piątek, 23 października 2015

Linearność myśli

Żeby namalować właściwy portret, należy następstwa obrócić w równoczesność, porzucić wielość dla jedności, sprowadzić zjawiska zmienne do ich esencji. Otóż jest we mnie dziesięciu ludzi - zależnie od czasu, miejsca, otoczenia, okazji; wymykam się z mojej ruchomej zmienności. Toteż wskazanie na cokolwiek w przeszłości mojej, w dzienniku czy we mnie samym, nie przyda się na nic komuś, komu brak intuicji poetyckiej i kto z elementów, które mu zawierzam, a także wbrew nim, nie skomponuje mnie w całość na nowo.

Na lniany sznurek próbuję nawlec myśli. Zsuwają się tracąc swój kształt jak niemodna sukienka. Nagość ramion obnaża niestałość formy. Zbyt grube sploty, może pętelki słów zbyt wąskie. Linearność nieuchwyconej narracji zawiesza się między głuchymi pasażami szorstkich linii próbując opleść kontury niewypowiedzenia. Zatarty obrys palców niezgrabnie próbuje pochwycić znaczenie wyślizgującej się zbyt szybko materii istnienia. 
Fastryguję postrzępione kawałki niewypowiedzenia. Zszywam nieudolność poszarpanymi włóczkami z drewnianych szpulek uderzających o kolekcję metalowych naparstników brzmiących niczym wybrzmiałe koncerty na płowiejących, starych afiszach. Zza ściany dochodzi monotonny dźwięk maszyny do szycia. Brzmi płynnie i wartko łącząc odmienne kształty w spójną, jednolitą kompozycję. Formę wyobraźni i pragnień.

Przeczytałem ten zeszyty i uciekło mi przedpołudnie. Uznałem zresztą te stronice za monotonne. Tym gorzej; nie są do czytania, ale po to, by mnie uspokoić i przywrócić mi pamięć (...). To mój notatnik podróży; jeśli niektóre ustępy mogą być pożyteczne dla innych i jeśli je czasem podawałem do wiadomości, publicznej nawet, tysiąc stronic może przydać się tylko mnie i tym po mnie, których interesuje droga duszy nieznanej, dalekiej od zgiełku i sławy. Te kartki będą monotonne, kiedy monotonne będzie moje życie, a też powtarzać się będą razem z uczuciami; ale zawsze to prawda; prawda jest ich jedyną muzą, jedynym pretekstem, jedynym obowiązkiem.  

Zbieram soczyście barwne liście z ziemi schłodzonej gęstością mgieł będących "stanem duszy podmiotu w rozsypce". Drobinek wilgoci zatrzymanych w leniwym oddechu porannego powietrza zmuszającego do rozmyślań nad sobą w aurze poetyckiego zadumania. Chwilowego skupienia w przeźroczystości. 
Z wiklinowych koszy wysypuje się nadmiar jesiennych kolorów niczym nadmiar odczuć i melancholii w niezmiennej kolejności przychodzenia pór roku. Nienaruszalnej jak linearność przemijalności bytu wyłaniającej się spomiędzy kartek dziennika Amiela. W swoistej alchemii wrażeń, wielości istnień, sfer egzystencji, działań ludzkiej świadomości i szukania własnego "ja" w rozważaniach o przemianach umysłu. Intymnym diariuszu nie będącym obnażeniem ciała, ale filozoficznym wyjawieniem duszy. Autoanalizy spoglądającej w głąb krypty samotności, odmierzaniem śmierci w kroplach spływającego dnia i mierzeniu z nieuchronnością zmierzchu. Cierpieniu. Praktyce kolejnych wyrzeczeń i paraliżującym przekonaniu o własnej niedoskonałości.
Kartki dziennika odklejają się, wymykają introligatorskim fastrygom i precyzyjności złączeń. Podobne motylim ruchom opadają tworząc kobierzec chwilowego zachwytu. "Minutę doskonałej piękności" zatrzymującej istnienie, utrwalenie siebie i swojej egzystencji.

Wciąż jestem taki sam, istota błąkająca się bez konieczności, wygnaniec z własnej woli, człowiek nie znający odpoczynku, wieczny podróżnik, który gnany głosem wewnętrznym nie buduje, nie kupuje, nie uprawia żadnej ziemi, ale przechodzi, patrzy, zostaje chwilę i odchodzi.

Henri-Frédéric Amiel "Dziennik intymny"
wyd. Czytelnik, Warszawa 1997



4 komentarze: