocą aż wyjrzały ptaszki z gniazd.
Jak wyjrzały, zobaczyły, to nie chciały dużej spać.
Kaprysiły, grymasiły żeby im po jednej dać.
Gwiazdki nie są do zabawy, bo by nocka była zła...
A ona pełna łagodności przylgnęła do świata. Słońce już dawno schowało się na jej widok, zawstydzone własną nazbyt rażącą oczy dosłownością, podczas gdy ona skrywa, w sobie, wszelkie niedoskonałości. Nawet ptaki milkną w jej obecności. Jedynie schowane w wysokich źdźbłach trawy pasikoniki, jakby jej nie dostrzegając, grają swój wieczorny koncert skrzypcowy, być może wpatrzone jedynie w delikatne drganie cienkich strun.
Tymczasem, zdaje mi się, że widzę jak ona siada przed lustrem, przeglądając się w księżycowej poświacie i rozplata grube warkocze. Zdejmuje z włosów rozgwiazdy, skradzione w morskiej kąpieli, rozrzucając je niedbałym gestem, a one w zetknięciu ze sklepieniem nieba rozbłyskują oświetlając drogę jej niekończącej się wędrówki. Zatrzymuje się jedynie na chwilę, a wtedy jej długie włosy dotykają ziemi stając się kruczoczarną zasłoną, jak płótno malarza, rozpostartą na blejtramie ziemskiego świata. Przytkniętą do każdego jego zakątka. Gęstą i nieprzeniknioną.
Ciężko przylegając do powiek przymyka je, by otworzyć szeroko oczy wyobraźni. Swoją obecnością zaciera granice horyzontu, łagodzi wszelkie ostrości dnia, jednoczy różnorodność kolorów w jedną barwę aksamitu ścielącego się miękkim prześcieradłem pod jej stopami. Przysłania zmysł wzroku, by wyostrzyć zmysł słuchu skupiającego się na najmniejszym, choćby, odgłosie dochodzącym z jej głębi. Budząc wrażliwość.
Jak ująć ją w dłoni nim wymknie się o brzasku. Jak poczuć jej niezgłębioną materię istnienia nim odejdzie rozpływając się w porannych mgłach, nim zniknie pod budzącym się oddechem świtu. Zmęczona.
Nie mogę zasnąć. Patrzę zatem jaka jest nieziemsko piękna.
Noc.

Odpryski życia


Jak zamienić kawałek węgla w kostkę czekolady? Jak poczuć słodszy smak rozpuszczającej się codzienności na chropowatym podniebieniu życia?
Na razie wszystko rozpuszcza się w kałużach deszczu, krople rozbijają się na milionowe cząsteczki jakby roztrzaskał się podniebny żyrandol wprost z fabryki Swarovskiego, każdą kryształową łzą wypłukując kurz spomiędzy szczelin i szparek, w których skryły się ziarenka gorczycy, porzucone w biegu troski, zagniecione skrawki albo gałganki z kurczącego się płaszcza ochronnego, gdzie śpi głuche echo szyderczego chichotu, odpryski mijających dni. Tak, jak w ziemię wbiły się odpryski potłuczonych zniczy, bezkształtne kawałki roztrzaskanej przez kogoś tablicy na grobie mojej Babci, jak dotarła do mnie roztrzaskująca wiadomość, że koleżanka ma stwardnienie rozsiane.
Jak pozostać niewzruszonym wobec takich wybryków i wyroków? Jak wzmocnić własną, z lichego materiału zrobioną, konstrukcję?
Nową tablicę można zamówić, znowu boleśnie wyryć na niej datę śmierci ostrym dłutem rozgrzebując własny ból i poczucie straty. Od nowa licząc kolejny rok, kolejny deszcz, który rozmyje krwawiącą ranę, zmyje cień Jej odejścia wypłukując go spod moich powiek, jak wypłukiwał powoli, z każdym dniem, przejmujący błękit z Jej oczu.
Ale jak zamówić nowe życie?
Ściskam w dłoni kawałek węgla patrząc na czarne smugi spływające pomiędzy palcami.
Czuję się doszczętnie przemoknięta.


Kontrola oddechu dnia

Długi, powłóczysty welon wieczornej mgły, który jak woal przysłonił wczoraj nieśmiało oblicze przydrożnych krzewów, dzisiaj rano rozpłynął się niezauważony. Przejrzystość poranka zajrzała przez okno rozświetlając wnętrze nierozbudzonego jeszcze domu. Frycek wrócił z nocnych wojaży chowając się przed rażącym jego niewyspane oczy światłem, znikając w ciepłych, wełnianych warstwach koca, jak ta wczorajsza mgła.
Z kubkiem aromatycznej kawy przysiadam się do „Wakacyjnego Śniadania Mistrzów” smakowicie przygotowanego przez Dariusza Stańczuka. Wyborne towarzystwo i wykwintne menu, z klasą podane, a jakimż wdziękiem i dźwiękiem opatrzone. Te ptasie trele słyszane w koncercie na flet Piccolo C-Dur Vivaldiego, mogłyby zawstydzić leniwe szpaki w ogrodzie, bardziej skupione na mistrzowskim poszukiwaniu smakowitego kąska, zanurzone w aspekcie stricte kulinarnym tejże smakowitości, niż tym muzycznym płynącym z eteru na falach RMF Classic.
Tymczasem ja chłonęłam, wraz z kolejnym łykiem kawy, łyk tonów przepełnionych barokowymi ozdobnikami, skrzydlatymi szesnastkami szeleszczącymi swoimi chorągiewkami w podziwie wielkim dla utalentowanych poczynań Antoniego. Moje oczy, zaś, jak półnuty szeroko otwarte, wypatrywały tego, co dzień ma dla mnie zaplanowane na dzisiaj. Praca, popołudniowy wykład, droga do domu autostradą zachodzącego słońca, i w końcu powolne odsuwanie od siebie trosk, które sprawiły, że przez ostatnich parę dni czułam się jak kobieta z obrazu Józefa Czapskiego „Droga nadmorska” idąca wąską drogą, z jednej strony osłonięta niewzruszoną skałą codzienności, z drugiej ukazująca usuwające się spod nóg urwisko, znikające w przepastnych odmętach morza. Choć może w zamyśle samego malarza mogła to być kobieta w pełni szczęśliwości, ufna, niezalękniona. Kapelusz, jak słońce, nad jej głową zawieszony, rozjaśnia drogę wijącą się jak stróżka piasku. I choć droga wąska, to może tajemnicza kobieta widzi własną przyszłość znacznie szerzej, spod rozłożystego kapelusza w kolorze szafranu, chowającego pod swoim rondem, jej własny mikroświat.
I tylko ja mniej kolorowa sama sobie się zdaję.
Gdyby tak można było wyrwać niektóre strony ze swojego życia, wyrwać z serca i własnej niedobrej pamięci, spalić, spopielić, by nigdy więcej do nich nie wracać, nie wracać do związanych z nią strachu, przerażenia, bezsilności. Ale kiedy czytam fragment zapisów Józefa Czapskiego, który notuje: Niech się stanie wola Twoja, przyjąć, przyjąć, nie omijać, nie odwracać się od rzeczy przykrych i trudnych, przyjąć je do końca, nawet z radością, wchodzić w to, czego się boisz, a boisz się każdej decyzji, każdego złego spojrzenia - z przewrotnością, tylko kobietom ponoć przypisywaną, próbuję samej sobie powiedzieć, że dobrze może, że żadnych kartek wyrwać nie sposób. Jakkolwiek niechciane stanowią jakąś cząstką mnie samej, a jakże wyrwać kawałek siebie, który nerw należałoby usunąć jak fastrygę, wyrwać jak wenflon, choć boleśnie wbity, to przecież w przewrotny sposób mający w czymś dopomóc. Może w doprowadzeniu świeżego oddechu, takiego który przychodzi z czasem, z dystansem odmierzanym kolejnym życiodajnym zachłyśnięciem się sokiem z żywicznego drzewa.
I kiedy przeczytałam fragmenty, niewielkie bardzo, z dziennika Józefa Czapskiego, pomyślałam, że pewnie bywa i tak, iż niektórym udaje się „powyrywać strony” sprawiając, że samoistnie każda z nich staje się esencją, barwnym obrazem, zapamiętaniem, „wklejając się” w nasze własne widzenie i odczuwanie.Józef Czapski - malarzy, pisarz i eseista, przyjaciel Konstantego Jeleńskiego, powyrywał strony z własnego życia zostawiając je dla potomnych jako ślad swojej przynależności do świata, ślad własnej w niej, pięknie odrysowanej, obecności. Sam konstatując: A dziennik mój to jest pas ratunkowy, to jest dociskanie siebie do tej świadomości. Co znaczą te jęki - drukować, ani mowy, ale tylko tak możesz zachować działanie pasa ratunkowego i nawet uratować kartki, które muszą nabrać innej formy, może więcej wspomnieniowej - w każdym razie oczyszczonej z tego, co jest istotą i potrzebą, i treścią główną dziennika - mego pasa ratunkowego i moich dla siebie samego niespodzianek (…) Dziennik nie na pokaz pomyślany, ale jako kontrola oddechu dnia.Jak tu oddech, jednak, samemu kontrolować czytając to co iskrzy i olśniewa. Nie sposób, bo trzeba poddać się tej rytmice przyspieszonej, opartej nuż to na świadomym ruchu w malarstwie, toż znowu na pewnej dozie improwizacji jaka jest nieuniknionym elementem życia. Akceptacją tejże zmienności i różnorodności.
Wszak można swobodnie kojarzyć barwy, układać na płótnie i wprawnie przemieniać je w pełnokrwiste pejzaże zatrzymane w malarskim kadrze, ale pozostaje wciąż element zaskoczenia, będący nieobliczalnym efektem ubocznym, całkiem poza wszelką kontrolą, a dodającym blasku, pewnej świetlistości skoncentrowanej w małych fragmentach nagle stających się dla nas istotniejszymi od całego tła. Skupia się w nich soczewka naszego oka, nasze widzenie i dostrzeganie detalu. Te skrawki, „łachmanki”, wyrwane z kontekstu chwile, same stają się kontekstem swojej własnej, odrębnej całości.
Teraz już tylko czekam na przesyłkę, a stan ten wzmaga wypowiedź Konstantego Jeleńskiego, który o diariuszu swojego przyjaciela powiedział: Jedyny swego rodzaju dziennik i najwierniejszy autoportret. 
A na razie przyglądam się malutkiemu wydawnictwu zakupionemu na stoisku antykwarycznym w nowoczesnym budynku Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie zostały przeniesione nasze wykłady o malarstwie. Ta niewielka książeczka chowa w sobie wybór listów z osiemnastego wieku, wydanych przez Librairie Hachette, w zupełnie nieznanym mi roku, choć jej stan świadczy o wielu latach tułaczki. Pięknie szeleszczące doskonałą francuszczyzną, opatrzone wstępem Gustave'a Lanson'a, opieczętowane dwoma stemplami: Biblioteki uczniowskiej Gimnazjum im. T. Niklewskiego oraz Gimnazjum i Liceum Państwowego im. J. Słowackiego w Warszawie. W środku ślad czyjejś obecności, czy może obecności tychże listów w czyimś życiu, znacznie bliższym mi czasowo - fiszka z biblioteki na której ktoś odręcznie zanotował: z jednej strony - tytuł, nr wydania oraz wydawcę, zaś na drugiej - "Chiny. Halimarski Andrzej: Wojna o Konfucjusza. Polityka r. 1974 nr 9 s. 7."
W rozdziale o Stanisławie Auguście Poniatowskim wkładam gałązkę lawendy. Może kiedyś ten tomik listów trafi w czyjeś ręce, niech zatem będzie sentymentalnym, ździebko infantylnym, śladem i mojej bytności między kartkami  
Choix de Lettres du XVIIIe siecle.

Na moim rąbku świata


rzuć mnie w obłok panie
lecz nie czyń mnie kroplą deszczu
nie chcę wracać na ziemię (...)

Tymczasem...
Na moim rąbku świata.
Przypisanego tylko moim oczom, każda myśl stawała się ostatnio kroplą deszczu zrzucaną z nieba, jak być może zrzuca się niepokornego anioła, by wtopił się w ziemski świat przesiąknięty różnorodnością odczuć, barw i uniesień. By zasmakował cierpkiego smaku przyklejającego się przeźroczystą powłoką do powiek, i tego całkiem słodkiego, mijającego nazbyt pospiesznie z podniebienia, wraz z kolejnym przełknięciem ziarenka goryczy, który dokuczliwie potrafi utknąć w krtani na dłużej, odbierając wszelkiej słodkości każdemu kolejnemu łykowi wypijanemu z rozchylonego wciąż kielicha życia.
Na moim rąbku świata.
Obszytym ścisłym ściegiem ograniczeń, czasem wszystko potrafi się rozejść jak źle przyfastrygowany kawałek skóry, odsłaniając rdzeń własnego jestestwa, jak odstawać potrafi płat pokarbowanej kory starego drzewa, pozwalając wilgotnemu powietrzu przeniknąć do podskórnej strefy wrażliwości jego natury.
Na moim rąbku świata.
Nieidealnego, nie próbuję oddalić się od rzeczywistości, ale przygarnąć ją, otulić się choćby jej chłodem, wniknąć w wielowarstwowość wiatru przemierzającego przeróżne zakątki, by wciąż pozostać kroplą, jedną z wielu, nawleczoną na nieznanej długości żyłkę. Pozwolić sobie na wewnętrzne rozedrganie będące niezbitym dowodem niezaprzestanego odczuwania.
Na moim rąbku świata.
Po prostu padał deszcz.

Zawężona perspektywa


Jeszcze w piątkowe popołudnie wyraźnie widziałam potężne kasztanowce za oknami Instytutu Archeologii UW, kołyszące się majestatycznie, trochę swoim ruchem nasuwając mi na myśl zabawkę z mojego dzieciństwa popularnie zwaną 'wańką-wstańką'. Była w kolorze dojrzałej pomarańczy, równie jak ona chwaląca się zgrabnie zaokrąglonymi kształtami. I to moje spostrzeżenie jakże prędko znalazło swoje odbicie w jednym z obrazów omawianych parę chwil później, na kolejnym wykładzie z malarstwa. Bracia Maksymilian i Aleksander Gierymscy, czyli ciąg dalszy realizmu monachijskiego, tym razem w wydaniu nastrojowym, i skojarzenie z niedawno odnalezionym obrazem autorstwa młodszego z braci, Aleksandra, „Żydówka z pomarańczami”.
I to właśnie malarstwo Aleksandra Gierymskigo w szczególny sposób ująło mnie swoją tematyką, a nade wszystko grą światła budującego nastrój, nadającego ostrego wyrazu albo nastrojowego złudzenia zaułkom, wąskim uliczkom lub uchwyconym scenom z życia miasta, w szczególny sposób życia warszawskiego Powiśla. Obrazy Gierymskiego zlewając się w niezwykłą całość z przywoływanymi naprędce w pamięci opisami tej dzielnicy, które można znaleźć między linijkami „Lalki” Bolesława Prusa, tworzą przejmujący portret tej części miasta, mojemu sercu najbliższej. Jakby nakładające się na siebie odcienie barw pociągnięte pędzlem malarza i wyrazistość słów kreślonych ręką pisarza, uzupełniały się wzajemnie, tworząc przejmujący zapis zatrzymanego czasu i atmosfery Warszawy końca dziewiętnastego wieku. "Powiśle", "Solec", "Brama" czy "Święto trąbek" każdy z nich to jakby oddzielna historia, każdy z nich mogący stać się przyczynkiem niezwykłej opowieści o ludziach, ich biednej i trudnej codzienności, ale też wielości kultur, które mieszkały na jednym skrawku ziemi, ujęte w ciężkich ramach rzeczywistych obrazów.
I wychodząc z wykładu olśniona nastrojowością zatrzymaną na obrazach 'warszawskich' i tych utrwalających uliczki Paryża otulone nieśmiałym światłem latarni czy będące odbiciem śladów nocnych spacerów przy Luwrze, wiedziałam, że znacznie zawężyła się moja perspektywa spostrzegania. A w sobotni poranek obudziłam się już z przykrym doznaniem, że najbliższych parę dni dane mi będzie oglądać świat przez szparki.
Zapalenie spojówek i jakże odmienna ostrość widzenia. Wychodząc do ogrodu schowałam się za ciemnymi okularami, które miały być bezpieczną zasłoną przed światłem, które jeszcze dzień wcześniej zachwycało mnie swoim malarskim wyrazem i nastrojowym refleksem prześlizgującym się po płótnach. Teraz ta świetlistość stała się dla moich oczu wyjątkowo przykrą, jakże odmiennie od tej pochwyconej niezakłóconą wrażliwością poety, Czesława Miłosza, który o obrazie Port w La Rochelle, jednego z przedstawicieli nastrojowego realizmu monachijskiego Jean-Bapiste-Camille Corot, pisał w swoim wierszu:
Imię jego świetlistość. Cokolwiek zobaczył,
Niosło mu pokornie, ofiarowywało
Swoje wnętrze, bez fal, uspokojenie,
Jak rzeka w dymach czasu jutrzenneg,
Jak perłowa macica w czarnej muszli.
Tak i ten port, w godzinie popołudnia,
Ze śpiącymi żaglami, dniem upalnym,
Dokąd przyszliśmy, może ociężali winem,
Rozpinając kamizelki, jemu, jemu, lekki
Odsłaniał jasność pod przebraniem chwili.
Drobne postacie dotychczas rzeczywiste:
Trzy kobiety tu, tamta jedzie
Na osiołku, beczkę toczący mężczyzna,
Konie w chomątach cierpliwe. Był tu, znad palety
Wołał ich, wezwał, uprowadził
Z ubogiej ziemi trudu i goryczy
W atłasową krainę dobroci. 

Próbowałam przypomnieć sobie pierwszy obraz pokazany na piątkowym wykładzie, Jean-Baptiste-Camille Corot "Taniec nimf". Taka magia splatających się skojarzeń, przychodzących obrazów barw i obrazów słów. Po prostu magia.
Usiadłam w ogrodzie, by całotygodniowy, wewnętrzny chaos ukoić widokiem piękna natury, w jej drobnych fragmentach widzianych tym razem bardzo wąsko, ale z tym większą fotograficznością, sfokusowaniem się na detalach, szczegółach, utrwaleniu rzeczywistego obrazu życia, które było także nieodłącznym elementem realizmu monachijskiego.
I zatrzymałam, kilka obrazków, realizmu ogrodowego, pochwyconych w obiektywie własnej, wąsko widzącej soczewki...
wiersz Czesława Miłosza, będący częścią tekstu W Yaleze zbioru "Dalsze okolice", wyd. Znak, 1991

W świetle piorunów


Wieczór powoli kładzie się ciężkim dywanem na kończącym się dniu.
Cicho i spokojnie. Jeszcze niedawno przeplatały się bladoróżowe pasemka na poszarzałym nieco błękicie nieba, ani śladu po wczorajszej burzy. Dzisiaj ten skrawek nad ziemią nie przypomina wczorajszego rozdzieranego groźnie rysującymi się konturami nieobliczalnej burzy, która rozświetlała ciemności nocy jaśniejącymi rysami. Wyglądało to szalenie niepokojąco, całkiem inaczej niż "Burza" na obrazie Giorgione'a jakby pozbawiona grozy, gdzie "panuje nastrój oczekiwania, ale nie złych przeczuć", burza tajemnicy, niejasna, skłaniająca do odmiennych interpretacji i wicia przeróżnych skojarzeń.
Ale to zapewne nie przypadek, skoro jej autor to jeden z najbardziej zagadkowych artystów nowożytnych, tak jak zapewne nie przez przypadek, właśnie wczoraj, sięgnęłam ponownie do albumu "Literatura i malarstwo", by znaleźć w nim malowniczy esej Ewa Bieńkowskiej Co mówią kamienie Wenecji kreślący taki oto nastrój widniejący na obrazie Giorgione'a:
Oko rejestruje najpierw pochmurną atmosferę i węża błyskawicy na groźnym niebie. Błyskawica jest źródłem światła w obrazie, oświetla mury miasta i korony drzew nagłym blaskiem (...). Błysk wydobywa fosforystyczną biel kamieni i na mgnienie przemienia liście w konstelację świecących punktów, uwydatniając ciemne sylwetki drzew stojących, z punktu widzenia oglądającego, pod światło. Zanim okno spocznie na zagadkowej cygance w dolnej partii obrazu, przyciągane jest widokiem miasta - jak ze snu. (...) Rozbłysk błyskawicy na moment zmienia nie tylko wygląd rzeczy, ale ich substancję, i zostawia w nas przekonanie, że przez ułamek sekundy uczestniczyliśmy w innym, uroczystym i sekretnym istnieniu świata.
Niewątpliwie doświadczenie wczorajszej burzy na obrazie, który zawisł nad dachem mojego domu był takim sekretnym, ale też budzącym grozę i pokorę wobec sił natury, spojrzeniem na istnienie innego świata.
Moje oko zarejestrowało, za oknem, granat nieboskłonu rozkrawany jak wielka porcja czekoladowego tortu. Połyskujący nóż zanurzał się w gęstych warstwach chmur rozdzielając je na nierówne kawałki. Błyskawice wiły się jak brokatowe serpentyny, jak złote wstążki zrywane zamaszystymi ruchami z pudełek z prezentami, rozświetlając rozłożyste kształty krzaków róż schowanych pod ciemną maską niespokojnej nocy. Kielichy ich kwiatów napełnione deszczem, po brzegi płatków, ledwo były w stanie utrzymać ten ciężar. Dzwoniące perełki rozpryskiwały się na drobniutkie cząsteczki uderzając o zaokrąglenia donic stojących na tarasie. Parapety okien zalane łzami mieniły się purpurą czerwieni w blasku przydrożnej lampy, a przezroczyste paciorki turlały się po schodkach zanurzając w zielonym dywanie. Znikając bezpowrotnie między źdźbłami trawy, wsysając się między gródki spierzchniętej ziemi, która wreszcie zaczęła oddychać.
Tymczasem ja czuję się jakbym oddychała zaledwie połową pojemności swoich płuc, nazbyt płytko, by móc zachłysnąć się malowniczym zjawiskiem objawionej natury, przyduszona gęstym powietrzem.
Parnym porankiem unoszącym się ciężko nad ziemią.
fragment eseju Ewy Bieńkowskiej Co mówią kamienie Wenecjialbum "Literatura i malarstwo" Aliny Biały
wyd. Wydawnictwo Szkolne PWN - ParkEdukacja, 2009

Portrety kobiet


Pozwoliłam stać się, dzisiaj, rąbkiem płótna dla malarskich poczynań natury. Wtulona w wygięty materiał hamaka patrzyłam jak długie palce słońca ześlizgują się po grzbiecie przygarbionego nosa zostawiając plamki piegów, jak przytulają się do krągłych kształtów policzków malując na nich złote rumieńce i wplatają we włosy słoneczne pasemka. Przemykają kanalikami zmarszczek wokół oczu rozświetlając zielone punkciki na brązowej tęczówce. Oddech leniwego popołudnia, czasami tylko rozwiewany chłodniejszymi porywami wiatru, otulał się ciepłym szalem wokół ramion. Serce biło miarowo dostosowując się do spokojnego rytmu dnia.
Z tarasu spoglądał na mnie album, który jest pograniczem, miejscem przylegających do siebie obszarów. Odwiecznym zamiłowaniem do literatury i ostatnio budzącej się pasji do malarstwa. Między ciężkimi, pokaźnych rozmiarów okładkami maluje się postać starszej kobiety, w futrzanym czepcu i takim też kołnierzu płaszcza, zapiętego pod szyją ozdobną spinką. W dłoniach, będących dowodem jej niemłodych lat, trzyma księgę, starodruk, opatrzoną rycinami. Trzyma blisko wpatrując się uważnie w słowa. Może wzrok już nie tak ostry, niedostrzegający szczegółów, ale wciąż tak samo łakomy. Jest w jej twarzy szlachetna łagodność, spokój, mądrość lat i mądrość, którą wyczytuje spomiędzy kartek księgi. Jakby obie stawały się jednością, dając siebie sobie nawzajem, odczytując się instynktowanie, jakby na nowo otwierany rozdział był także nowy początkiem dla każdej z nich, mimo widocznie wyrytego wieku na ich obliczach.
Biorę album, by zajrzeć do środka. Okulary leżą daleko ode mnie. Przysuwam go bliżej oczu, by widzieć lepiej, by nic nie umknęło wraz z kolejnym porywem wiatru, wyrywającym kartki spomiędzy palców. Powoli przemierzam swoje pogranicze zamknięte w przepięknym wydawnictwie autorstwa Aliny Biały "Literatura i malarstwo".
Strona 221 - Doświadczenia egzystencji - jakże sielankowo dzisiaj odczuwalne w niespieszne popołudnie. W dźwiękach szumiącej sosny, śpiewie ptaków i leniwym mruczeniu kotów wygrzewających się na tarasie. Jutro doświadczenia odmienne, kiedy po całym dniu zabiegania przysiądę na łóżku próbując jeszcze resztką sił śledzić linijki w książce, od której trudno mi się ostatnio oderwać, "Papuga Flauberta" autorstwa Juliana Barnesa rysującego postać tego,  który tak zachwycająco sportretował panią Bovary.
Wracając jednak do albumu, do strony 221 i innej kobiety, tej zmęczonej, którą sama jutro będę i tej widniejącej na obrazie Edwarda Hoppera, ujętej w ramach przejmującego obrazu "Pokój hotelowy". Siedzącej na łóżku z książką w dłoniach, ale w przeciwieństwie do kobiety z okładki, książki trzymanej bezsilnie, jakby od niechcenia, bez dostrzegania detali nakreślonych liter, patrząc na nią niewidzącymi oczyma. Ten obraz zapada w pamięć, niczym niedokończona fraza. Dopowiedzieć ją może sobie każdy na swój własny sposób, dopowiedział ją Czesław Miłosz w swoim wierszu, który mogłabym określić słowami wyczytanymi w fascynującym tekście Pawła Huelle, poświęconego poezji Tomasza Różyckiego, ale jakże pięknie wpasowującego się w zbudowany nastrój w wierszu Miłosza, w twórczość poety:
Każda fraza, która – no właśnie – zapada w pamięć niczym obraz Vermeera ujrzany pośród setek innych akordów zapisanych w XIX wieku. W tym czytelniczym rzemiośle nauczyłem się rozpoznawać poetów istotnych od przygodnych. Poeta istotny to ten autor, który – czasem w jednym zdaniu, czasem w dwóch zestawionych słowach – esencjonalnie potrafi wyrazić to, co czujemy, co przeżywamy w naszych rozmaitych sytuacjach i stanach egzystencji, ale czego sami nie potrafimy nazwać tak celnie, krótko, porażająco.
O, jaki smutek nieświadomy, że jest smutkiem!
Jaka rozpacz, nieświadoma, że jest rozpaczą!
Kobieta kariery, obok jej walizka, siedzi na
łóżku, półnaga, w czerwonej halce, uczesanie jej
nienaganne, w ręku ma kartkę z cyframi.
Kim jesteś? - nikt nie zapyta, sama też nie wie.

Może każda z nas zadaje sobie takie pytanie, szuka siebie: w książkach, w obrazach, w lustrach. Raz czując się staruszką noszącą swoje doświadczenia egzystencji w zagięciach zmarszczek uśmiechających się pogodnie, to znowu będąc zabieganą współczesną kobietą, na koniec dnia, próbującą odnaleźć się w gęstwinie kurzu mijającego dnia. Może czasami panią Bovary szukającą miłości i spełnienia, dopełnienia siebie.
Kim jesteśmy? - oby nowy tydzień przyniósł, każdej z nas, choć cień odpowiedzi.
wiersz Czesława Miłosza
album "Literatura i malarstwo" Aliny Biały
Wydawnictwo Szkolne PWN, 2009
fragment Listu do młodego poety autorstwa Pawła Huelle poświęconego poezji Tomasza Różyckiego113 Zeszyty Literackie, wiosna 2011

Wyznania o tym... i o tamtym


Szelestem kartek próbuję zagłuszyć coraz bardziej natrętne dźwięki wystukiwane, o parapety okien jak o afrykańskie tam-tamy, przez majowy deszcz niosący wieść o niepogodzie. I tylko od czasu do czasu spoglądam na krople spływające po szybie, które jak górskie potoki szukają swoich ścieżek wśród nieporuszonych skał kapryśnej aury. Zwisające jak kryształowe paciorki na drewnianych rzemykach oplecionych wiotkimi gałązkami róży.
Ekspres do kawy pohukuje odganiając senność, która wślizguje się bezwstydnie pomiędzy warstwy koca, którym chciałam odgrodzić się od przejmującego chłodu wdzierającego się dzisiaj do domu. Kubek z pachnącą kawą patrzy na mnie kocimi oczami Audrey Hepburn, a ja błyskotliwymi oczami Wisławy Szymborskiej spoglądam na starą maszynę do pisania, która stoi uśpiona na biurku. Gdyby ona, odziana w najnowsze osiągnięca techniki: rozjaśniający wszelkie ciemności nocy ekran gdy go choć lekko uchylić, miękko ulegające palcom klawisze, czy sama mogłaby z siebie wykrzesać choć kilka słów czy skłonna byłaby podpisać swoje, zgoła przedwojenne imię 'Naumann Ideal', pod tymże fragmentem wiersza:
Objaśniam na ekranie
każdą wzmiankowaną rzecz,
kiedy ją wykonano,
i z czego, i po co.
A już zupełnie z własnego rozpędu
badam niektóre listy
i poprawiam w nich
błędy ortograficzne.
Przyznaję – pewne słowa
sprawiają mi trudność.
Na przykład stanów zwanych „uczuciami”
nie potrafię jak dotąd wytłumaczyć ściśle.
Podobnie z „duszą”, wyrazem-zagadką.
Ustaliłem na razie, że to rodzaj mgły,
rzekomo od śmiertelnych organizmów trwalszy.
Jednak największy kłopot mam ze słowem „jestem”
Wygląda to na czynność pospolitą,
uprawianą powszechnie, ale nie zbiorowo,
w praczasie teraźniejszym,
w trybie niedokonanym,
choć jak wiadomo, dawno dokonanym.

Nie sposób nie zatrzymać się przy kłopotliwych wyrazach "dusza" i "jestem". Wydają się być nierozerwalne, połączone niewidzialną nicią prowadzącą do równie kłopotliwego wyrazu "myśl". Ta zdaje się sprawiać wielu embarras swoją niezależnością, jakże często krnąbrnością, nieugiętym podążaniem własnymi drogami, szukając siebie samej w odbiciu luster, w kałużach deszczu puszczającego zawadiacko uwodzące, wodne oczka. A przecież któż może przewidzieć dokąd owe myśli, jeszcze nienazwane, mogą nas powieść, w jakie nieogarnięte ludzkim umysłem bogactwo urodzaju lub niespodziewanie odczuwane ubóstwo. Jakże niezrozumiale potrafiące dotknąć tych, którzy stworzyli dzięki niej pisarstwo wyryte złotymi zgłoskami w historii literatury i uszyte na miarę naszej własnej historii czytelnika.
"Pisarstwo, które robi coś niemożliwego, zupełnie niemożliwego, i jeśli czymś klajstruje dziury w rzeczywistości, to tylko swoją namiętnością do świata. Bo tylko to je ratuje, że straszliwie kocha świat (że bez wzajemności, nie muszę chyba dodawać; świat drwi sobie z literatury). Kocha albo nienawidzi; niektórzy pisarze, na przykład Austriak Thomas Bernhard, pisali tylko gniewem, tylko wściekłością, Jarosław Iwaszkiewicz uwielbiał konkret w sposób aż histeryczny; w jego książkach powtarzają się histeryczne wybuchy miłości do ludzi i miejsc, do ukochanych psów, do dzieł sztuki. A jednocześnie nieraz zarzucał sobie "ubóstwo myśli". Na przykład w eseju o Wenecji pisał:... ja jestem gadatliwy, bo gadaniem chcę pokryć moje ubóstwo, ubóstwo mojego kraju i ubóstwo mojej myśli". Ubóstwo myśli, co za nieporozumienie, ktoś kto tak pragnie konkretu i tak potrafi go osaczyć w swoim pisaniu, myśli w sposób najlepszy, najdoskonalszy... Błogosławione ubóstwo myśli."
Tymczasem czytaniem próbuję zaklajstrować pozostałych jeszcze kilka dziur w dokonanym już prawie czasie pierwszych, majowych dni, niezbyt rozpieszczających pogodną aurą. Wszak jutro trzeba będzie wrócić w tryby maszyny zwanej 'codziennością', gnać po torach wyznaczonych przez liczne obowiązki i starać się nadążyć, ze wszystkim, zgodnie z rozkładem dnia wymierzanym przez pośpieszne wskazówki zegara. Rozpromienia mnie jednak myśl o piątkowym popołudniu, który zwieńczony będzie kolejnym wykładem o malarstwie XIX wieku, tymczasem oddając się słowom Czesława Miłosza, który we współczesnym mu malarstwie znajdował odniesienie do poezji Mirona Białoszewkiego:
„Skąd wywodzi się poezja Białoszewskiego? Oczywiście z nowoczesnego malarstwa, które jest w Polsce wielbione niemal religijnie przez młode pokolenie literacko-artystyczne, bo malarstwo przywraca świat dotykalny, odbierany i unicestwiany przez mętną filozofię stawania się (ruchu, jeżeli w to wniknąć, tylko idei, czyli jakiś idealizmu do kwadratu). Inaczej mówiąc wywodzi się z tęsknoty do bytu (po polsku słowo brzmi źle. Lepiej jest ętre czy being). Cytryna ani stół nie mogą tak być na płótnie albo w słowach, jak są w rzeczywistości. Ale nigdy niezaspokojona tęsknota, żeby choć trochę były, inaczej nazywa się wolą artysty. Język malarski jest bardziej niewinny, mniej skażony przez pojęcia (malarz maluje zawsze ten stół, a nie stół w ogóle), stąd kult malarstwa w Polsce jako odtrutki. W wierszach Białoszewskiego wyraża się to i ciągłym powoływaniem się na nazwiska (Matisse, Bonnard etc.), i jakby drążeniem pojęć, bez których słowo nie może się obejść, tak żeby wniknąć w samą esencję smołowatości, kluczowatości."
W jakie przestrzenie mi samej uda się wniknąć po wykładach z malarstwa, mam nadzieję, że w esencję myśli, jakoby najbardziej ubogiej. Na razie jednak z nieokiełznaną radością niecierpliwie oczekuję na mające się ukazać "odtrutki" dla mojej kłopotliwej duszy: korespondencję Czesława Miłosza z Jarosławem Iwaszkiewiczem, Konstantego Jeleńskiego z rzeczonym Czesławem, książkę Adama Zagajewskiego "Lekka przesada" i zapowiadaną książkę Jacka Gutorowa "Księga zakładek" będącą zbiorem esejów, w których autor "z jednej strony przygląda się Witoldowi Gombrowiczowi, Mironowi Białoszewskiemu, Krystynie Miłobędzkiej i Julianowi Kornhauserowi, z drugiej sięga po poezję Andrzeja Sosnowskiego, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Marcina Świetlickiego, a także Marcina Hamkało, Piotra Czerniawskiego i Klary Nowakowskiej."
I przyznaję, że wyobraźni mojej nie starcza na ogarnięcie mnogości zakładek jakimi przyjdzie mi przyozdabiać każdą z tych literackich nowości, bo też każda z nich będzie sznurem, na który nawleczone zostały, zwinnymi placami, perełki drogocennych myśli tworzących, niespotykanej powszechnie urody, artystyczne dzieła wyjątkowej szlachetności.
Chciałabym tylko, by ktoś rozciągnął czas rozpościerając go jak ogromny parasol, ponad moją głową, chroniący mnie przed deszczem codziennych zobowiązań. By przytrzymał wskazówki zegara przywiązując sznureczkami do pochwyconej chwili, zmuszając do zatrzymania się na dłużej, tak jak wstrzymuje się oddech zachwytu nad kartkami czytanych książek, by nie umknął nazbyt pośpiesznie. Tak, jak najwyraźniej tegoroczna zima postanowiła z nami na dłużej zostać przykrywając, właśnie, mój ogród welonem utkanym z perłowych płatków śniegu.

Grudka bursztynu


Kim jestem, tu w mroku cielesności, w drżeniu ciała?
Kim byłem? Czyżby obudził mnie przelot ptaka
za oknem? Okno, które otwiera żywioł, ostrze cienia;
czysta realność? Nie. Obudziło mnie muśnięcie
przestrzeni; jak gdybym wszedł w głąb korytarza snu.
Tak jakbym przebiegł na palcach, by nie trwożyć
tych co umarli. A może obudziła mnie po prostu
kropla, kropelka wody, która spadła z kranu, hen,
w terytorium bez granic, bez żywej duszy, w księstwie
Akwitanii? A może to tylko muzyczka ziarenek
piasku, co utkwiły na amen we framudze okna,
nagość tonu? Oparzyła mnie idea, zimna jak
odłamek lustra. Przeląkłem się, że dom zastygnie,
zakrzepnie w grudkę bursztynu.
Zdarzają się takie momenty, wcale nierzadkie, że chciałabym móc, na pstryknięcie palcami, rozsypać się na drobne kawałeczki, na pojedyncze grudki ziemi, by mieć możliwość ulepienia ich na nowo. Ulepienia siebie. Stworzenia nowego „ja”. Własnego, lepszego, doskonalszego. Piękniejszego w formie, i to nie tej zewnętrznej, chociaż taką też bym nie pogardziła, ale tą niewidoczną dla oka, tkwiącą we mnie, w moim umyśle.
Tymczasem, wciąż błądzę bezdźwięcznymi korytarzami jakiejś wewnętrznej miałkości, ścieżkami pełnymi połamanych wyobrażeń o doskonałości, które najchętniej zwinęłabym, zrolowała jak starty dreptaniem w miejscu dywan i zastąpiła go nowym, w którym sploty będą gładsze, ściślej ze sobą powiązane. Wnikając w siebie tworzyłyby kobierzec ciekawszych wzorów, bardziej urozmaiconych, barwniejszych. Nic. Pozostaję skałą bez czucia, która choć chłonie każdą kropelkę słowa, która ją zmienia i przyprawia o wewnętrzne drżenie, to w żaden sposób nie potrafi tego odzwierciedlić. Na zewnątrz wciąż pozostaję niezruszoną skamieliną. Dlatego chciałabym zamienić się w grudki ziemi, nieforemną mazie, z której można by ukształtować choćby zakrzepnięte grudki bursztynu.Bo kiedy czytam esej Jerzego Plutowicza Przygoda i ocalenie (Na ścieżce źródeł), to sama tych źródeł szukać poczynam, sięgając do filozoficznych rozważań nad życiem i losem ludzkości. Nad rolą sztuki w życiu. I z każdym kolejno czytanym zdaniem ubolewam nad niemożnością uchwycenia marzeń poetyckich gubionych w codziennym zabieganiu, boleję nad świadomością posługiwania się nazbyt "nagim" słowem, własną rażącą niedoskonałością. Wszak, kiedy przychodzi mi stanąć wobec tak misternie skonstruowanego tekstu, przeplatania się myśli, odniesień do filozofii, sztuki, literatury czuję się jak nieporadne dziecko, które z zachwytem patrzy na najpiękniejszy zachód słońca. Jakbym próbowała sięgnąć do korzeni własnego bytu, jestestwa, sięgnąć promieniami tego zachodzącego słońca do jądra tętniącej życiem ziemi, do jej serca.
Poddaję się zatem bezkarnie tej poetyckiej wyobraźni, która spłynęła na mnie wraz ze słowami Jerzego Plutowicza, licząc, że przysiądzie na dłużej na ganku mojego domu, utknie we framudze mojego okna, przenikając jak krople wiosennego deszczu w zakurzone szczeliny mojej popękanej duszy, zatrzepocze skrzydłami nocy rozpościerając głębię i sens istnienia w sztuce na krańcach życia, od sacrum po profanum poezji, w prozie i w życiu.
Bo przecież: Jeśli wszystko jest poezją, jak ogłosił Edward Stachura, na sposób nadrealizmu zapragnął nasycić naszą codzienną udrękę czymś tak ulotnym jak piękno, czyżby zbyt ulotnym. Żyć tak, by nie opuszczał nas stan czujności, by nie pozwolić wchłonąć się marności byle jakiej egzystencji. Żyć by doświadczać cudu istnienia. Na przekór destrukcji, entropii, nicości. A ja i ty, czyżby bardziej świadomi, a może tylko bardziej praktyczni, postrzegamy byt nasz ludzki nie jako totalną, wspaniałą w totalności jedność, pełnię przenikniętą cudownością, lecz jako pokrzywione drzewo człowieczeństwa, z którego - jak zauważył Immanuel Kant - nie da się wyciosać niczego prostego.I za sprawą takiej prozy i poezji, jaką potrafi wyciosać z każdego słowa Jerzy Plutowicz, doświadcza się cudu istnienia, cudu odczuwania, mobilizując się do zachowania czujności, by nie pozwolić marności wtargnąć we własne życie. Czując podskórną jedność ze sztuką, nawet jeśli pozostanie się wciąż niedoskonałym drzewem człowieczeństwa, niedojrzałym jabłkiem na gałęzi starej jabłoni życia, zbyt płytkim oddechem przebudzenia. 
wiersz Przebudzenie
oraz fragmenty eseju Przygoda i ocalenie (Na ścieżce źródeł)
Jerzego Plutowicza
"Twórczość", kwiecień 2011

