środa, 26 października 2011

Von klippe zu klippe


Biegnę, biegnę, a dobiec tutaj nie mogę. Przepraszam, ale czas wypełniony pracą, obowiązkami, rozjazdami. Ostatnio Kraków, trzy dni we mgle o poranku, za to wieczorem przyprószony kurzem wzniecanym przez moje zabiegane stopy. Zmęczone, udręczone, z rozkoszą zrzucające z siebie coraz cięższe okrycie i warstwy przemierzonych kilometrów, startych trotuarów, śladów wąskich uliczek odciśniętych na podeszwie. Rozwiązując zbyt pospiesznie sznurowadła zamiast rozwiązania, pojawiały się nowe supełki, niby niewielkie, ale jak dokuczliwie nierozwiązywalne, zwłaszcza pod koniec męczącego dnia, kiedy wszystko stawało się "ponad siły".
W końcu jednak, kiedy wieże wawelskiej katedry zasypiały w blasku księżyca, ja próbowałam wyciszyć emocje całego dnia, poukładać myśli, a wtulając twarz w miękkie poduszki, obudzić się kolejnego poranka i usiadłszy na krawędzi nowego dnia przywołać słowa Józefa Czapskiego:
"Wczorajszy dzień - nowe doświadczenie:  t o   z m ę c z e n i e  wieczorem po dniu normalnej pracy, von Klippe zu Klippe - to opadanie ze stopnia na stopień. Przebudzenie znów z uczuciem, że jestem w ciemności."
Dzisiaj jednak życzę światłości, w dniu Święta Diwali, dniu zwycięstwa światła nad ciemnością, bo: "Jeżeli nie możesz, jeżeli nie dość chcesz być cały w wysiłku, nie zapominaj, że może masz inne siły, inną drogę i że wysiłek każdego dnia nikły, ale jakiś przecie możesz zrobić i możesz ratować siebie z tego dna."
fragmenty z "Wyrwanych stron" Józefa Czapskiego
wyd. Zeszyty Literackie, Warszawa 2010

czwartek, 20 października 2011

Świat biegnie mi przez głowę rzeczami


Ostatnie dni tak obfite, bezgranicznie wypełnione aż poza brzegi wszelkich ograniczeń wytyczanych przez wskazówki zegara, spływające gęstymi minutami, przepełnione aż bolesną intensywnością. Jesień taka dokuczliwa, wręcz raniąca, a ja nawet nie mam czasu opatrzeć ran, wylizać się z tych zadrapań, podrażnień. Nadwrażliwość.
Z nadzieją, każdego ranka, otwieram szeroko drzwi, aby zdołały się pomieścić wszystkie nieodzowne w moim życiu obowiązki, pochłaniająca coraz więcej czasu praca zawodowa, która korzystając z okazji przekracza próg domu. Jednocześnie starając się nie dopuścić do utraty tej odrobiny zachwytu, która ma pozostać jeszcze długo na podniebieniu i tworzyć słodką warstwę lukru na ustach.
Nowa kartka. Rozpoczęły się wykłady na Otwartym Uniwersytecie. Przyglądanie się kontrowersyjnym postaciom literatury XX wieku na uniwersyteckim poddaszu. Wielkie oczekiwania. Chwila wytchnienia od zabiegania w uroczym staromiejskim antykwariacie, gdzie kandelabry stoją na stosach książek "przyświecając" ścieżki do nowych tytułów skrywających się w wysokich regałach lub kusząco spoglądając z półek będących na wyciągnięcie ręki. Zabieram ze sobą "Utwory ostatnie" oraz "Petersburg" Jarosława Iwaszkiewicza, bo jak mogłabym Go zostawić wciśniętego bezdusznie między twarde okładki sąsiadujących książek. I jeszcze "Herzog" Saula Bellowa, bo jak nie ulec, czytając: Historia Mosesa Herzoga, człowieka, który lituje się nad sobą i kpi z siebie, głęboko współczuje światu, lecz boi się go i buntuje przeciw niemu, bezradny wobec własnych porażek z uporem szuka odpowiedzi na zasadnicze pytania - to swoista spowiedź dziecięcia wieku, spowiedź prawdziwie współczesna i głęboko przejmująca. 
Zamawiam "Mój wiek" Aleksandra Wata, lektura na kolejny wykład, by już za trzy dni ukradkiem spoglądać na jego syna, który pojawia się w Muzeum Literatury na spotkaniu z Wojciechem Karpińskim przy okazji otwarcia wystawy„Podwójny portret” poświęconej Konstantemu Jeleńskiemu i Leonor Fini. Wystawy wyjątkowej.
Wojciech Karpiński, uroczy, skromny oprowadza nas po wystawie przepełniając sale muzealne "Uśmiechem Kota". Niedawno czytałam "Fajkę van Gogha" i "Portret Józefa Czapskiego" jego autorstwa, a tu nagle on sam, we własnej osobie naznacza każdy zakątek wystawy obecnością Kota. Wychodzę odurzona nadmiarem zachwytu, z wyrywkami zdań widniejących na ścianach muzeum: "Inteligencja emanowała z niego jak perfumy". Konstanty, jego delikatność, wrażliwość i inteligencję zabieram jak flakonik najcenniejszych perfum.
Wieczorami nadrywam kolejny rąbek nocy. Tak mało czasu na uważne czytanie. Wyrywam strony, zdania. Zaznaczam karteczkami akapity, przekładam zakładkami rozdziały, by mi nie uciekły, by do nich wrócić, doczytać. W Zeszytach Literackich z 1988 roku zaznaczam:
"Nie uważam, bym wiedział o życiu więcej niż ktokolwiek w moim wieku, ale wydaje mi się, że książka jest dużo bardziej niezawodnym partnerem niż przyjaciel lub ukochana. Powieść lub wiersz to nie monolog, lecz rozmowa pisarza z czytelnikiem, rozmowa, powtarzam, wyjątkowo osobista, wykluczająca wszystkich pozostałych, jeśli kto woli - dialog mizantropów. I w chwili, gdy się toczy, pisarz zrównany jest z czytelnikiem, jak zresztą i na odwrót, niezależnie od tego czy chodzi o wielkiego pisarza, czy nie. To zrównanie jest zrównaniem świadomości i naznacza człowieka na całe życie, gdyż tkwiąc w jego pamięci, niejasno lub wyraźnie, wcześniej lub później, w porę lub nie, wpływa na jego zachowanie. Właśnie to mam na myśli, mówiąc o roli odtwórcy, tym bardziej naturalnej, że powieść albo wiersz to wytwór dwu samotności, pisarza i czytelnika." (fragment z przemówienia Noblowskiego Josifa Brodskiego).
Zasypiam ze swoim wytworem samotności.
Kolejna kartka pękająca od nadmiaru wydarzeń. Pękają też mury wiecznego miasta pamięci, kiedy czytam o Konstantym Jeleńskim: "W latach 1948-51 pracował w Rzymie w departamencie ekonomicznym FAO (Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Żywności i Rolnictwa)". Cofnięcie czasu. Na trasie budynku FAO w Rzymie stoi dziewczynka. Wstążki trzepoczą na jej długich warkoczach, a ona nie zdaje sobie sprawy, że dwadzieścia lat wcześniej w tym samym miejscu, być może stawał Konstanty Jeleński wypijając popołudniową kawę. Może przechadzał się tym samym korytarzem, co jej tata, siadał w podobnym fotelu i przeglądał taki sam stos dokumentów. Tak niewiele zostało z tej dziewczynki. Za to pojawił się w jej życiu Konstanty.
Kolejna zakładka. Oczekując na dzisiejszy wykład podczytuję, dopiero co zakupioną, "Księgę zakładek" Jacka Gutorowa: "Zależy mi na tym, aby każda lektura była jednorazowa i wyjątkowa,aby każdy tekst literacki przeżyć osobno i niejako na jego prawach, w jego języku bądź dialekcie. Marzy mi się, aby każdy akt czytelniczy był nieodwracalnie absolutny, tak jakby zawierał w sobie całe moje czytelnicze doświadczenie. Na tym polega - moim zdaniem - unikalność doświadczania literatury (...)".
Wykład o Marii Komornickiej. Unikalność jej osobowości.
Marzy mi się wrócić do Jacka Gutorowa. Słodkie spotkanie przy gorącej czekoladzie i jej smak na ustach. Zostawiam rozświetlone Krakowskie Przedmieście. Mimo późnej pory sznur samochodów na Puławskiej. Ze zmęczenia ulice zdają mi się zwężać, wijąc się jak kobry i spoglądając na mnie swoimi wielkimi oczami. Światła. Czerwone. Sięgam po książkę: 
Zapisać bieg myśli słów w biegnącym świecie. Którym biegnę, który mną biegnie.
Mówić, nie pisać. A jednak zapisać. Zdążyć.
Nie myślę słowami. Myślę obrazami. Świat myśli mi się biegnącymi zwierzętami roślinami ludźmi. Lepiej powiem: przeze mnie biegną. Świat biegnie mi przez głowę rzeczami...
"Księga zakładek" Jacek Gutorow
wyd. Biuro Literackie, Wrocław 2011


wtorek, 11 października 2011

Huśtawka


Zza ciemnej zasłony niedzielnego wieczoru spoglądały roziskrzone okna domu na Stawisku, w którym zapewne nie cichły jeszcze dźwięki po rozmowie Michała Nalewskiego z Robertem Papieskim i wciąż grały cicho mozartowskie nuty niedawnego koncertu w wykonaniu Kwartetu Camerata. Ja sama zgubiłam swój oddech, który osiadł ciężko na kartkach czytanego, przez Józefa Duriasza, listu Oli Watowej do Czesława Miłosza opisującego jej spotkanie z Jarosławem Iwaszkiewiczem, w Paryżu roku 1980. Listu bolesnego, gęstego, rozedrganego. Popękanego jak skóra na sfatygowanych życiem dłoniach. Dłoniach Jarosława, które w czułych oczach Oli Watowej wydawały się już jakby żyjące w oddzieleniu od pisarza, istniejące jakby poza nim samym.
A jakże pisarz może istnieć bez dłoni? Bez tej wrażliwej tkanki skupionej na wierzchołkach palców, pod którymi drży każdy najdelikatniejszy nerw wiodący od rdzenia twórczego bytu. Dłoni odbierających najmniejsze drgania tuszu spływającego wąskim gardłem pióra sunącego po gładkiej powierzchni papieru roniąc czarne krople samorodnego talentu. Dłoni wyczuwających rytmiczne wystukiwanie każdej sylaby na klawiaturze maszyny do pisania, jakby to samo serce biło.
Skuliłam się w sobie próbując schować emocje. Półmrok spowijający pokój okazał się zbawieniem dając schronienie i sprawiając, że mogłam stać się jedynie zarysem sylwetki pozbawionej detali, pozbawionej oczu. Ulgę przyniósł dopiero, w stawiskowym ogrodzie, rześki oddech październikowego wieczoru odciskający się na moich policzkach.
Do domu wracałam z towarzyszeniem niecierpliwości oczekiwania na ukazanie się "Podwójnego portretu", książki zbierającej korespondencję jaka przez długie lata łączyła niełatwe relacje Jarosława Iwaszkiewicza z Czesławem Miłoszem. Skupiając między okładkimi czas wielkich uniesień i zapadni we wzajemnych stosunkach między poetami. Swoistą huśtawkę uczuć. Zaś list Oli Watowej stanowi cząstką tej niezwykłej publikacji, opracowanej przez Roberta Papieskiego pod redakcją Barbary Toruńczyk, zawierającej także teksty jakie obaj pisarze poświęcili sobie nawzajem.
Samochód jechał niespiesznie za welonem mgły powoli otulającej, białą smugą, mazowiecką prowincją. Cichym echem powróciły do mnie słowa Barbary Toruńczyk, które w szczególny sposób zapadły w mojej pamięci: (...) każdy czytelnik ma takiego autora, na jakiego zasługuje, na jakiego go stać, na ile jest w stanie ulegać sile słowa literackiego.
Czy zasługuję na któregokolwiek z tych, którzy urzekli i uwiedli mój umysł? Wszak wciąż wydaję się samej sobie płaskim obrazem, na którym barwy przylgnęły jedynie do tej wierzchniej warstwy, nie przedostając się do wewnątrz. Bo, kiedy przyszłoby ten mój obraz rozkroić, to widocznym stałby się splot materiału nietkniętym farbą. Ot, pozostając zwykłym landszafcikiem, nie posiadający w sobie nic z prawdziwego malarstwa dotykającego istoty materii, sedna istnienia, żywej tkanki jestestwa.
Dlatego niewątpliwym nadużyciem, z mojej strony, byłoby stwierdzenie, że na któregokolwiek z moich wielkich Mistrzów słowa zasługuję, choć jakże łatwo ulegam sile ich słów, próbując pojąć wagę, ciężar myśli i przekazu, które pozostawili w swojej twórczości, które wyryli własnym życiem.
Wczoraj spojrzałam na dłonie mojego Taty, który przekroczył kolejny próg swojego życia. Na jego dłonie wciąż piękne, które próbuję ująć w swoich, by próbować uchronić go przed potknięciem się o zbyt wysoki, dla jego coraz słabyszych nóg, stopień do następnego dnia.
Wieczorem zaś, kiedy sama schowałam swoje nazbyt rozhuśtane emocje w domowej ciszy, myślami znowu wróciłam do osamotnionych, pod paryskim dachem, dłoni Jarosława Iwaszkiewcza. Przylegających do bieli prześcieradła, może w chwilach wielkiej bezradności bezsilnie ściskanego między palacami, jakby chciał uścisnąć w nich ten kawałek życia, który wciąż pozostawał w jego zasięgu. By zdążyć go jeszcze pochwycić, przytrzymać na dłużej, jak w dzieciństwie chwytamy się skrawka matczynej spódnicy, by z czasem pozwolić mu się wysunąć z dłoni.
Pozwolić sobie odejść.
Teraz nad jego głową, długa do nieba i mocna
lina huśtawki wisząca na starym dębie. Przez liście
prześwieca światło. Niebezpieczna, bezpieczna
jest podróż do góry - na dół.

Chłopiec nie wie, że teraz zawiązuje się życie.
Nie wie, że właśnie w tej chwili, między niebem
a niebem, brana jest miara na słowo szczęście.
I że to słowo będzie chciało powrócić - jego pogłos,
powidok, w tylu miastach, daremnych.

- fragment rozmowy z Barbarą Toruńczyk o Czesławie Miłoszu
"Zawsze miał część umysłu, która wypróbowywała jakąś truciznę"
- wiersz Huśtawka Natalii de Barbaro
115 Zeszyty Literackie, jesień 2011
oraz nawiązanie do rozmowy z Robertem Papieskim o książce "Podwójny portret"
która miała miejsce na Stawisku w ramach
XII Festiwalu Literacko-Muzyczne Konfrontajce "Miłosz-Iwaszkiewicz"


poniedziałek, 3 października 2011

Postać i listki mięty


Spojrzał na smukłe łodyżki mięty łagodnie przenikające przez warstwy koronkowej firanki wiszącej w kuchennym oknie. Zerwał parę listków i zanurzył je w szklance z herbatą. Jeden z nich roztarł między palcami, by poczuć jego intensywny zapach. Dawno żaden dzień nie był przesycony taką dosłownością doznania. Jego dni ostatnio przypominały ot, choćby te biszkopty leżące na szafce. Jakby wyblakłe, twarde, bez smaku, stające się miałkie, kiedy popić je łykiem nazbyt słonych łez.
Usiadł przy stole wpatrując się w swoją niemłodą, chociaż wciąż silną, to znacznie częściej drżącą dłoń. Od dawna czuł się więźniem samego siebie, swojego coraz bardziej nieposłusznego ciała, ułomnego, odczuwającego dokuczliwie najdrobniejszą zmianę. Z coraz większą świadomością zdając sobie sprawę, że jest skazany na dożywocie w tym starym ciele. Potężnym, przygarbionym, pomarszczonym jak prześcieradło o poranku, w którego zagnieceniach kryły się trudy bezsennych nocy. Na nic mocowanie się w sobie, szamotanie się jak motyl złapany pomiędzy ściśle splecione nitki przeznaczenia. Na nic szukanie drogi ucieczki, najmniejszej szpary przez którą mógłby się wyślizgnąć, jak ślimak spod ciężkiego pancerza. Pozostanie w sobie na zawsze, choćby do krwi rozdrapywał paznokciami okalające go ściany ograniczeń o coraz słabszej konstrukcji, bo poza bolesnymi ranami, zadawanymi sobie, niczego więcej nie był w stanie uczynić. Niczego odmienić z przeszłości, ani z coraz wątlejszych dni, które jeszcze przed nim. Dlatego też niczego już nie zmieniał. Ani mebli, ani swoich przyzwyczajeń, nawyków, nie wspominając całego ogromu wyhodowanych w sobie kompleksów, wrośniętych w niego zbyt głęboko, by próbować je wyrwać. Były jak tętnice rozprowadzające krew po całym ciele. Zdawało się, że bez nich już nie umiałby żyć. Nie walczył. Wystarczyło mu walki toczonej przed laty.
Teraz godził się ze sobą, ze światem. Tylko, kiedy słońce wyciągało do niego swoje promieniste ramiona, o poranku, tulił się do nich jak do czułej kochanki, szukając dla siebie jeszcze choćby odrobiny ciepła. Wtedy przez ułamki sekund zdawało mu się, że znowu czuje delikatny aksamit jej skóry, słodki oddech i kosmyki ciemnych włosów przesypujących się między jego długimi palcami. Potem został po niej już tylko ten kosmyk czarnych włosów. Ścisnął go mocno. Poczuł jak drobinki szkła wbijają się w jego palce, a wrzątek wypełnia linie papilarne wyryte w jego dłoni.
Słońce schowało się za sąsiednią kamienicą, a on odzyskał jasność widzenia. Opatrzył swoją dłoń, wytarł resztki herbaty z nieporuszonego blatu stołu, a potłuczone kawałki złudzeń wyrzucił do kosza. Jedynie na spodeczku została kropla krwi, tak gęstej jak jego wspomnienia o niej. Na szklanki mógłby liczyć jej mgliste powroty.
Spojrzał w wyrzutem w jej wielkie oczy przyglądające mu się z wyblakłego zdjęcia. Odwrócił się. Nie chciał by widziała go takim. Samotnym, niezdarnym starcem.
Za oknem budziła się powoli ulica.