piątek, 27 maja 2011

List w życiu człowiek pisze przynajmniej raz


Świat ma co najmniej tysiąc wiosek i miastList w życiu człowiek pisze co najmniej raz (…)
I mam od kilku dni przy sobie listy pisane nie raz, przez lat trzydzieści, szare, białe, kolorowe, iskrzące barwami emocji, związane ściśle wstążką, której każda pojedyncza nitka jest splatającym, korespondentów, węzłem wzajemnego zaufania, przyjaźni, zrozumienia i admiracji. Uczuć i relacji jakie jawią się wraz z kolejno otwieraną kopertą, wyszeptują, wyślizgują wszelkim obwarowaniom. Wraz z powolną ich lekturą wkracza się na obszary wyznań, szczególnie Czesława Miłosza, kreślącego zarys własnego obrazu, który zdaje się być z czasem wręcz portretem psychologicznym. Te białe kartki stają się odzwierciedleniem potajemnie uzewnętrznianych lęków, obaw, poczucia pewnego zagubienia w świecie, szukania zrozumienia i wartości własnej twórczości. Pewnej wiwisekcji własnej duszy, jej pragnień i ograniczeń, pewnego "wywleczenia" siebie samego na drugą stronę, tę wrażliwszą, skrywaną przed innymi:  Często myślę, że to jest ponad siły, że nie podołam. Człowiek zanurzony w tej cywilizacji prędzej czy później akceptuje swoją bezsilność i pozostaje mu tylko tzw. życie. Jeżeli mam od razu, tu, na początku, sięgnąć do sedna, powiem, że właśnie tzw. życie było i jest dla mnie przerażeniem, karą, zagładą. Dlaczego tak się stało, nie rozumiem lub rozumiem, tylko bardzo niejasno.
Kolejna data, adres, ułamek z życia, skrawek czyjegoś świata, stają się cząstką naszego obcowania z nadawcami/adresatami tych listów. Stają się dyskretnym z nimi przebywaniem, a przecież wciąż pozostając, w pewien sposób, czytelnikiem dopuszczonym do tajemnicy korespondencji. Usprawiedliwieniem wglądania w treści przeznaczone, nie dla nas, choć nam udostępnione, niech będą słowa prof. Ewa Ihnatowicz: „Listy prywatne, czasem nawet intymne, przekraczają swój adres wtedy, gdy nadawca lub (i) odbiorca jest osobą powszechnie znaną i interesującą albo gdy korespondencja oświetla jakieś ogólnie znane wydarzenia czy zjawiska, albo wreszcie gdy same listy wyróżniają się niezwykłymi walorami: siłą uczuć i wyobraźni, pięknem literackim. Za klasykę uchodzą listy Jana III Sobieskiego do Marysieńki, Juliusza Słowackiego do matki, Zygmunta Krasińskiego do Delfiny Potockiej. Są one ciekawe nie tylko dla biografistów i historyków - stają się po prostu literaturą.”
I nie sposób nie odnieść wrażenia, że taką też literaturą jest korespondencja Czesława Miłosza z Konstantym A. Jeleńskim, także wychodzącą poza adres, poza granice prywatnej rozmowy. Sama w sobie będąca wartością nie do ocenienia dla następnych pokoleń, niezaprzeczalnie ze względu na jej treść, ale także jej formę, stylistykę, bo któż dzisiaj pisze takie listy? Te, wzajemnie do siebie wysyłane, przez poetę i jego uważnego czytelnika, a jednocześnie szczerego admiratora, stanowią niezwykłe połączenie poważnych dysput światopoglądowych, rozważań o literaturze, kulturze w ogóle, poprzez uczuciowe wyznania, dzielenie się swoimi przeżyciami, emocjami, opiniami, patrzeniem na świat i siebie nawzajem.
Ale, Kocie, kim jestem dla Ciebie? Czy garnkiem, z którego leje się kawa, a garnek zostaje garnkiem – jak dla mojej rodziny, czy czymś innym? Niedojrzałość, idiotyzm adolescencji, frenezja, męki nie-do-formy – ile z tego mogę wybełkotać?
Garnek
- zaiste, ulepiony z najlepszej materii, wcale nie gładkiej i pięknej, ale pełnej wewnętrznych rozterek, pęknięć, ułomności, a jednak i siły by nieść w sobie „wodę życia”, stając się przez to tym bardziej ciekawym i wartym przyjrzenia się z dociekliwą przychylnością, jaką Czesława Miłosza może obdarzyć czytelnik biorący do rąk tę fascynującą korespondencję prowadzoną z Konstantym Jeleńskim.
Dlatego też zatonęłam, gdzieś na otwartych morzach między Kalifornią, Korsyką i Paryżem. Rozpostarta między odległymi kontynentami, a jednocześnie stając się świadkiem jakże bliskiej relacji dwóch osobowości. Niesiona na wznoszących się falach rodzącej między nimi przyjaźni, wzajemnego dzielenia poglądów i zapatrywań na współczesny obu panom świat, niełatwe relacje z ludźmi kultury w Kraju, czy nawet „Kultury” w Paryżu, niełatwe „bycie” w ówczesnych realiach i szukania drogi do spełnienia poprzez własną twórczość i udostępnienie jej czytelnikowi w Kraju.
Ale przecież to, co stanowi kwintesencję tej korespondencji, dla mnie, jakby clue tych listów, to możliwość spojrzenia na Czesława Miłosza zza kotary oddalenia, gdzie próbował odnaleźć swoje miejsce, dla siebie i swojej twórczości. Ponowne, wciąż nienasycone i zachłanne przyglądanie się Konstantemu Jeleńskiemu, utwierdzając się we własnej opinii o nim jako wyjątkowej zupełnie postaci, człowieku wielkiej kultury, w każdym tego słowa znaczeniu i w każdym aspekcie jego, Konstantego, jestestwa. Obdarzonym szerokim spektrum widzenia spraw poważnych i spostrzegania błahych przefiltrowanych przez własną wrażliwość, a jednocześnie wspartych na filarach wiedzy o ludziach, świecie i sztuce, będącej, dla mnie, stanem iście do pozazdroszczenia. Zupełnie jakby posiadał niezliczoną ilość macek wyczuwających delikatność materii jaką jest dusza artysty, a jednocześnie potrafiący jakże celnie dookreślić otaczającą go rzeczywistość, zachowując balans między własnymi odczuciami i rzeczywistą prawdą, oplatając świat wokół siebie swoją charyzmą, błyskotliwością i czarującym sposobem "noszenia" siebie.
Trudno oderwać się od tych listów, nasycenia tematów, wątków, obrazów, myśli i refleksji, które trzeba zaznaczyć, zatrzymać na dłużej, jakby stawały się poetyckim dopełnieniem prozy, a może całkiem na odwrót.
Błogosławiona jest twarda, kanciasta materia, o którą można się uderzyć, gorzej jeśli opór, na jaki natrafimy, jest płynny, miękki, jeżeli poruszamy się w labiryncie o ścianach z sypkiego piasku. Boję się nie ciosów, ale łagodnego utonięcia, tej nicości, która silniejszych ode mnie wchłonęła i wchłania co dzień.
   
przytoczyłam fragmenty z listów Czesława Miłosza do Konstantego Jeleńskiego"Czesław Miłosz / Konstanty A. Jeleński. Korespondencja" listy zebrane, opracowane i opatrzone przypisami przez Radosława Romaniuka
pod redakcją Barbary Toruńczyk,
wyd. Zeszyty Literackie, 2011
oraz fragment artykułu prof. Ewy Ihnatowicz... A jak będę zakochana, prześlę panu list i klucz, wyd. "Wiedza i Życie", nr 7/1998

niedziela, 22 maja 2011

I co się w tym łbie kiełbasi


Dopiero dzisiaj mogę usiąść spokojnie i westchnąć, że zamknęłam kolejny rozdział w swojej książce życia. Rozdział, którego kartki były nazbyt często, w minionym roku, poruszane porywczymi podmuchami wiatru, którego rogi zaginały się niosąc ból i zagniecenia nie do wyprostowania. W którym pojedyncze linijki wierszy, codziennej prozy, wyryły się na mojej duszy, jak inicjały zakochanych na korze starego drzewa. Zdawałoby się, że wykrojone w imię miłości, ale jakże dotkliwie raniące. Niektóre kartki trzeba było sklejać, jak opatruje się krwawiące rany, by mimo poranienia wciąż mogły tworzyć całość.
I kiedy tak dzisiaj, siedząc w przyszpitalnej kawiarni gdzie rodzice odwiedzali znajomego po zawale, pomyślałam, że niektórzy stawali na granicy ostatniego rozdziału, bliscy zamknięcia okładek książki zatrzaskujących wszelkie wspomnienia, a nade wszystko wszelkie nadzieje na przyszłość, polubiłam ten swój, niełatwy rok. Za kolejną zmarszczę wokół oczu, która stanie się nowym korytarzem dla łez, za siwy włos wpleciony między tymi wciąż barwnymi przypominając, że piękno zewnętrze jest bardzo ulotne i łatwo blednie, za mocno odciśnięte ślady w mojej duszy, które już na zawsze nosić będę w sobie jak dziedzictwo, choćby przygarbiało i stawało się czasami nazbyt ciężkie, by je udźwignąć.
Jestem. Z nadzieją w sercu, że cokolwiek się wydarzyło da mi siłę na jutro, siłę na przełożenie kolejnej kartki. Z niepokojącą świadomością, że kolejnych rozdziałów do końca tej zaskakującej wciąż książki życia jest coraz mniej, że do przeżycia jest już nieskończenie mniej niż więcej.
Może dlatego odnoszę wrażenie, że z coraz większą zachłannością rozsmakowuję się w każdym podarowanym dniu, jak w urodzinowym torcie bezowym, słodkim i kruchym, jak chwile szczęścia w życiu, dla których warto wypijać bezdenne kielichy goryczy. Staję zatem z łakomie otwartymi oczami i niemiarowo bijącym sercem czekając na to, co przyniesie nowy dzień, na nowo rozpisaną ścieżkę, z wiarą, że warto iść dalej, nawet błądząc, raniąc stopy o kolce, wciąż jednak chwytając chwile radości jak latawiec, który wygląda pięknie szybując nad głową, ale którego nie można wypuścić z rąk, bo zniknie z oczu stając się jedynie cieniem. Trzymać ten sznurek łączący nas z ulotnością radości na ile starczy sił w dłoniach.
I choć wiem, że przyjdzie mi jeszcze nie raz czuć się jak "wąż którego pocięto na kawałki i który nie może się zrosnąć" - jak pisał o sobie w aspekcie własnej twórczości Czesław Miłosz do Konstantego Jeleńskiego, to ja widząc się takim wężem w kontekście poszukiwania siebie, mam nadzieję, że kiedyś, u kresu ostatniego rozdziału zobaczę się w całości, zrośniętą ze swoimi doświadczeniami, przeżyciami, ujrzę swoje odbicie, swój obraz, spełniony, kompletny, skończony.
Tymczasem, póki serce bije niepokorne, dalej będę składać cząstki samej siebie, dopasowywać je do siebie, wciąż zaczynać od początku.

Na czubku głowy siwy kosmyk
Od mydła się rozpłynie
Ale łeb okrągły mocny
Mocniejszy niż dojrzałe dynie.
I co się w tym łbie kiełbasi!
Tyle kolorowych wątków
Ale chciałbym ten łeb rozkwasić
I zaczynać mycie od początku.
Jarosław Iwaszkiewicz wiersz Mycie głowy, 22 VII 79
z tomiku Sprawy Osobiste i inne wiersze rozproszone
wyd. Czytelnik, 2010
oraz fragment z książki "Czesław Miłosz/Konstanty A. Jeleński - Korespondencja"
wyd. Zeszyty Literackie, 2011

wtorek, 17 maja 2011

Skazani na własny dom


Jechałam w kierunku Brwinowa w niedzielne popołudnie. Wycieraczki swoimi długimi rękawami ocierały łzy spływające po szybie samochodu. Snuł się za mną smutny obraz przemoczonych ulic.
Turczynek. Jestem już blisko. Gdzieś w oddali, poprzez drzewa, rysowała się sylwetka dawnego szpitala spoglądającego dzisiaj smętnie dużymi oknami zwieńczonymi okratowanymi sklepieniami. Jakby to było na wpół więzienie, z uwięzionymi w tych murach duszach przeszłości. Odpadający tynk wygląda jak płaty starej, pomarszczonej skóry na ciele schorowanego nieszczęśnika.
„To czym jest szpital w Turczynku – i ten nieszczęśnik na tym tle, to jest przerażające” – notował na kartkach swojego diariusza Jarosław Iwaszkiewicz. Po ponad pięćdziesięciu latach budynek jest widokiem przerażającego osamotnienia. Zdawać by się mogło, że w wieczornej mgle, między ramami gołych okien tli się czasami zarys samotnej, wychudzonej sylewetki Iwaszkiewiczowskiego „nieszczęśnika” - Jurka Błeszyńskiego. Patrzącego niewidzącymi oczyma zza mgły czasu, zza mgły śmierci. Jakby już bez twarzy. Rozmytego. Nieistniejącego poza spisanymi wspomnieniami pisarza.
Deszcz przybierał na sile odgradzając Turczynek zasłoną łzawego zapomnienia. Odchodził w dal, jak odszedł Jurek Błeszyński.
Była ciepła majowa noc. Na Stawisku było ciemno i pięknie. Leciałem pospiesznie, potykając się o las. Potem przez łąki prosto do Brwinowa. Nic nie czułem, nic nie myślałem. Wchodząc na podwórze domu Szymka, zobaczyłem światła samochodu jadącego w tym samym kierunku.Zatrzymałam się na podjeździe domu na Stawisku. Wchodzę bocznym wejściem (a mnie się wciąż marzy, że kiedyś otworzą się frontowe drzwi na ganku). Drewniane schody prowadzą łagodnym łukiem na pierwsze piętro. Uchylam białe drzwi. W kuchni wita mnie, rozpromieniający deszczową niedzielę, uśmiech pani Zosi. Uściski i imieninowe życzenia. Na herbatę umawiamy się po spotkaniu z Jackiem Dehnelem, bo mnie ciągnie na wystawę prac Anny Podlewskiej-Polit, nim inni goście zdecydują się wejść na górę. Idę schodami na poddasze, by stanąc w otwartych drzwiach. Światła pogaszone, jedynie we wnęce pokoju stoją dwa fotele obite ciemnoczerwonym, miękkim suknem a między nimi niewielki stolik z palącą się dyskretnie lampką. Podeszłam bliżej. Na gładkim blacie ujrzałam białą kartkę: Jarosław Iwaszkiewicz „Twarze”. Jedna. Jakby czekała na mnie. Kartka, twarz o przejmujących oczach patrzących na starzejący się świat zza okularów w ciemnej oprawce. Prawie czuję głęboki oddech życia za moim plecami. Uśmiecham się do siebie nieodwracając, by nie spłoszyć wybryków własnej wyobraźni.
W jednym fotelu śpi czarny kot pani Zosi, w drugim przysiadam ja. Ze ścian spoglądają na mnie rozmydlone, nieznane twarze. Niewyraźne, pozbawione rysów, niewidzące, a jednak jakże donośnie przemawiające bezgłosem. Magia tej chwili i tego miejsca wyrywają mnie z realnej rzeczywistości. W tym momencie nie istniało nic innego, przez tych kilka minut samotności na poddaszu domu na Stawisku, były ze mną jedynie mruczący kot i milczące twarze na obrazach.
Kiedy zamyka się oczy - zwłaszcza przed snem - stają wtedy widoczne przed nami twarze, twarze, ludzkie twarze, które prześlizgnęły się przed nami nawet momentalnie w długim filmie naszego życia.
Tak bardzo pragnęłam, aby ta jedna twarz nagle pojawiła się obok mnie. Pojawia się jedynie pracownica muzeum, by pokrzątać się chwilę i zniknąć. Spojrzałam na akwarele autorstwa Anny Podlewskiej-Polit,
które „nawiązują przy tym dialog z wizerunkiem twarzy autorstwa francuskiej artystki Leonor Fini” (towarzyszki życia Konstantego Jeleńskiego). Próbuję przypomnieć sobie krótki film o Leonor, który ukazuje artystkę malującą sylwetki kobiet i twarze bez imion, całkiem rozmyte na wielkich, białych kartonach. Pozbawione barw zdają się być drugą stroną twarzy, czarno-białym negatywem, wewnętrzym uzupełnieniem tego co oczom ukazuje się jako barwniejszy portret. A skoro uzupełnieniem, wypełnieniem kolorów, to może stanowiąc dużo istotniejszą warstwę, bo tę zwróconą od wewnątrz, stanowiąc istotę tętniącego „ja”, delikatną podszewkę kryjącą się pod grubą warstwą skóry.
Powoli muszę opuścić ten cichy zakątek domu. Za moment spotkanie z pisarzem młodego pokolenia, ale jakby osadzonym w atmosferze i wdzięku minionej epoki, z jego manierami, wykwintnością słów i nietuzinkowym stylem. Spotkanie ma być poświęcone jego najnowszej książce opowiadającej losy Fracisco i Javiera Goya, splecionych w okrutnym pierścieniu „Satruna” i duszących, wzajemnych więzach niemożliwych do rozplątania.
Czekając na przybycie autora spoglądam na kartkę z esejem Jarosława Iwaszkiewicza:
Chyba to jest najważniejsze w każdej twarzy ludzkiej, że jest ona jak dom, w którym mieszka niedostępne życie. Możemy je przeczuwać, możemy nasłuchiwać, jak gra ono niby muzyka w domu weselnym, niby szmer pszczół w ulu. Ale wiemy, że nigdy nie będzie naszym udziałem wejście do tego domu. Że na wieki jesteśmy skazani na własny dom i na własną twarz, która tylko dla nas jest zrozumiała. (...) Bo w gruncie rzeczy twarz ludzka jest jedynym przedmiotem godnym prawdziwej sztuki. Jest symbolem ludzkiego cierpienia, ludzkiej radości, ludzkiego życia i ludzkich dążeń.Tymczasem Jacek Dehnel zaczyna fascynująco opowiadać o całkiem szpetnych twarzach bohaterów swojej książki, o trudach pracy nad przekładem i tłumaczeniem obcojęzycznej prozy i poezji, o miejscu malarstwa w jego życiu, wszak: Wielka sztuka jest tym, co godzi nas z życiem. Wielka sztuka gry ludzkim obliczem, olśniewaniem prawdą wewnętrzną i pięknem zewnętrznym.
Pełna olśnień, z podpisem pisarza w książce i magią chwili w sercu, wychodzę do ogrodu. Czas wrócić do swojego domu. Spojrzeć na własną twarz. Myśli biegną jednak jeszcze na poddasze. Może, późnym wieczorem, kiedy już wszyscy goście opuszczą Stawisko, Jarosław Iwaszkiewicz zasiądzie w jednym ze swoich foteli, a na białej kartce, którą zostawi przy lampce na stoliku, zapisze:
Noc. Siedzę przy kieliszku. Już mnie prawie nie ma,
Lecz jeszcze czuję bicie podskórne zegara,
Który znaczy ziarnkami krwi bieżące fale.
Zgrzyta z wolna sprężyna, rdza pierwsza osiada,
I myślę o młodości, która z wolna mija,
Która może minęła już, choć o tym nie wiem.
I resztki świadomości chcąc z siebie wydobyć,
Patrzę na szyby okien bielmem powleczone…
Oddałem życie moje tym, co za mnie żyją,
Wiem, oni mnie dopełniają, oni mnie pomnożą.
fragmenty:
II tomu "Dzienników 1956-1963"
wiersza Późny wieczór
z tomu "Urania i inne wiersze"
oraz eseju Twarze
(nawiązującego do twórczości Leonor Fini)Jarosława Iwaszkiewicza

niedziela, 15 maja 2011

SMAŻONE ZIELONE POMIDORY


Tydzień minął niepostrzeżenie szybko. Przefrunął, zatrzepotała liśćmi, uśmiechnął promieniami słońca. Każdy dzień budził się jak zawsze o piątej trzydzieści, by zasnąć koło północy. I znowu na zegarku rano ta sama godzina i noc w takich samych barwach ciemności. Jak było odróżnić jeden dzień od drugiego. Mijały. Drzwi w pracy otwierały się o ósmej trzydzieści, podpisanie listy i lista zadań. Przerwa na kawę, zebranie, bladość beznamiętnych papierów, niełatwe rozmowy. Szesnasta trzydzieści zamykała drzwi, a ja wychodziłam na spotkanie ze wciąż widnym światem zewnętrznym. A jednak dni są coraz dłuższe, chociaż mnie wciąż zdawało się, że to przecież ten sam dzień. Szpilki zmieniałam na buty na płaskim obcasie, zrzucałam ograniczającą swobodę ruchów marynarkę. Praca, zawód zostawały za mną, nie licząc telefonu służbowego, który nie zna granic godzin pracy, bo pracuje bez jakichkolwiek ograniczeń.
Zawód, praca, czasami wybrane świadomie, czasami dane z przypadku, wykonywane z pasją bądź z pasji przyzwyczajenia. I choć sama pracą wciąż żyję, pochłania większość mojego czasu, kosztuje czasem dużo nerwów, obarczając odpowiedzialnością, którą dźwigam przygarbiając się pod jej ciężarem coraz bardziej, to przecież wychodząc z niej, wychodzę naprawdę, nie tylko fizycznie, ale nade wszystko duchowo. Zostawiam za sobą, by wrócić do siebie.
Tymczasem wczoraj patrzyłam na zawód, który jakby nim nie był, bo wczoraj zobaczyłam aktorstwo, które jest w pełnym tego słowa znaczeniu powołaniem i pasją, drugą skórą. Nie tylko rzemiosłem, na pewno nie podpisem na liście obecności w teatrze, etatem, zakładaniem masek, nie tylko świetnym warsztatem. Jest życiem, jest kobietą, jest Elżbietą Czerwińską.
W sobotnie popołudnie w ramach 9. Ogólnopolskiego Przeglądu Monodramu Współczesnego dla zgromadzonych widzów zagrała właśnie Ona. Chociaż 'zagrała' to nie jest słowo właściwie dobrane, po prostu wyszła na scenę. Wkroczyła w czerwonych, wysokich szpilkach, by przykuć naszą uwagę, by przyszpilić tych, którzy zapomnieli czym jest prawda o aktorstwie. By, nas widzów, zahipnotyzować, zelektryzować swoją charyzmą. W idealnie skrojonym garniturze stanęła jednak naga, objawiając całą prawdę o sobie, Elżbiecie Czerwińskiej-aktorce, Elżbiecie Czerwińskiej-kobiecie. Nie zakładała masek, nie stawała się, na potrzebę chwili, dwiema bohaterkami z historii napisanej przez Fannie Flagg w „Smażonych zielonych pomidorach”. Była każdą z nich po trosze. Pełnokrwistą Evelyn Couch, która w końcu pokazuje światu na jak wiele jeszcze ją stać, że wciąż może być atrakcyjna, pełna energii, radości życia dojrzałą kobietą, a za moment zmienionym głosem, z drżącymi dłońmi namalować portret starszej pani Threadgoode. I nie musiała zmieniać stroju, przywdziewać charakteryzacji, nakładać zmarszczek, ona sama je tworzyła na naszych oczach. Przekraczała granice wieku, doświadczeń, granice postaci tylko i wyłącznie samą sobą, każdym nerwem, tkanką, spojrzeniem, nakreślonym gestem, modulacją głosu. Wzruszała, rozśmieszała do łez, bawiła, tańczyła afrykański taniec radości życia, dla mnie, radości bycia na scenie, życia na scenie, odnajdywania siebie i potwierdzania, że warto było wrócić na scenę po latach z nią rozłąki, dla takich chwil, dla takiego monodramu wyreżyserowanego dla niej przez Remigiusza Grzelę. Tego, który jak nikt inny odczytuje pragnienia duszy, tego co skryte, który z takim wyczuciem "ulepił" postacie dla Elżbiety Czerwińskiej, tak by mogła pokazać samą siebie, włożyć w każdą z nich cząstkę własnej historii, własnego życia, własnych przeżyć i doświadczeń, prawdy o sobie.
Dzisiaj niedziela (spędzona na Iwaszkiewiczowskim Stawisku i spotkaniu z nietuzinkowym Jackiem Dehnelem, ale o tym przy innej okazji), zatem jak to niedziela, dla mnie będąca ostatnim dniem przed nowym tygodniem pracy. Powrót do szpilek, marynarek, odgrywania swojej roli, ale przecież nie siebie. Bo prawdę o sobie na ponad osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu, chowam pod płaszczem obowiązków, wymagań stawianych przez zawód, stanowisko. Mój podpis na liście obecności nie jest podpisem pod samą sobą, podczas gdy Elżbieta Czerwińska pod stworzonymi, w monodramie "Smażone zielone pomidory", postaciami podpisała się swoją pracą, łzami, pasją, wrażliwością, oddaniem i talenem. Całą sobą.
I parafrazując fragmencik z książki Fannie Flagg "Smażone zielone pomidory" mogę szepnąć sama do siebie: Może i siedzę tu, w domu spokojnej dojrzałości, ale myślami jestem w Starej Prochowni, przed monodramem "Smażone zielone pomidory".

niedziela, 8 maja 2011

Portrety kobiet


Pozwoliłam stać się, dzisiaj, rąbkiem płótna dla malarskich poczynań natury. Wtulona w wygięty materiał hamaka patrzyłam jak długie palce słońca ześlizgują się po grzbiecie przygarbionego nosa zostawiając plamki piegów, jak przytulają się do krągłych kształtów policzków malując na nich złote rumieńce i wplatają we włosy słoneczne pasemka. Przemykają kanalikami zmarszczek wokół oczu rozświetlając zielone punkciki na brązowej tęczówce. Oddech leniwego popołudnia, czasami tylko rozwiewany chłodniejszymi porywami wiatru, otulał się ciepłym szalem wokół ramion. Serce biło miarowo dostosowując się do spokojnego rytmu dnia.
Z tarasu spoglądał na mnie album, który jest pograniczem, miejscem przylegających do siebie obszarów. Odwiecznym zamiłowaniem do literatury i ostatnio budzącej się pasji do malarstwa. Między ciężkimi, pokaźnych rozmiarów okładkami maluje się postać starszej kobiety, w futrzanym czepcu i takim też kołnierzu płaszcza, zapiętego pod szyją ozdobną spinką. W dłoniach, będących dowodem jej niemłodych lat, trzyma księgę, starodruk, opatrzoną rycinami. Trzyma blisko wpatrując się uważnie w słowa. Może wzrok już nie tak ostry, niedostrzegający szczegółów, ale wciąż tak samo łakomy. Jest w jej twarzy szlachetna łagodność, spokój, mądrość lat i mądrość, którą wyczytuje spomiędzy kartek księgi. Jakby obie stawały się jednością, dając siebie sobie nawzajem, odczytując się instynktowanie, jakby na nowo otwierany rozdział był także nowy początkiem dla każdej z nich, mimo widocznie wyrytego wieku na ich obliczach.
Biorę album, by zajrzeć do środka. Okulary leżą daleko ode mnie. Przysuwam go bliżej oczu, by widzieć lepiej, by nic nie umknęło wraz z kolejnym porywem wiatru, wyrywającym kartki spomiędzy palców. Powoli przemierzam swoje pogranicze zamknięte w przepięknym wydawnictwie autorstwa Aliny Biały "Literatura i malarstwo".
Strona 221 - Doświadczenia egzystencji - jakże sielankowo dzisiaj odczuwalne w niespieszne popołudnie. W dźwiękach szumiącej sosny, śpiewie ptaków i leniwym mruczeniu kotów wygrzewających się na tarasie. Jutro doświadczenia odmienne, kiedy po całym dniu zabiegania przysiądę na łóżku próbując jeszcze resztką sił śledzić linijki w książce, od której trudno mi się ostatnio oderwać, "Papuga Flauberta" autorstwa Juliana Barnesa rysującego postać tego,  który tak zachwycająco sportretował panią Bovary.
Wracając jednak do albumu, do strony 221 i innej kobiety, tej zmęczonej, którą sama jutro będę i tej widniejącej na obrazie Edwarda Hoppera, ujętej w ramach przejmującego obrazu "Pokój hotelowy". Siedzącej na łóżku z książką w dłoniach, ale w przeciwieństwie do kobiety z okładki, książki trzymanej bezsilnie, jakby od niechcenia, bez dostrzegania detali nakreślonych liter, patrząc na nią niewidzącymi oczyma. Ten obraz zapada w pamięć, niczym niedokończona fraza. Dopowiedzieć ją może sobie każdy na swój własny sposób, dopowiedział ją Czesław Miłosz w swoim wierszu, który mogłabym określić słowami wyczytanymi w fascynującym tekście Pawła Huelle, poświęconego poezji Tomasza Różyckiego, ale jakże pięknie wpasowującego się w zbudowany nastrój w wierszu Miłosza, w twórczość poety:
Każda fraza, która – no właśnie – zapada w pamięć niczym obraz Vermeera ujrzany pośród setek innych akordów zapisanych w XIX wieku. W tym czytelniczym rzemiośle nauczyłem się rozpoznawać poetów istotnych od przygodnych. Poeta istotny to ten autor, który – czasem w jednym zdaniu, czasem w dwóch zestawionych słowach – esencjonalnie potrafi wyrazić to, co czujemy, co przeżywamy w naszych rozmaitych sytuacjach i stanach egzystencji, ale czego sami nie potrafimy nazwać tak celnie, krótko, porażająco.
O, jaki smutek nieświadomy, że jest smutkiem!
Jaka rozpacz, nieświadoma, że jest rozpaczą!
Kobieta kariery, obok jej walizka, siedzi na
łóżku, półnaga, w czerwonej halce, uczesanie jej
nienaganne, w ręku ma kartkę z cyframi.
Kim jesteś? - nikt nie zapyta, sama też nie wie.

Może każda z nas zadaje sobie takie pytanie, szuka siebie: w książkach, w obrazach, w lustrach. Raz czując się staruszką noszącą swoje doświadczenia egzystencji w zagięciach zmarszczek uśmiechających się pogodnie, to znowu będąc zabieganą współczesną kobietą, na koniec dnia, próbującą odnaleźć się w gęstwinie kurzu mijającego dnia. Może czasami panią Bovary szukającą miłości i spełnienia, dopełnienia siebie.
Kim jesteśmy? - oby nowy tydzień przyniósł, każdej z nas, choć cień odpowiedzi.
wiersz Czesława Miłosza
album "Literatura i malarstwo" Aliny Biały
Wydawnictwo Szkolne PWN, 2009
fragment Listu do młodego poety autorstwa Pawła Huelle poświęconego poezji Tomasza Różyckiego113 Zeszyty Literackie, wiosna 2011

wtorek, 3 maja 2011

Wyznania o tym... i o tamtym


Szelestem kartek próbuję zagłuszyć coraz bardziej natrętne dźwięki wystukiwane, o parapety okien jak o afrykańskie tam-tamy, przez majowy deszcz niosący wieść o niepogodzie. I tylko od czasu do czasu spoglądam na krople spływające po szybie, które jak górskie potoki szukają swoich ścieżek wśród nieporuszonych skał kapryśnej aury. Zwisające jak kryształowe paciorki na drewnianych rzemykach oplecionych wiotkimi gałązkami róży.
Ekspres do kawy pohukuje odganiając senność, która wślizguje się bezwstydnie pomiędzy warstwy koca, którym chciałam odgrodzić się od przejmującego chłodu wdzierającego się dzisiaj do domu. Kubek z pachnącą kawą patrzy na mnie kocimi oczami Audrey Hepburn, a ja błyskotliwymi oczami Wisławy Szymborskiej spoglądam na starą maszynę do pisania, która stoi uśpiona na biurku. Gdyby ona, odziana w najnowsze osiągnięca techniki: rozjaśniający wszelkie ciemności nocy ekran gdy go choć lekko uchylić, miękko ulegające palcom klawisze, czy sama mogłaby z siebie wykrzesać choć kilka słów czy skłonna byłaby podpisać swoje, zgoła przedwojenne imię 'Naumann Ideal', pod tymże fragmentem wiersza:
Objaśniam na ekranie
każdą wzmiankowaną rzecz,
kiedy ją wykonano,
i z czego, i po co.
A już zupełnie z własnego rozpędu
badam niektóre listy
i poprawiam w nich
błędy ortograficzne.
Przyznaję – pewne słowa
sprawiają mi trudność.
Na przykład stanów zwanych „uczuciami”
nie potrafię jak dotąd wytłumaczyć ściśle.
Podobnie z „duszą”, wyrazem-zagadką.
Ustaliłem na razie, że to rodzaj mgły,
rzekomo od śmiertelnych organizmów trwalszy.
Jednak największy kłopot mam ze słowem „jestem”
Wygląda to na czynność pospolitą,
uprawianą powszechnie, ale nie zbiorowo,
w praczasie teraźniejszym,
w trybie niedokonanym,
choć jak wiadomo, dawno dokonanym.

Nie sposób nie zatrzymać się przy kłopotliwych wyrazach "dusza" i "jestem". Wydają się być nierozerwalne, połączone niewidzialną nicią prowadzącą do równie kłopotliwego wyrazu "myśl". Ta zdaje się sprawiać wielu embarras swoją niezależnością, jakże często krnąbrnością, nieugiętym podążaniem własnymi drogami, szukając siebie samej w odbiciu luster, w kałużach deszczu puszczającego zawadiacko uwodzące, wodne oczka. A przecież któż może przewidzieć dokąd owe myśli, jeszcze nienazwane, mogą nas powieść, w jakie nieogarnięte ludzkim umysłem bogactwo urodzaju lub niespodziewanie odczuwane ubóstwo. Jakże niezrozumiale potrafiące dotknąć tych, którzy stworzyli dzięki niej pisarstwo wyryte złotymi zgłoskami w historii literatury i uszyte na miarę naszej własnej historii czytelnika.
"Pisarstwo, które robi coś niemożliwego, zupełnie niemożliwego, i jeśli czymś klajstruje dziury w rzeczywistości, to tylko swoją namiętnością do świata. Bo tylko to je ratuje, że straszliwie kocha świat (że bez wzajemności, nie muszę chyba dodawać; świat drwi sobie z literatury). Kocha albo nienawidzi; niektórzy pisarze, na przykład Austriak Thomas Bernhard, pisali tylko gniewem, tylko wściekłością, Jarosław Iwaszkiewicz uwielbiał konkret w sposób aż histeryczny; w jego książkach powtarzają się histeryczne wybuchy miłości do ludzi i miejsc, do ukochanych psów, do dzieł sztuki. A jednocześnie nieraz zarzucał sobie "ubóstwo myśli". Na przykład w eseju o Wenecji pisał:... ja jestem gadatliwy, bo gadaniem chcę pokryć moje ubóstwo, ubóstwo mojego kraju i ubóstwo mojej myśli". Ubóstwo myśli, co za nieporozumienie, ktoś kto tak pragnie konkretu i tak potrafi go osaczyć w swoim pisaniu, myśli w sposób najlepszy, najdoskonalszy... Błogosławione ubóstwo myśli."
Tymczasem czytaniem próbuję zaklajstrować pozostałych jeszcze kilka dziur w dokonanym już prawie czasie pierwszych, majowych dni, niezbyt rozpieszczających pogodną aurą. Wszak jutro trzeba będzie wrócić w tryby maszyny zwanej 'codziennością', gnać po torach wyznaczonych przez liczne obowiązki i starać się nadążyć, ze wszystkim, zgodnie z rozkładem dnia wymierzanym przez pośpieszne wskazówki zegara. Rozpromienia mnie jednak myśl o piątkowym popołudniu, który zwieńczony będzie kolejnym wykładem o malarstwie XIX wieku, tymczasem oddając się słowom Czesława Miłosza, który we współczesnym mu malarstwie znajdował odniesienie do poezji Mirona Białoszewkiego:
„Skąd wywodzi się poezja Białoszewskiego? Oczywiście z nowoczesnego malarstwa, które jest w Polsce wielbione niemal religijnie przez młode pokolenie literacko-artystyczne, bo malarstwo przywraca świat dotykalny, odbierany i unicestwiany przez mętną filozofię stawania się (ruchu, jeżeli w to wniknąć, tylko idei, czyli jakiś idealizmu do kwadratu). Inaczej mówiąc wywodzi się z tęsknoty do bytu (po polsku słowo brzmi źle. Lepiej jest ętre czy being). Cytryna ani stół nie mogą tak być na płótnie albo w słowach, jak są w rzeczywistości. Ale nigdy niezaspokojona tęsknota, żeby choć trochę były, inaczej nazywa się wolą artysty. Język malarski jest bardziej niewinny, mniej skażony przez pojęcia (malarz maluje zawsze ten stół, a nie stół w ogóle), stąd kult malarstwa w Polsce jako odtrutki. W wierszach Białoszewskiego wyraża się to i ciągłym powoływaniem się na nazwiska (Matisse, Bonnard etc.), i jakby drążeniem pojęć, bez których słowo nie może się obejść, tak żeby wniknąć w samą esencję smołowatości, kluczowatości."
W jakie przestrzenie mi samej uda się wniknąć po wykładach z malarstwa, mam nadzieję, że w esencję myśli, jakoby najbardziej ubogiej. Na razie jednak z nieokiełznaną radością niecierpliwie oczekuję na mające się ukazać "odtrutki" dla mojej kłopotliwej duszy: korespondencję Czesława Miłosza z Jarosławem Iwaszkiewiczem, Konstantego Jeleńskiego z rzeczonym Czesławem, książkę Adama Zagajewskiego "Lekka przesada" i zapowiadaną książkę Jacka Gutorowa "Księga zakładek" będącą zbiorem esejów, w których autor "z jednej strony przygląda się Witoldowi Gombrowiczowi, Mironowi Białoszewskiemu, Krystynie Miłobędzkiej i Julianowi Kornhauserowi, z drugiej sięga po poezję Andrzeja Sosnowskiego, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Marcina Świetlickiego, a także Marcina Hamkało, Piotra Czerniawskiego i Klary Nowakowskiej."
I przyznaję, że wyobraźni mojej nie starcza na ogarnięcie mnogości zakładek jakimi przyjdzie mi przyozdabiać każdą z tych literackich nowości, bo też każda z nich będzie sznurem, na który nawleczone zostały, zwinnymi placami, perełki drogocennych myśli tworzących, niespotykanej powszechnie urody, artystyczne dzieła wyjątkowej szlachetności.
Chciałabym tylko, by ktoś rozciągnął czas rozpościerając go jak ogromny parasol, ponad moją głową, chroniący mnie przed deszczem codziennych zobowiązań. By przytrzymał wskazówki zegara przywiązując sznureczkami do pochwyconej chwili, zmuszając do zatrzymania się na dłużej, tak jak wstrzymuje się oddech zachwytu nad kartkami czytanych książek, by nie umknął nazbyt pośpiesznie. Tak, jak najwyraźniej tegoroczna zima postanowiła z nami na dłużej zostać przykrywając, właśnie, mój ogród welonem utkanym z perłowych płatków śniegu.

niedziela, 1 maja 2011

Grudka bursztynu


Kim jestem, tu w mroku cielesności, w drżeniu ciała?
Kim byłem? Czyżby obudził mnie przelot ptaka
za oknem? Okno, które otwiera żywioł, ostrze cienia;
czysta realność? Nie. Obudziło mnie muśnięcie
przestrzeni; jak gdybym wszedł w głąb korytarza snu.
Tak jakbym przebiegł na palcach, by nie trwożyć
tych co umarli. A może obudziła mnie po prostu
kropla, kropelka wody, która spadła z kranu, hen,
w terytorium bez granic, bez żywej duszy, w księstwie
Akwitanii? A może to tylko muzyczka ziarenek
piasku, co utkwiły na amen we framudze okna,
nagość tonu? Oparzyła mnie idea, zimna jak
odłamek lustra. Przeląkłem się, że dom zastygnie,
zakrzepnie w grudkę bursztynu.
Zdarzają się takie momenty, wcale nierzadkie, że chciałabym móc, na pstryknięcie palcami, rozsypać się na drobne kawałeczki, na pojedyncze grudki ziemi, by mieć możliwość ulepienia ich na nowo. Ulepienia siebie. Stworzenia nowego „ja”. Własnego, lepszego, doskonalszego. Piękniejszego w formie, i to nie tej zewnętrznej, chociaż taką też bym nie pogardziła, ale tą niewidoczną dla oka, tkwiącą we mnie, w moim umyśle.
Tymczasem, wciąż błądzę bezdźwięcznymi korytarzami jakiejś wewnętrznej miałkości, ścieżkami pełnymi połamanych wyobrażeń o doskonałości, które najchętniej zwinęłabym, zrolowała jak starty dreptaniem w miejscu dywan i zastąpiła go nowym, w którym sploty będą gładsze, ściślej ze sobą powiązane. Wnikając w siebie tworzyłyby kobierzec ciekawszych wzorów, bardziej urozmaiconych, barwniejszych. Nic. Pozostaję skałą bez czucia, która choć chłonie każdą kropelkę słowa, która ją zmienia i przyprawia o wewnętrzne drżenie, to w żaden sposób nie potrafi tego odzwierciedlić. Na zewnątrz wciąż pozostaję niezruszoną skamieliną. Dlatego chciałabym zamienić się w grudki ziemi, nieforemną mazie, z której można by ukształtować choćby zakrzepnięte grudki bursztynu.Bo kiedy czytam esej Jerzego Plutowicza Przygoda i ocalenie (Na ścieżce źródeł), to sama tych źródeł szukać poczynam, sięgając do filozoficznych rozważań nad życiem i losem ludzkości. Nad rolą sztuki w życiu. I z każdym kolejno czytanym zdaniem ubolewam nad niemożnością uchwycenia marzeń poetyckich gubionych w codziennym zabieganiu, boleję nad świadomością posługiwania się nazbyt "nagim" słowem, własną rażącą niedoskonałością. Wszak, kiedy przychodzi mi stanąć wobec tak misternie skonstruowanego tekstu, przeplatania się myśli, odniesień do filozofii, sztuki, literatury czuję się jak nieporadne dziecko, które z zachwytem patrzy na najpiękniejszy zachód słońca. Jakbym próbowała sięgnąć do korzeni własnego bytu, jestestwa, sięgnąć promieniami tego zachodzącego słońca do jądra tętniącej życiem ziemi, do jej serca.
Poddaję się zatem bezkarnie tej poetyckiej wyobraźni, która spłynęła na mnie wraz ze słowami Jerzego Plutowicza, licząc, że przysiądzie na dłużej na ganku mojego domu, utknie we framudze mojego okna, przenikając jak krople wiosennego deszczu w zakurzone szczeliny mojej popękanej duszy, zatrzepocze skrzydłami nocy rozpościerając głębię i sens istnienia w sztuce na krańcach życia, od sacrum po profanum poezji, w prozie i w życiu.
Bo przecież: Jeśli wszystko jest poezją, jak ogłosił Edward Stachura, na sposób nadrealizmu zapragnął nasycić naszą codzienną udrękę czymś tak ulotnym jak piękno, czyżby zbyt ulotnym. Żyć tak, by nie opuszczał nas stan czujności, by nie pozwolić wchłonąć się marności byle jakiej egzystencji. Żyć by doświadczać cudu istnienia. Na przekór destrukcji, entropii, nicości. A ja i ty, czyżby bardziej świadomi, a może tylko bardziej praktyczni, postrzegamy byt nasz ludzki nie jako totalną, wspaniałą w totalności jedność, pełnię przenikniętą cudownością, lecz jako pokrzywione drzewo człowieczeństwa, z którego - jak zauważył Immanuel Kant - nie da się wyciosać niczego prostego.I za sprawą takiej prozy i poezji, jaką potrafi wyciosać z każdego słowa Jerzy Plutowicz, doświadcza się cudu istnienia, cudu odczuwania, mobilizując się do zachowania czujności, by nie pozwolić marności wtargnąć we własne życie. Czując podskórną jedność ze sztuką, nawet jeśli pozostanie się wciąż niedoskonałym drzewem człowieczeństwa, niedojrzałym jabłkiem na gałęzi starej jabłoni życia, zbyt płytkim oddechem przebudzenia. 
wiersz Przebudzenie
oraz fragmenty eseju Przygoda i ocalenie (Na ścieżce źródeł)
Jerzego Plutowicza
"Twórczość", kwiecień 2011