Coraz
trudniej dosięgnąć klawiszy. Palce grzęzną w jakimś osobliwym
paraliżującym znieruchomieniu, które rozrywa myśl, zanim ta zdąży
osiąść w słowach, pozostawiając ślad niknący gdzieś pomiędzy
jednym uderzeniem a drugim. Nieporęczność i trud zapisania, pochopnie powstającego rozproszenia, staje się żmudną pracą
pochłaniającą coraz więcej czasu i pracy. Spostrzegam
jak każdy ruch wymaga namysłu, każdemu trzeba wyznaczyć
drogę przez wąską przestrzeń klawiszy, jakby dłonie nagle
zapomniały własnego rytmu. Myśl umyka nienadążającym za nią
palcom zostawiając między nimi drżąc pustkę, rwącą się ciszę,
w której słowa rozpadają się, zanim zdążą przybrać
najprostszy choćby kształt.
Staram się. Wychodzę naprzeciw kolejnemu spotkaniu z nieodpartym, przyszywającym pragnieniem by ocalić choćby jeden akapit, nie zważając na prześlizgujący się pod palcami czas. Uczę się cierpliwości, namysłu i skupienia nim zapisze splot nieprzypadkowych liter. Wszystko jednak wybrzmiewa z trudem odzwierciedlając ciężar prozaicznej, zdawałoby się, czynności. Z każdym kolejnym dniem i tygodniem, doświadczam pisania stającego się mozolnym przywracaniem rzeczom ich formy, a każda wybrzmiała na klawiaturze fraza jest jak mały, z trudem ocalony kształt myśli. Odkładam na moment umęczone dłonie i chowam zawstydzony, moją nieporadnością, wzrok między kartkami biografii Aleksandra Bardiniego. Profesora Bardiniego, w którego życiowe refleksje wsłuchiwałam się czasami podczas katalogowania książek, wydawnictw teatralnych lub spiesząc z niewielką filiżanką mocnej kawy: „Dziecko, plamy po kawie zmywa się tylko zimną wodą”. Zawsze w marynarce, z sygnetem na małym palcu i z mocnym uściskiem dłoni na powitanie: „Bardini”. Takiego pamiętam.
Teraz
poznaję bliżej. Wojna, Zagłada, utrata bliskich, szukanie
swojego miejsca na ziemi. Odbudowywanie tego, co przywalone gruzami,
a nie dające o sobie zapomnieć, jak umiłowanie muzyki i pasja gry na skrzypcach. Pasja
pozwalająca mu podnieść się z ruin. Muzyka i teatr stanowiły bowiem przestrzeń ocalenia, sposób na odzyskiwanie świata, siebie i tego,
co wydawało się bezpowrotnie utracone. Budowanego na nowo życia.
Istnienia w nowej geograficznej przestrzeni i powrotu do starych
miejsc. Błahym wydaje się własna nieporadność patrząc na siłę
i determinację, w walce o przeżycie młodego Aleksandra. Wchodząc
właśnie na drogę artystycznych spełnień zmuszony jest przerwać
plany koniecznością poszukiwania schronienia i odnajdywania się w
surowej wojennej rzeczywistości, stającej się jego nieodłącznym
towarzyszem podążającym za nim również gdy wojna już ucichnie i
opadnie kurz.
Stan
strachu wiecznie mu towarzyszył, choć nigdy tego nie ujawniał,
poza może okresem tuż po wyjściu z ukrycia. Cieszył się
wolnością, ale w każdej sekundzie wykazywał czujność,
zachowywał się tak, jakby wciąż coś na niego czyhało. Często
odprowadzał mnie do domu, miał po prostu po drodze, obserwowałam u
niego odruch osoby w ciągłym napięciu, stanie zagrożenia.
Kolejne
ucieczki, dalekie wojaże i ostatecznie powrót na deski rodzimych
teatrów, do świata mu najbliższego, gdzie prawda artystyczna i
kreacja stanowiły fundament jego zawodowej drogi. Towarzyszyły mu w
niej niezmiennie lojalność i poczucie odpowiedzialności, nie tylko
za najbliższych i przyjaciół, lecz także za powierzonych mu
studentów, aktorów i widzów. Była to odpowiedzialność, która z
czasem stawała się czymś więcej niż powinnością, raczej
rodzajem cichego zobowiązania wobec ludzi i sztuki, którym pozostał
wierny przez całe życie.
Od
kilkudziesięciu lat, codziennie rano, gdy wstaję, pytam sam siebie,
co robić, by potem się nie wstydzić. Uczyłem w szkole teatralnej.
Robiłem to dziesiątki lat i zawsze miałem straszne poczucie
odpowiedzialności, że mam czyjś los w swoich rękach. Jeśli
człowiek , zamiast karierą, zajmie się swoim sumieniem, to ma
strasznie ciężkie życie.
„Bardini” autorstwa Grzegorza Kozaka pozostawia mnie jednak z poczuciem pewnego niedosytu. Sprawia wrażenie pracy patchworkowej. Pozszywanej z fragmentów wspomnień, skrawków pamięci, wypowiedzi ludzi kultury, rodzinnych fotografii i tytułów sztuk teatralnych ciągnących się stronicami, przez co konstrukcja przybiera bardziej charakter dokumentalny, faktograficzny niż prowadzonej płynnie opowieści. I choć wyłania się z tego dziennikarskiego bardziej zapisu, obraz nietuzinkowej osobowości, to pozostaje pewne wrażenie dystansu. Jakby między czytelnikiem a bohaterem nie do końca udało się stworzyć tę szczególną bliskość, więź, która pozwala nie tylko poznać czyjąś historię, ale też pod skórą mistrzowskiego profesjonalizmu, dostrzec samego człowieka.
To, czego nie można odmówić autorowi, to szczera chęć przywołania postać Aleksandra Bardiniego i jego artystycznego dorobku. Grzegorz Kozak przypomina o jego wpływie na kształt teatru jako przestrzeni wolnej i twórczej wypowiedzi, nieustannego poszukiwania własnego głosu, pracy nad warsztatem i odwagi w kreowaniu nawet najbardziej nieoczywistych scenariuszy, także tych pisanych przez samo życie. Wydobywania, z kolejnych pokoleń przyszłych aktorów, prawdy i sięgania do jądra artystycznego warsztatu.
To, czego nie można odmówić autorowi, to szczera chęć przywołania postać Aleksandra Bardiniego i jego artystycznego dorobku. Grzegorz Kozak przypomina o jego wpływie na kształt teatru jako przestrzeni wolnej i twórczej wypowiedzi, nieustannego poszukiwania własnego głosu, pracy nad warsztatem i odwagi w kreowaniu nawet najbardziej nieoczywistych scenariuszy, także tych pisanych przez samo życie. Wydobywania, z kolejnych pokoleń przyszłych aktorów, prawdy i sięgania do jądra artystycznego warsztatu.