Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konstanty jeleński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konstanty jeleński. Pokaż wszystkie posty

Mechanizm wskrzeszania

"S z t u k a   m a j ą c a   z w i ą z e k   z   „P i ę k n e m” -  to  ta  jedynie,  która  utrwalając  zachwyt artysty,  pozwala   odbiorcy   (czytelnikowi,  widzowi,  słuchaczowi)   uruchomić podobny mechanizm   w s k r z e s z a n i a   w ł a s n y c h    z a c h w y t ó w. "

Konstanty Aleksander Jeleński 
(2 stycznia 1922 - 4 maja 1987)

fragment z listu do Czesława Miłosza
Czesław Miłosz / Konstanty Jeleński. Korespondencja,
wyd. Zeszyty Literackie, 2011


Alfabet rozsypał się niczym klocki domina. Próbuję pozbierać kawałki słów przełykając litery podciętych skrzydeł utkwione w krtani. W pustej przestrzeni między palcami. W opuchniętych powiekach oczu niedowidzących czarnych grudek ziemi pod paznokciami zdrapujących grubą skórę znieczulenia. Wyłaniam się powoli zachłannie chwytając oddech wiosny w małej przestrzeni ogrodu. Ciasno od nadmiaru deszczu. Witam się bezgłośnie gestem dłoni zawieszonej, niczym bezwolna marionetka, pod warstwa ciemnego sklepienia nieprzychylnego nieba. Nawlekam długie nitki siwych włosów na stare szpulki czekając na rozbudzenie pozatekstowej sfery niewysłowionego zachwytu dla najdrobniejszego, choćby, niczego ważnego. Książek odwróconych ode mnie grzbietami. Milczących w szeregu niewypowiedzenia. Odliczam monotonnie mantry na paciorkach drewnianej mali. Zapalam świeczki na chudych ramionach menory. Czekam wysłuchania pogańskiej modlitwy. Dźwięków dudniących na parapetach okien. Nasłuchuję. Wskrzeszenia własnych zachwytów. Zagłuszenia ciszy ściśle wypełniającej linijki białej kartki. Stukotu spadającej szpulki rozwijającej kolejne warstwy straconego czasu. Uczę się składać litery od nowa. Nawijać na drewniane szpulki.




Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj 
zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego, 
co podziwia w sposób - powiedziałbym - organiczny.
Konstanty A. Jeleński "Chwile oderwane"

Jeszcze kilka dni temu gorące powietrze w omdleniu zawisło na klamce upalnego poranka. Stopy wykradały wzory ze splotu gęstego powietrza i nitek wełnianej włóczki dywanów przenosząc je w nowe miejsca niczym kalkomanie z dzieciństwa. Jodełki z drewnianej podłogi odciskały się jak linie papilarne rozciągnięte od czubków palców po krągłości ociężałych stóp zostawiających ślady, wyglądające niczym drzeworyty Albrechta Dürera, odciśnięte na chłodnej posadzce łazienki. Czarno-białe. Zmyte z kolorów. Osadzone w kontrastach rzeźbień i zagłębień cienkich warstw mlecznej fugi.
Wycinek lustra zdawał się znieruchomiałym jeziorem niezdolnym odzwierciedlić spojrzenia zwieszonego po jego drugiej stronie. Duszno. Świat znikał w całkowitym bezruchu nieistnienia. W spiralnych korytarzach muszli odbijał się głos wspomnień niczym przypływ o skalisty brzeg opustoszałej plaży. 
Spomiędzy kartek książki wyciekały nitki czarnego atramentu wijąc się niczym górskie potoki między zakładkami kolejnych akapitów rozbijając się o kamyki i nierówności poustawianych w równym szeregu liter. Brodzę po kostki w tekście gotowa w nim utonąć na zawsze. Przesiąknąć każdym słowem. Roziskrzeniem magnetycznych spotkań i odniesień w wielości warstw. Historycznej, malarskiej i literackiej. 
"Książki zbójeckie". Dzisiaj rozwichrzone porywami chłodniejszego wiatru unoszą się na jego skrzydłach tworząc obrazy poetyckie w mojej prozie codzienności. Ukazując plastyczność urealniających się wizji pozostawiających niespokojne serce i oczy pragnące dostrzec jeszcze więcej, wyczytać mądrzej z rytmu stylistyki zarezerwowanej jedynie dla tego autora. W krokach jego swoistej pielgrzymki do książek i autorów jemu najważniejszych. 
Ich lektura stanowi zasadniczą przygodę duchową mojej młodości. Wybór autorów nie sprawia kłopotu. Przywołuję tych, którzy przemówili wówczas do mnie najsilniej. Byłem spragniony języka, który mógłbym uznać za własny. Po omacku szukałem pomocy. Siedem spotkań zapisało się w mojej pamięci ze szczególną wyrazistością. Z kart Czesława Miłosza, Witolda Gombrowicza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Józefa Czapskiego, Jerzego Stempowskiego, Aleksandra Wata, Konstantego Jeleńskiego dobiegł do mnie żywy głos.

