wtorek, 29 marca 2011

Widok Krakowa


Kiedy poranne słońce swoimi smukłymi palcami próbuje rozczesać moje włosy, splątane zwojami trudnych do zapisania snów, oczy zupełnie nie potrafią sobie poradzić z ciężką zasłoną rzęs. Odebrane minuty snu sprawiają, że nad ranem szlafrok jest niewystarczająco przytulny, kawa skutecznie roznosi mgiełkę sennego rozleniwienia, a skarpety zsuwają się ze stóp i same, z powrotem, wspinają się po schodach do sypialni. Walentyna śpi apetycznie, zwinięta w rogalik, a ja wspominam smak maślanych rogalików z konfiturą serwowanych na śniadanie w gościnnych progach Krakowa.
Zapatrzona w lustro, zamiast swojej twarzy widzę całkiem inne oblicze...
Przede mną Kraków w szarej kotlinie
Jaskółki go niosą na długich warkoczach
z powietrza. Pilnują go gawrony
w czarnych pelerynach
. W krzewie
czeremchy huczą głodne pszczoły.
Koty czuwają na dachach samochodów (...)
Przede mną Kraków...

Śpiące przedwczesną porą zaułki przykryte poszarzałą mgłą, cicho oddychające ściany domów, na których późnym wieczorem, spacerując samotnie, wyświetlałam sobie film złożony z obrazów zatrzymanych w kadrach mojej własnej pamięci. Na rynku kwiaciarki sprzedające gałązki przyodziane w staromodne, futrzane mufki i gdzie z wysokich wazonów wyglądały wielobarwne tulipany z wdziękiem ukazujące fantazyjne kształty kielichów tworzących przepiękną, delikatną zastawę na kamiennych płytach. Późnym popołudniem przy kawiarnianych stolikach zasiadał uliczny gwar zmęczony całodniowym zabieganiem, a bruk próbował strzepnąć z siebie ślady drepczących niestrudzenie stóp.
I z tego zabieganego, parodniowego pobytu pozostała mi, prócz krótkich wspomnień, gałązka puchatych bazi i słoiczek tradycyjnie smażonej pomarańczowej skórki wprowadzającej nieco krakowskiego smaku do mojego tradycyjnego, podwarszawskiego kredensu.
Teraz, gdy otwieram jego drzwiczki:
Przede mną Kraków, szara dolina.
Plantami, gęstym tunelem, biegnie
dziewczyna na wykład, spóźniona.
W jej włosach rosną płatki piwonii,
w jej włosach czułość czasu uwiła gniazdo.

fragment wiersza Adama Zagajewskiego
Widok Krakowa z tomiku "Jechać do Lwowa"

piątek, 25 marca 2011

Pudełko zapałek


Czemu tamtego poranka spojrzałam niespodziewanie w górę?
Ta stara, krakowska kamienica była jedną z wielu ustawionych w szeregu, jak pudełka zapałek. Wtopiona w śpiący pejzaż miasta. Na parapetach siedziały wtulone w siebie gołębie, a w jednym oknie, ona. Stała oparta o spopielałą framugę wyglądając na szarą uliczkę wijącą się, u jej stóp, między nierównymi kawałkami zakurzonego trotuaru. Stała w płaszczu. Niedawno musiała wrócić. Ze sklepu, ze spaceru... może niewypakowana siatka wciąż leżała na okrągłym stole, a stary zegar tykał miarowo odliczając kolejną minutę prześlizgującą się po nierozpoznawalnych już portretach, dawno zapomnianych książkach, niewidzących okularach w pękniętej oprawce.
Oddychała ciężko. Wchodzenie na drugie piętro, w jej wieku, było mozolnym wspinaniem się po krawędziach wysokich schodów, tych wyszczerbionych przez czas, sztucznie bielonych zębów, które szczerzyły się w szyderczym uśmiechu ciemnej klatki schodowej. Między piętrami zdarzało jej się przysiąść na szerokim parapecie podpierającym przygarbione sylwetki okien. W ich przydymionych oczach szukała, choćby niewyraźnego, odbicia swojej twarzy sprzed lat, konturów, dzisiaj równie niewyraźnych jak wspomnienia o własnej młodości. Odgarnęła z czoła kosmyk włosów spadający na czoło i dodający nieco dziewczęcego wdzięku. Tylko tyle jej zostało.
Kolejne stopnie schodów skrzypiały ciężkim oddechem. Klucz zazgrzytał w zamku. Świat tętniący życiem zostawał za jej plecami. Przed nią, cisza. Wróciła w świat powoli oddalający się, także od niej samej, szeleszczący pożółkłymi kartkami albumów, które zamykała w przepastnych szufladach, by nie było słuchać ich nieprawdziwie, dzisiaj, brzmiących opowieści. Ze zdjęć powoli znikały postacie chowające się za mgła zapomnienia.
Czajnik nucił świszczącą melodię płynącą z jego krótkiego, wąskiego gardła. Szklankę niezmiennie wstawiała w platerowy koszyczek, spleciony z łodyg przekwitniętych róż. Drżącą ręką podnosiła malutką, srebrną łyżeczkę, chwilę wcześniej, zatopioną w słodkiej konfiturze z malin, której smak dodawał koloru jej już prawie bezbarwnym ustom. Plasterki cytryny uśmiechały się do niej, ze spodeczka, ukazując podłużne zmarszczki na swoich policzkach. Obok nieotwarte koperty, kartki z zapisem tygodniowych wydatków, wyblakłe widokówki z wakacji, których nigdy nie było. Czasami czuła się jak zapałka zamknięta w pudełku, pragnąca w swojej skrytości, rozpalić w sobie jeszcze żar młodości, żar wypalającego się coraz szybciej życia. Potrzebna była tylko najmniejsza iskierka.
Podeszła do okna. Uchyliła je by spojrzeć w dół, na ulicę i wsłuchać się w niemy odgłos porannej ciszy. Promień słońca wśliznął się, przez firankę, do pokoju próbując zapalić świeczki na starym kandelabrze.
Czemu tamtego poranka spojrzałam niespodziewanie w górę?
Podniosłam rękę, aby do niej pomachać. Nie drgnęła wciąż stojąc nieruchomo w oknie. Odeszłam. Bałam się odwrócić, by nie okazało się, że nie było ani jej, ani tego okna, ani tej kamienicy. W szybach sklepowych witryn odbijała się, idąc wciąż obok mnie, nieco niewyraźnie zarysowana sylwetka kobiety w płaszczu.
Kiedyś zamieszkam w starej, krakowskiej kamienicy, na drugim piętrze.

poniedziałek, 21 marca 2011

Dwóch świętych, walizka i sznurowadło


Walizka. Parę swetrów, dżinsy, czapka w szkocką kratkę z daszkiem na bakier, stos mało gustownych papierów służbowych, może nieco bardziej gustowna mała czarna, bilet na pociąg. Buty zachwycają się swoimi wypolerowanymi noskami i ja prawie jestem gotowa do drogi.
Każdy wyjazd do Krakowa to przyjemność niezaprzeczalna, ale tym razem głowa, nade wszystko, zaprzątnięta ważnymi sprawami do załatwienia i nieco nieudolną próbą poukładania ich sobie, możliwie najzgrabniej, by nie zabrakło momentu, by pospacerować uliczkami Kazimierza czy wypić kawę w "Bonie". Pobłądzić wzrokiem między okładkami w „hurtowni taniej książki” lub przebiec między kształtymi stoliczkami, kryjąc się, przed natłokiem spraw, pod kolorowymi kapeluszami parasoli budzących się na wiosnę w kawiarnianych ogródkach. Strzepnąć kurz z rzęs, utrudzonych bezczynnym staniem, sprzedawczyń obwarzanków i wsłuchać w dźwięki zamknięte w tubach, tramwajowych szyn, na Franciszkańskiej. Wtulić się w skrzydła krakowskich gołębi, spacerujących wśród kwiatowych straganów i unieść się z nimi ponad dachami starych kamienic, błyszczącymi w słońcu kościelnymi dzwonnicami, zaglądając w oczy maszkaronom zapatrzonym, w osłupieniu, na pysznie kremowe przyodzienie Sukiennic. To tam, od niedawna w nowym anturażu, kryje się jeden z moich ulubionych obrazów, "Kuszenie św. Antoniego" Lucjana Wędrychowskiego.
A ja chciałabym móc skusić czas, który zaplątał się, jak sznurowadła, wokół moich stóp nie pozwalając mi chodzić własnymi ścieżkami, i przysiąść na chwilkę w „Camelocie”. Popatrzeć na świat przez „okienka” staromodnych, koronkowych serwetek, z widokiem na nieco nieporadne, obrazki Nikifora zdobiące ściany kawiarni. Z dala od zgiełku, w tym cichym zaułku niewiernego Tomasza, odnaleźć nieco wiary w nadejście spokoju, odrzucenia szamotania się z każdą uciekającą minutą, jak wyrywanym przez wiatr szalem, podszytym nierealnymi marzeniami. Zadumać się nad imbryczkiem herbaty i znaleźć ukojenie dla rozbieganych myśli. Poddać się aromatowi suszonych owoców, będących na wyciągnięcie dłoni, przywołujących wspomnienia o letnim sadzie, a może „Nagim sadzie” będącym przepełnionym miłością portretem ojca sporządzanym przez syna, we wznowionej, debiutanckiej książce, Wiesława Myśliwskiego, wydanej ostatnio przez "Znak".
I zdaje się to być, dla mnie, znakiem na najbliższe dni, drogowskazem, po powrocie do domu, wskazującym zawiłe ścieżki, jakimi mogą być niełatwe relacje ojciec-syn, także te ujęte między czekającymi na mnie kadrami drzew w „Lesie” Piotra Dumały. Zapisanej na celuloidzie, szumiącej historii, gdzie starzec prowadzi syna przez las, a jednocześnie leży pod jego opieką, przykuty do łóżka śmiertelną chorobą. A przecież na uginającym się, od książek, kawałku zręcznie wyprofilowanego drzewa, czeka wciąż  „Satrun” Jacka Dehnela, następna planeta trudnego układu, w którym, jak złączone ze sobą pierścienie, widać sploty niszczącej presji, jaką na syna wywiera potężny i despotyczny ojciec – Francisco Goya.I tak czekam na moment, w którym będę mogła im kolejno towarzyszyć w dźwiganiu swojego losu i przeznaczenia, jak przyciężkiego życiowego bagażu. Sama, jednak zawczasu, próbując spakować nadmiar swoich trudnych spraw do walizki i zamykając ją na strych.
W końcu być zdolną by spokojnie przysiąść i ułożyć sobie swoistą harmonię uczuć na trzy serca, jak trzy rodzaje tej samej relacji, gdzie losy ojca i syna przeplatać się będą jak cienie strzelistych i całkiem karłowatych drzew w lesie wspomnień, jak ledwo uchwycone, nieliczne prześwity jasnych barw na przygaszonych obrazach Goi, jak promienie zachodzącego słońca prześlizgujące się po nagich brzuszkach młodych jabłek w sadzie życia.
Walizka spakowana. Ja jeszcze w małym rozgardiaszu, ale rozgrzeszam się i jeszcze sięgam po tomik wierszy, jak w Międzynarodowy Dzień Poezji przystało, by naprędce zerwać kilka strof i narzucić sobie "Inne tempo" tych moich wyjazdowych przygotowań. A jutro już tylko pozostało zasznurować buty.

Ale słowo. Mógłbym z nim pojechać
na poetycką wiosnę lub literacką jesień.

Łączy cholewki wysokiego buta
i dociska język do nogi.

A dociśnięty język to przecież poezja.

wiersz Jacka Gutorowa
II. Sznurowadło z tomiku "Inne Tempo"
 wyd. Biuro Literackie, 2008

środa, 16 marca 2011

W zagłębieniach moich powiek

Ostatnio towarzyszy mi, na każdym kroku, z lekka ironiczny uśmiech kolejno mijającego dnia, który spoglądając zza moich pleców nie może nawet pójść w zapomnienie, bo ledwo dostrzegam, że w ogóle istniał. Szybko i prawie niepostrzeżenie wyślizguje się z rąk, jak nieuchwycone w porę nieśmiałe uczucie.
Budzi się zbyt pospiesznie, za flakonik perfum służy mu mgiełka znad kubka ze świeżo zaparzoną kawą waniliową. Rozpościera nad sobą parasol złocisty, utkany z ukradzionych słońcu promienistych nitek, albo przywdziewa, niewinnie, zwiewną pelerynę z porannej mgły. Prześlizguje się zwinnie między szklanymi sylwetkami domów, zaglądając z zaciekawieniem w przymrużone oczy budzącego się powoli miasta i znikając w długich korytarzach bezimiennych ulic. Czasem, lotem ptaka, przetnie połyskującą wstążkę rzeki zatopionej w czeluściach bezkresnego czasu, by wypłynąć w pełnym blasku na powierzchnię krótkotrwałej doczesności. W południe godzinami szeleści stosem papierów, jak dama chińskim wachlarzem, umęczona trudami zbyt upalnego popołudnia, zaś wieczorem wygląda, doprawdy, już bardzo blado na tle kruczoczarnej piękności nocy. Jakby przetarty przez gęste sitko codzienności, przelewa się przez ręce ze zmęczenia. Szarzeje i powoli traci ostrość widzenia. Rozmywa się, jak zdania w otwartej, zbyt późno, książce i chowa się z lubością, jak zmęczone stopy, w miękkich skarpetach. W końcu przysiada wygodnie w zagłębieniach moich powiek, przymykając je jak okiennice, by o północy przykryć się kołderką, z niepamiętanych już o świcie snów, która zsuwając się z niego delikatnie zatrzymuje się na szczebelkach rzęs.
I nic nie wskazuje na to, aby ten na nowo się budzący dzień różnił się od tego, który już odszedł, nie mając siły zerknąć w kierunku intrygujących mężczyzn czekających na czułe spojrzenie. Hrabia Lew Tołstoj coraz bardziej zatraca się w czeluściach swojego religijnego dramatu, całkiem tracąc wiarę, że choćby wieczorem będzie mógł dać mi odpowiedź na pytanie o sens własnej egzystencji. Wszak to o nim napisał Mikołaj Bierdiajew, przywołany przez autora książki Radosława Romaniuka: Całe życie Lwa Tołstoja było dramatycznym przechodzeniem od tworzenia doskonałych dzieł sztuki do tworzenia doskonałego życia.
Tymczasem ja, w swojej niedoskonałości, wciąż gonię za samym życiem, więc gdzież szukać czasu do jego doskonałego tworzenia.
I kolejni czekajacy mężczyźni, z rodziny Goya, tworzący jakże doskonałe dzieła, też pozostający w cieniu mojego niedoczasu, ale także samych siebie, wciąż odlegli jak „Saturn”, na czarnych obrazach słownych namalowanych przez Jacka Dehnela.
A ja, o poranku, zapowiadającym dzień jednako szary i zwyczajny, znowu przywdziewam przyciasną sukienkę uszytą z przykrótkiego dnia, który budzi się zbyt pospiesznie… i zasypia, o północy, w zagłębieniach moich powiek.

czwartek, 10 marca 2011

Niechciany


Zastukał rano w okiennice.
Podniosły się sennie i leniwie patrząc na niego z wyrzutem. Schylił zawstydzony głowę, niespiesznie narzucił na siebie płaszcz i wyruszył w świat. Speszony swoją obecnością chował się, przed wzrokiem przechodniów, pod chmurzastym parasolem. Wpatrując się w swoje odbicie, w kałużach własnych łez, szedł budzącymi się powoli ulicami, nie zważając na przemoczone stopy i stróżki spływające po jego smutnie zapadniętych policzkach.Tak bezbarwny, że nie mógł się dostrzec w zaparowanych szybach okien, gubiąc swoje ślady na mokrych płytach, równie szarych jak on, chodników. Chciał się zatrzymać na łyk ciepłej, aromatycznej kawy, ale ktoś zatrzasnął przed nim drzwi. Odszedł nie oglądając się za siebie.
Nikt go nie kochał.
Ptaki chowały się przed nim pod dachami niewzruszonych domów, a psy strząsły z siebie każdą, najdrobniejszą cząstkę jego obecności, z przesiąkniętej sierści. Płakał żałośnie, nad własnym, niechcianym przez nikogo losem. Idąc rysował na kałużach szeroko otwarte oczy przerażenia, komponując żałośnie brzmiącą muzykę, płynącą w głuchych rynnach i rytmicznie wybijaną kroplami o tępe parapety okien. Nikt nie dostrzegał jego wrażliwej, artystycznej duszy, nikt nawet na zadrżał z zachwytu nad nieskazitelną przezroczystością jego istnienia. Zadrżał on sam, nad swoim bezdennym osamotnieniem.
Pełen rozdzierającej rozpaczy wszedł do parku. Nieświadomie obmył nagie ramiona drzew, które spojrzały na niego czule, jeszcze nierozwiniętymi pączkami liści, chłonącymi z rozkoszą każdą jego łzę.
Nie uchwycił ich spojrzenia.
Starł wczorajszy kurz z nieruchomych, o poranku, huśtawek. Te chichutko zaskrzypiały z wdzięczności.
Nie dosłyszał ich głosu.
Przysiadł zmęczony na przemoczonej ławce niezdolny do powstrzymania swojego płaczu. Gdzież mu w konkury z wczorajszym słońcem. Ono maluje złote pasemka we włosach roześmianych dziewcząt. On potrafi jedynie oblec je sznurem łzawych pereł. Wszyscy czekali by odszedł.
Chciał przestać istnieć.
Z każdą łzą stawał się mniej widoczny, wtapiając się  w otaczającą go szarość dnia. Usiadłam obok niego. Pozwoliłam przytulić mu się do mnie. Zniknął cichy.
Niechciany.
 

piątek, 4 marca 2011

Nowa karta z pamiętnika starego subiekta


Mam, tak samo jak ty,
Miasto moje a w nim:
Najpiękniejszy mój świat
Najpiękniejsze dni
Miałam, mój świat w jeden z takich najpiękniejszych dni. Wczoraj. Opatulona szalem utkanym z promieniami słońca, czując na policzkach słodkie pocałunki ciepłego powietrza, spacerowałam Krakowskim Przedmieściem chłonąc jego urok, gwarne bramy Uniwersytetu Warszawskiego, by na dłużej zatrzymać się w księgarni ‘Liber’. Dalej szłam już pod rękę z Lwem Tołstojem, wspierając go w przeżywanym dramacie religijnym. Z okien witryn, mijanych cukierni, kusiły rumiane brzuszki pączków w lukrowanych płaszczykach. Ja jednak skusiłam się jedynie na malutką filiżankę gorącej czekolady w kameralnej cukierence „Wawel”, pachnącej zmielonymi ziarenkami kakao, wybornymi czekoladkami skrywajacymi różnorodne smaki, ubranymi w szeleszczące warstwy spódnic i wzorzyste fartuszki.
Zza łagodnych brzegów filigranowej filiżanki patrzyłam na ojca Stacha Wokulskiego. Stał samotny, zadumany, w idealnie skrojonym surducie, zapatrzony na współczesną Warszawę. Obok, w całym swoim majestacie, hotel Bristol w kolorze alabastrowego marcepanu, spowity w delikatnej poświacie, podkreślał swoją elegancję i styl. Pod stopami trakt wyłożony zgrabną kostką z wyrastającymi strzeliście latarniami, które z wdziękiem noszą fantazyjnie zawinięte, jak słodkie rogaliki, kapelusze. Może tylko one nie straciły nic ze swojej gracji i starodawnego fasonu. Konne bryczki stukające podkowami zamieniły się w warczące konie mechaniczne, dostojni mieszkańcy miasta jakby z innego filmu, w zbytnio przyspieszonym tempie wyświetlanego. Ku zaskoczeniu, patrząc na nich czasem nie sposób odróżnić czy to idącej damie miałby się pokłonić, czy to tylko z rozwianymi włosami młodzieniec przemyka obok.
Tylko Fryderyk Chopin jakby bardziej na wyciągnięcie ręki, na małych ławeczkach przygrywa, próbując przebić się, kolejno stawianą nutą, przez męczące dźwięki pędzących aut. I jak tu znaleźć klucz do współczesnej muzyki? Zaś Mikołaj Kopernik, jak z bloku ciemnej czekolady wyrzeźbiony, pysznie wygląda z tą swoją głową wiecznie w chmurach. Tkwiący niezmiennie w bezruchu na ziemskim padole, zmienność ruch ziemi zawczasu ogłosiwszy.
Jak zatem dzisiaj patrzy na Warszawę pan Bolesław, jak dzisiaj opisałby ukochane miasto subiekt Prus w swoim pamiętniku?
To już na zawsze zostanie jego słodką tajemnicą, tak jak moją pozostaną słodkie wspomnienia ze spacerów, gdy w moich włosach tańczyły na wietrze kolorowe kokardy, a ja stałam przed wystawą sklepu " U Wokulskiego" marząc o pięknej lalce.

Wszystko tu znam od dziecka i ukochałam wszystko, 
na Piwnej, na Zapiecku, na Starym Rynku też...
Gdy w złoceniach zabłysną, domy stare i słynne,
chcę oglądać to blisko, blisko dachów i wież....
fragmenty piosenek:
Sen o Warszawie
Pójdę na Stare Miasto

środa, 2 marca 2011

On stoi wśród nas


Pejzaż ukraiński i mazowiecki posiada wiele cech wspólnych, mimo iż pozornie różnią się krańcowo. Wspólnotę ich można by było nazwać raczej natury emocjonalnej (...) Jeśli zechcemy znaleźć to coś, co łączy pejzaż mazowiecki z ukraińskim, musimy się od zewnętrznych oderwać przedmiotów. Zarówno w zróżnicowaniu Mazowsza, jak w tamtym scałkowanym mieszka pewna dusza, która się ni stąd, ni zowąd nieraz w pieśni, w melodii, w poezji wyrywa. Dusza ta jest zarazem moją duszą. Nazywa się "melancholia".
I taka dusza pełna melancholii wyrywała się z rozmodlonych dźwięków cerkiewnych pieśni i melodii ukraińskich dumek, w stawiskowym domu wtopionym w mazowieckim pejzażu. Ni stąd, ni zowąd, raz w pieśni, a raz to w melodii, kryła się błogosławiona cisza lub brzmiące donośnym głosem wołanie przepełnione pragnieniem rozpoznania Boga i wychwalenia Imienia Jego. To jednoczesne przeniesienie się, na pięciolinii dźwięków, w klimat ukraińskich stepów, rozpostartych na skraju kawałka ziemi wznoszącego swoją głowę ponad wierzchołkami gór,
a stopami dotykającego brzegu kryjącego się w morskich falach. Tych przypływających jak słodkie wspomnienie z dzieciństwa i tych pobudzanych bryzą rześkiego oddechu lat młodości.
Nie przypominam sobie epoki w życiu, w której nic nie pisząc, nie układając wierszy, oddychałbym tak bardzo atmosferą poezji – napisał Jarosław Iwaszkiewicz o lecie spędzonym w Stawiszczu, określając ówczesną atmosferę tego miejsca mianem cieplarnianej i przesyconej zmysłami. Samych dni, drzew, kwiatów młody poeta doznawał jak niezapomnianych poematów, piękniejszych niż te ubrane w słowa”.
A mnie samej trudno ubrać w słowa atmosferę poetyckiej niedzieli spędzonej na Stawisku, kiedy to: „Dom-Muzeum, mimo upływu lat od śmierci Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, sprawia wrażenie, jakby Gospodarze byli tylko chwilowo nieobecni”. Koncert w wykonaniu Męskiego Zespołu Muzyki Cerkiewnej pod dyrekcją ks. Jerzego Szurbaka rozpromieniał chwalebną radością ku czci Pana lub tulił do serca delikatnym kołysaniem modlitwy do Najświętszej Panienki. Zamykając oczy można było skryć się, nieśmiało, w przygaszonym przedsionku drewnianej cerkwi, wyciągającej ku niebu swoje kopuły jak ręce złożone do modlitwy, by za moment doznać olśniewającej iluminacji rozpraszającej wszelkie ciemności, takze te schowane głęboko we mnie samej. To jakby spojrzeć w oczy ikon połyskujących złoceniami jak płomykami świec, zatopionymi w pięknych kroplach czerwieni, skrytych pod aureolą niewinnej bieli. Jak wczytanie się w zapisaną w niebieskich odcieniach, duchowość, która melancholijnie wkradała się w nieuchwytną materię mojej duszy.
Wszystko to zdawało się być powrotem do źródła, do początku jestestwa, do domu, tego noszonego w sobie, tego mieszkającego w zakamarkach stawiskowych pokoi, pełnych, w ten szczególny wieczór, wciąż żywej pamięci o nieistniejącym już, w ukraińskim Kaliniku, świadku narodzin Wielkiego Pisarza. Ale także tego stojącego na mazowieckiej ziemi, wśród starych drzew szumiących powrotami do lat minionych. I powrotów tych było tak wiele, i wciąż trwają, wijąc się wśród bezdroży, ścieżkami pejzaży dni, których teraz doświadczamy. Te ujęte w okładkach nowej książki "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina", czy te wciąż płonne, pełne nostalgii, skreślone ręką przybranego syna Pisarza, pana Wiesława Kępińskiego:
Rok 1960. Minęło prawie pięć lat jak wyniosłem się ze Stawiska. Ale będę często bywał (obiecuję sobie) w moim dawnym domu. I nie, jako gość. Nie musiałem dzwonić, że przyjadę. Po prostu jechałem. Przy większych przyjęciach uczestniczyłem nie tylko po to, żeby dobrze zjeść, lecz także by poznać nowych ludzi, posłuchać ciekawych rozmów i pomóc w tym wszystkim. Nigdy nie zatracę więzi ze Stawiskiem, aż do śmierci. Ważne słowa, ale prawdziwe.Rok 2011. Minęło dokładnie trzydzieści jeden lat jak odszedł Jarosław Iwaszkiewicz, a moje myśli biegną dziś, ku Niemu, lipową aleją.

On stoi wśród nas. Olbrzymi. On zdążył ufedrować
To drugie życie, które trwa przez tysiące lat.
Narody trzy po nim płaczą, a ludzkość będzie świętować
Ten dzień, kiedy matka wydała go światu.
cytowane fragmenty pochodzą z następujących źródeł:
"Twórczość", luty 2011:
Evviva l'arte - Radosław Romaniuk
Moje Stawisko - Wiesław Kępiński
Stawisko - z muzeum do Domu - Małgorzata Zawadzka
książka "Jarosław Iwaszkiewicz i Ukraina"
w opracowaniu Roberta Papieskiego

wyd. Muzeum A.J. Iwaszkiewiczów w Stawisku, 2011
oraz fragment wiersza Iwaszkiewicz Dmytra Pawłyczki
w tłumczeniu Bohdana Zadury