Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennik. Pokaż wszystkie posty

Linearność myśli

Żeby namalować właściwy portret, należy następstwa obrócić w równoczesność, porzucić wielość dla jedności, sprowadzić zjawiska zmienne do ich esencji. Otóż jest we mnie dziesięciu ludzi - zależnie od czasu, miejsca, otoczenia, okazji; wymykam się z mojej ruchomej zmienności. Toteż wskazanie na cokolwiek w przeszłości mojej, w dzienniku czy we mnie samym, nie przyda się na nic komuś, komu brak intuicji poetyckiej i kto z elementów, które mu zawierzam, a także wbrew nim, nie skomponuje mnie w całość na nowo.

Na lniany sznurek próbuję nawlec myśli. Zsuwają się tracąc swój kształt jak niemodna sukienka. Nagość ramion obnaża niestałość formy. Zbyt grube sploty, może pętelki słów zbyt wąskie. Linearność nieuchwyconej narracji zawiesza się między głuchymi pasażami szorstkich linii próbując opleść kontury niewypowiedzenia. Zatarty obrys palców niezgrabnie próbuje pochwycić znaczenie wyślizgującej się zbyt szybko materii istnienia. 
Fastryguję postrzępione kawałki niewypowiedzenia. Zszywam nieudolność poszarpanymi włóczkami z drewnianych szpulek uderzających o kolekcję metalowych naparstników brzmiących niczym wybrzmiałe koncerty na płowiejących, starych afiszach. Zza ściany dochodzi monotonny dźwięk maszyny do szycia. Brzmi płynnie i wartko łącząc odmienne kształty w spójną, jednolitą kompozycję. Formę wyobraźni i pragnień.

Przeczytałem ten zeszyty i uciekło mi przedpołudnie. Uznałem zresztą te stronice za monotonne. Tym gorzej; nie są do czytania, ale po to, by mnie uspokoić i przywrócić mi pamięć (...). To mój notatnik podróży; jeśli niektóre ustępy mogą być pożyteczne dla innych i jeśli je czasem podawałem do wiadomości, publicznej nawet, tysiąc stronic może przydać się tylko mnie i tym po mnie, których interesuje droga duszy nieznanej, dalekiej od zgiełku i sławy. Te kartki będą monotonne, kiedy monotonne będzie moje życie, a też powtarzać się będą razem z uczuciami; ale zawsze to prawda; prawda jest ich jedyną muzą, jedynym pretekstem, jedynym obowiązkiem.  

Zbieram soczyście barwne liście z ziemi schłodzonej gęstością mgieł będących "stanem duszy podmiotu w rozsypce". Drobinek wilgoci zatrzymanych w leniwym oddechu porannego powietrza zmuszającego do rozmyślań nad sobą w aurze poetyckiego zadumania. Chwilowego skupienia w przeźroczystości. 
Z wiklinowych koszy wysypuje się nadmiar jesiennych kolorów niczym nadmiar odczuć i melancholii w niezmiennej kolejności przychodzenia pór roku. Nienaruszalnej jak linearność przemijalności bytu wyłaniającej się spomiędzy kartek dziennika Amiela. W swoistej alchemii wrażeń, wielości istnień, sfer egzystencji, działań ludzkiej świadomości i szukania własnego "ja" w rozważaniach o przemianach umysłu. Intymnym diariuszu nie będącym obnażeniem ciała, ale filozoficznym wyjawieniem duszy. Autoanalizy spoglądającej w głąb krypty samotności, odmierzaniem śmierci w kroplach spływającego dnia i mierzeniu z nieuchronnością zmierzchu. Cierpieniu. Praktyce kolejnych wyrzeczeń i paraliżującym przekonaniu o własnej niedoskonałości.
Kartki dziennika odklejają się, wymykają introligatorskim fastrygom i precyzyjności złączeń. Podobne motylim ruchom opadają tworząc kobierzec chwilowego zachwytu. "Minutę doskonałej piękności" zatrzymującej istnienie, utrwalenie siebie i swojej egzystencji.

Wciąż jestem taki sam, istota błąkająca się bez konieczności, wygnaniec z własnej woli, człowiek nie znający odpoczynku, wieczny podróżnik, który gnany głosem wewnętrznym nie buduje, nie kupuje, nie uprawia żadnej ziemi, ale przechodzi, patrzy, zostaje chwilę i odchodzi.

Henri-Frédéric Amiel "Dziennik intymny"
wyd. Czytelnik, Warszawa 1997



Spis rzeczy odczuwanych

Kiedy czyjś wydech staje się oddechem dla nas samych, to jakby dokonywał się w tym krótkim akcie sens naszej własnej egzystencji, bo i nasz oddech jest przecież komuś dany. W tej jednej sekundzie stajemy się dla siebie, w całkiem pozamaterialnym wymiarze obcości, jakby naczyniami połączonymi w jednej czasoprzestrzeni, w kosmosie naszych własnych rytmów życia i tętna odnajdywanego w pulsie pod opuszkami palców szukających oznak współodczuwania. Niezmiennej cykliczności następujących po sobie pór roku, nawet jeśli każdy z nas tę niezmienność zachodzących zmian odlicza inaczej, spostrzega odmiennie, z całkiem różnej perspektywy doświadczeń. Z mrówczą pracowitości sklecając swoją misterną codzienność, od wschodu do zachodu słońca. Szukając siebie samych po omacku w gęstym cieniu nocy. W zagięciach przyzwyczajeń oswajanych latami, wyrytych w niezgrabnym kształcie stóp drepczących na odległość przykrótkich sznurowadeł. W lustrze czyichś źrenic. W sylwetce wykrojonej z nieporadności upływającego czasu, zszytej z ran bliznami przeżyć. W cieple oddechu będącego, jak moje, marzeniem by stać się, choć na moment, zagłębieniem w kartce maszynopisu jego kolejnej powieści. Choćby płatkiem śniegu na szybie jego pokoju, by móc przyglądać się jak zapisuje nowy rozdział swojego "Dziennika zimowego".
Zacznij mówić teraz, zanim będzie za późno, i umocnij się nadzieją, że będziesz mówił do chwili, kiedy już nic nie zostanie do powiedzenia. Jakkolwiek by było czas się kończy. Może lepiej zaniechać mówienia i zastanowić się, jakie to uczucie – żyć w danym ciele od pierwszego zapamiętanego dni aż po moment teraźniejszy.
Paul Auster. W przejmującej spowiedzi z własnego życia. Snutej zgrabnie i zajmująco powieści o  pasjach, namiętnościach, esencjonalności każdego dnia budzącego się ponad dachami Nowego Jorku, którego szkielet odbija się w soczystej czerwieni smakowanego wieczorami wina. W prowadzonym wewnętrznym monologu stającym się niejako doznaniem samego czytelnika. Odzwierciedleniem, często naszych własnych myśli i doznań, gdy pod bosymi stopami czujesz zimną podłogę, gdy gramolisz się z łóżka i podchodzisz do okna. Masz sześć lat. Na zewnątrz pada śnieg. Gałęzie drzew na tyłach domu zaczynają pokrywać się bielą (…) Pytasz siebie: ile jeszcze poranków przed tobą?
Staję przed swoim oknem, by odnaleźć ślady jego obecności w zawstydzeniu budzącej się niewinności poranka, podczas gdy Paul Auster swoje życie oddaje na własność tym, którzy przekraczają próg jego dziennika pozwalając na wzajemne przenikanie się, mimo dzielącej nas odległości zamkniętej między kartkami książki. 
Za rogiem kolejnego akapitu, w zgięciu między zdaniami, wszędzie odczuwa się jego obecność. Bliskość. Prawie czując oddech natchnienia i ostry zapach, dopiero co zapalonego przez niego, papierosa. Tonąc w poszarzałym dymie złudzenia, że jest się cząstką jego samego, bohaterem jego życiowej powieści, chodząc między ulicami Manhattanu, na drugim brzegu New Jersey czy w zaułkach Paryża. To swoiste przekraczanie granic związujące nas ze sobą, tworzące więź której nie chce się w żaden sposób utracić w swoistym klimacie intymności między pisarzem i czytelnikiem. To dotknięcie przyzwolenia na wtulenie się w fakturę jego wspomnień, chropowatą, pełną uwypukleń, rys wyrytych w jego twarzy, ale i pewnej łagodności przyjmowania zdarzeń, jakimi były i wciąż są, wydając się niewiarygodnymi w perspektywie minionych lat odtwarzanych w kadrze jego przenikliwego spojrzenia. Niektóre wspomnienia są tak dziwne, tak mało prawdopodobne, tak bardzo wykraczające poza sferę wiarygodności, że trudno ci je pogodzić z faktem, że jesteś tą osobą, która przeżyła zapamiętane przez ciebie rzeczy.
W zapisanej liście smakowanych potraw, zmienianych adresów i przypisania do nowojorskiej tożsamości, zgubionych pocałunków i miłości która ocala, fizycznych i duchowych przemian. W geście ręki trzymającej pióro zanim dotknie gładkiej powietrzni niezapisanej jeszcze kartki.
„Dziennik zimowy”. Spis rzeczy odczuwanych, albo innymi słowy, fenomenologia oddychania. Między fragmentami autobiografii Paul Austera stałam się wysepką jego oddechu.


Paul Auster "Dziennik zimowy"
wyd. Znak, Kraków 2014





Niemy spektakl trwania

Litery zawsze zdawały mi się filigranowymi figurkami pięknie ukształtowanymi, których misterność formy trzeba ująć z delikatnością, by się nie rozsypały gęstymi kroplami zniszczonego istnienia, i poustawiać w możliwie płynnie brzmiącym wierszu myśli. Tymczasem, ostatnio zdają się pustką, próżnią zawieszonego milczenia, wydmuszką, w której nie sposób znaleźć czegokolwiek, poza ładnie wykaligrafowanym zarysem niewyrażalności siebie samej. 
Nic do powiedzenia.
Nic do nazwania własnym słowami, które wymykają się cichaczem o zmierzchu obumarłego oddechu, niczym skradzione przez srokę błyskotki zdające się cennymi w blasku dnia. Jakże złudnie. Tracąc na swojej atrakcyjności w zagnieceniach czarnego aksamitu nocy.
Strach niewyrażalności drży między głuchymi ścianami milczenia. Palce straciły na lekkości dotykając liter usadowionych w rzędach czarnych kwadracików klawiszy, jak na widowni nieczynnego od dawna teatru. A przecież każda ma sobie przypisane miejsce, zawsze to samo, i zdawać by się mogło, że nawet z oczami zamkniętymi na wszelką zmienność można je odnaleźć, bez trudu, wystukując rytm dobrze znany. Dowolnie wydłużając interwał między dźwiękami płytko osadzonymi na klawiaturze uwypukleń naznaczonych miękkim dotykiem opuszków palców. Teraz jednak zdają się jedynie ciężko opadającą, głuchą kurtyną wybrzmienia. 
Przebrzmiałym. Niemym spektaklem trwania.
Szukałam podszeptu w łagodności mazurskich jezior kręgami utonięć widząc opadające słowa niezdolne do zatrzymania się na starym pomoście, niezdarnie starającym się połączyć z przeciwległym brzegiem ulotnych myśli. Próbowałam ukołysać swoją tęsknotę za ich wyraźnie wykrojonym kształtem w krągłościach przycumowanych łódek kołyszących się lekko w rozlanych na wodzie złocieniach zachodzącego słońca. Chowały się jednak za horyzontem niedościgłym dla moich dłoni rysujących smużką cienia nieosiągalność własnego pragnienia.
Wciąż wychodzę mu na przeciw. Mój niemy spektakl trwania.
A jednak…

Kiedy nie ma nic do powiedzenia, chodzi jednak o to, żeby cokolwiek tu zapisać, dla dyscypliny i porządku. Nic takiego, ale całe życie się składa z niczego takiego.

Sławomir Mrożek
"Dziennik - tom 1, 1962-1969"



Pisanie jako zjawisko odkupiające życie

"Dziennik, tom 1, 1962-1969"

Wracając do pisania: mimo wszystko coś było romantycznego (i jest) w moim do niego podejściu. Właśnie pisanie nie tyle ma być aktywnością, ile wydarzeniem. Od razu powiem: czym pisanie staje się w trakcie pisania, to już jest jego rzecz, chodzi o jego początek, o frontalne zaatakowanie problemu, o myślenie o nim przed i podczas jego procesu. Pisanie wciąż, na dnie, miało być wspaniałym kwiatem na bagnie mojego życia, zjawiskiem tajemniczym i spontanicznym, odkupiającym moje życie. Oddzielającym więc, mimo wszystko, od życia.

Sławomir Mrożek
1930-2013

W zagięciach kartek

Piątkowy wieczór oparł się zmęczony o fotel, chowając zagniecenia z całego tygodnia pod miękkość wełnianego koca. Spracowane dłonie wtulił pod grubą warstwą oliwkowego kremu. Gaszę mikroskopijne rozproszenie przyglądające mu się przenikliwie spod pochylonego klosza jednonogiej lampki.
Otwieram "Dziennik" Sławomira Mrożka rozmyślając o chwilach, kiedy moje słowa tylko czekają, aby umościć się wygodnie na kartce, pragnąc wyślizgnąć się z ograniczającego kokona myśli i wybrzmieć w takt osiadających na bieli liter. Niby łaskoczą, podrażniają podniebienie, a kiedy już im pozwolić utkać własną historię, nie potrafią udźwignąć tego, co chciały sobą wyrazić. Rozkruszają się na drobinki czarnego pyłu, nic nie znaczącego, ot, takie ślady po rozlanym mleku.
Kiedy myślimy, wiemy, o co nam chodzi, kiedy mówimy, kiedy już powiemy, zostajemy trochę rozczarowani - notował sam Sławomir Mrożek w swoim "Dzienniku".
Jakże przykrym jest pozwolenie na zapisanie tego rozczarowania. Lepiej było pozwolić się im utopić w niewypowiedzeniu niż zostawić po sobie piętno niepotrzebnej bytności. Trudno. Może innym razem będę potrafiła ułożyć je w zgrabniejszą formę, architektoniczną konstrukcję zdań, które uniosą coś więcej niż ciężko osiadające elementy słowotwórcze. 
Tymczasem noc minęła bez słów. W głuchej ciemności ścielącej się nieprzeniknionym welonem ponad dachami zapadniętych w bezruchu domostw.
Obudziłam się dotykając dłońmi powierzchni słonecznego poranka. Palce wtopiły się w ciepły rumieniec na poduszce. Zasłona lekko poruszana delikatnymi podmuchami wiatru współistniała z oddechem budzącego się dnia. Spokój. Cisza. Przysiadła na parapecie, jak kot który udaje posążek sfinksa. Ściągnęłam z oparcia krzesła sukienkę w rozkwitłe maki. Brzuchate winogrona w purpurowych koszulkach wylegiwały się leniwie na półmisku. Pozbawione pestek były wadliwie idealne. Nic w nich nie było do rozgryzienia. Nazbyt oczywiste i smakowite. Mięta ukwieciła wierzchołek giętkiej gałązki blado-liliowymi puszkami. Dzień zapowiadał się barwnie, jak na moją skromną paletę kolorów weekendowych.
Zabieganie mijającego tygodnia roztapia się niczym masło na ciepłej grzance. Kawa na tarasie w otulinie waniliowego smaku. Chłodno. Rozchylone kielichy malw kuszą mgiełką rozbielonych płatków, niczym spódniczki baletnic. Szpaki odlatując strzepują ze skrzydeł łyk słodkiego nektaru poranka. U stóp lawenda roztacza czułe pragnienie wybrania się do Toskanii. Zbyt łatwe skojarzenie wręcz boli, jak rana na wypalonym ognisku po wygasłych marzeniach. Ostatnio nawet do nich nie mam siły. Snuć, rozwijać je  niczym drogę nie do przebycia, zbyt odlegle rozrysowaną na mapie nieosiągalności. Kolejna, nieudolna próba zmierzenia się ze sztuką kartografii. Jeszcze tyle muszę się nauczyć.
Utknęłam w zagięciach kartek próbując nanieść, choćby szkic, najbliższych dwóch dni, wypełniając je po gładko obrysowane brzegi nocy. Odczuwaniem, zapachem, smakiem  naiwnej wiary w nieulotność doznań, nieprzemijalność uczuć. Zaszeleściło. Opasły tom wspomnień ledwo mieści się w dłoniach. Niełatwo unieść taką różnorodność emocji, uczuć. Tyle warstw, zapisków, notatek, uchwyconych spojrzeń na siebie samego, na ten nieprzenikniony byt w pisarstwie spostrzegany jako udręka i błogosławieństwo zarazem. Niepokora. Bunt. Wrażliwość obserwacji. Ironia. Szyderstwo. Tęsknota. Intuicja. Gruba podszewka uczuć, których nie potrafię w sobie pomieścić, ułożyć w zgodną całość. Targają mną zmienne uczucia. Aura Mrożka. Nieprzewidywalna. Pełna słońca, deszczu, gradu, ciemnych chmur i śnieżnobiałych obłoków. Intryguje. Kusi. Złości. Rozczula. To jak ciągłe wchodzenie pod drabinie, stąpając szczebelek po szczebelku i kiedy już mam wrażenie, że stopa stoi bezpiecznie, nagle się zsuwa. Jak jednak chwiejna ta równowaga.
Znowu od początku. Wspinaczka. Zresztą nie tylko, bo drążenie tunelu tożsamości Sławomira Mrożka odbywa się na tak wielu poziomach, tak wielu płaszczyznach przynależności do siebie, sztuki, świata, swojego pisarstwa. Podglądam jak stawia każdą literę, słowo. Zamaszyście. Szybko. Zawadiacko. Leniwie. Mogłoby się zdawać, że czasami łapie swoje myśli naprędce od niechcenia, tworzy z nich poplątane włóczki, by za moment nitka po nitce, jakże precyzyjnie tkac z nich wielobarwność stron swojego życia, garnitur ze wszystkich dni, miesięcy. Chwilami cierpkie. Jak zielone winogrona pełne drobnych pestek. Najprzyjemniej móc je rozgryzać. Jak rozgryźć Sławomira Mrożka?
Rozmaicie. Jak porażenie ośrodka centralnego nerwów. Czuję się aż w nerwach najbardziej peryferyjnych.

fragmenty z I tomu
Sławomir Mrożek "Dziennik 1962-1969"
wyd. Wydawnictwo Literackie, 2010





Idziesz przede mną


Oto odeszło wszystko, co było pogodą i spokojem.
Pocałunek niepokoju.
Dreszcz, że wszystko stanie się mięsistym światłem.
Dreszcz dokonania pod skórą. Nieodwracalne fini, dokończenie, zamknięcie.
Wciąż pod stopami czuję przebytą razem drogę, te ostatnie odłamki wytartych chodników, pełnych pęknięć osamotnienia, bólu, niezliczonych strat wyrytych ciężkimi łzami, zacierających się w zagnieceniach na krawędzi życia. A im bliżej końca tej drogi, tym więcej widzieliśmy umarłych motyli na wydeptanych ścieżkach, skrzydeł podciętych zwątpieniem, gęstych uczuć, skulonych, we wnętrzu skowytu umierającego psa. Za rogiem.
Pustka i cisza. Nagłe nieistnienie.
Ostatnie kartki wyślizgują się spomiędzy moich palców. Odrętwiałych. Powoli zamykałam ostatni tom Twojego życia, kiedy pytałeś: Czy rdzeń świata otworzy się po śmierci?
I zdawało mi się, że w ostatnich rozdziałach coraz wyraźniej widziałam zarys jej sylwetki, kiedy przysiadała na parapecie okna uchylającego otchłań niebytu, a Ty wyczuwałeś jej obecność w coraz cięższym oddechu, gdy przechodziła, nocą, obok Twojego łóżka. Sunęła bezszelestnie aleją lipową rzucając cień na drżącą, od zimowego powiewu, firankę, a Tyś odsuwał ją chwytając jeszcze rymy kolejnego wiersza. Czubkami palców dotykając szczytów Wież,
gdzie:
Człowiek jak pies bezradny czeka przeznaczenia,
Nad jego głową linie planety się łączą,
Naszych gwiazd nie odróżnia od innych promieni,
Już zgasły. Sprawy ludzkie tak oto się kończą.
Śmierć. Rozcierająca zimną dłonią, na Twoich spierzchniętych ustach, smak przekwitłych poziomek, zostawiając w wyschniętym wazonie zapach łubinu przywodzącego ze sobą zabawną tkliwość lat dziecinnych, spowalniając ostatnie takty walca Brahmsa, brzmiącego w tej jednej sekundzie, zatrzymanego uderzenia serca, najdelikatniej.Ukłucie.
Igły starego patefonu przesuwającego się niezgrabnie po zwężających się tunelikach zanikających dźwięków. Ostrego pióra wyślizgującego się z dłoni, kiedy resztką sił ściskałeś skrawek prześcieradła, próbując wyczuć splot najdrobniejszych niteczek łączących Cię jeszcze z życiem.
Przytrzymywanego nadzieją, że przecież jeszcze tyle jest rzeczy nowych. Wszystkie zawisły w powietrzu jak jaskółki na błękicie nieba. I odfrunęły. Strzepując z skrzydeł smak morskiej wody. Proszę, spójrz jeszcze.
W labiryncie zielonych migdałów przesuwasz się zwolna, odwracając głowę.
Każdy twój krok, to biały szczyt lodowca, oblany purpurą.
Wschód-li to słońca, czy zachód?
Nie, to ty idziesz przede mną i migdały pachną.

fragmenty Prozy Poetyckiej,
trzeciego tomu "Dzienników 1964-1980"oraz wiersza WieżeJarosława Iwaszkiewicza
wyd. Czytelnik


Kalejdoskop. Spisane.


Spisane 13 marca 1966.
Trzy Portrety. Same w sobie mogą stanowić trzy jednoaktówki, przyczynki do opowieści o mijaniu, o zmorach i demonach śpiących w upływie lat, osiadających ciężkim pancerzem zgrubienia na coraz wątlejszych ludzkich ciałach. To przejmujące, wszechogarniające poczucie odrzucenia, osamotnienia, przy jednoczesnym odarciu z wszelkich złudzeń, obnażeniu przed światem własnej ułomności.
Spisane 12 sierpnia 1966.
Starość.  To jakby dostać nową tożsamość, niezgrabnie skrojony garnitur, który miast nas zdobić, z każdym ruchem coraz bardziej obezwładnia, pozbawia swobody i wolności.
To jak dostać nową twarz, której nie sposób poznać w lustrze o poranku, jak źle dopasowanej maski, zmywanej łzami ukazując nagą prawdę o nas samych.
To jak mieć nową parę oczu, choć widzących słabiej, paradoksalnie zauważających dokładniej, jakby przez szkło powiększające, każdą kruszynę, najdrobniejsze zarysowanie, zagniecenie, na coraz bardziej postrzępionym skrawku życia, urastającą do wyrytych głęboko koryt przepełnionych niepowodzeniem, zawodem, stratą.
Spisane 27 grudnia 2011.
Ciężko. Oddycha się czytając kolejne zapisy w diariuszu Jarosława Iwaszkiewicza. Trochę jest ono jak życie przy zamkniętych oknach, kiedy doskwiera brak świeżego powiewu powietrza, świeżego dotyku życia, które zdaje się być monotonnym, niezmiennym pod osłoną ułudy nowego dnia. Bo spomiędzy kartek najczęściej przemawia rozrywający smutek i uczucie opuszczenia, niemożności dzielenia z nikim własnych przemyśleń, tych wątłych chwil zachwytów nad pięknem natury żyjącej swoim rytmem, porą dnia i nocy, porą roku, w odwiecznym procesie odradzania się. Tymczasem, czymże jest upływ czasu dla człowieka jak nie bezpowrotnym przemijaniem. Jakby nasze istnienie w przyrodzie było zaprzeczeniem natury. I niczym zdaje się stawać dla Pisarza jego twórczość, w której trwałość i wartość wątpić zaczyna, gubiąc siebie samego w kolejnej migawce życia zbyt szybko umykającej spod niemłodej już powieki.
Zawsze dawniej myślałem, że starość to okres spokoju, uciszenia, skupienia - a tutaj wszystko się składa na szarpaninę dobrą dla czasów młodości (...) Muszę pracować, a pracować nie mogę, ręcę opadają. Myśl inna, że wszystko się robi na próżno, że nic z tego nie zostanie - nie za sto czy dwieście lat - ale już zaraz, teraz - to przerażające. Że się proch własnego życia zobaczy żywymi oczami!
A tymczasem ja, swoimi wciąż niedowidzącymi oczami, uważnie przyglądam się tym misternym miniaturom z dziennika, slajdom wyświetlanym wspomnieniami na ścianach popękanego Stawiska, wijącymi się między korzeniami starych drzew, jakby w ciągłym poszukiwaniu życiodajnych soków. Tymi kładącymi się mozaiką drobniutkich kamyków turlających się po coraz bardziej zwężających się ścieżkach życia, kurczących się jak zraniona dusza szukająca schronienia we własnych spracowanych dłoniach.
I chciałabym móc rozgrzebywać te wąskie ścieżki, poszerzać koryto życia, spulchniać ziemię przesypując ją grubymi grudkami między palcami, by strumień świeżego powietrza roztrzaskał zaryglowane okna do przytłoczonej duszy, Tego, który wciąż otwiera moje wąskie światy. Poszerza horyzonty mojego spostrzegania. Obudzić Go z samotnej senności. Dotrzeć do Jego życia, które się rozsypuje na malutkie kawałeczki, na impresje, na dygresje, coś jak kalejdoskop bez symetrii.
Nie jak we mgle
nie jak na powielanej fotografii
zawsze ten sam
zawsze ten sam który pisze
Wszystko to
i Rzym i Paryż także
tak się w moim wspomnieniu
jakby z poprzedniego życia zapodziały
A jeśli się czegoś naprawdę boję
to senności duszy
Jej wrzask
jednak mniej groźny niż senność
Jest od nas daleko
stoi patrząc w morze
obrócony do nas plecami
fragmenty z "Dzienników 1964-1980" Jarosława Iwaszkiewicza
oraz wiersz Julii Hartwig Spisane
116 Zeszyty Literackie, zima 2011

Aż do krawędzi bytu


Ostatnio moje relacje ze światem są mocno nadwyrężone, popękane, nadwątlone wydarzeniami, które głęboko wtopiły się palącym bólem pod skórę. Powoli próbuję się pogodzić z nieuniknionym, dostrzec to, co chwilowo niedostrzegalne i próbować znaleźć łagodniejszą drogę w codzienności, przeciągając wątłą pajęczynkę łączącą mnie z kolejnym dniem.
Tymczasem dzisiaj Jego, wreszcie, wzięłam pod ramię przytulając do siebie z tak ogromnym utęsknieniem. Pobiegłam jeszcze na wykłady o Witoldzie Gombrowiczu i, w szczególności, o Zygmuncie Haupcie, który wzbudził moją ciekawość, bo należał do ulubionych pisarzy Konstantego A. Jeleńskiego, a Józef Czapski pisał o nim: "Świat Haupta nienaruszony przez pośpiech, ten świat, w który wtopione są na zawsze jego wspomnienia, jego myśli - uwalnia, oczyszcza czytelnika, daje mu nową młodość, świeżość nietkniętych przeżyć i tę, na którą przecie czekamy zawsze, niespodziankę. Czy można dać więcej czytelnikowi?"
Może jeszcze siebie samego, w każdej drobince niespokojnej wrażliwości, a to daje Ten, który czekał cierpliwie trzy godziny, aż ja przemykając przez Wydział Polonistyki zamknęłam za sobą dwoje ciężkich, imponujących drzwi dostrzegając, w ciemności wieczoru, roziskrzone ozdoby zawieszone jak drogocenne kolie na długich szyjach latarń Krakowskiego Przedmieścia. Może to przedmieście do wypatrywanej jasność.
Przyjechaliśmy do domu.
I już się cieszę na myśl, że zasypiać będę z policzkiem przytulonym do Jego twarzy, swoje myśli chowając w kartkach jego dłoni i wsłuchując się w gęsty puls życia powoli zastygającego w zwężających się żyłach. Łzami wzruszenia zraszając Jego niemłode już czoło, szukając Jego wzroku za okularami ciemnej oprawy przeżyć.
Daj źrenice doskonałe
Dla twej prawdy, prawdy całej...
Pierwsze spojrzenie.
"W księdze dni i księdze nocy, w zapiskach dziennika wciąż wzbierają esencje życia. Fermentuje mocne wino. Aż po krawędź bytu. Dopóki pismo okaże się uległe wobec autora Muzyki wieczorem. Do końca dni, pełnych trudu, napięcia i bólu dojrzewa więc gorzka radość istnienia. Splata się ze znakami śmierci, z sygnałami trwogi, niewiedzy, rozpaczy (...) Czy można to ująć, wysłowić, uczynić na koniec prostym i zwykłym? Powiedzieć więc, że Iwaszkiewicz ofiarował nam świat, osierocony przez siebie? I że klucze do tego świata zagubił w swym dziele? Że nasz świat jest uboższy o jego miłość? O mityczne, zapomniane sojusze między pięknem i śmiercią?"
Ale nim osieroci mój świat, nim stanę z Nim na krawędzi bytu, najbliższe dni pełne będą tych "miniatur" życia, szukania ich tam, gdzie pióra, długopisy albo przygodne ołówki Iwaszkiewicza utrudziły się już zwyczajnymi notatkami, ulokowanymi na marginesach życia codziennego. Kiedy pióro to zapragnęło odwołać się do temp powolnych, skorzystać z prawa do zamyślenia, do mądrości pauzy - jak pisze ponownie w przejmującej przedmowie do trzeciego tomu diariusza, prof. Andrzej Gronczewski.
Słowa Profesora, wprowadzające do kolejnych etapów dzienników Jarosława Iwaszkiewicza, są dla mnie zawsze przesionkiem cudowności, swoistym rytuałem nieodzownym, gęstą i przejmującą w swojej doskonałości formą łączenia z życiem Pisarza, dającą przejrzystość tej źródlanej sile sztuki życia jaką tworzył sobą i swoją twórczością Jarosława Iwaszkiewicz.
Przedmowy prof. Gronczewskiego to swoiste uczty i jakże pięknie móc się nimi nasycić, nim przyjdzie nam skosztować pierwszej kropli dojrzałego wina z kielicha życia Jarosława Iwaszkiewicza, nim ustami dotknie się krawędzi bytu.
Dzienniki 1964-1980 Jarosław Iwaszkiewiczopracowanie i przypisy: Agnieszka i Robert Papiescy, Radosław Romaniuk
wstępem opatrzył: Andrzej Gronczewski
wyd. Czytelnik, 2011

Strzępki


Strzępki dni osiadają na parapecie okna niczym kurz zdając się jedynie cienką warstwą, dopiero co przygaszonego istnienia, bo nazbyt szybko mijają dni, które zwinięte w kłębki powinności chowają się po kątach. A pośpiech ostatnio dominuje w każdym zakamarku. Na nic nie starcza czasu kurczącego się jak wełniany sweter, którego rękawy zamiast do dłoni, ledwo przedramienia sięgają dopuszczając pod skórę zbytnią dawkę jesiennego chłodu. Dzień budzi się mgłą, nieprzejrzystą zasłoną ułudy, że może dzisiaj będzie spokojniej, wieczór zaś przynosi sen nazbyt lekki, podszyty przejmującym zmęczeniem i dreszczami zbyt powoli ustępującego przeziębienia. Jakby się co chwila odklejał od powiek, nie potrafiąc zespolić ze sobą warstwy zmęczonej świadomości i podświadomej potrzeby usunięcia się w ukojenie, krusząc się szczypiącymi ziarenkami piasku osiadającymi ciężko na rzęsach. To prawie takie spanie obok siebie jak określił to Franz Kafka, do którego "Dzienników" znowu wróciłam wiedziona niedawną lekturą wyjątkowej książki, w jakiś szczególny sposób przesiąkniętej jego osobą. A przyznaję, że lubię się zakotwiczyć w jego wyobraźni, postrzeganiu siebie, takim rozkruszaniu w samoanalizie, wymłócaniu z siebie umiejętności do życia i tworzenia.
Tymczasem już niedługo kolejny, trzeci i ostatni, tom "Dzienników" Jarosława Iwaszkiewicza, gdzie na pierwszy plan wysuwa się starość z jej gorzką samowiedzą, podziwem dla cudowności życia i oczekiwania na śmierć. Choć "stary poeta" coraz częściej wraca pamięcią do zdarzeń dawno minionych, nie rezygnuje zarazem z dawania świadectwa współczesności. Kreśli barwne wizerunki środowisk artystycznych i ich luminarzy, zdaje relacje ze swoich kontaktów z przedstawicielami władzy, krytycznie ustosunkowuje się do działalności opozycji demokratycznej, z bolesną szczerością pisze o sprawach domowych. Ze wszystkich zapisów przebija zdolność widzenia ludzkich losów - a czasem nawet obrotów historii - jako zamkniętych całości, zdolność dana tylko tym, którzy dostąpili łaski długiego życia.
I z jednej strony tak bardzo się cieszę, z drugiej zaś przestrasza mnie ta świadomość, bo jednocześnie trudnym ono będzie spotkaniem, z rozstaniem, pośród strzępków dni ostatnich, drżących i rozkruszających się w coraz słabszych rękach Pisarza. A przecież na pewno wciąż silnych talentem, niegasnącym, przepływającym gęstą krwią w głębokich korytach wyrytych na Jego dłoniach, będących świadectwem umiejętności przeżywania życia, doświadczania, zmagania się z nim i całkowitego dla niego uwielbienia, jak wtedy, 18 listopada 1963 roku, kiedy notował:
Wiatr. Smutek zupełny. A jednocześnie rozkosz ciszy, gwiazd zaplątanych w gołe gałązki brzózek i taka jakaś jesienna tajemnica i milczenie. Noc listopadowa. W takie wieczory najbardziej odczuwam beznadziejność istnienia, niemożność dowiedzenia się czegokolwiek, nadania jakiegokolwiek znaczenia światu. A jednocześnie pełnia istnienia, głęboki instynkt życia, westchnienie wszechświata, które przechodzi przez noc i kumuluje we mnie. Cudowne uczucie.
Jak spieszyć się na to spotkanie nie spiesząc wcale? 
Tymczasem płytkość, na tak wielu płaszczyznach.
On nie wie, gdy przejeżdżam na żółtym rowerze
obok miejsca, gdzie z miną wszechwładnego cieśli
buduje nowy miraż, nawet mu się nie śni,
gdy pochyla się nagle czuły i troskliwy,
że ja także chcę patrzeć, widzieć, znów się dziwić.
fragmenty z "Dzienniki 1910-1923" Franza Kafki
wyd. Wydawnictwo Literackie, 1969
zapowiedź trzeciego tomu "Dzienniki 1964-1980" Jarosława Iwaszkiewicza
wyd. Czytelnik, 2011
fragment wiersza Sekret Anny Piwkowskiej
113 Zeszyty Literackie, wiosna 2011

Von klippe zu klippe


Biegnę, biegnę, a dobiec tutaj nie mogę. Przepraszam, ale czas wypełniony pracą, obowiązkami, rozjazdami. Ostatnio Kraków, trzy dni we mgle o poranku, za to wieczorem przyprószony kurzem wzniecanym przez moje zabiegane stopy. Zmęczone, udręczone, z rozkoszą zrzucające z siebie coraz cięższe okrycie i warstwy przemierzonych kilometrów, startych trotuarów, śladów wąskich uliczek odciśniętych na podeszwie. Rozwiązując zbyt pospiesznie sznurowadła zamiast rozwiązania, pojawiały się nowe supełki, niby niewielkie, ale jak dokuczliwie nierozwiązywalne, zwłaszcza pod koniec męczącego dnia, kiedy wszystko stawało się "ponad siły".
W końcu jednak, kiedy wieże wawelskiej katedry zasypiały w blasku księżyca, ja próbowałam wyciszyć emocje całego dnia, poukładać myśli, a wtulając twarz w miękkie poduszki, obudzić się kolejnego poranka i usiadłszy na krawędzi nowego dnia przywołać słowa Józefa Czapskiego:
"Wczorajszy dzień - nowe doświadczenie:  t o   z m ę c z e n i e  wieczorem po dniu normalnej pracy, von Klippe zu Klippe - to opadanie ze stopnia na stopień. Przebudzenie znów z uczuciem, że jestem w ciemności."
Dzisiaj jednak życzę światłości, w dniu Święta Diwali, dniu zwycięstwa światła nad ciemnością, bo: "Jeżeli nie możesz, jeżeli nie dość chcesz być cały w wysiłku, nie zapominaj, że może masz inne siły, inną drogę i że wysiłek każdego dnia nikły, ale jakiś przecie możesz zrobić i możesz ratować siebie z tego dna."
fragmenty z "Wyrwanych stron" Józefa Czapskiego
wyd. Zeszyty Literackie, Warszawa 2010

Portret podwójny


(...) powinieneś odkrywać piękno, gdzie tylko można,
większość ludzi w ogóle nie dostrzega piękna...
pisał Vincent van Gogh w liście do swojego brata. A przecież bieg przez codzienność, potykanie się o jej kanciaste krawędzie, bieg niemalże równolegle z mijającym dniem, by za chwilę stąpać po jego śladach, jego cieniem się stając, jakże często przysłania nam umiejętność spostrzegania piękna skrytego tuż za niedostrzeganym rogiem nazbyt wąskiej ulicy.
Dlatego odliczam dni do wytęsknionego urlopu. I choć żaden nadmorski wyjazd nie kreśli się, dla mnie, płynnym ruchem na piaskach sierpniowych plaż, to sam fakt oderwania się od stosu służbowych papierów, uwolnienia od pantofli na obcasie i odwrócenia budzika plecami do zbyt szybko uciekającego czasu, napawa mnie trudną do ukrycia, przed samą sobą, radością.
Zatem obiecuję sobie: poranki witać leniwie, rozciągając w nieskończoność każdą najdrobniejszą cząsteczkę budzącego się dnia, machać nogami siedząc na brzegu łóżka, jak na brzegu grobli, wciąż z przysłoniętymi snem oczami, by niespiesznie, w dowolnie wybranym momencie, zanurzyć stopy w papuciach, w których przetuptam całe dnie. Miękko.
Włosy będę związywać niedbale w swój koczek w niezmiennym od lat stylu "a la babuszka" i pozwalać grzywce wpadać w oczy. Wezmę urlop od rutyny codzienności, jej ułożonego przez obowiązki schematu, wszelkich konieczności. Nie będę gonić za czasem ani łapać przykrótkiego oddechu.
Będę rozkoszować się przydymioną atmosferę artystycznej bohemy pykając „Fajkę van Gogha” i bujać się w hamaku ze Stingiem, spoglądając na intensywną barwę złocistego słonecznika kontrastującego z błękitem pogodnego nieba. Siadać w fotelu, obok Marii Kasprowiczowej, w stronę której, jakże zręcznie, popchnął mnie Radosław Romaniuk portretując intrygujący obraz żony poety na kartkach swojej książki "One". Będę więc z zainteresowaniem przyglądać się podwójnemu portretowi: Marusi Bunin, jej przemienieniu w Marię Kasprowiczową i sylwetce samego poety, kreślonych na kartkach jej "Dziennika", o których w swoim wstępie Konrad Górski napisał:
"
Dziennik Marii Kasprowiczowej jest dziennikiem  p r a w d z i w y m  i dlatego utrwala dokonywające się w czasie istotne zmiany w stosunku autorki do świat i ludzi. Odtwarzając ten rozwój wewnętrzny autorki, Dziennik jest zarazem wspaniałą ilustracją duchowego promieniowania Kasprowicza (...) Oczywistą też rzeczą jest, że Dziennik ten, rozpoczęty przez dwudziestoletnią dziewczynę, a skończony przez kobietę dojrzałą, która przeżyła kilkanaście lat u boku wielkiego poety, stał się zwierciadłem olbrzymiej ewolucji wewnętrznej, jaką żona Kasprowicza przejść musiała."  Brzmi pysznie.
W końcu u schyłku, oby, gorącego dnia zostawiając na rozgrzanym tarasie chłodne ślady wypoczętych stóp i zarys swojej, może wreszcie nieprzygarbionej sylwetki, schować się w blasku popołudniowego słońca, w iście południowych klimatach, pichcąc „Pappa al pomodoro”, tradycyjną toskańską, gęstą zupę pomidorowo-chlebową, z Marleną de Blasi, wiodąc leniwe i niewymagające większego wysiłku „Tysiąc dni w Wenecji”.
Obiecuję sobie, takie właśnie plany literackich podróży, podczas których nanosić będę swoistą mapę topografii uczuć, smaków i pasji, przekraczając granice wytaczane przez prozaiczną codzienność i dość przekornie oczekując nadejścia jesieni. Bo jakże za nią nie wyglądać, jakże jej nie wypatrywać, skoro to ona ma przynieść w swoim plecionym koszyku: trzeci tom "Dzienników" Jarosława Iwaszkiewicza, wydanie Jego korespondencji prowadzonej z Wiesławem Kępińskim, przybranym synem, może jeden z najintymniejszych portretów relacji ojciec-syn, oraz korespondencję z Czesławem Miłoszem w "Portrecie podwójnym".
A takim też podwójnym portretem jest zapowiadana na wrzesień wystawa w Muzeum Literatury, pod tymże właśnie tytułem, poświęcona Konstantemu Jeleńskiemu i Leonor Fini. Jak głosi niewielkich rozmiarów ulotka:
Po raz pierwszy w Polsce zostaną pokazane sprowadzone z Paryża obrazy olejne Leonor Fini. Zaprezentujemy prace plastyczne artystki z kolekcji muzealnych i prywatnych z Polski, Paryża i Nowego Jorku. Pokażemy fotografie archiwalne, dokumenty, rękopisy, pamiątki i księgozbiór Kota Jeleńskiego ze zbiorów Muzeum Literatury i Instytutu Literackiego w Maisons-Laffitte".A po urlopie, po wakacjach, wyczekiwana jesień na Otwartym Uniwersytecie. Tym razem w iście literackich klimatach, odkładając wykłady poświęcone portretom malarek na sezon wiosenny.
Cudowny stan oczekiwania, ale tymczasem
uciekam jeszcze do pracy, cicho odliczając kolejny dzień, a raczej już przenikającą, przez gęstą siateczkę moskitiery, noc, by rano w lusterku nie przyglądać się ze zdziwieniem swojemu portretowi podwójnemu, bo w niedospanych i przemęczonych oczach wydającemu się kiepską podróbką "rozbitej przestrzeni" z obrazów Roberta Delaunay'a.


fragment z Fajki van Gogha Wojciecha Karpińskiego, wyd. Zeszyty Literackie, 2011
oraz fragment ze wstępu do Dziennika Marii Kasprowiczowej
wyd. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1958
 

Siła kruchości


W "Lekkiej przesadzie" Adama Zagajewskiego każda myśli, zgrabnie nakreślona litera zdaje się być perłą znajdywaną na dnie czarnego morza słów, jak Morze Czarne, swoimi brzegami sięgajac korzeni zasklepionych w sentymentalnych warstwach ukraińskich pejzaży. Jeden akapit skleja ze sobą kolejny, jak na bursztynowych plastrach miodu stających się pomostem łączącym wielość odniesień, literackich powiązań i muzycznych fraz. Można je wszak rozdzielić, a smak słów, nic nie tracąc na wcześniejszej wyrazistości, nabierze nowego wyrazu wypełniając każdą najdrobniejszą szczelinę w linijce, stając się archipelagiem wysp przywoływanych siłą wspomnień.
Staram się zatrzymać na dłużej płynność przewijających się obrazów i wydarzeń. Podróży całkiem odległych, od przykurzonych minionym czasem lwowskich zaułków, przez nowoczesne amerykańskie miasteczko uniwersyteckie, skąpane w deszczu wąskie uliczki Paryża, po te znacznie bliższe geograficznie i bardziej oswojone - "obnażone" Gliwice i Kraków w szarej kotlinie, gdzie mgły się podnoszą, mgły opadają. Jak podnoszą się i opodają zasłony do czarno-białych retrospekcji, jak otwiera się i przymyka przesłona aparatu fotograficznego zatrzymująca ułamki chwil niemożliwych do powtórzenia, z jednej strony kontrolując strumień światła, z drugiej wpływając na głębię ostrości pochwyconego obrazu. Tak, jak pisarz kontroluje dawkowanie emocji i wpływa na ostrość naszego spostrzegania jego, wewnętrznego świata. Tego, będącego na wyciągnięcie dłoni, wyślizgującego się spod pospiesznych muśnięć palców, lub przeciwnie, całkiem niespiesznych, poruszających się rytmicznie po klawiaturze komputera w takt mozartowskiej melancholii.
Tak, utkwiona w stanie literackiego zachwytu, popodam w kolejny znajdując fragment odmalowujący intrygujący portret malarza, który wkradł się do mnie z kocią zwinnością i gracją,  wraz z przywłaszczeniem sobie cząstki mojego świata przez Konstantego Jeleńskiego:
 … cóż to za radość czytać zapiski Czapskiego, znakomitego obserwatora, artysty i człowieka o wielkiej inteligencji i absolutnej prawdomówności, kruchego jak wszyscy ludzie, ale niewstydzącego się swej kruchości. (...) W dzienniku był surowy wobec samego siebie, obnażał się, nie korzystał z przywileju  a r y s t o k r a t y c z n o ś c i, ani z przywileju  w y b i t n e g o   e m i g r a n t a.  Pośród paryskich wysiedlonych uderzał czymś, co trzeba nazwać absolutną prostotą.
Więc niech mi wolno będzie powtórzyć za panem Adamem, cóż to za radość czytać zapiski Czapskiego, od kiedy dotarła do mnie, kilka dni temu, przesyłka z redakcji „Zeszytów Literackich”. W dodatku z dołączonym prezentem w postaci 115 numeru kwartalnika, a w nim tekstami przedstawiającymi sylwetkę Józefa Czapskiego. Serce w przyspieszonym tempie wybija odę do radości, uśmiech podnosi kąciki ust jak ręce marionetek pociąganych za sznurki, bo prawie marionetką jestem całkowicie poddając się porażającej sile „kruchości” Józefa Czapskiego. 
Trzymam w dłoniach "Wyrwane strony" zszyte w ponad dwustu-stronicowym tomie. Z książki wypada zakładka, na niej postać starszego mężczyzny, w płaszczu z postawionym wysoko kołnierzem, w berecie… jakże łatwe, możne nawet nazbyt łatwe, przychodzi skojarzenie z Postacią, którą trzymam pod powiekami, przemierzającą wąskie uliczki starego Żoliborza. Na zakładce nie spostrzegam tylko twarzy malarza, stoi tyłem, jakby ważne było to, co zostawia poza sobą. Tak, jak cennym jest to, co pozostawił nam, czytelnikom i odbiorcom jego sztuki – swój talent, przemyślenia, zapis własnego odczytywania świata, przejmujące szkice otaczającej go rzeczywistości i utkwionej w nim przenikliwej wrażliwości.
Może siadywał, w takie burzowe dni, by poskromić przeszywające go skrajne emocje, wszelką zmienność natury, notując swoje refleksje skrupulatnie w licznych kajetach, dobierając słowa do swoich myśli, tak, jak dobiera się farby do własnej wizji obrazu, by mogły spocząć spokojnie na chłonnej bieli kartek. Wtopić się w nie, jak farba wtapia się w płótno nasączając je ostrością barw, wyrazistością wymowy, wgryzając się w jego miękko poddającą się fakturę, kształtując formę kolorem, przenikając granicę między rzeczywistością i artystyczną wizją. Dochodząc do skończoności, artystycznego fini, zamknięcia obrazu w oprawionym kawałku przestrzeni, na wyrwanej kartce z życiorysu.
I tylko przymuszona przerywam czytanie „Wyrwanych stron”, wyrywając się do spraw codziennych,  albo całkiem bez przymusu wiedziona koniecznością pojechania na kolejny wykład, ale że w temacie malarstwa pozostawałam, poniekąd sama się przed sobą rozgrzeszam z zaniedbania czytelniczego. A przecież dzisiaj temat fascynujący, frapujący portret jakby nie do końca dorysowany, bez wyraźnych konturów, rozmyty, zamglowy, tak jak jej obrazy. Olga Boznańska, malarka, w której pracowni wisiał krajobraz Henri Martin'a, tegoż samego autora, który przemyka między linijkami opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza "Serenite".
Olga Boznańska obdarzona niezwykłą intuicją, potrafiąca wydobyć charakter portretowanej postaci, jakby bezwiednie, wiedziona własną wrażliwością i dozą spostrzegawczości, wyczulenia na to, co zdawać się może dla oczu zwyczajnych, niewidzialnym. Jakby wyjmowała portretowaną postać z ograniczeń jej własnego ciała, ukazując tę, zdawałoby się niedostrzegalną, metafiznyczną sferę duchowości. Może to ona, ta wewnętrzna, niematerialna aura, sprawiała, że obrazy Boznańskiej jakby za woalem pozostawały, wtapiając się w tło, zanurzając się w delikatną kompozycję kolorów, harmonijnie przenikających siebie nawzajem. Obrazów często niepokojących, niedosłowych, pochwyconych jakby w ułamku sekundy, choć wypracowanych tygodniami, wszak bez zbędnego przerwysowania, pozbawione kolejnego, już zbytecznego pociągnięcia pędzlem. Cały sekret obrazu, że w pewnej chwili musi "pod karą śmierci" dotrzeć do własnej logiki i wtedy zmienia się stosunek do płótna, do tego co jest  p r a w d ą  płótna.
To, co przed chwilą było niedopuszczalne ( "przecież tak  n i e   b y ł o  w naturze czy w notatce"), staje się właśnie nie tylko konieczne, ale jedynie prawdziwe!
Czasami ten moment, nieznaczny ułamek sekundy, przychodzi późno, czasami jest od pierwszej chwili lub nie przychodzi wcale i wtedy obraz wprost się nie urodził. Jak często niszczy go naturalizm, który się wkrada bocznymi drzwiami i zabija wizję po cichutku, tenże naturalizm, który nas przed chwilą wizją obdarzył (...) Delacroix mówił, że najtrudniej jest wiedzieć, k i e d y  obraz przerwać - notował Józef Czapski.

Spoglądam na jego obraz „Autoportret w lustrach”. Czymże jest autoportret malarza? Próbą zobaczenia siebie samego we własnych oczach, przyjrzenia się sobie samem czy może próbą pokazania siebie innym, prawdziwym czy upozowanym? Wojciech Karpiński w "Fajce van Gogha" pisze o autoportretach Vincenta: "Chciał za zewnątrz - w obrazach - przedstawić swoje wnętrze, ująć istotę swojej osoby, upewnić się przez dzieła o własnym istnieniu, które czuł, wymyka się mu (...) Van Gogh pochyla się nad sobą, próbuje odcyfrować tajemnicę swojego losu, przygląda się sobie z uwagę, szkicuje autoportret, kolejne wersje autoportretu, zarazem obawia się zaglądać w zwierciadło ze zbytnią natarczywością (...)".
Kogo Józef Czapski chciał pokazać lub kogo zobaczyć w lustrach, komu się tak naprawdę przygląda, może nam podglądającym go z oddali? Sięgam ponownie po słowa Wojciecha Karpińskiego, tym razem skreślone w "Portrecie Czapskiego", który wskazuje:
"Pozostawił po sobie błysk rozświetlającego widzenia, melodię zdania, umiejętność twórczego łączenia wielu zjawisk, umiejętność uczenia się od innych i pozostawania sobą - w ciągłych przemianach. Jego obrazy, jego teksty, rozrzucone po świecie, ślady jego osobowości stanowią przede wszystkim szkołę widzenia. To jest skarb, który może objawić się każdemu, kto patrzy na jego obrazy lub pochyla się nad jego książką (...)".
Przyglądam się chcąc zobaczyć w nim prawdę, przemiany, kruchość będącą siłą, poszukać tego, co kryje się pod warstwą intensywnych barw, po drugiej stronie lustra, w cienkich pociągnięciach szkiców, załamaniach linii, tego co schowane pod grubszym obrysowaniem kreski. Wracam do jego dzienników.Dla mnie te dzienniki (już od wojny blisko sto grubych kajetów) były i są studnią materiałów, które kiedyś zamierzałem wyzyskać szerzej. W miarę lat ilość zapisanych stron przerażająco rośnie! Już nie umiem żyć bez zapisywania rzeczy dla mnie, i może tylko dla mnie, interesujących. Co znaczy ta pasja pisania? Grafomani piszą także z pasją. Może to ucieczka przez pisaniem odpowiedzialnym, zbudowanym, osaczonym przez wybór świadomy i dla innych czytelnym?Ot, i tak się chyba zbyt zamaszyście rozpisałam i zaczyna rozbrzmiewać dokuczliwa kakofonia, więc uciekam, przed własną grafomanią coraz bardziej mnie samą paraliżującą, choć przecież nie pozbawioną szczerej pasji. Uciekam, między wyrwane strony z  dzienników, by odradzać się na nowo z każdym kolejnym literackim zachwytem, by wciąż budzić się ze stanu, przez Józefa Czapskiego nazwanego, nieoddychalnością życia z nadzieją na "odkorkowanie" na inny wymiar mojego własnego życia.
fragmenty:
> wiersza Adama Zagajewskiego
Widok Krakowa
z tomiku "Jechać do Lwowa"
, wyd. ZL
 > książki Lekka Przesada, wyd. a5
 > dzienników Józefa Czapskiego Wyrwane strony, wyd. ZL
> książek Wojciecha Karpińskiego Fajka van Gogha oraz Portret Czapskiego, wyd. ZL

Skazani na własny dom


Jechałam w kierunku Brwinowa w niedzielne popołudnie. Wycieraczki swoimi długimi rękawami ocierały łzy spływające po szybie samochodu. Snuł się za mną smutny obraz przemoczonych ulic.
Turczynek. Jestem już blisko. Gdzieś w oddali, poprzez drzewa, rysowała się sylwetka dawnego szpitala spoglądającego dzisiaj smętnie dużymi oknami zwieńczonymi okratowanymi sklepieniami. Jakby to było na wpół więzienie, z uwięzionymi w tych murach duszach przeszłości. Odpadający tynk wygląda jak płaty starej, pomarszczonej skóry na ciele schorowanego nieszczęśnika.
„To czym jest szpital w Turczynku – i ten nieszczęśnik na tym tle, to jest przerażające” – notował na kartkach swojego diariusza Jarosław Iwaszkiewicz. Po ponad pięćdziesięciu latach budynek jest widokiem przerażającego osamotnienia. Zdawać by się mogło, że w wieczornej mgle, między ramami gołych okien tli się czasami zarys samotnej, wychudzonej sylewetki Iwaszkiewiczowskiego „nieszczęśnika” - Jurka Błeszyńskiego. Patrzącego niewidzącymi oczyma zza mgły czasu, zza mgły śmierci. Jakby już bez twarzy. Rozmytego. Nieistniejącego poza spisanymi wspomnieniami pisarza.
Deszcz przybierał na sile odgradzając Turczynek zasłoną łzawego zapomnienia. Odchodził w dal, jak odszedł Jurek Błeszyński.
Była ciepła majowa noc. Na Stawisku było ciemno i pięknie. Leciałem pospiesznie, potykając się o las. Potem przez łąki prosto do Brwinowa. Nic nie czułem, nic nie myślałem. Wchodząc na podwórze domu Szymka, zobaczyłem światła samochodu jadącego w tym samym kierunku.Zatrzymałam się na podjeździe domu na Stawisku. Wchodzę bocznym wejściem (a mnie się wciąż marzy, że kiedyś otworzą się frontowe drzwi na ganku). Drewniane schody prowadzą łagodnym łukiem na pierwsze piętro. Uchylam białe drzwi. W kuchni wita mnie, rozpromieniający deszczową niedzielę, uśmiech pani Zosi. Uściski i imieninowe życzenia. Na herbatę umawiamy się po spotkaniu z Jackiem Dehnelem, bo mnie ciągnie na wystawę prac Anny Podlewskiej-Polit, nim inni goście zdecydują się wejść na górę. Idę schodami na poddasze, by stanąc w otwartych drzwiach. Światła pogaszone, jedynie we wnęce pokoju stoją dwa fotele obite ciemnoczerwonym, miękkim suknem a między nimi niewielki stolik z palącą się dyskretnie lampką. Podeszłam bliżej. Na gładkim blacie ujrzałam białą kartkę: Jarosław Iwaszkiewicz „Twarze”. Jedna. Jakby czekała na mnie. Kartka, twarz o przejmujących oczach patrzących na starzejący się świat zza okularów w ciemnej oprawce. Prawie czuję głęboki oddech życia za moim plecami. Uśmiecham się do siebie nieodwracając, by nie spłoszyć wybryków własnej wyobraźni.
W jednym fotelu śpi czarny kot pani Zosi, w drugim przysiadam ja. Ze ścian spoglądają na mnie rozmydlone, nieznane twarze. Niewyraźne, pozbawione rysów, niewidzące, a jednak jakże donośnie przemawiające bezgłosem. Magia tej chwili i tego miejsca wyrywają mnie z realnej rzeczywistości. W tym momencie nie istniało nic innego, przez tych kilka minut samotności na poddaszu domu na Stawisku, były ze mną jedynie mruczący kot i milczące twarze na obrazach.
Kiedy zamyka się oczy - zwłaszcza przed snem - stają wtedy widoczne przed nami twarze, twarze, ludzkie twarze, które prześlizgnęły się przed nami nawet momentalnie w długim filmie naszego życia.
Tak bardzo pragnęłam, aby ta jedna twarz nagle pojawiła się obok mnie. Pojawia się jedynie pracownica muzeum, by pokrzątać się chwilę i zniknąć. Spojrzałam na akwarele autorstwa Anny Podlewskiej-Polit,
które „nawiązują przy tym dialog z wizerunkiem twarzy autorstwa francuskiej artystki Leonor Fini” (towarzyszki życia Konstantego Jeleńskiego). Próbuję przypomnieć sobie krótki film o Leonor, który ukazuje artystkę malującą sylwetki kobiet i twarze bez imion, całkiem rozmyte na wielkich, białych kartonach. Pozbawione barw zdają się być drugą stroną twarzy, czarno-białym negatywem, wewnętrzym uzupełnieniem tego co oczom ukazuje się jako barwniejszy portret. A skoro uzupełnieniem, wypełnieniem kolorów, to może stanowiąc dużo istotniejszą warstwę, bo tę zwróconą od wewnątrz, stanowiąc istotę tętniącego „ja”, delikatną podszewkę kryjącą się pod grubą warstwą skóry.
Powoli muszę opuścić ten cichy zakątek domu. Za moment spotkanie z pisarzem młodego pokolenia, ale jakby osadzonym w atmosferze i wdzięku minionej epoki, z jego manierami, wykwintnością słów i nietuzinkowym stylem. Spotkanie ma być poświęcone jego najnowszej książce opowiadającej losy Fracisco i Javiera Goya, splecionych w okrutnym pierścieniu „Satruna” i duszących, wzajemnych więzach niemożliwych do rozplątania.
Czekając na przybycie autora spoglądam na kartkę z esejem Jarosława Iwaszkiewicza:
Chyba to jest najważniejsze w każdej twarzy ludzkiej, że jest ona jak dom, w którym mieszka niedostępne życie. Możemy je przeczuwać, możemy nasłuchiwać, jak gra ono niby muzyka w domu weselnym, niby szmer pszczół w ulu. Ale wiemy, że nigdy nie będzie naszym udziałem wejście do tego domu. Że na wieki jesteśmy skazani na własny dom i na własną twarz, która tylko dla nas jest zrozumiała. (...) Bo w gruncie rzeczy twarz ludzka jest jedynym przedmiotem godnym prawdziwej sztuki. Jest symbolem ludzkiego cierpienia, ludzkiej radości, ludzkiego życia i ludzkich dążeń.Tymczasem Jacek Dehnel zaczyna fascynująco opowiadać o całkiem szpetnych twarzach bohaterów swojej książki, o trudach pracy nad przekładem i tłumaczeniem obcojęzycznej prozy i poezji, o miejscu malarstwa w jego życiu, wszak: Wielka sztuka jest tym, co godzi nas z życiem. Wielka sztuka gry ludzkim obliczem, olśniewaniem prawdą wewnętrzną i pięknem zewnętrznym.
Pełna olśnień, z podpisem pisarza w książce i magią chwili w sercu, wychodzę do ogrodu. Czas wrócić do swojego domu. Spojrzeć na własną twarz. Myśli biegną jednak jeszcze na poddasze. Może, późnym wieczorem, kiedy już wszyscy goście opuszczą Stawisko, Jarosław Iwaszkiewicz zasiądzie w jednym ze swoich foteli, a na białej kartce, którą zostawi przy lampce na stoliku, zapisze:
Noc. Siedzę przy kieliszku. Już mnie prawie nie ma,
Lecz jeszcze czuję bicie podskórne zegara,
Który znaczy ziarnkami krwi bieżące fale.
Zgrzyta z wolna sprężyna, rdza pierwsza osiada,
I myślę o młodości, która z wolna mija,
Która może minęła już, choć o tym nie wiem.
I resztki świadomości chcąc z siebie wydobyć,
Patrzę na szyby okien bielmem powleczone…
Oddałem życie moje tym, co za mnie żyją,
Wiem, oni mnie dopełniają, oni mnie pomnożą.
fragmenty:
II tomu "Dzienników 1956-1963"
wiersza Późny wieczór
z tomu "Urania i inne wiersze"
oraz eseju Twarze
(nawiązującego do twórczości Leonor Fini)Jarosława Iwaszkiewicza

SMAŻONE ZIELONE POMIDORY


Tydzień minął niepostrzeżenie szybko. Przefrunął, zatrzepotała liśćmi, uśmiechnął promieniami słońca. Każdy dzień budził się jak zawsze o piątej trzydzieści, by zasnąć koło północy. I znowu na zegarku rano ta sama godzina i noc w takich samych barwach ciemności. Jak było odróżnić jeden dzień od drugiego. Mijały. Drzwi w pracy otwierały się o ósmej trzydzieści, podpisanie listy i lista zadań. Przerwa na kawę, zebranie, bladość beznamiętnych papierów, niełatwe rozmowy. Szesnasta trzydzieści zamykała drzwi, a ja wychodziłam na spotkanie ze wciąż widnym światem zewnętrznym. A jednak dni są coraz dłuższe, chociaż mnie wciąż zdawało się, że to przecież ten sam dzień. Szpilki zmieniałam na buty na płaskim obcasie, zrzucałam ograniczającą swobodę ruchów marynarkę. Praca, zawód zostawały za mną, nie licząc telefonu służbowego, który nie zna granic godzin pracy, bo pracuje bez jakichkolwiek ograniczeń.
Zawód, praca, czasami wybrane świadomie, czasami dane z przypadku, wykonywane z pasją bądź z pasji przyzwyczajenia. I choć sama pracą wciąż żyję, pochłania większość mojego czasu, kosztuje czasem dużo nerwów, obarczając odpowiedzialnością, którą dźwigam przygarbiając się pod jej ciężarem coraz bardziej, to przecież wychodząc z niej, wychodzę naprawdę, nie tylko fizycznie, ale nade wszystko duchowo. Zostawiam za sobą, by wrócić do siebie.
Tymczasem wczoraj patrzyłam na zawód, który jakby nim nie był, bo wczoraj zobaczyłam aktorstwo, które jest w pełnym tego słowa znaczeniu powołaniem i pasją, drugą skórą. Nie tylko rzemiosłem, na pewno nie podpisem na liście obecności w teatrze, etatem, zakładaniem masek, nie tylko świetnym warsztatem. Jest życiem, jest kobietą, jest Elżbietą Czerwińską.
W sobotnie popołudnie w ramach 9. Ogólnopolskiego Przeglądu Monodramu Współczesnego dla zgromadzonych widzów zagrała właśnie Ona. Chociaż 'zagrała' to nie jest słowo właściwie dobrane, po prostu wyszła na scenę. Wkroczyła w czerwonych, wysokich szpilkach, by przykuć naszą uwagę, by przyszpilić tych, którzy zapomnieli czym jest prawda o aktorstwie. By, nas widzów, zahipnotyzować, zelektryzować swoją charyzmą. W idealnie skrojonym garniturze stanęła jednak naga, objawiając całą prawdę o sobie, Elżbiecie Czerwińskiej-aktorce, Elżbiecie Czerwińskiej-kobiecie. Nie zakładała masek, nie stawała się, na potrzebę chwili, dwiema bohaterkami z historii napisanej przez Fannie Flagg w „Smażonych zielonych pomidorach”. Była każdą z nich po trosze. Pełnokrwistą Evelyn Couch, która w końcu pokazuje światu na jak wiele jeszcze ją stać, że wciąż może być atrakcyjna, pełna energii, radości życia dojrzałą kobietą, a za moment zmienionym głosem, z drżącymi dłońmi namalować portret starszej pani Threadgoode. I nie musiała zmieniać stroju, przywdziewać charakteryzacji, nakładać zmarszczek, ona sama je tworzyła na naszych oczach. Przekraczała granice wieku, doświadczeń, granice postaci tylko i wyłącznie samą sobą, każdym nerwem, tkanką, spojrzeniem, nakreślonym gestem, modulacją głosu. Wzruszała, rozśmieszała do łez, bawiła, tańczyła afrykański taniec radości życia, dla mnie, radości bycia na scenie, życia na scenie, odnajdywania siebie i potwierdzania, że warto było wrócić na scenę po latach z nią rozłąki, dla takich chwil, dla takiego monodramu wyreżyserowanego dla niej przez Remigiusza Grzelę. Tego, który jak nikt inny odczytuje pragnienia duszy, tego co skryte, który z takim wyczuciem "ulepił" postacie dla Elżbiety Czerwińskiej, tak by mogła pokazać samą siebie, włożyć w każdą z nich cząstkę własnej historii, własnego życia, własnych przeżyć i doświadczeń, prawdy o sobie.
Dzisiaj niedziela (spędzona na Iwaszkiewiczowskim Stawisku i spotkaniu z nietuzinkowym Jackiem Dehnelem, ale o tym przy innej okazji), zatem jak to niedziela, dla mnie będąca ostatnim dniem przed nowym tygodniem pracy. Powrót do szpilek, marynarek, odgrywania swojej roli, ale przecież nie siebie. Bo prawdę o sobie na ponad osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu, chowam pod płaszczem obowiązków, wymagań stawianych przez zawód, stanowisko. Mój podpis na liście obecności nie jest podpisem pod samą sobą, podczas gdy Elżbieta Czerwińska pod stworzonymi, w monodramie "Smażone zielone pomidory", postaciami podpisała się swoją pracą, łzami, pasją, wrażliwością, oddaniem i talenem. Całą sobą.
I parafrazując fragmencik z książki Fannie Flagg "Smażone zielone pomidory" mogę szepnąć sama do siebie: Może i siedzę tu, w domu spokojnej dojrzałości, ale myślami jestem w Starej Prochowni, przed monodramem "Smażone zielone pomidory".

Wyobraźnia góruje nad wszystkim innym


Wbiegam na teren uniwersyteckiego campusu jak dzikie zwierzątko, dopiero co przebudzone po zimie, wygłodniałe, wzrokiem drapieżnika szukając kształtów budynku Instytutu Archeologii. Oj, nie wykopaliska były mi teraz w głowie. Wystarczy że sama, czasami, się takim czuję.
Pierwsze piętro, sala zastawiona rzędami ławek. Siadam w jednej z nich, blisko okna, próbując nie dać poznać po sobie kłębiącego się we mnie głodu. Już dawno nie czułam tak przemożnej chęci nasycenia swojego pragnienia, zaspokojenia niepokojącej żądzy wiedzy. Przyciemnione okna nieco łagodzą ostrość spostrzegania swojej ułomności.
Długopis zaczyna szybko poruszać się po kartkach papieru, próbując nadążyć z zapisywaniem przywoływanych nazwisk, jakby gonił „ofiary”, by je pochwycić nim umkną nazbyt poszpiesznie. Zgrabnie stawiane litery tworzą kompozycję rycin przedstawiających cechy charakterystyczne dla malarstwa epoki romantyzmu, zmieniające się tendencji i mody w sztuce, umiejscawiają daty na kalendarzu historii i tytuły obrazów w rogach płócien. Siadam wygodniej. Prawie czuję zapach kropel krwistoczerwonej, lepkiej i gęstej farby, próbuję domyślić się sposobu dobierania barwników, podpatruję jak operowanie światłem i cieniem nadaje obrazom nastrojowości. Czuję się coraz spokojniejsza, zaczynam nasycać swój głód chłonąc każde zdanie wykładu i śledząc kolejno wyświetlany slajd.
Jakiż bowiem jest ostateczny cel każdego rodzaju sztuki, jeśli nie oddziaływanie? Czy zadanie artysty polegałoby jedynie na układzie materiałów, każdy zaś widz miałby w dziele artysty szukać delektacji na swój sposób? Czy niezależnie od zainteresowania, jakie budzi prosty i jasny rozwój kompozycji, wdzięk umiejętnie zbudowanych sytuacji, znaczenie moralne nie kryje się nawet w bajce? Któż ukaże je lepiej niż ten, kto zawczasu ułoży wszystkie części kompozycji tak, że widz czy czytelnik, sam nie wiedząc o tym, jest urzeczony i oczarowany? Drogi Pani Delacroix,
Doprawdy świadomość oczarowania i urzeczenia sztuką malarską pięknie wkomponowały się w moje dzisiejsze popołudnie. Zapewniam szczerze, że w każdym dziele szukam tej delektacji jedynie na swój własny sposób, by poddać się, z grzeszną rozkoszą, oddziaływaniu sztuki na moją wygłodniałą duszę. Ach, jak pięknie za oknem szumią kwitnące kasztanowce. Gdyby Pan to mógł zobaczyć.
Tymczasem sama spoglądam na obraz Piotra Michałowskiego „Żydzi” i trudno samej mi w to uwierzyć, ale wchodzę właśnie po schodach Galerii Zachęta. Nawet nie jestem w stanie osadzić w czasie wystawy „Żydzi Polscy”, na którą zabrali mnie rodzice całe lata temu. Za to doskonale przywołuję z pamięci album z reprodukcjami obrazów prezentowanych na wystawie. Potem długie wieczory i bezgwiezdne noce, kiedy z ołówkiem w ręku próbowałam szkicować portrety, skupiając się na oczach, na ich wymowie, wyrazie spojrzenia, kształcie tęczówki, półkolu zarysowanych brwi, osadzeniu rzęs między cienkimi fałdami powiek. I wizja tego co chciałam przenieś na papier nie pomagała, bo ręka jak z kawałka drewna. Te dziesiątki zmarnowanych ołówków, startych w wiórki gumek, podartych z bezradności kartek. Gdyby tak zebrać wszystkie, wtedy kupowane, bloki rysunkowe można by wybudować pokaźne blokowisko mojego beztalencia. Lepiej tego nie wspominać.
Wracam do sali wykładowej. Powoli mija trzecia godzina prelekcji, nasycenie powoduje lekkie rozleniwienie. Na chwilę więc przysiadam, jak Amelie Cogniet, w malarskiej pracowni jej brata, Leona, by nabrać dystansu do oglądanych obrazów, których reprodukcje zapisują się w mojej głowie, kładąc całymi zwojami na zdartych płytkach pamięci. Żeby tylko wszystko, dzisiaj usłyszane, udało się później odtworzyć, nazwać, umiejscowić na mapie własnej wrażliwości, tylko czy posiadam takie pokłady wyobraźni?
Wyobraźnia. Jest pierwszą zaletą artysty. Niemniej konieczna dla miłośnika malarstwa. Nie pojmuję, jak człowiek pozbawiony wyobraźni może kupować obrazy: próżność jego jest w proporcji do braku wyobraźni. Otóż, jakkolwiek może się to wydać dziwne większości ludzi jej brak. Nie tyko wyobraźni płomiennej czy przenikliwej, która żywo przedstawiałaby im przedmioty i objaśniała sens, ale nawet jasnego rozumienia dzieła, gdzie wyobraźnia góruje nad wszystkim innym.
Wyobraźni, płomiennej i przenikliwej, proszę przyjdź.
fragmenty z Dzienników Eugene'a Delacroixtłum. J. Guze i J. Hartwig
Wrocław-Warszawa-Kraków, 1968


Morze samotności


20 lutego 1959
Znowu ten okropny dzień: urodzin. Po mojej koszmarnej wizycie w Bydgoszczy czuję się jak zbity pies. Wszystko razem przerażające – jak to pisałem przed rokiem. I nie wiem, co jest gorsze, czy zeszłoroczna samotność, czy tegoroczna „uroczystość”, gdzie mi się nic nie chce, tylko płakać.
A ja stoję z rozłożonymi dłońmi, jak kwiatami lotosu, by uchwycić każdą z tych łez, jak drogocenną perłę i sama nie wiem skąd się bierze to romantyczne odczuwanie rzeczywistości. W tej głupiej polskiej krwi tyle tego fermentu pasożytuje na zdrowym rozsądku, objadając go, niby liszki liście kapusty.
Przykładam dłonie do spierzchniętych od mrozu ust, by poczuć smak łez słonych, drobnych kryształków zrodzonych z samotności, bólu i tęsknoty, wrażliwości i przejmującego uczucia braku ukochania. A przecież ja tak bardzo ukochałam i zdaje się, że każda z tych łez przemienia się w słowo, zdanie, w myśl ulotną, która znalazła swoje miejsce na kartkach papieru. Szepczę zamieniając potok łez w kolejne wersy czytanych wierszy, opowiadań, młodzieńczych szkiców i dzienników dojrzałego literata. I szept ten już zdaje się być szumem drzew w brzezinie, a może przeźroczami wspomnień Wiktora i szelestem sukien panien z jego przeszłości, delikatnym niewypowiedzeniem namiętności wśród ciemności straconej nocy, gorzkim pocałunkiem kochanków nie z Werony, słodkim smakiem poziomki lub cieniem wędrującym pomiędzy murami siedmiu bogatych miast, gdzie:
Gwiazdy przeciągle sygnalizują dalekość wszystkiego. I wszystko powoli odpływa w mglistą szarość przepełnionych stężałą mgłą arkad; mnożą się one w nieskończoność, ujęte w zwieszające się palce winorośli, bluszczów - roślin, które mogła oplatać teraźniejszość, kochając wieczność... jak niebieski zawrót głowy, jak mgła to wszystko połyska zapachem oczu nieznanych, czyhających w głębi.I ja Jego oczu wypatruję, w mglistej szarości dzisiejszego wieczoru, szukając odbicia Jego źrenic w żadnym kolejnym zapisie na kartkach diariuszy, by dotykając palcami kolejnej kartki, ponownie czytanych dzienników, w urodzinowym prezencie, dać subtelny znak mojego ukochania, wytrzeć kolejno spadającą łzę płochej nadziei.
 
Nie ukołysał mnie, kto mnie ukochać mógł. A jednak wonna
niega żółtego łubinu przywodzi mi ze sobą zabawną tkliwość lat dziecinnych.
Nawet i tu, nad morzem.
Powiedziano mi: już nie zdołano mnie pokochać. A jednak płocha nadzieja.
To nawet nie jest smutne.
Powędruję przez owo morze samotności, a pazie błękitnoocy i pazinie poniosą mój długi, ciężki tren z żółtego aksamitu, pachanący łubinem.
fragment z II tomu Dzienników 1956-1963;fragment z Siedmiu Bogatych Miast;oraz Łubin z Prozy Poetyckiej
Jarosława Iwaszkiewicza

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...