Ich głos. Język. Stanowią istotę łączącą ich na wielu płaszczyznach przynależności. Do Polski, do Europy, do tradycji. W każdej z reprezentowanych przez siebie sztuk, malarstwie czy literaturze, politycznej wrażliwości, pozostający wierni sobie i swoim korzeniom potrafiąc jednocześnie widzieć szerzej, mówić dosadniej w spleceniu z ówczesną rzeczywistością, w walce o autentyczność i zachowanie dziedzictwa. Znajdując swój język. Uniwersalność, jaką w filozofii Hansa-Georga Gadamera możemy odczytać jako nieskończoność. Rozmowę, której brak końca, którą można wskrzesić na nowo, gdzie „język staje się prawdziwym centrum ludzkiego bytowania”. Stając się poszukiwaniem własnego głosu, który byłby zgodny z temperamentem i doświadczeniem, a potrafił przekazać wizję duchowej rzeczywistości. 

Wojciech Karpiński zebrał obok siebie garstkę wygnańców historii, emigrantów, twórców światowej miary, „niespiesznych wędrowców”, rysując ich portrety w skupieniu nasłuchując szepty ich „swobodnych głosów”, zbierając „Wyrwane strony” i utrwalając „Chwile oderwane”. Podnosząc z klęczek współczesnego zapomnienia ich myśl zdystansowaną od mód, bo opartą na spostrzegawczości świata, mądrości doświadczeń i autonomiczności, przeżywanego w pełni człowieczeństwa nie pozbawionego wyobcowania, bólu i talentu odczuwania mocniej, odbierania świata intensywniej. 
Trudno oderwać się od „Książek zbójeckich”. Wytaczają drogę dla każdego czytelnika. W toczącej się dyskusji o poziomie czytelnictwa w Polsce, o jakości książek jakie zalegają księgarniane półki i pojawiają się w czytelniczych rankingach, „Książki zbójeckie” mówią same za siebie. Współcześnie, choć spisywane w latach osiemdziesiątych.
Znudziły mi się te gonitwy za tytułami, których nikt nie widział. Jeżeli nie mogę dostać książek niezłych, dlaczego nie sięgnąć po dzieła znakomite, naprawdę istotne? Na tym szczeblu abstrakcji stopień nieistnienia staje się mało ważny. Spacerując od jednej księgarni do drugiej, zamiast mamrotać pod nosem niezbyt życzliwe komentarze pod adresem tytułów, nazwisk, problemów, postanowiłem porozmawiać z pamięcią i wyobraźnią. Książki nieistniejące? Nie ma ich jeszcze w księgarniach i bibliotekach. Mogłyby być. Powinny być. Niech będą.

Wielogłosem w głosie Wojciecha Karpińskiego. Jego własnym językiem. Podobnie jak Józef Czapski próbującym dotrzeć do pisarza, którego twórczość go zafascynowała i tę swoją fascynację przekazując dalej, ukazując jak słowa i widzenia stają się naczyniem połączonym stanowiącym siłę jego pisarstwa. Kreśląc portrety i olśnienia, krajobrazy poezji, przestrzenie i styl. "Książki zbójeckie" Wojciecha Karpińskiego. Moja książka zbójecka. Okradająca z każdej wolnej chwili. Wzbogacająca.
Tak czyta się tylko raz. (...) Ktoś potrafi utrwalić w słowach to, co było dla niego bolesną, intymną intuicją. Takie spotkania dodają siły, utwierdzają w słuszności obranej drogi. Wspomina się je ze szczególną wdzięcznością.

"Książki zbójeckie" Wojeciech Karpiński
wyd. Zeszyty Literackie, Warszawa 2009





Wskrzeszanie własnych zachwytów


S z t u k a   m a j ą c a   z w i ą z e k   z   „P i ę k n e m” -  to  ta  jedynie,  która  utrwalając  zachwyt artysty,  pozwala   odbiorcy   (czytelnikowi,  widzowi,  słuchaczowi)   uruchomić  podobny  mechanizm   w s k r z e s z a n i a    w ł a s n y c h    z a c h w y t ó w.  

Konstanty Aleksander Jeleński
fragment z listu do Czesława Miłosza
Saint-Dye-sur-Loire, datowany 30 6 84
Czesław Miłosz / Konstanty Jeleński. Korespondencjawyd. Zeszyty Literackie, 2011

Wielookienny na pagórkach dom


Zmiażdżone przedmioty są równie smutne, jak ranne zwierzęta. Wiadomo, strzaskany dom nie cierpi, ale te wszystkie strzaskane domy, któreśmy z panią widzieli, zawsze wyglądały, jak gdyby doznawały bólu nie tylko fizycznego, ale i moralnego. Wyglądały, jakby rozpaczały. I właściwie całe nasze życie było życiem zrozpaczonych domów.
Ile tych domów musieliśmy opuścić, musieliśmy pożegnać. Mam taki sen, który wraca regularnie: jesteśmy w tym wielkim domu, w którym spędziliśmy nasze ostatnie lato, w tym domu, gdzie czytaliśmy Achmatową i Iłłakowiczównę i gdzie stwierdziliśmy – o horror – że Konopnicka wcale nie jest najgorszą poetką, przeciwnie, że jest bardzo sugestywna i że działa rytmem, muzyką... Więc właśnie śni mi się zawsze ten dom, tylko jakiś przyćmiony, w takim świetle, w jakim był podczas zaćmienia słońca – pamięta pani to zaćmienie słońca? Śni mi się w takim cieniu i ja chodzę po domu (…)
 
Rozglądam się po pokoju szukając śladów jego obecności, szukając smaku jego pocałunku na spierzchniętych ustach minionego czasu. Na stole niedokończony szkic nieistniejącego domu, niedopita kawa w pękniętym kubku. Pęknięte plany na przyszłość. Pomarszczone okładki nieprzeczytanych książek, smak cierpkich rozmów przy słodkim winie.
Kurz przeszłości szczypie w oczy, ten sam który wkradł się do wnętrza starego domu przez szczeliny wypaczonych, zmiennością aury, okien. Wypaczonego wspomnienia, kiedy...

Wyszłam żegnać go do przedpokoju.
W złotym kurzu postałam chwilę.
Na dzwonnicy cerkiewki spokojnie,
Uroczyście dzwony dzwoniły.
Porzucona!... Jakie śmieszne słowo -
Jakbym była kwiatem albo chustką...
Ale oczy patrzą już surowo
W pociemniałe, ogromne lustro.

