niedziela, 28 czerwca 2015

Z miłości do Dostojewskiego

Trudno dobrać słowa, by zgrabnie napisać o tej niewielkich rozmiarów książce, ale też nie sposób przemilczeć jej pojawienie się, bo to czytelnicze wyzwanie. Wielowarstwowa podróż. Jakby podróży w podróży. Równoległych czasach połączonych miłością do literatury, wytrwałej pasji pisania i wędrowania śladami Fiodora Dostojewskiego.
Lato będzie niebawem stawiać swoje pierwsze kroki, aby w rozkwicie najpogodniejszych dni uwypuklać piękno natury i wszechstronność kolorów. Ta książka jest jak przebudzenie do nowego dnia, jak spojrzenie przez okno, by dostrzec pierwsze promienie słońca, jeszcze niepewnie unoszące się ponad roślinnością, przenikające schłodzoną nocą ziemię. Jest szlachetną elegancją owijającą doskonałość łączonych wątków i fascynacji literackich. 
"Lato w Baden". By go doświadczyć, trzeba wsiąść do wagonu nieśpiesznego pociągu.

Pociąg był co prawda dzienny, ale była zima, sam jej szczyt, czyli koniec grudnia, poza tym pociąg jechał do Leningradu - na północ, dlatego za oknami  szybko zapadał zmierzch, jaskrawymi światłami rozbłyskiwały pędzące wstecz, jakby rzucone czyjąś niewidzialną ręką, podmoskiewskie stacje - letniskowe perony zasypane śniegiem, z łańcuchem latarń łączących się w jedną płomienną wstążkę (...)

Idąc śladem płomiennej wstążki poruszamy się po mapie naznaczonej miejscami znanymi z twórczości Dostojewskiego i prozą jego własnego życia przeplatającymi się we wspomnieniach żony i  wnikającego w życie samego autora "Lata w Baden" - Leonida Cypkina.
Jest to jedna z takich podróży, które zdają się nie mieć końca, zapętlając się między kartkami z dziennika Anny Griegoriewny Dostojewskiej, aktem śmierci jej męża i jakby dwoistego świadectwa miłości do Dostojewskiego. Spleceni we wspólnym cierpieniu, porażkach w codzienności, tęsknocie, walce o siebie i dozgonnym akcie miłości. Topieniu się w odmętach lęków i pragnień, w falach niezdolnej do zwalczenia słabości do hazardu i błagalnych próśb o przebaczenie za doznawaną biedę i nieumiejętność pokonywania własnych ułomności. Oboje jakby w omdleniach życia, dotykają ubóstwa i chwilowych wzbogaceń, w jednoczesnym poczuciu siły trwania przy sobie i konieczności podnoszenia się z upadku. W ciągłej drodze. Na dnie kufrów i bagaży wożąc ze sobą pragnienia nowego jutra. Twórczej, pisarskiej powinności i lekkości życia. W splocie spotkań z Turgieniewem, Puszkinem czy Gonczarowem, w maleńkiej przestrzeni wagonu poruszającego się po wektorach wyznaczających drogę Dostojewskiego. Także do samego siebie. Spoglądając w oczy obrazów, powracających twarzy Chrystusa, aż do ostatniej kropli potu na bladym czole umierającego Fiedi. W teatralności gestów wobec ostatecznej wyroczni losu. Jednego z najbardziej przejmujących opisów śmierci. W bolesnym cierpieniu Anny, dającej początek i koniec "Lata w Baden".
Czasu przesilenia, ale może i dojrzewania Cypkina jako pisarza. W rozkwicie jego talentu pisarskiego. Niezwykłej formie powieści utkanej z misternie długich zdań, jakby bez przystanku, bez zatrzymania, by nie zgubić żadnego wątku, wielości powiązań i odniesień do literatury rosyjskiej, dzięki czemu "Lato w Baden" jest tak wciągające i poruszające.

"Przeczytawszy Lato w Baden możemy wreszcie odetchnąć trochę głębiej, czujemy się oczyszczeni, wstrząśnięci i zarazem wzmocnieni, wdzięczni literaturze za to, co w sobie kryje i jakie uczucia jest zdolna wzbudzić. Leonid Cypkin nie napisał długiej powieści, ale odbył wielką podróż" - Susan Sontag


Leonid Cypkin "Lato w Baden"
tłum. Robert Papieski
wyd. Zeszyt Literackie, Warszawa 2015





niedziela, 21 czerwca 2015

W łyżeczce wystygłej herbaty

w tamtych czasach
czytałem dużo i głęboko
stwarzałem sobie tamte czasy
niektóre mam do dzisiaj
Piotr Matywiecki "Powietrze i czerń"
Wydawnictwo Literackie 2009


Próbujesz rozpuścić pamięć tamtych dni jak kostkę cukru w łyżeczce wystygłej herbaty. Osiada na dnie wgłębienia przypominającego dziecięcą kołyskę przyprószonych snów. Chowasz je przed obcym spojrzeniem niezatapialnego poczucia przynależności do kogoś. Przylegającego do cienia umarłych jak pożółkła tapeta na ścianie w starym mieszkaniu bez adresu.
Zasłaniasz okno. Światło odbiera intymność zostawiając nagość słów przeciskających się przez dziurkę od klucza. Zbyt ciasno i gęsto. Zatrzymują się w drodze. Czekasz.  Nim przemoczone powściągliwością słowa rozwiną się na skórze Twoich dłoni. Pustkę zapełnisz kreśląc nową listę pytań znikających w drżącym kadrze coraz cięższej powieki. Rozmazane obrazy wspomnień gubią się w kroków śladach na tęczówkach wyblakłego nieba zaglądającego ukradkiem w spłoszone oczy. Odbicie twojej twarzy zmywa wczorajszy deszcz spływający powoli zardzewiałą rynną. Wszystkie odgłosy znikaj z czasem. Ukradkiem wciąż szukasz siebie.
Kącika ust. Szczebli rzęs przysłaniających ostrość widzenia rozkrawając obraz na małe cząstki. Posiwiałych włosów na skroniach i wyżłobień wokół ust niezdolnych do uśmiechu. Stajesz się wiotki jak łodygi ostróżki rosnące pod blokiem, poddające się z łatwością zbyt silnym porywom wiatru. Próbujesz trzymać się ziemi, coraz bardziej grząskiej, podmokłej od sentymentalnych wzruszeń, które wyrywasz niczym chwasty w ogrodzie. Pomniejszasz każdy dzień i tylko samotna noc tuli Cię do snu. Znowu wrócisz jutro próbując rozpuścić pamięć tamtych dni jak kostkę cukru w łyżeczce wystygłej herbaty.