piątek, 27 lutego 2015

Szukając stałego punktu

Znalazłam się w takim punkcie życia, gdy pragnęłam osiągnąć jasność. 
Wszystko wydawało mi się takie niejasne od samego początku, od najdawniejszych wspomnień z dzieciństwa...

Drepcze. W podążaniu za tęsknotą. Za jej sentymentalnym cieniem odzianym w żółty płaszcz wypatrywany w ciasnych wagonikach paryskiego metra. W głuchych kamienicach śpiących na obrzeżach miasta. Idzie za nią. W zagadkowych półcieniach wspomnień rozwiązujących się niczym wstążki na warkoczach plecionych niepewnymi palcami matki. W rytmie zasłyszanej piosenki z dzieciństwa powracającej zafałszowanym refrenem. Szukając jej stóp. Obecności oderwanej niczym płat skóry z kory drzewa. W nienazwanych własnych o niej wyobrażeniach. Z bólem wypatrując twarzy, bliskiej jej pamięci, odtwarzanej we fragmentaryczności powiązanych z nią pragnień, chowanych jak postrzępione brzegi w mankiecie przetartej marynarki. 
Idzie. Ścieżką wzdłuż zapalających się pytań o zmroku spowijającym mglistą przeszłość, niezarysowaną wyraźnie przyszłość miejsc spotykanych w poszukiwaniu własnej tożsamości. Niespiesznie. W niezgodzie na zgubienie chwyconego się obrazu mogącego zaprowadzić ją do źródła własnej przynależności. „Perełka”. Nie będąca niczyim pragnieniem. Narodzona z obcego ciała. W płaczu porzucenia. 

- Trzeba znaleźć stały punkt, by życie przestało być takim ciągłym unoszeniem się... (...) Kiedy już znajdziemy ten stały punkt, wszystko pójdzie lepiej (...)

Szukała. Przygaszona w trudzie wędrówki, za podobizną matki noszoną z niewzruszeniem przez nieznajomą kobietę, próbuje zdefiniować siebie samą. Staje się pretekstem do odnajdywania dawno utraconej bliskości w strzępach wspomnień, w pudełku pamiątek, do którego zagląda się jak do pudełka po ciastkach szukając ostatnich okruszków rozsypujących się w placach pozostałością znajomego niegdyś smaku. Sama składająca się z drobinek porozbijanych w lustrzanych odbiciach minionego czasu niemożliwych do ułożenia w całość, zanurza się w chłodnym spojrzeniu przygarniętej do siebie samotności, zapiskach między kartkami odziedziczonego kalendarzyka, starej fotografii i w zimnych porankach złudzenia przeciągającego się aż do spowalniającego bieg godzin popołudnia. Zamieszkując ciemne korytarze przeszłości, pokonując piętra klatek schodowych pełnych okrucieństwa porzucenia potykała się o nieporadność własnych kroków wracających do czasów dzieciństwa. Zamknięta w szklanej klatce wspomnień.
"Perełka" Patricka Modiano. Opowieść o poszukiwaniu prawdy o sobie. Przydymiona niedopowiedzeniem, zanurzona w poszukiwaniu tożsamości. Spokojna, powolna jak uchylanie okna wiosną owiniętą gęstą, poranną mgłą łagodzącą ostrość płyt chodnikowych. Ścieżek do samej siebie rozsypanych jak paryskie dzielnice na mapie miasta.

Na dworze usiadłam na ławce przy ulicy biegnącej wzdłuż ogrodu botanicznego. Nie wiedziałam, na co tam czekam (...) Dziwne myśli chodziły mi po głowie, tak niejasne, że musiałam czekać dziesięć lat, aż się wykrystalizują i zdołam je sformułować.



"Perełka" Patrick Modiano
wyd. Sonia Draga, Katowice 2014








sobota, 21 lutego 2015

Zakończenie, ale i początek

Filiżanka samotnie odstawiona zanurzyła się w smaku niedopitej herbaty, miękkiej, jakby niedospanej, a może to tylko moje podniebienie staje się coraz mniej wrażliwe. Zgrubiałe. Wodą próbuję zmyć resztki snu osadzające się płytkim oddechem na szybie szczelnie zamkniętej kabiny. Obserwuję przyklejające się przezroczyste obrazy mijającego tygodnia, miesięcy, lat. Z końcem stycznia minęło ich dziewięć. Czas się postarzał, przygarbił i zyskał więcej siwych nitek w spotach myśli coraz trudniej odnajdujących swoje kształty w pozostawianych tutaj sylabach i dźwiękach słów. Pod coraz grubszą warstwą niedopowiedzenia chowam niemożliwe do zamazania niezgrabności i niewybaczalną powtarzalność w wydłużających się przerwach naturalnie przychodzącej kiedyś systematyczności. Niezdolne do zatrzymania zmiany próbuję wciąż utrzymać w dłoniach, palcami wskazując pojedyncze litery, niczym kamienie do układania kolejnych ścieżek. Wychodzą wyboiści i często mało wygodnie dla zmęczonych stóp spacerowiczów. Wciąż się uczę sztuki układania.
Tymczasem wracam z sentymentem do początków, ale też późniejszych wątków, które pozwoliły mi przybliżyć się do innych przestrzeni zamkniętych na małym ekranie pod różnymi adresami. Nade wszystko grona spotkanych osób, dla mnie wyjątkowych, jak to, co sami tworzą i kim są. W moim życiu tworząc wyjątkowy witraż odmiennych barw, kształtów i nasycenia wrażliwością. Witraż doskonały, nie do zastąpienia innym i istotny w każdym najdrobniejszym załamaniu światła przeglądającego się w moich oczach. W doskonałej mozaice różnorodności.
Dziewięć. W numerologii ostatnia z liczb pojedynczych. Zakończenie, ale i początek. Jak w "Domu z witrażem" Żanny Słoniowskiej, gdzie historia kraju przeplata się z historią życia jej mieszkańców, będąc dla nich końcem, ale i początkiem. Nierozerwalnie połączonych ze sobą jak kolorowe szybki artystycznego dzieła zdobiącego wnętrze starej, lwowskiej kamienicy.

Ten witraż jest alegorią wspinaczki życiowej. Towarzyszy każdemu, kto wchodzi lub schodzi po krętych schodach. 

Krętych jak los Ukrainy dążącej, zupełnie jak i dzisiaj, do prawa decydowania o sobie samej, tak, jak decyduje się o własnym życiu, wyborach dróg, które mają poprowadzić do spełnienia marzeń, do realizacji swoich pasji i pragnień, w poczuciu wolności. Ocalając od zniszczenia pamięć, ślad po kuli, czarne fortepiany, fasady starych kamienic i odpadających balkonów, domy dla lalek, błękit nieba i naręcza złotych słoneczników.

Kiwnęłam żarliwie na potwierdzenie tej prawdy czując równocześnie, jak rozpięta agrafka, która ześlizgnęła się z kołnierza mojej kurtki i przeniknęła przez tkaninę swetra, wbija mi się w skórę gdzieś w okolicy żeber (...)
Tamtej zimy z całą pewnością wyszło na jaw, że miasto zmęczyło się wielowiekowym rośnięciem w górę i zaczyna proces osuwania w dół, niczym niepowstrzymana lawina, ciągnąca za sobą przerobione na miazgę wypukłości terenu, pomieszane z z kamieniami i bryłami ziemi. Nie było wiadomo, czy w ślad za balkonami nie pójdą na przykład dachy, a za nimi całe domy, drogi i ludzie, których żywioł wymiecie stąd gdzie indziej, w nie wiadomo przez kogo wskazane miejsce.

Zakończenie, ale i początek. Za każdy z nich dziękuję Wszystkim, którzy chcą je dzielić ze mną, w tej wąskiej przestrzeni literackich wyborów i fragmentaryczności zachowanej tutaj codzienności.

"Dom z witrażem" Żanna Słoniowska
wyd. Znak litera nova, Kraków 2015








niedziela, 8 lutego 2015

W trzyminutowym kadrze niemego filmu

Kilka dni urlopu. Jak zestaw hotelowych kosmetyków, jednorazowego użytku, ustawionych na marmurowym blacie pod lustrem w obcej przestrzeni łazienki. To w niej zmywamy kurz mijającego dnia, ślady cudzych dłoni odciśniętych w naszych, oddech nieznajomego przechodnia, resztki tuszu z rzęs, grudki pudru spomiędzy zmarszczek, które nie chcą zniknąć wraz z kolejną warstwą wody i pozostają niezmywalnym śladem czasu noszonego w sobie. Nagość staje się pierwszym imieniem. Zostawia mnie samą ze sobą. Bazą do mającego przyjść, po urlopie, kolejnego, zwykłego jutra tworzonego z prostych gestów, powtarzalności porannych czynności i przywdziewaniu grymasu, który pomoże wejść w nowy dzień pod warstwą kremu ochronnego i wyostrzonego makijażem spojrzenia. Wtedy też imię przybierze innego znaczenia. W zaparowanej łazience powoli znikać będzie ślad mojej obecności w zawieszonym oddechu niedospania, niezgrabnie porzuconym ręczniku na drzwiach od kabiny prysznicowej, niedokręconym pudełku z sypkim pudrem drobinkami przykrywającym wszelkie niedoskonałości poranka.  Porzucona za sobą senność przekraczać już będzie próg rześkiego przebudzenia utrwalanego kolejnym łykiem dopijanej kawy. Zapachem perfum osiadających pośpiesznie na bladej skórze nadgarstka, by tak przyodziana odnajdywać siłę, w sobie, do pokonywania drobnych załamań w zabieganej codzienności i niezdarnych potknięć o cień chwilowego zmęczenia.
Tymczasem urlop. Otwieram pudełko przysłane mi kiedyś z bezpiecznej odległości. Dla mnie wciąż pokonywanej z nieufnością. Czarna kaseta wsuwa się w wąski otwór odtwarzacza, który za moment dotknie jej duszy i bezuczuciowo wyświetli jej zawartość na ekranie telewizora. Dojrzałam by ją obejrzeć. Dreszcz ciekawości i niepokoju pojawia się wraz z pierwszym obrazem postaci drobnej dziewczynki biegnącej po drewnianym pomoście. Nie znam tego miejsca. Nie potrafię odnaleźć go w zaszłości własnej pamięci. Ruchomy czarno-biały obraz wyraźnie zaciera rysy twarzy, której powoli nadaję imię. Litera po literze długiego wyrazu trudnego do wymówienia, kiedyś, przez obcokrajowców. Ona tego jeszcze nie wie. Nie wie, kim kiedyś będzie ani dokąd prowadzi pomost pod jej małymi stopami. Woda bezszelestnie otula horyzont, jak krótkie loki jej spojrzenie na mnie. Nie widzi tego, co przed nią oddalone i jeszcze nienazwane. Przyglądamy się sobie nawzajem. Z zaciekawieniem. Ze współczuciem. Ja utraconej niewinności dzieciństwa, ona zmagań z samą sobą jakie na nią nieodwołalnie czekają. Stoimy razem na pomoście póki ona z uśmiechem się nie odwróci i nie pobiegnie dalej. Chciałabym móc ją ostrzec, ale i powiedzieć o szczęściu. Słowa rozbijają się o szklaną ścianę ekranu.
Za trzy minuty scena się powtórzy, a ja wciąż będę bezradna. Niezdolna do dotarcia do niej słowem. Do usłyszenia siebie. Zostaję sama ze sobą. W trzyminutowym kadrze niemego filmu.