A w nim odbija się postać, której nie rozpoznaję. Światło wpadające przez niedowidzące okna rozmywa kontury wspomnień i sylwetki bez imienia. Zamykam ciężkie drzwi do nie mojej przeszłości. Za sobą zostawiam wielookienny na pagórku dom.
  

fragment opowiadania Sérénité Jarosława Iwaszkiewicza
dedykowanego Konstantemu Jeleńskiemu
oraz wiersze Anny Achmatowej
  

Lekarstwo i Talizman


Ostatnio na biurku aż nadto przedmiotów: dziadkowa maszyna do pisania, niezliczone numery "Zeszytów Literackich" i "Twórczości", książki przeczytane i te wciąż czekające posłusznie w kolejce, tworzące swoisty pociąg, do literatury zresztą, gdzie każda z nich to wagonik, który czeka, aby uchylić drzwi i zaprosić do środka. I tylko czekam chwili, aby się w nich rozgościć.
Zaraz obok nich stosik karteczek, książkowych ptasich piór, wskazujących fragmenty i ułamki zdań wartych zapamiętania. Czasami stające się biletami wstępu do teatru mojego własnego życia.
Nieopodal tomiki poezji, nie zawsze rymujące się ze sobą i album z pożółkłymi zdjęciami z wielobarwnych Indii. Z niewielkiej wysokości spogląda przygarbiona zanadto, od zaglądania w książki, lampka próbująca rozjaśnić moje szare komórki, a pod którą Walentyna, z swoich odcieniach szarości, często wygrzewa wciąż młode kości, kiedy znuży ją spacerowanie po rozgrzanych pisaniem chodniczkach klawiatury. Wtedy z wrodzonego lenistwa udaje, że nie spostrzega natrętnie zaczepiających ją wysmukłych łodyżek ołówków w filigranowej doniczce, kuszącego swoimi krągłymi kształtami pudła z listami, oblicza urzekającej, w swoich malutkich rozmiarach, ikony przywiezionej ze Świętej Góry Grabarki i poszarzałych okładek starych kalendarzyków, nie dających zapomnieć o nieuchronności mijającego czasu, o chwilach już całkiem oderwanych od teraźniejszości. I mogłabym przyznać, słowami Jarosława Iwaszkiewicza zaczerpniętymi z "Pejzaży sentymentalnych", że czasami: Męczy mnie to wszystko. Za dużo jest przedmiotów - jak powiada jeden z moich przyjaciół. Trzeba wybrać tych kilka, które mają zostać twoimi towarzyszami aż do samej śmierci. Oczywiście, jedyne przedmioty, które godne są towarzyszyć człowiekowi na całe życie aż do trumny i w trumnie stać się wezgłowiem, na którym głowa odpocznie - to książki. Trzeba wybrać wśród mnóstwa słów te jedyne, które ci wskażą, gdzie masz zasnąć.Zatem od dawna wybieram, układam, zasypiam z tymi, które zdają się być dla mnie najważniejsze. Zaś od dzisiaj, najbliższe wieczorowe pory, przepełnione będą "Chwilami oderwanymi" Konstantego Jeleńskiego, zebranymi w pokaźnym egzemplarzu, który, zgodnie z daną mi obietnicą, dotarł do mnie jeszcze w tym tygodniu. I obok nieodłącznych "Dzienników" Pana Jarosława, "Snu" śpiącego w jego "Ogrodach", ta właśnie książka zapewne wskazywać będzie miejsce, gdzie można wybrać wśród mnóstwa słów te jedyne, które Piotr Kłoczowski określił jako pełne znaczeń i zbiegów okoliczności, w których sztuka łączy się z życiem.Tymczasem Konstanty Aleksander Jeleński zaczyna od wyznania:
Dwie tylko książki posiadam w trzech egzemplarzach. Leżą pod lampką na stoliku obok łóżka i powracam do nich często przed zaśnięciem w paryskim mieszkaniu, w starej fermie nad brzegiem Loary, w odbudowanej celi korsykańskiego klasztoru: dzieła Szekspira i wiersze Miłosza. Wybór ten nie jest podyktowany żadnymi literackimi kryteriami. W nawiasie między jawą a snem książka jest trochę lekarstwem, trochę talizmanem. 
Zatem będę leczyć dni złe i zaklinać, by zostały te dobre, pozwalając sobie na chwile oderwane przed zaśnięciem, w domu zwykłym, zbudowanym we wsi starej, nad brzegiem bezimiennego potoku.
  
"Chwile oderwane" Konstanty A. Jeleński
wyd. słowo / obraz terytoria, 2011

Kocia przewrotność


Dzisiaj Światowy Dzień Kota i u mnie też Kot w głowie. Chodzi delikatnie, subtelnie, z jakimż wyczuciem i wysmakowaniem, Kocią elegancją. Zresztą, kiedy myślę o Kocie, pierwsze wspomnienia mnie ogarniają: jak susami po wąskich schodach wbiegał do mnie po naradach i konferencjach w Giedroyciem. Zwykle na ścianie naprzeciwko schodów wieszałem ostatnie płótna. Pierwszy rzut jego spojrzenia był decydujący. Trafiał natychmiast na to, co było najważniejsze, tak często przez innych uznane za wybryk niepotrzebny, za karykaturę czy dziwactwo.
I mnie trafiło, całkiem obezwładniając, to pierwsze spojrzenie w stronę Konstantego Jeleńskiego. Może nie całkiem pierwsze, bo pierwszym było spojrzenie na jego korespondencję z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Zresztą to właśnie Panu Jarosławowi zawdzięczam najpiękniejsze i najważniejszego spotkania, i spojrzenia
. A Konstanty Jeleński z każdym, kolejno "otwieranym" listem jawi się jako ktoś zgoła niezwykły i urzekający. Jest jakby przepojony czułością, cały nią będąc, w stosunku do ludzi, zwierząt i wszelakiego piękna, przez co sam pięknym się stając, nie tylko w moich oczach.
Dziś, kiedy prawie straciłem wzrok, kiedy tracę pamięć do tego stopnia, że całe połacie mego życia są starte jak kreda na czarnej desce, kiedy żadnej książki przeczytać nie mogę, a przecież przez nie żyłem, kiedy za chwilę przestanę już zupełnie malować i naprawdę ze światem współżyć, jestem szczęśliwy, że dane mi było obcować przez tyle lat z człowiekiem o myśli tak wolnej i tak żarliwym sercu.
"Listy z Korsyki" pisane przez Konstantego Jeleńskiego do Józefa Czapskiego, jego przyjaciela, to zdumiewające przeplatanie się i "przepływanie" myśli, pojęć, patrzenia na świat i sztukę. Nie zawsze zgodne, nie zawsze tożsame, ale zawsze pełne wzajemnego ciepła, zrozumienia i szacunku, bo dominuje w nich poczucie tej bliskości jego reakcji, jego sądu niezależnego.
Wszak koty to niezależne stworzenia, a ja niezależnie od dzisiejszego święta, całkiem w Kocim świecie się zatracam, podczas gdy: "Kot ukazuje się jako bardzo jednolity w swoich upodobaniach i sądach, niż można byłoby przypuszczać. Konsekwentny, prawy, wierny, mądry. Uświadomiłem sobie, jak wiele miejsca zajął w moim życiu i jak bardzo na moją wdzięczność zasłużył. Przez całe lata miałem jednego tylko czytelnika, jego [...]. W ocenach był swój własny, szczery, nie cofał się przed krytyką, a zarazem zdolność do zachwytu miał niezwykłą. I to nas łączy: utrwalona chwila zachwytu".
I ja na swoją kolejną chwilę zachwytu niecierpliwie czekam, spodziewając się rychłego nadejścia "Chwil oderwanych" Konstantego Jeleńskiego, prawie jak Józef Czapski, słysząc: "będę u ciebie w tym tygodniu, bądź pewny" i obietnicy prawie zawsze dotrzymywał.
Zatem czekam.
  
fragmenty z Hojności błyskawicznej Józefa Czapskiego
oraz wypowiedź Czesława Miłosza
 "Listy z Korsyki" Konstanty A. Jeleński
wyd. Zeszyty Literackie, 2003

