środa, 16 listopada 2011

Przerywnik codzienności


O swoich licznych podróżach, Julia Hartwig, pisała, że to przerywniki codzienności. Taki też przerywnik przypadł i mnie w udziale. I chociaż ujęty w twarde ramy służbowych zobowiązań, to jednak udało się nieco uelastycznić jego czasowe ograniczenia i zanurzyć bezimiennie w wiedeńskie uliczki pachnące czekoladą i marcepanem. Każdy krok zdawał się zamieniać w taneczny ton Straussowskiego walca, a ja otulając się peleryną tkaną z przedwieczornej mgły sunęłam między kamienicami spoglądającymi oczami gigantów podtrzymujących balkony przyozdobione filigranowymi balustradami lub kwiatowymi motywami oplatającymi ozdobne gzymsy. Zaglądałam do podwórek schowanym za długimi korytarzami, z urokliwymi sklepikami, antykwariatami i księgarniami skrytymi w ich wnętrzu. Za jednym podwórkiem kolejne, jak bombonierka w bombonierce, oplecione wijącymi się długimi wstążkami bluszczu, który jakby obejmował czule przedawnione wspomnienia drzemiące za zamkniętymi oknami każdej kamienicy. Zdawać by się mogło, że ich silne ramiona sprawiają, że te stare domy nigdy się nie rozkruszą i jeśli nawet czas jeszcze mocniej je nadwyręży, a ich posągowe ciała przyozdobią zmarszczki pęknięć, wciąż tkwić będą zdobiąc miasto swoim nieprzemijającym urokiem.
Wizyta w Galerii Albertina, do której prowadzą schody tworzące malarskie dzieło sztuki, z sąsiadującą obok Operą Wiedeńską zachwycającą swoją iluminacją o zmroku. Spacer przez wystawę od impresjonistycznych reminiscencji Moneta do, zawsze mnie niepokojących, obrazów Picassa. Jednak to nie kto inny, spośród wielu znamienitych nazwisk, ale Marc Chagall, jak zawsze, zatrzymuje mnie na dłużej intensywnością barw, głębią kobaltu przenikającego jakże wiele z jego obrazów, rodzajem "dziecięcej" niesforności czy nonszalancji, u niego przekształcającej się w nietuzinkowe dzieło sztuki, które nie pozostawia obojętnym każdego, kto zechce zajrzeć w świat talentu jej autora. Wszak każdy z jego obrazów jest cząstką niego samego, jego wielokulturowości począwszy od chasydzkich korzeni, rosyjskiego pochodzenia, francuskiego obywatelstwa, wojennej tułaczki po Europie, aż po krańce Ameryki, Izraela, by ostatecznie osiąść na stałe we Francji.
To Lucian Freud w kilku myślach o malarstwie zanotował: Malując obrazy, staram się poruszyć zmysły poprzez intensyfikację rzeczywistości (...) Najbogatsze uczucia malarza wobec wszystkiego, co go obchodzi, stają się rzeczywiste dla innych. Wyrazistość doznania sprawia, że każdemu kto patrzy na obraz, objawia się tajemnica.
I przyglądając się obrazom Chagalla trudno nie przyznać im zdolności poruszania zmysłu poprzez tę właśnie intensyfikację rzeczywistości, która staje się wyraźniejsza, jednocześnie nie tracąc nic na swojej tajemniczości, niedopowiedzeniu, ulotności, zwiewnej poświacie postaci i skrywających się w nich uczuć.
Za to intensyfikacja moich uczuć znalazła swoje najskrytsze spełnienie, kiedy przekroczyłam próg Austriackiej Biblioteki Narodowej. Przekroczyłam i stanęłam nieruchomo jak te posągi, które zamarły w ogromnej sali biblioteki, niewątpliwie olśnione pięknem samego wnętrza, jak również zbiorów ksiąg tam zebranych. Wszystkie okazale ukazujące swoje zachwycająco przyozdobione ornamentami grzbiety. Jedne jakby nosiły na sobie najokazalsze królewskie szaty grubo haftowane złoceniami, inne skromniejsze przyprószone patyną i siwymi kosmykami czasu. Przylgnąwszy do siebie tworzą bogate kobierce, najszlachetniejsze książkowe arrasy, zamieszkałe pomiędzy ciężkimi drewnianymi półkami przyściennych bibliotek pnących się aż pod nieboskłon fresków przemawiających licznymi alegoriami.
I trudno, by nogi nie ugięły się od tegoż bibliofilskiego bogactwa, i jak te drabiny w wyciągniętymi wysoko ramionami chciałoby się przylgnąć do tych milczących świadków minionego czasu zapisanego na licznych papirusach i nakreślonych na mapach starych kontynentów. Najprawdziwszy zawrót głowy, jak zawrócony z biegu świat spoczywający na wydatnych krągłościach olbrzymich globusów stojących na straży czterech stron świata. Przyznaję, najchętniej wślizgnęłabym się pomiędzy uchylone drzwi, ukryte między półkami na książki, aby pozostać tam na dłużej, kiedy cisza obejmie swoim oddechem wnętrze biblioteki, już po zamknięciu drzwi dla innych zwiedzających, a ja wziąwszy na kolana kilka z tych książkowych okazów mogłabym pomilczeć w ich towarzystwie wsłuchując się jedynie w niemy szelest pożółkłych kartek.
Tymczasem wieczorem przy szeleście kartek całkiem białych, przemawiających wymownym dwugłosem, wciąż zastanawiałam się jakiej ilości papieru ściernego trzeba, by użyć dla mojej coraz bardziej stwardniałej skóry, by przeniknęła przez nie osobowość Czesława Miłosza. Moja ułomność w relacjach z Miłoszem wciąż mnie niepokoi, ale może i znajomość z nim nazbyt krótka, jak ta podróż do Wiednia, jak podróż Jarosława Iwaszkiewicza do Londynu i Paryża, o której pisał w liście do Miłosza:
Niestety podróż trwała nazbyt krótko, żeby jakieś dłuższe wrażenie zostawiła, ja teraz jestem stary i gruboskórny i wrażenia muszą dobrze popracować, aby moją słoniowatą warstwę przebić i naprawdę poruszyć.
  
fragment z "Kilka myśli o malarstwie" Luciana Freuda115 Zeszyty Literackie, jesień 2011
fragment korespondencji Czesław Miłosz/Jarosław Iwaszkiewicz
"Portret podwójny", wyd. Zeszyty Literackie


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz