wtorek, 22 listopada 2011

W łupince od orzecha

Mam wrażenie, że znowu zostałam wciśnięta w łupinkę od orzecha. Ciasno, na wszystko zbyt mało miejsca. Kartki kolejnych dni wymykają się w natłoku nazbyt szybko uciekających chwil, wysuwają się spod niezgrabnie uformowanej warstwy spraw niecierpliwych jak źle przyszyta podszewka, a ja nie ma nawet możliwości, aby rozsiąść się wygodnie. Szamoczę się w tej ciasnocie i rozglądam czy czegoś po drodze nie gubię. Próbuję o poranku wysunąć stopy ponad ziemię i dotknąć palcami początku dnia, ale nie dosięgam, wszystko mi spod stóp ucieka jak schody ruchome, a ja przez resztę dnia próbuję dogonić kolejny stopień na tej drabinie życia. Dlatego układam, składam w kostkę każdy rąbek nowego dnia, dopiero co rozpoczętej chwili, by pomieściło się wszystko w tej rozbujanej nadbagażem łupinie, by nie utonęła w morzu niemożności, jak wczorajsze spotkanie z Joanną Ugniewską, zorganizowane przez Zeszyty Literackie i Włoski Instytut Kultury, z okazji ukazania się jej książki "Podróżować, pisać". Wszak już sam tytuł brzmi szalenie kusząco, bo jakże ująć w słowa wszelakość przeżyć podróżniczych, poczynionych przez siebie odkryć, dziecięcych zachwytów nad nieskazitelnym pięknem nowego. Jak notował Jarosław Iwaszkiewicz:  świata nie można opisać słowami. I trzy zadania poety: poznać, zrozumieć, odtworzyć, są mrzonką jak szklana góra, jak pałac lodowy. Nie da się ująć świata, owej rozhukanej sfory, owego tabunu pełnego czerniawych ogierów; nie da się jej zamknąć w złotą oprawę słów (...). A jednak wciąż podejmowane są próby zapisu podróży, zamknięcia świata między giętkimi liniami zakreślanych liter stających się swoistym kluczem do różnorodności świata, mapą papilarną wiodącą w miejsca często niedościgłe dla naszych stóp.
A ta, autorstwa Joanny Ugniewskiej książka zawiera szkice poświęcone podróżom oraz pisarzom opowiadającym, jeśli nie o wędrówkach po miastach i obcych krajach, ucieczkach, powrotach, emigracji, to o wyprawach w przeszłość śladami pamięci, w poszukiwaniu utraconej części siebie samych. Sam Jarosław Iwaszkiewicz, za namową Pawła Hertza, skusił się na napisanie książki poświęconej jego podróżom do Italii, określając je jako rozwinięcie i odbicie całej jego indywidualności. Marek Zagańczyk w "Drodze do Sieny" przywołuje słowa Wiktora Hugo, który wyznawał, że nie wydarzeń szukam w podróży, lecz myśli i doznań, a do tego wystarcza nowość napotykanych rzeczy.Zaś z moich nielicznych podróży wynika, że poza poszukiwaniem w nich siebie, odnajdywaniem niezmierzonych pokładów zachwytu i bezgranicznego wzbogacenia się o nowe doznania i myśli, niektóre z podróży kończą się także utratą cząstki samej siebie. Są przyczynkiem do pozostawienia skrawka siebie w odległym miejscu, dokąd już zawsze będzie się tęsknić, do którego wracać się będzie myślami i nazbyt mocno bijącym sercem.
Dlatego też wracam myślami do niedawnego spotkania z Jean-Claude'em Carriere, który gościł w Gazeta Cafe, razem z Andrzejem Wajdą, a w poprowadzonej przez Remka Grzelę rozmowie stając się przewodnikiem przez świat filmu, ale też przez te kawałki świata ograniczone zakreślonymi na mapie granicami. To one, dzięki niemu stały się bliższe, wyraźniejsze, łatwiej dostrzegalne, przesycone jego "artystyczną" wizją i prawdą własnych doświadczeń. Spotkanie Jean-Claude'em Carriere stało się niezapomnianą podróżą, zdjęciami z jego własnego albumu, kadrami będącymi zapisem niebywałych przeżyć, wojaży, które znalazły swój zapis w książkach "Alfabet dla zakochanego w Meksyku", i "Alfabet dla zakochanego w Indiach" która to miała stać się, także, swoistym zerwaniem z przynależnością do tego miejsca, rozsupłaniem gordyjskiego przywiązania:
Czasem warto napisać książkę po to, by uwolnić się od uporczywej obsesji. Tak też myślałem, ruszając w tę podróż na papierze. Mówiłem sobie: przynajmniej wyzwolisz się, nareszcie będziesz mógł myśleć o czym innym. I kończąc tę przedmowę (napisaną, jak przystoi, po zakończeniu książki), zdaję sobie sprawę, że mam tylko jedno pragnienie: jak najszybciej znów pojechać do Indii, z oczami niewinnie otwartymi, zapomniawszy o radach, które udzieliłem.

środa, 16 listopada 2011

Przerywnik codzienności


O swoich licznych podróżach, Julia Hartwig, pisała, że to przerywniki codzienności. Taki też przerywnik przypadł i mnie w udziale. I chociaż ujęty w twarde ramy służbowych zobowiązań, to jednak udało się nieco uelastycznić jego czasowe ograniczenia i zanurzyć bezimiennie w wiedeńskie uliczki pachnące czekoladą i marcepanem. Każdy krok zdawał się zamieniać w taneczny ton Straussowskiego walca, a ja otulając się peleryną tkaną z przedwieczornej mgły sunęłam między kamienicami spoglądającymi oczami gigantów podtrzymujących balkony przyozdobione filigranowymi balustradami lub kwiatowymi motywami oplatającymi ozdobne gzymsy. Zaglądałam do podwórek schowanym za długimi korytarzami, z urokliwymi sklepikami, antykwariatami i księgarniami skrytymi w ich wnętrzu. Za jednym podwórkiem kolejne, jak bombonierka w bombonierce, oplecione wijącymi się długimi wstążkami bluszczu, który jakby obejmował czule przedawnione wspomnienia drzemiące za zamkniętymi oknami każdej kamienicy. Zdawać by się mogło, że ich silne ramiona sprawiają, że te stare domy nigdy się nie rozkruszą i jeśli nawet czas jeszcze mocniej je nadwyręży, a ich posągowe ciała przyozdobią zmarszczki pęknięć, wciąż tkwić będą zdobiąc miasto swoim nieprzemijającym urokiem.
Wizyta w Galerii Albertina, do której prowadzą schody tworzące malarskie dzieło sztuki, z sąsiadującą obok Operą Wiedeńską zachwycającą swoją iluminacją o zmroku. Spacer przez wystawę od impresjonistycznych reminiscencji Moneta do, zawsze mnie niepokojących, obrazów Picassa. Jednak to nie kto inny, spośród wielu znamienitych nazwisk, ale Marc Chagall, jak zawsze, zatrzymuje mnie na dłużej intensywnością barw, głębią kobaltu przenikającego jakże wiele z jego obrazów, rodzajem "dziecięcej" niesforności czy nonszalancji, u niego przekształcającej się w nietuzinkowe dzieło sztuki, które nie pozostawia obojętnym każdego, kto zechce zajrzeć w świat talentu jej autora. Wszak każdy z jego obrazów jest cząstką niego samego, jego wielokulturowości począwszy od chasydzkich korzeni, rosyjskiego pochodzenia, francuskiego obywatelstwa, wojennej tułaczki po Europie, aż po krańce Ameryki, Izraela, by ostatecznie osiąść na stałe we Francji.
To Lucian Freud w kilku myślach o malarstwie zanotował: Malując obrazy, staram się poruszyć zmysły poprzez intensyfikację rzeczywistości (...) Najbogatsze uczucia malarza wobec wszystkiego, co go obchodzi, stają się rzeczywiste dla innych. Wyrazistość doznania sprawia, że każdemu kto patrzy na obraz, objawia się tajemnica.
I przyglądając się obrazom Chagalla trudno nie przyznać im zdolności poruszania zmysłu poprzez tę właśnie intensyfikację rzeczywistości, która staje się wyraźniejsza, jednocześnie nie tracąc nic na swojej tajemniczości, niedopowiedzeniu, ulotności, zwiewnej poświacie postaci i skrywających się w nich uczuć.
Za to intensyfikacja moich uczuć znalazła swoje najskrytsze spełnienie, kiedy przekroczyłam próg Austriackiej Biblioteki Narodowej. Przekroczyłam i stanęłam nieruchomo jak te posągi, które zamarły w ogromnej sali biblioteki, niewątpliwie olśnione pięknem samego wnętrza, jak również zbiorów ksiąg tam zebranych. Wszystkie okazale ukazujące swoje zachwycająco przyozdobione ornamentami grzbiety. Jedne jakby nosiły na sobie najokazalsze królewskie szaty grubo haftowane złoceniami, inne skromniejsze przyprószone patyną i siwymi kosmykami czasu. Przylgnąwszy do siebie tworzą bogate kobierce, najszlachetniejsze książkowe arrasy, zamieszkałe pomiędzy ciężkimi drewnianymi półkami przyściennych bibliotek pnących się aż pod nieboskłon fresków przemawiających licznymi alegoriami.
I trudno, by nogi nie ugięły się od tegoż bibliofilskiego bogactwa, i jak te drabiny w wyciągniętymi wysoko ramionami chciałoby się przylgnąć do tych milczących świadków minionego czasu zapisanego na licznych papirusach i nakreślonych na mapach starych kontynentów. Najprawdziwszy zawrót głowy, jak zawrócony z biegu świat spoczywający na wydatnych krągłościach olbrzymich globusów stojących na straży czterech stron świata. Przyznaję, najchętniej wślizgnęłabym się pomiędzy uchylone drzwi, ukryte między półkami na książki, aby pozostać tam na dłużej, kiedy cisza obejmie swoim oddechem wnętrze biblioteki, już po zamknięciu drzwi dla innych zwiedzających, a ja wziąwszy na kolana kilka z tych książkowych okazów mogłabym pomilczeć w ich towarzystwie wsłuchując się jedynie w niemy szelest pożółkłych kartek.
Tymczasem wieczorem przy szeleście kartek całkiem białych, przemawiających wymownym dwugłosem, wciąż zastanawiałam się jakiej ilości papieru ściernego trzeba, by użyć dla mojej coraz bardziej stwardniałej skóry, by przeniknęła przez nie osobowość Czesława Miłosza. Moja ułomność w relacjach z Miłoszem wciąż mnie niepokoi, ale może i znajomość z nim nazbyt krótka, jak ta podróż do Wiednia, jak podróż Jarosława Iwaszkiewicza do Londynu i Paryża, o której pisał w liście do Miłosza:
Niestety podróż trwała nazbyt krótko, żeby jakieś dłuższe wrażenie zostawiła, ja teraz jestem stary i gruboskórny i wrażenia muszą dobrze popracować, aby moją słoniowatą warstwę przebić i naprawdę poruszyć.
  
fragment z "Kilka myśli o malarstwie" Luciana Freuda115 Zeszyty Literackie, jesień 2011
fragment korespondencji Czesław Miłosz/Jarosław Iwaszkiewicz
"Portret podwójny", wyd. Zeszyty Literackie


sobota, 5 listopada 2011

Słowo-klucz

Czuję się jak muzyk, który wypadł z rytmu i nie może do niego odnaleźć drogi na żadnej pięciolinii. Szuka zatem tej jednej nuty, aby wtopić się w muzyczną całość, ale z każdym krokiem bliżej mu jednak do zamknięcia partytury i odejścia w cień futerału, niż odnalezienia także siebie samego w muzycznej toni.
I ja szukam słowa-klucza, tego jednego, który jak magnez przyciągnie do siebie pozostałe. Nic. Pustka. Otwiera się jedynie przestrzeń bez treści, bez tego miąższu który dodaje smaku i ostrości barw wszelkiej szarości dnia codziennego. Przyznaję, po takiej długiej przerwie w pisaniu tutaj, czuję się jak dziecko, które ma postawić między linijkami swoją pierwszą literę. Na początku wychodzi nierówno, kształt wymyka się ograniczeniom, jest niesforny i wydawać się może nieczytelny, dopóki próbując po wielokroć nie ukaże się zgrabnie zarysowana literka. Tymczasem ja próbuję postawić kolejne, pierwsze słowo i wciąż każde wygląda karykaturalnie. Wymawiam więc na głos 'koniec'. Nie brzmi przyjemnie dla mnie samej, więc jak futuryści próbuję wyrwać je z kontekstu skupiając się na jego dźwięku. Wydaje się tępy i głuchy. Próbuję dotrzeć do jego rdzenia, początku, dostrzec jego nagość, ale nie znajduję w nim cienia rozedrgania, które wywołuje emocje i pozwala rozwinąć się całej słowotwórczej gamie. Żadnej melodii, do pisania.
Kluczę, szukam w wąskich korytarzach, coraz ciaśniej zawężających moją percepcję widzenia, spostrzegania, wypowiadania słów.
„Słowo to rzecz lub czynność, kiedyś tam powstało dla oznaczenia czegoś, dostało określoną treść, ale w ciągu wieków użytkowania słowa były przekręcane, deformowane, znaczenia przechodziły różne fluktuacje i właśnie na tym migotaniu narosłych znaczeń polega dramat wewnątrz słowa.
Dramat rozgrywa się wewnątrz słowa. Nie pomiędzy słowami, nie w przestrzeni wiersza rozumianego jako pewien przekaz, w którym poszczególne cząstki podporządkowane są większym całościom, lecz we wnętrzu słowa, tam, gdzie (wydawałoby się) nie ma nic dramatycznego, gdzie odnaleźć można tylko pewne słownikowe denotacje i konotacje. Otóż zdaniem Białoszewskiego słowo nigdy nie zastyga w pewnych określonych sensach – ulega za to ciągłym transformacjom, za każdym razem jest inne: inaczej rozbrzmiewa, inaczej znaczy”.
Moje przeżywają swój wewnętrzny dramat, bo nie rozbrzmiewają, niczego nie znaczą, nie przełamują się między akapitami, by otworzyć przestrzenie, w których można by odnaleźć głębszy sens, ponad tym, co widoczne w powierzchownym kształcie litery. Spoglądam w stronę Postaci, jakby stawała się, dla mnie, ratunkiem przed wszelką miałkością, której się tak lękam. On też się lęka powierzchowności, miałkości, więc wdziera się w samego siebie, drąży tunele do rozumienia świata, przeznaczenia, sam naznaczony przypadkowością zdarzeń.
Za oknem powoli budziła się ulica, a mgła już zdążyła rozproszyć się przeźroczystym welonem ponad dachami sąsiednich kamienic, oplatając długie szyje kominów siwym szalem, przysiadając na parapetach okien i stapiając się z szarością gołębich skrzydeł. By, w końcu sama nieco uskrzydloną się czując zniknąć w podniebnym puchu.
Spoglądał na mknące coraz gęstszym sznurem samochody, goniące na spotkanie z, pozostającym nieodgadnionym o tej porze, obliczem nowego dnia. Domknął szczelnie okno, by uliczne rozedrganie nie wtargnęło do jego wciąż przenikniętego leniwym rozespaniem mieszkania. Zazgrzytała stara klamka odgradzając go od powierzchowności świata zewnętrznego. Klamka, słowo-klucz, do bram przeszłości. Swoim zgrzytem ryglująca drzwi wagonu przepełnionego strachem, śmiercią, duszącym oddechem.
Przez moment zastanowił się czemu nigdy nie naoliwił tej klamki. Czemu tak bardzo potrzebny był mu ten poranny zgrzyt zasuwy oddzielającej go od zbyt pospiesznego nurtu życia. Może chciał ochronić siebie przed wpadającym przypadkowo przeciągiem, bezlitośnie zrywającym kolejną kartkę z kalendarza. Może był mu potrzebny jak coraz płytszy oddech, by nie stracił świadomości swojego t u   i  t e r a z, poruszając rdzeń jego ciągłego istnienia, wciąż sięgającego swoimi wierzchołkami  t a m t e g o   ś w i a t a. Jakby paradoksalnie dając mu siłę do walki z błahymi dramatami życia, bo nic, czego doświadczał teraz, nie mogło się równać z dramatem  t a m t e g o   doświadczania.Zarzucił na siebie przesiąknięty niedospaniem szlafrok, naciągając, coraz bardziej przykrótkie rękawy, na nadgarstki. Jakby cały chciał się schować w tych wąskich rękawach, jakby w nich wyryty był bezduszny fragment jego życia. Spojrzał, jak co rano, na jej portret uśmiechając się bezwiednie, nie wiedząc czy czyni to sam do siebie, czy do tego ledwo dostrzegalnego grymasu twarzy malowanego porannym załamaniem się światła. Tego nieruchomego drgnięcia źrenic dawno obumarłych, ostatniego kadru niezatrzymanego na czas, umykającego nawet ciężkim ramom nieistniejącego już życia. Ileż razy zarzucał jej, że śmiała się poddać, że nie udźwignęła bagażu przeszłości. Przez lata będąc jak tragarz ciągnący za sobą zbyt ciężki wózek, który przy najdrobniejszym potknięciu przygniatał ją, miażdżąc zbyt słabą istotę którą się stała. Jakby rozbijały się wszystkie zbierane latami porcelanowe filiżanki, spodeczki, srebrne łyżeczki, siedmioramienne kandelabry z wyciągniętymi ku niebu ramionami, jakby prosząc o zmiłowanie. Całe jej dziedzictwo. Nagle stała się niezdolną do doświadczenia ani jednego zachodu słońca więcej. Ileż razy zarzucał sobie, że okazał się słaby, może nawet słabszy od niej pozostając niewystarczającym oparciem w jej wewnętrznym, powolnym rozkruszaniu się na kawałeczki, niezdolne do złożenia się ponownie w spójną całość.
Zatrzymał się. Oparł dłoń o parapet okna. Nogi znowu się pod nim ugięły. Musiał przyznać, że był coraz słabszy. Zegar wybił kolejną godzinę życia, jednocześnie przypominając mu o bezimiennych istnieniach ożywających, na moment, z każdym uderzeniem zegara. Wsłuchując się w ich niemy śpiew.
Za oknem jesienne liście, wciąż piękne, ale gdy je ująć w dłonie rozkruszają się i rozsypują jak konfetti, spadające na czubki zakurzonych butów. Stając się jedynie strzępkami samych siebie. Rozwarstwiając się boleśnie. Tak jak rozwarstwiają się jego dwa światy, które łączy jedynie ten poranny zgrzyt klamki w oknie.
Zostawiam go w momencie, gdy przygląda się swojej twarzy w zaśniedziałym lustrze wspomnień.
Nic mi nie smakuje. Zgubiłam swój klucz do słów.


fragment z "Księgi zakładek" Jacka Gutorowa
wyd. Biuro Literackie, 2011