Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo czytelnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo czytelnik. Pokaż wszystkie posty

Bardini. To jest mój los.

Coraz trudniej dosięgnąć klawiszy. Palce grzęzną w jakimś osobliwym paraliżującym znieruchomieniu, które rozrywa myśl, zanim ta zdąży osiąść w słowach, pozostawiając ślad niknący gdzieś pomiędzy jednym uderzeniem a drugim. Nieporęczność i trud zapisania, pochopnie powstającego rozproszenia, staje się żmudną pracą pochłaniającą coraz więcej czasu i pracy. Spostrzegam jak każdy ruch wymaga namysłu, każdemu trzeba wyznaczyć drogę przez wąską przestrzeń klawiszy, jakby dłonie nagle zapomniały własnego rytmu. Myśl umyka nienadążającym za nią palcom zostawiając między nimi drżąc pustkę, rwącą się ciszę, w której słowa rozpadają się, zanim zdążą przybrać najprostszy choćby kształt.

Staram się. Wychodzę naprzeciw kolejnemu spotkaniu z nieodpartym, przyszywającym pragnieniem by ocalić choćby jeden akapit, nie zważając na prześlizgujący się pod palcami czas. Uczę się cierpliwości, namysłu i skupienia nim zapisze splot nieprzypadkowych liter. Wszystko jednak wybrzmiewa z trudem odzwierciedlając ciężar prozaicznej, zdawałoby się, czynności. Z każdym kolejnym dniem i tygodniem, doświadczam pisania stającego się mozolnym przywracaniem rzeczom ich formy, a każda wybrzmiała na klawiaturze fraza jest jak mały, z trudem ocalony kształt myśli. Odkładam na moment umęczone dłonie i chowam zawstydzony, moją nieporadnością, wzrok między kartkami biografii Aleksandra Bardiniego. Profesora Bardiniego, w którego życiowe refleksje wsłuchiwałam się czasami podczas katalogowania książek, wydawnictw teatralnych lub spiesząc z niewielką filiżanką mocnej kawy: „Dziecko, plamy po kawie zmywa się tylko zimną wodą”. Zawsze w marynarce, z sygnetem na małym palcu i z mocnym uściskiem dłoni na powitanie: „Bardini”. Takiego pamiętam.


Teraz poznaję bliżej. Wojna, Zagłada, utrata bliskich, szukanie swojego miejsca na ziemi. Odbudowywanie tego, co przywalone gruzami, a nie dające o sobie zapomnieć, jak umiłowanie muzyki i pasja gry na skrzypcach. Pasja pozwalająca mu podnieść się z ruin. Muzyka i teatr stanowiły bowiem przestrzeń ocalenia, sposób na odzyskiwanie świata, siebie i tego, co wydawało się bezpowrotnie utracone. Budowanego na nowo życia. Istnienia w nowej geograficznej przestrzeni i powrotu do starych miejsc. Błahym wydaje się własna nieporadność patrząc na siłę i determinację, w walce o przeżycie młodego Aleksandra. Wchodząc właśnie na drogę artystycznych spełnień zmuszony jest przerwać plany koniecznością poszukiwania schronienia i odnajdywania się w surowej wojennej rzeczywistości, stającej się jego nieodłącznym towarzyszem podążającym za nim również gdy wojna już ucichnie i opadnie kurz.


Stan strachu wiecznie mu towarzyszył, choć nigdy tego nie ujawniał, poza może okresem tuż po wyjściu z ukrycia. Cieszył się wolnością, ale w każdej sekundzie wykazywał czujność, zachowywał się tak, jakby wciąż coś na niego czyhało. Często odprowadzał mnie do domu, miał po prostu po drodze, obserwowałam u niego odruch osoby w ciągłym napięciu, stanie zagrożenia.


Kolejne ucieczki, dalekie wojaże i ostatecznie powrót na deski rodzimych teatrów, do świata mu najbliższego, gdzie prawda artystyczna i kreacja stanowiły fundament jego zawodowej drogi. Towarzyszyły mu w niej niezmiennie lojalność i poczucie odpowiedzialności, nie tylko za najbliższych i przyjaciół, lecz także za powierzonych mu studentów, aktorów i widzów. Była to odpowiedzialność, która z czasem stawała się czymś więcej niż powinnością, raczej rodzajem cichego zobowiązania wobec ludzi i sztuki, którym pozostał wierny przez całe życie.


Od kilkudziesięciu lat, codziennie rano, gdy wstaję, pytam sam siebie, co robić, by potem się nie wstydzić. Uczyłem w szkole teatralnej. Robiłem to dziesiątki lat i zawsze miałem straszne poczucie odpowiedzialności, że mam czyjś los w swoich rękach. Jeśli człowiek , zamiast karierą, zajmie się swoim sumieniem, to ma strasznie ciężkie życie. 


„Bardini” autorstwa Grzegorza Kozaka pozostawia mnie jednak z poczuciem pewnego niedosytu. Sprawia wrażenie pracy patchworkowej. Pozszywanej z fragmentów wspomnień, skrawków pamięci, wypowiedzi ludzi kultury, rodzinnych fotografii i tytułów sztuk teatralnych ciągnących się stronicami, przez co konstrukcja przybiera bardziej charakter dokumentalny, faktograficzny niż prowadzonej płynnie opowieści. I choć wyłania się z tego dziennikarskiego bardziej zapisu, obraz nietuzinkowej osobowości, to pozostaje pewne wrażenie dystansu. Jakby między czytelnikiem a bohaterem nie do końca udało się stworzyć tę szczególną bliskość, więź, która pozwala nie tylko poznać czyjąś historię, ale też pod skórą mistrzowskiego profesjonalizmu, dostrzec samego człowieka. 

To, czego nie można odmówić autorowi, to szczera chęć przywołania postać Aleksandra Bardiniego i jego artystycznego dorobku. Grzegorz Kozak przypomina o jego wpływie na kształt teatru jako przestrzeni wolnej i twórczej wypowiedzi, nieustannego poszukiwania własnego głosu, pracy nad warsztatem i odwagi w kreowaniu nawet najbardziej nieoczywistych scenariuszy, także tych pisanych przez samo życie. Wydobywania, z kolejnych pokoleń przyszłych aktorów, prawdy i sięgania do jądra artystycznego warsztatu.


(...)  chciałbym pokazać reprezentanta pokolenia i przedstawiciela świata, którego już nie ma. Na moich oczach generacja, do której należał, odchodzi do historii a wraz z nią pewien model życia i bycia w świecie: zawodowym, towarzyskim, prywatnym, społecznym. Pragnąłem opowiedzieć o Aleksandrze Bardinim: aktorze, reżyserze, pedagogu, działaczu społecznym, ale może przede wszystkim o kimś wyjątkowym, autorytecie, którym był nie tylko dla swojego środowiska.


„Bardini” to portret artysty charyzmatycznego, wyrazistego, wymykającego się schematom, wiernego sobie i swoim wartościom. Człowieka, którego trudno było nie zauważyć i nie zapamiętać, niczym dźwięku smyczka, który raz dotknąwszy struny, długo jeszcze trwa w ciszy, by wybrzmieć echem wspomnienia.


"Bardini" Grzegorz Kozak
(fragmenty)
wyd. Czytelnik, 2026


dusza moja znalazła drogę

120. rocznica urodzin Jarosława Iwaszkiewicza

Nic innego wyczytać nie mogłem. Jedyne to słowo zawierało w sobie treści więcej, niż wszystkie inne, razem zebrane. Rozciągnęło ono złocisty niewód w tysiącu oczek przez cały firmament, ułatwiając mnóstwo moich uczuć, które jak tłum much poczęły się cisnąć, aby sfrunąć mi z ust. Żałość wspomnienia, to słodkie i piekące uczucie zarazem, roztkliwienie, albo nagłe przypomnienie męskiego uniesienia i chłodu w chwili decyzji – wszystkie one jak cienie górskie przepłynęły i uleciały, aby pozostawić we mnie ciszę, siostrę ciszy górskiej. Jak dwa połączone naczynia zewnętrzność i wnętrze moje napełniły się zapachem zimnej wody i górskiego liszaju. Odeszły ode mnie uczucia i wspomnienia uczuć, i dusza moja znalazła drogę do duszy wszechświata.

Jarosław Iwaszkiewicz "Proza poetycka"
wyd. Czytelnik, Warszawa 1958


Szukam go nieprzytomnym od zmęczenia wzrokiem

Na niebieskim wysokim niebie dwa nieskończone,
różowe pasma.
Dwa czarne odlatujące ptaki na ich tle,
i cała w tym jesień.

Zasłona deszczowych kropel trzepotała od rana poruszana silnym powiewem wiatru tańczącego z choinkami w ogrodzie, przeciskając się wilgocią przez szczelinę lekko uchylonego okna. Próbowała wślizgnąć się pod kołdrę ciężko zawieszonej aury. Wkrótce śnieg przykryje resztki brunatnej zieleni, zima odmieni koloryt świata. Rozbłyśnie w czystości bieli, w delikatności puchu przykrywającego wszelką szarość przyziemnego spostrzegania. Obudzi wyobraźnię.
Zegar tyka miarowo budząc zaspany wciąż poranek. Pod powiekami bajka niespełnionego snu snuje się lekkim oddechem westchnienia. Pora przebudzenia. Ktoś czeka u progu. Ktoś odchodzi znikając z kartki notatnika wyblakłym nazwiskiem zapomnienia. Wybrzmiałym akordem chwilowej obecności pozostając nieobecnym śladem pustego miejsca. Gaśnie latarnia na ganku przydrożnego odpoczynku. Pozostaje niezgaszona wierność prawdziwej przyjaźni.
Nowy dzień. Pierwszy. Za moment będzie ostatnim. Przychodzi odmienić koloryt mojego świata, odsłonić widok niedościgły do tej pory dla mojego wzroku. W nierówności swoich barw zmiennych jak nastroje próbujące przeniknąć coraz grubszą skórę mojego nie-odczuwania. Płatkami puchu i kurzu chcąc ułożyć mozaikę emocji coraz częściej ubogich i poranionych, nadwyrężonych upływem nieuchwytnego czasu. W słowach zamkniętego modlitewnika szkicując skrzydła niedościgłego przemijania. Szukam go nieprzytomnym od zmęczenia wzrokiem.
Tymczasem przyszedł grudzień.
Mieszkanie starodawne. Śniadanie w łóżku. Plotkarstwo gazeciarskie. Deszcze nieznośne. Utracenie się. I odnajdywania się radosne. Intrygi kulis i redakcyj. Maczanie palców w atramencie. Lampy elektryczne, oświetlające mgły jesienne. Bezmierne tęsknoty w pustce arystokratycznych salonów. Gorączka tworzenia wśród zadymionych kawiarni:
Grudzień.

fragmenty Prozy Poetyckiej Jarosława Iwaszkiewicza
"Kasydy zakończone siedmioma wierszami"
wyd. Czytelnik, Warszawa 1958

Kosmos w filiżance

Wyłuskuję ostatnio wolne chwile ze zręcznością żonglera, by żadnej z nich nie upuścić, nie zgubić w łódeczkach odpływających na falach przypływających w mnogości spraw niespójnie ze sobą powiązanych i zapętlających się, gdy tylko dopuścić do najdrobniejszej niedbałości ruchów. Błogosławiąc zatem bliskość Stawiska pomknęłam w niedzielne marcowe popołudnie rozpromienione wydarzeniami, które miały mieć miejsce w progach Domu Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. Dawno tam nie goszcząc, z tym większą przyjemnością wjechałam na posesję długą lipową aleją aż do stóp domu wypełnionego wspomnieniami, szelestem niezliczonych książek, ujętego w ramach nietuzinkowych obrazów, które zdają się czasami wymykać wszelkim ograniczeniom sprawiając, że dom ożywa przycichłym echem wydarzeń wnoszonych wraz z wejściem niezwykłych gości jakże często odwiedzających ten niezwykły zakątek kultury na przestrzeni niezatartego, stopami współczesnych, czasu.
Jeszcze krótki spacer do kapliczki schowanej pośród drzew, by zasiąść w oczekiwaniu na wieczór mający wypełnić się muzyką i słowem. W 33. rocznicę śmierci Jarosława Iwaszkiewicza poświęcony, jakże symbolicznie, jego biografii. Wielu aspektom „Innego życia” rozpostartego w przeróżnych strefach geograficznych, ale nade wszystko sferach uczuciowych, przynależności do świata, ludzi, twórczości i emocji czerpanych z każdego przeżywania nowego dnia.
Pieśni Lutosławskiego w wykonaniu Anny Radziejewskiej, przy akompaniamencie fortepianowym Mariusza Rutkowskiego, mnie samą przyprawiły o dreszcze sentymentalnego rozrzewnienia przywołując z pamięci, między innymi, kołysanki kiedyś śpiewanych mi przez moją Babcię. A toż na otarcie łez dzieciństwa, a toż na oczu spokojne zamknięcie w czułości snu. I też takim niemalże snem, pewną tajemną nieprzenikliwością stała się druga część wieczoru będąca spotkaniem wokół „Innego życia” Radosława Romaniuka goszczącego w Stawisku wraz z prof. Zbigniewem Mikołejko.
Kosmos w filiżance. Przeżycie doszczętnie realistyczne, a z jakże uchwytną nutą metafizyki unoszącej się ponad rozmową tkaną z subtelności odniesień, filozoficznych rozważań, rozciągającą się jakby w doczesność niedokończonego wiecznie tematu życia Jarosława Iwaszkiewicza, będącego zawsze początkiem poznania bytu tak esencjonalnie związanego z wnikliwym, w pełni doznawanym jestestwa, ciałem i umysłem, tworzącym własnoręczny zapis własnej biografii przetykanej pomiędzy kartami swojej twórczości. Tworząc swoistą autobiografię, ukrytą w opowiadaniach przeniknionych podskórnymi i bardzo realnie doświadczanymi wydarzeniami. Niedosłowną. Dotykającą doczesności będącej przyczynkiem do przekształcenia w niekończącą się opowieść o sobie samym pod maskami zręcznie naszkicowanymi ręką Pisarza, a odgadniętymi dla czytelników przez Radosława Romaniuka. I mało co mogło umknąć uwadze z wczorajszej fascynującej rozmowy, wielowarstwowej, budującej się samoistnie z każdym słowem, rzuconym choćby jako dopełnienie, wypełnienie szczeliny chwilowego prześwitu w gęstym splocie tematu, gdyby nie przebudzona z zimowego snu mała muszką nieuchwytna dla rąk nawet tak wprawnego badacza filozofii jak prof. Zbigniew Mikołejko, który jednym gestem, choć mam wrażenie że mówił do nas całym sobą, mnie samej odebrał umiejętność oddychania, pozostawiając w nieruchomym zachwycie oniemiałej duszy, umysłu nazbyt małego dla objęcia istnego uniwersum słów, które chciałoby się zatrzymać na nieblednącej taśmie zapamiętania. Możliwość wysłuchania profesora była doświadczeniem metafizycznym, pozamaterialnym,  które jednocześnie chciałoby się w najdrobniejszych kawałeczku utrwalić w przeżywaniu własnej skromnej doczesności. 
I kiedy wciąż błądziłam, nieskutecznie próbując przeniknąć ogrom Iwaszkiewiczowskiej, nieobejmowalnej zwykłymi ramami pojmowania, przestrzeni  ujętej w filozoficzno-egzystencjalnym kontekście prof. Mikołejki, przemknął jeszcze cień Arthura Rimbaud nasycając swoją obecnością jakże gęstą od przeróżnych zapętleń atmosferę, uświadamiając, że "ja to ktoś inny", we wciąż niezbadanych fragmentach ciemnych obszarów skrytych głęboko pod skórą. Z wyznaniem jego artystycznego credo, że tylko poprzez doświadczanie materii także tych bolesnych zdarzeń, skomplikowanych relacji, najtrudniejszych uczuć, bólu straty i zasmakowania niespełnienia, dotyka się samoświadomości istnienia, doznaje dopełnienia i spełnienia wyzwalającego w artyście pokłady twórcze. Swoistego zespolenia życia ze sztuką.
Jeszcze dzisiaj filiżanka drży w moich dłoniach, kiedy myślami wracam do wczorajszego spotkania na Stawisku, a wargami próbuję nieśmiało upić, choćby łyczek, z Iwaszkiewiczowskiego kosmosu, by zatrzymać, jak najdłużej, jego smak na podniebieniu.

Oto czekamy na Ciebie w staroświeckim hallu przedpółwiekowej Anglii: kominek płonie czerwonym odblaskiem i oświeca nasze skupione twarze.

Oto bór świerkowy, pokrywający strom zbocza gór, objął nas swoim ramieniem: spójrz na nas.

Oto żółto-jedwabne pagody chińskie falują czerwonymi deseniami (Tsi-fu-la pali wonności na lakowej tacy): trzymamy się mocno za ręce, myśląc o Tobie.

Oto u stóp niebosiężnego muru, otaczającego zamek czarodzieja, czynimy podkop: chcemy ujrzeć drzwi, wiodące do jednego tylko wejścia.

Arturze.

Modlitwa do Artura Rimbaud Jarosława Iwaszkiewicza
"Proza poetycka", wyd. Czytelnik, 1958


Słyszysz?

Wyślizngęło się moje serce, mnie samej, i pełne drżenia, ujęte w jego dłoniach skruplatnie odnotowujących kolejny kawałek życia, otrzymuje dar innego rytmu, odmiennego brzmienia, bardziej melodyjnego, lekkiego, sprawiając, że dzięki temu ponownie przestaję przynależeć jedynie do siebie, dobrowolnie oddając się rytmice spisanych przez niego słów. Oddając je biografii Jarosława Iwaszkiewicza, która przesycona swoistą sensualnością, dźwiękiem ułożonych na pięciolinii fragmentów życia jest partyturą doskonałego współbrzmienia wszystkich płaszczyzn przeżywania. Między wzorzystym wachlarzem złożonych kartek słychać rodzący się oddech przeznaczenia, westchnienie zachwytu, rysuje się każde zagłębienie w dłoni Pisarza stające się wyrytymi liniami naznaczenia, zapisem literackiej powinności, która nadejdzie w najpiękniejszym rozkwicie talentu i wrażliwości na piękno świata, piękno drugiego człowieka w jego najdrobniejszych zagnieceniach, doskonałej formie wyrzeźbionego ciała, błyskotliwości umysłu, delikatności subtelnego dotyku spełnienia, lub całkowitego od niego oddalenia. Pozostając w głodzie niedosytu.
"Inne życie Jarosława Iwaszkiewicza" to jak rozdzielanie posklejanych deszczem opadłych liści. Nasycenie. Mieszanie barw, które przy najdrobniejszej przesadzie mogłyby się wydać nadmiarem boleśnie dosłownym. Tymczasem idąc obok czyjegoś istnienia pragnie się umiaru, może nawet niedosytu rodzącego łaknienie. Pragnienie. Na życie samo w sobie. I takiego łaknienia smakuje się na każdej kartce zapisanego, przez Radosława Romaniuka, jestestwa Jarosława Iwaszkiewicza poszukującego siebie w twórczości, w sztuce, w spełnieniu.
Dzisiaj stojąc u grobu Pana Jarosława, rozpalając niegasnący płomyk mojej dla niego admiracji, wierzyłam głęboko,  że  wciąż jest. W skrzydełkach jesiennych liści leżących na płycie, w drżeniu chłodnego popołudniowego powietrza, niespójnych ścieżkach cmentarnych zatartych stopami powracającej pamięci i bladości sylwetki malutkiej kapliczki.
Słyszysz?
Gdzieś pod gładką płytą nagrobną jest zastygłe serce, poruszające się pod każdym naszym oddechem, przychylnym spojrzeniem, przeniknięciem tomiku wierszy, zachłyśnięciem gęstością prozy. Śladem ciepłej dłoni odciśniętej na zimnej krawędzi życia i śmierci.

Złożyły się w ornament śliczne eglantyny,
Osypały je lekko drobniutkie brylantyny.
W cieniu mojej samotnej jodłowej gontyny
Przyszła radość poranku grać mi sarabandy.

A ty, na tle różanym przejrzystej aurory,
Na srebrnym szczycie wieży jak na brzegu kruży,
Przez ręce sypiąc kwiatów cieliste kolory,
Zrywając liść po liściu ze stulistnej róży,

- Słyszysz?

                               * * *

Milczenia położywszy na naszych skarbach dłonie,
Idziemy, zasłuchani w zmrokowy wody ton.

Jak kwiaty, pochylając ku skroniom swoje skronie,
Jak drzewa, gdy je żółci jesieni smutny dzwon.

Jesienne słońce gaśnie, pustkowe złocąc łęgi.
Il neige (jak u Samaina, wiesz?) d'adorables paleurs...

Westchnienie, z lekka mącąc fal ołowiane kręgi,
Rozbija się przy brzegu w arpendżiach sol-mineur.

wiersze Jarosława Iwaszkiewicza
Aubada oraz Przechadzka sentymentalna
Oktostychy, Wiersze - tom I
wyd. Czytelnik, Warszawa 1977

Przerzucanie mostu

„Wierzę także, że najpiękniejsze, najpełniej obdarzone sensem spotkanie z tekstem wydarza się właśnie wtedy, gdy cudze myślenie staje się dla nas osobiście ważne, do głębi poruszające, poszerza nasz świat, pozwala lepiej uczuć, przemyśleć i nazwać to, czego sami doświadczyliśmy.Gdy czytanie jest tyleż budowaniem siebie co próbą przerzucenia mostu do drugiego człowieka.”

Tak trafnie i przejmująco wysłowił tę delikatność relacji łączącej pisarza i czytelnika, Andrzej Franaszek, w swoim podziękowaniu za przyznanie mu Nagrody Kościelskich za tom Miłosz. Biografia, wygłoszonego w Miłosławiu 8 października 2011.
I ja idę takim mostem od dłuższego czasu, drżącym, rozciągniętym między dwoma, zdawałoby się odległymi, skrajami ziemi. Stąpam po najdelikatniejszej formie łączącej mnie z Pisarzem, po kartkach przerzucanych z jednego brzegu jego świata na drugi, mój, zatrzymując się przy drobnych wyszczerbieniach, niedoskonałościach druku, gdzie nagle drobna litera zaciera ślad po samej sobie, jak z czasem zaciera się ta odległość między dwoma stronami książki. Jakby w procesie czytania przenikały siebie nawzajem słowa pisane i czytane, jakby pokonany został czas oddzielający Pisarza i czytelnika, dając im te ułamki nieuchwytnych chwil, kiedy idą razem pod rękę, kiedy ich oczy przebiegają wzdłuż tych samych linijek wierszy, kiedy oboje dotykają tego samego życia i istnienia. Kiedy strzepują z powiek, nad ranem, resztki snu i słyszą ostatni szept nocy, kiedy witają głody poranek, głodny kolejnych słów, uczuć, schowanych pod podszewką życia.
Życia - tętniącego, sprężystego, napinającego się do granic własnej wytrzymałości, jak zbyt mocno naciągnięta struna w starych skrzypcach. Zatrzaśniętego w futerale bolesnej samotności, a samotność tak boli, że ściany i asfalty klękają [Andrzej Babiński].
Tymczasem, ja sama skazuje się na samotności, w niej odnajdując najdoskonalszą formę odciśnięcia swoich śladów na ścieżkach Dzienników. Tą właśnie samotnością burząc mury oddzielające mnie od tych rozpromienianych, ułamkami zachwytów, dni Jarosława Iwaszkiewicza, wsłuchując się w te krótkie akordy wychwytywanej przez Niego, w chaosie codzienności, muzyki życia. Boleśnie odnajdując w nich zgrzyt swoistego rozdźwięku między łagodnością piękna, a niepokojami szpetnie przygarbionego życia. Przywalonego odłamkami z przeszłości, a jeszcze bardziej ruinami własnych zburzonych wyobrażeń o nowym świecie, o sobie w nowej teraźniejszości. Poczucia niezrozumienia, odepchnięcia, odstawienia w kąt, jak starego stawiskowego fortepianu, który mimo muzyki w nim mieszkającej nie znajduje przychylności, wrażliwości na dźwięki kryjące się pod starymi, pożółkłymi klawiszami, wciąż chętnymi do zagrania swojej najdoskonalszej melodii. Zmęczonymi, spracowanymi w szukaniu odpowiedniego tonu, nuty, by życie nie zdawało się tak dotkliwie bezdźwięcznym, głuchym.Bardzo trudno wyrazić i pewnie nie wyrażę moich doznań na dźwięk fortepianu. Samo dotknięcie klawiszy (przed chwilą słyszałem tylko akompaniament do pieśni Moniuszki, ale właśnie tylko akompaniament) wywołuje tysięczne alikwoty z pod- i z nadświadomości, i doznaję jakiegoś rozanielenia, rozradowania wewnętrznego, przypomnienia wszystkiego, co się kojarzy z tym dźwiękiem od najdawniejszego dzieciństwa (mama) i co się sumuje w jakąś nieprawdopodobną energię, podobną do zapachu kosodrzewiny czy zapachu maciejki, najbardziej nasyconych zapachów (…) W taki dzień jak dzisiaj, pogody i bezchmurny, ten fortepian staje się poręczeniem lepszego życia. Jakie to dziwne.Dlatego próbuję się wsłuchać w najsłabsze uderzenia klawisza, w ten szmer sunącego powoli pióra po papierze. Przyjrzeć się najmniej zgrabnym literom, bo postawianym ręką drżącą i coraz częściej nieposłuszną. A jednak, literom kształtnym i gibkim, oplatającym skrawki poszarpanej codzienności, wciąż pozostającym tak mocno przesiąkniętych wrażliwością, obnażając uczucia, zwątpienia, rozterki, a jednocześnie utrwalając siłę ulotność każdej chwili. Tego powolnego stąpania w nieuchronną nicość, w całkowite i ostateczne oddalenie. Bez powrotu.
By, jeszcze nie być tym motylem, co umiera o poranku. By, przerzucić jeszcze jeden most.

Starzeję się
z wielką niemotą
i żalem
kotwy szuwarów
ruda kito słońca
zwiążcie mnie
mocno

Gdybym tylko mogła ująć tę dłoń, drżącą, w swoich dłoniach i oddać jej odrobinę własnej siły.



fragment z przemowy Andrzeja Franaszka
116 Zeszyty Literackie, zima 2011

fragment z Dzienników 1964-1980 Jarosława Iwaszkiewicza
wyd. Czytelnik, 2011

wiersz Edy Ostrowskiej
"Twórczość", czerwiec 2010

Dotyk jedwabiu


Jedwab, wyślizgujący się z dłoni, nieujarzmiony, jak tylko nieujarzmiona potrafi być namiętność kojąca pragnienie, choćby, w niespiesznym łyku herbaty, zostawiająca ciepły ślad ust na krawędzi filizanki, tak jak: "wtedy, gdy jego wzrok padł na stojącą przed nim na ziemi filżankę herbaty. Ujął ją jedną ręką, podniósł do warg i powoli upił łyk (...)", a ona: "okręciła ją powoli, aż przy jej wargach znalazło się dokładnie to miejsce, którego on dotknął, pijąc. Przymknąwszy oczy, wypiła łyk herbaty".
I przymykając oczy dotykamy jedwabiu, tkaniny tak gładkiej jak skóra na kobiecej szyi, na wygiętym karku muskanym przez niesfornie opadający kosmyk włosów, rozciągniętej między zgrabnymi uniesieniami łopatek
, delikatnie naciągniętej w zaokrągleniu bioder, skrytej w cienistym zagłębieniu kolan, prowadzącej aż po końcówki wysmukłych palców stóp.
Bo taką to zmysłową podróżą jest niewielki kawałek materiału, utkany przez zwinne przebiegające, po nim, palce Alessandra Baricco. Podróżą rozpostartą między łagodnymi brzegami Francji, prowadzącą przez Wiedeń i Budapeszt, aż do Kijowa, potem tysiącami kilometrów rosyjskiego stepu, wzgórzami Uralu, aż ku granicom Kraju Kwitnącej Wiśni.
Podróż skrojona z prostych skrawków, w swojej oszczędności wręcz wyrafinowa, zanurzona w baśniowej mgle przylądka Teraya na zachodnim brzegu Japonii. Otoczona woalem tajemniczości, tylko od czasu do czasu, zakłócanej przez drżący dźwięk dzwonków i przejmujący śpiew wielobarwnych ptaków. Dlatego wiedzeni upojnym pragnieniem, wciaż o tej samej porze roku, wyruszamy z Hervé do miasteczka Shirakawa, już nie tylko w celach handlowych, ale z chęci ujrzenia czarnych oczu w nieegzotycznej oprawie, przemawiających krzykiem milczenia, niewysłowionym pragnieniem bliskości. Bo w każdej linijce opowiadanej historii tkwi jakieś niedopowiedzenie, jak ulotność motyla z ryżowego papieru stworzonego sztuką 'origami' i fascynującego, jak rozłożysta forma drzewka
'bonsai'.
Dlatego, przekładając każdą, dopiero co przeczytaną kartkę, pozostajemy w niemijającym zachwycie, zadumie
zanurzającej nas samych w rozważaniach o sile miłości tak wielkiej, by poczuć co znaczy umierać z tęsknoty za czymś, czego nigdy nie przeżyjesz.
"Jedwab" Alessandro Baricco, to jedna z tych niespiesznie wijących się historii, której nie sposób opisać, bo jest obrazem malowanym delikatnością uczuć, niedoświadczonym dotykiem, pejzażami niewypowiedzianych pragnień. Jest podróżą poza
koniec świata i "może po prostu czasami życie przybiera taki obrót, że człowiek nie ma już właściwie nic do powiedzenia".

                                                                                                                     "Jedwab" Alessandro Baricco
                                                                                                                             przekład Halina Kralowa
                                                                                                                                  wyd. Czytelnik, 2009

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...