Moje zarudzie

Dzisiaj po głowie chodziła mi jedynie migrena. Obudziła mnie przedwcześnie, biegając po domu w drewnianych chodakach, później nieco osłabiona lekami chwiejąc się na wysokich szczudłach wbijała boleśnie w każdą nazbyt hałaśliwie brzmiącą myśl. Każda z nich dzisiaj jakby wykrzyknikiem opatrzona, wyrastała okrzykiem nieznośnym się stając. Zatem przysłaniając okna, czekałam na dnia zakończenie, na ustanie wszelkich dźwięków brzmiących zbyt donośnie i na przygaszenie światła.
Przygasło. Późnym popołudniem. Decydując się jeszcze na przespacerowanie po moim domu, malując najpiękniejsze barwy zachodzącego słońca, rozpalając płomienne łuny na ścianach, pozłacając wyblakłe kwiaty w suszonym bukiecie, przysiadając przy moim biurku i wkręcając kartkę cienia w starą maszynę do pisania. Może jej podobna, stojąca w całkiem innym domu, wszak od mojego niewielką odległością oddzielonego, wystukiwałaby słowa o zachodzie słońca, tyle, że nad innym kawałkiem ziemi zawieszonego, którego to wszystkie słowa barwę wyrażające, gdybyśmy nawet chcieli użyć, jak to teraz moda, nazw pewnych farb przez malarzy tylko używanych - wszystkie owe słowa nie dałyby nam pojęcia o owych różach, cytrynach i oranżach, jakie zachód na niebie Ukrainy rozpala. Chmury niby kolorowe żagle malinowe, czerwone, to znów pomarańczowe płyną po rozległych niebiosach nieprzysłoniętych żadnym drobnym widokiem i odbijają się w obszernych stawach-jeziorach, drzemiących po kotlinach. Zawszeć gdzieś one spływają.Tym razem spłynęły we wnętrza mojego domu, rdzą osiadając na parapetach okien, przydając nieco pudrowego różu białym firankom, a mnie samej przynosząc przygaszone westchnienie ukojenia, w przydymionym świetle wiosennego zmierzchu które nie mają sobie równych, kiedy słońce zanurza się w nieokreśloną bladoróżową mgłę i na wszystkich przedmiotach osiada ten różowy szron szarej godziny, mieszający wszystkie pastelowe barwy w jednym tyglu i zacierając kontury. Tymczasem już noc ciemna kontury zaciera. Dobranoc.
Dzisiaj po głowie chodziła mi jedynie migrena. Obudziła mnie przedwcześnie, biegając po domu w drewnianych chodakach, później nieco osłabiona lekami chwiejąc się na wysokich szczudłach wbijała boleśnie w każdą nazbyt hałaśliwie brzmiącą myśl. Każda z nich dzisiaj jakby wykrzyknikiem opatrzona, wyrastała okrzykiem nieznośnym się stając. Zatem przysłaniając okna, czekałam na dnia zakończenie, na ustanie wszelkich dźwięków brzmiących zbyt donośnie i na przygaszenie światła.
Przygasło. Późnym popołudniem. Decydując się jeszcze na przespacerowanie po moim domu, malując najpiękniejsze barwy zachodzącego słońca, rozpalając płomienne łuny na ścianach, pozłacając wyblakłe kwiaty w suszonym bukiecie, przysiadając przy moim biurku i wkręcając kartkę cienia w starą maszynę do pisania. Może jej podobna, stojąca w całkiem innym domu, wszak od mojego niewielką odległością oddzielonego, wystukiwałaby słowa o zachodzie słońca, tyle, że nad innym kawałkiem ziemi zawieszonego, którego to wszystkie słowa barwę wyrażające, gdybyśmy nawet chcieli użyć, jak to teraz moda, nazw pewnych farb przez malarzy tylko używanych - wszystkie owe słowa nie dałyby nam pojęcia o owych różach, cytrynach i oranżach, jakie zachód na niebie Ukrainy rozpala. Chmury niby kolorowe żagle malinowe, czerwone, to znów pomarańczowe płyną po rozległych niebiosach nieprzysłoniętych żadnym drobnym widokiem i odbijają się w obszernych stawach-jeziorach, drzemiących po kotlinach. Zawszeć gdzieś one spływają.Tym razem spłynęły we wnętrza mojego domu, rdzą osiadając na parapetach okien, przydając nieco pudrowego różu białym firankom, a mnie samej przynosząc przygaszone westchnienie ukojenia, w przydymionym świetle wiosennego zmierzchu które nie mają sobie równych, kiedy słońce zanurza się w nieokreśloną bladoróżową mgłę i na wszystkich przedmiotach osiada ten różowy szron szarej godziny, mieszający wszystkie pastelowe barwy w jednym tyglu i zacierając kontury. Tymczasem już noc ciemna kontury zaciera. Dobranoc.

Waniliowa sobota


Jeszcze wczoraj w całym domu słychać było głośne tupanie małych pantofelków, na dywanie usadowiły się roześmiane lalki w falbaniastych sukienkach, pod stołem zawstydzone, brzuchate miśki, a na książkach pluszowe zwierzaki. Chasydzi przechadzający się wąskimi uliczkami krakowskiego Kazimierza przyglądali się, z rozbielonych rycin, pieczeniu maślanych ciasteczek, mące przydającej wytwornego wdzięku czteroletniej, coraz bardziej bladolicej damie i widokowi słodkich ziarenek cukru waniliowego na jej małym, zadartym nosku. Buteleczki z esencją śmietankową, w niewprawnych jeszcze rączkach młodziutkiej kucharki, czuły się jak flakoniki wytwornych perfum od Givenchy. Potem, przy stole sączyły się długie, dojrzałe rozmowy przy równie dojrzałym winie, w towarzystwie księżyca próbującego dopasować swój profil w idealnie zaokrąglonych kształtach talerzy.
Wieczorem, kiedy przygaszony rozstaniem ganek żegnał znikające światła samochodu znajomych, koty bezpiecznie wyszły z sobie jedynie znanych ukryć, a stary zegar, niezbity z tropu parogodzinnym, odmiennym stanem panującym w domu, wybijał kolejną godzinę wieczoru. Zmywarka szumiała w kuchni próbując zagłuszyć szum wiatru na oknami, kieliszki ustawiły się w krystalicznie równym szeregu za szklanymi drzwiczkami kredensu, a piekarnik oddychał spokojnie po całodziennej pracy, z wyczerpania bardzo wyraźnie blednąc. Zarumienione ciasteczka, wciąż kusiły smakiem i zachwycały jakże kruchą formą istnienia.
Noc zaciągnęła zasłony okien kończąc spektakl mijającego dnia. Po schodach, wciąż rozchodził się zapach wanilii, przetykał mgiełką słodkiego zapachu między rzeźbieniami parawanu, kiedy policzki przytulały się już do poduszki podszytej grubą warstwą snów, a okulary złożyły wyprostowane ramiona, by wygodniej ułożyły się między twardymi okładkami książek.
Jutro rano otwiera się nowa książka dnia codziennego. Czasem twardo zatrzaskująca przed nami nasze własne plany, roztrzaskująca się o kanciaste zaułki nieprzychylności, czasem będąca słodkim smakowaniem delikatnych warstw mijającego czasu. Będąca spotkaniem z nieoczekiwanym. Zatem, życząc miłego delektowania się niepisaną lekturą, dobranoc.
 

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...