Wielopiętrowy dom rzeczywistości


Każdego poranka wieżyczki kościołów wyciągały swoje strzeliste szyje w stronę promieni słońca, ogrzewającego uliczki Krakowa i budzącego mnie pukaniem w hotelowe okno. Kilkudniowy pobyt w królewskim mieście prześlizgnął się, jednak, nazbyt szybko, jak prześlizgiwały się wspomnienia, choć niespiesznie, o dawnej dzielnicy Kazimierz i czasach wojny, zapisanych na skrawkach kartek, starych zdjęciach i archiwalnych obwieszczeniach eksponowanych we wnętrzach niedawno otwartego muzeum. Wspomnienia, które układają się w przeróżne desenie, będące jak potłuczone szkiełka w kalejdoskopie historii, jak zwoje myśli przewijających się wąskimi uliczkami dzielnicy żydowskiej. Bo to trochę jak: Chodzić po biednym, opustoszałym Kazimierzu i medytować o wielopiętrowym domu rzeczywistości, krążyć po tej osieroconej dzielnicy (...), gdzie spomiędzy przygarbionych kamienic wciąż, czasami, dochodzi łkanie pękniętych serc, a w starych rynnach dzwonią paciorki z wyschniętych łez.
Na jednej z kartek umieszczonych w licznych gablotach, rozwieszonych na ścianach muzeum, można przeczytać: "Nagle zrozumiałem mieliśmy zostać zamurowani. Zrobiło mi się straszno aż wybuchnąłem płaczem. Roman Polański, lat 8".
Ale żyjących wspomnień  nie da się zamurować, oddzielić, odgrodzić, takich słów nie da się zetrzeć jak błędu historii z czarnej tablicy przeszłości, ale można zebrać w miejscu przepełnionym szeptem, jakim stało się muzeum otwarte w dawnej Fabryce Schindlera. Bo dzisiaj, to co minione, doznane, nawet jeśli tak dotkliwie boleśnie, jest częścią współczesnego wielopiętrowego domu rzeczywistości, w którym każdy z nas może znaleźć swoje miejsce, już bez strachu, że zostanie mu odebrane, że już nie będzie miało się dokąd wracać.
Miałam dokąd wrócić. Zatem jestem. Z
e „Skrzynią wspomnień” autorstwa  Helli S.Haasse, w której umieściłam jeszcze dwa wydania „Zeszytów Literackich” z późnych lat dziewięćdziesiątych, owinięty wstążką, jak falą ciepłego morza, stosik „Listów z Korsyki” Konstantego A. Jeleńskiego, kierowanych do jego przyjaciela Józefa Czapskiego. A ponieważ skrzynia wspomnień jest zawsze pojemna i jakby dna pozbawiona, to jeszcze całe „Lata” dziewiętnastowiecznej Anglii, spisane przez Virginię Woolf, znalazły tam swoje miejsce. Taki literacki wielopiętrowy dom, dany mi na własność.
Pociąg sunął niewzruszony przed siebie. Wiózł inny, wielopiętrowy dom, różnych ludzkich osobowości. Dżentelmena wpatrzonego nieprzytomnym wzrokiem w migający ekranik swojego iPhone'a, młodą dziewczynę przeglądającą z przejęciem plotkarskie doniesienia i wiekową damę czytającą książkę ukrytą w starej, gazetowej okładce. Na jej piersiach połyskiwał, zawieszony na grubym łańcuszku, przepiękny, klasycznej urody, zegarek. Aż miało się ochotę ująć go w dłonie i przyłożyć do ucha wsłuchując w delikatne tykanie jego serca. Tik tak, tik tak... stuk puk, stuk puk... zagłuszał go rytm wybijany przez koła szybko mknących wagonów, wiozących niezliczone bagaże, te schowane w ludzkich duszach i te umieszczone w statecznych walizkach, niekonwencjonalnych torbach i zawsze swobodnie wyglądających plecakach. Z milczącego dotychczas głośnika zabrzmiało: Warszawa Centralna, dziękujemy za wspólną podróż...

Wysiadłam. Walizka terkotała na nierównych płytach chodnika wpadając, co chwila, w liczne pęknięcia. Objął mnie przejmujący chłód miasta. Otworzyłam drzwi, do wielopiętrowego domu mojej codziennej rzeczywistości.
  
 
    
przytoczony fragment pochodzi z większej całości,
tekstu Adama Zagajewskiego Słowo
60 Zeszyty Literackie, nr 4/1997

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...