wtorek, 11 października 2011

Huśtawka


Zza ciemnej zasłony niedzielnego wieczoru spoglądały roziskrzone okna domu na Stawisku, w którym zapewne nie cichły jeszcze dźwięki po rozmowie Michała Nalewskiego z Robertem Papieskim i wciąż grały cicho mozartowskie nuty niedawnego koncertu w wykonaniu Kwartetu Camerata. Ja sama zgubiłam swój oddech, który osiadł ciężko na kartkach czytanego, przez Józefa Duriasza, listu Oli Watowej do Czesława Miłosza opisującego jej spotkanie z Jarosławem Iwaszkiewiczem, w Paryżu roku 1980. Listu bolesnego, gęstego, rozedrganego. Popękanego jak skóra na sfatygowanych życiem dłoniach. Dłoniach Jarosława, które w czułych oczach Oli Watowej wydawały się już jakby żyjące w oddzieleniu od pisarza, istniejące jakby poza nim samym.
A jakże pisarz może istnieć bez dłoni? Bez tej wrażliwej tkanki skupionej na wierzchołkach palców, pod którymi drży każdy najdelikatniejszy nerw wiodący od rdzenia twórczego bytu. Dłoni odbierających najmniejsze drgania tuszu spływającego wąskim gardłem pióra sunącego po gładkiej powierzchni papieru roniąc czarne krople samorodnego talentu. Dłoni wyczuwających rytmiczne wystukiwanie każdej sylaby na klawiaturze maszyny do pisania, jakby to samo serce biło.
Skuliłam się w sobie próbując schować emocje. Półmrok spowijający pokój okazał się zbawieniem dając schronienie i sprawiając, że mogłam stać się jedynie zarysem sylwetki pozbawionej detali, pozbawionej oczu. Ulgę przyniósł dopiero, w stawiskowym ogrodzie, rześki oddech październikowego wieczoru odciskający się na moich policzkach.
Do domu wracałam z towarzyszeniem niecierpliwości oczekiwania na ukazanie się "Podwójnego portretu", książki zbierającej korespondencję jaka przez długie lata łączyła niełatwe relacje Jarosława Iwaszkiewicza z Czesławem Miłoszem. Skupiając między okładkimi czas wielkich uniesień i zapadni we wzajemnych stosunkach między poetami. Swoistą huśtawkę uczuć. Zaś list Oli Watowej stanowi cząstką tej niezwykłej publikacji, opracowanej przez Roberta Papieskiego pod redakcją Barbary Toruńczyk, zawierającej także teksty jakie obaj pisarze poświęcili sobie nawzajem.
Samochód jechał niespiesznie za welonem mgły powoli otulającej, białą smugą, mazowiecką prowincją. Cichym echem powróciły do mnie słowa Barbary Toruńczyk, które w szczególny sposób zapadły w mojej pamięci: (...) każdy czytelnik ma takiego autora, na jakiego zasługuje, na jakiego go stać, na ile jest w stanie ulegać sile słowa literackiego.
Czy zasługuję na któregokolwiek z tych, którzy urzekli i uwiedli mój umysł? Wszak wciąż wydaję się samej sobie płaskim obrazem, na którym barwy przylgnęły jedynie do tej wierzchniej warstwy, nie przedostając się do wewnątrz. Bo, kiedy przyszłoby ten mój obraz rozkroić, to widocznym stałby się splot materiału nietkniętym farbą. Ot, pozostając zwykłym landszafcikiem, nie posiadający w sobie nic z prawdziwego malarstwa dotykającego istoty materii, sedna istnienia, żywej tkanki jestestwa.
Dlatego niewątpliwym nadużyciem, z mojej strony, byłoby stwierdzenie, że na któregokolwiek z moich wielkich Mistrzów słowa zasługuję, choć jakże łatwo ulegam sile ich słów, próbując pojąć wagę, ciężar myśli i przekazu, które pozostawili w swojej twórczości, które wyryli własnym życiem.
Wczoraj spojrzałam na dłonie mojego Taty, który przekroczył kolejny próg swojego życia. Na jego dłonie wciąż piękne, które próbuję ująć w swoich, by próbować uchronić go przed potknięciem się o zbyt wysoki, dla jego coraz słabyszych nóg, stopień do następnego dnia.
Wieczorem zaś, kiedy sama schowałam swoje nazbyt rozhuśtane emocje w domowej ciszy, myślami znowu wróciłam do osamotnionych, pod paryskim dachem, dłoni Jarosława Iwaszkiewcza. Przylegających do bieli prześcieradła, może w chwilach wielkiej bezradności bezsilnie ściskanego między palacami, jakby chciał uścisnąć w nich ten kawałek życia, który wciąż pozostawał w jego zasięgu. By zdążyć go jeszcze pochwycić, przytrzymać na dłużej, jak w dzieciństwie chwytamy się skrawka matczynej spódnicy, by z czasem pozwolić mu się wysunąć z dłoni.
Pozwolić sobie odejść.
Teraz nad jego głową, długa do nieba i mocna
lina huśtawki wisząca na starym dębie. Przez liście
prześwieca światło. Niebezpieczna, bezpieczna
jest podróż do góry - na dół.

Chłopiec nie wie, że teraz zawiązuje się życie.
Nie wie, że właśnie w tej chwili, między niebem
a niebem, brana jest miara na słowo szczęście.
I że to słowo będzie chciało powrócić - jego pogłos,
powidok, w tylu miastach, daremnych.

- fragment rozmowy z Barbarą Toruńczyk o Czesławie Miłoszu
"Zawsze miał część umysłu, która wypróbowywała jakąś truciznę"
- wiersz Huśtawka Natalii de Barbaro
115 Zeszyty Literackie, jesień 2011
oraz nawiązanie do rozmowy z Robertem Papieskim o książce "Podwójny portret"
która miała miejsce na Stawisku w ramach
XII Festiwalu Literacko-Muzyczne Konfrontajce "Miłosz-Iwaszkiewicz"


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz