piątek, 29 kwietnia 2011

Wyobraźnia góruje nad wszystkim innym


Wbiegam na teren uniwersyteckiego campusu jak dzikie zwierzątko, dopiero co przebudzone po zimie, wygłodniałe, wzrokiem drapieżnika szukając kształtów budynku Instytutu Archeologii. Oj, nie wykopaliska były mi teraz w głowie. Wystarczy że sama, czasami, się takim czuję.
Pierwsze piętro, sala zastawiona rzędami ławek. Siadam w jednej z nich, blisko okna, próbując nie dać poznać po sobie kłębiącego się we mnie głodu. Już dawno nie czułam tak przemożnej chęci nasycenia swojego pragnienia, zaspokojenia niepokojącej żądzy wiedzy. Przyciemnione okna nieco łagodzą ostrość spostrzegania swojej ułomności.
Długopis zaczyna szybko poruszać się po kartkach papieru, próbując nadążyć z zapisywaniem przywoływanych nazwisk, jakby gonił „ofiary”, by je pochwycić nim umkną nazbyt poszpiesznie. Zgrabnie stawiane litery tworzą kompozycję rycin przedstawiających cechy charakterystyczne dla malarstwa epoki romantyzmu, zmieniające się tendencji i mody w sztuce, umiejscawiają daty na kalendarzu historii i tytuły obrazów w rogach płócien. Siadam wygodniej. Prawie czuję zapach kropel krwistoczerwonej, lepkiej i gęstej farby, próbuję domyślić się sposobu dobierania barwników, podpatruję jak operowanie światłem i cieniem nadaje obrazom nastrojowości. Czuję się coraz spokojniejsza, zaczynam nasycać swój głód chłonąc każde zdanie wykładu i śledząc kolejno wyświetlany slajd.
Jakiż bowiem jest ostateczny cel każdego rodzaju sztuki, jeśli nie oddziaływanie? Czy zadanie artysty polegałoby jedynie na układzie materiałów, każdy zaś widz miałby w dziele artysty szukać delektacji na swój sposób? Czy niezależnie od zainteresowania, jakie budzi prosty i jasny rozwój kompozycji, wdzięk umiejętnie zbudowanych sytuacji, znaczenie moralne nie kryje się nawet w bajce? Któż ukaże je lepiej niż ten, kto zawczasu ułoży wszystkie części kompozycji tak, że widz czy czytelnik, sam nie wiedząc o tym, jest urzeczony i oczarowany? Drogi Pani Delacroix,
Doprawdy świadomość oczarowania i urzeczenia sztuką malarską pięknie wkomponowały się w moje dzisiejsze popołudnie. Zapewniam szczerze, że w każdym dziele szukam tej delektacji jedynie na swój własny sposób, by poddać się, z grzeszną rozkoszą, oddziaływaniu sztuki na moją wygłodniałą duszę. Ach, jak pięknie za oknem szumią kwitnące kasztanowce. Gdyby Pan to mógł zobaczyć.
Tymczasem sama spoglądam na obraz Piotra Michałowskiego „Żydzi” i trudno samej mi w to uwierzyć, ale wchodzę właśnie po schodach Galerii Zachęta. Nawet nie jestem w stanie osadzić w czasie wystawy „Żydzi Polscy”, na którą zabrali mnie rodzice całe lata temu. Za to doskonale przywołuję z pamięci album z reprodukcjami obrazów prezentowanych na wystawie. Potem długie wieczory i bezgwiezdne noce, kiedy z ołówkiem w ręku próbowałam szkicować portrety, skupiając się na oczach, na ich wymowie, wyrazie spojrzenia, kształcie tęczówki, półkolu zarysowanych brwi, osadzeniu rzęs między cienkimi fałdami powiek. I wizja tego co chciałam przenieś na papier nie pomagała, bo ręka jak z kawałka drewna. Te dziesiątki zmarnowanych ołówków, startych w wiórki gumek, podartych z bezradności kartek. Gdyby tak zebrać wszystkie, wtedy kupowane, bloki rysunkowe można by wybudować pokaźne blokowisko mojego beztalencia. Lepiej tego nie wspominać.
Wracam do sali wykładowej. Powoli mija trzecia godzina prelekcji, nasycenie powoduje lekkie rozleniwienie. Na chwilę więc przysiadam, jak Amelie Cogniet, w malarskiej pracowni jej brata, Leona, by nabrać dystansu do oglądanych obrazów, których reprodukcje zapisują się w mojej głowie, kładąc całymi zwojami na zdartych płytkach pamięci. Żeby tylko wszystko, dzisiaj usłyszane, udało się później odtworzyć, nazwać, umiejscowić na mapie własnej wrażliwości, tylko czy posiadam takie pokłady wyobraźni?
Wyobraźnia. Jest pierwszą zaletą artysty. Niemniej konieczna dla miłośnika malarstwa. Nie pojmuję, jak człowiek pozbawiony wyobraźni może kupować obrazy: próżność jego jest w proporcji do braku wyobraźni. Otóż, jakkolwiek może się to wydać dziwne większości ludzi jej brak. Nie tyko wyobraźni płomiennej czy przenikliwej, która żywo przedstawiałaby im przedmioty i objaśniała sens, ale nawet jasnego rozumienia dzieła, gdzie wyobraźnia góruje nad wszystkim innym.
Wyobraźni, płomiennej i przenikliwej, proszę przyjdź.
fragmenty z Dzienników Eugene'a Delacroixtłum. J. Guze i J. Hartwig
Wrocław-Warszawa-Kraków, 1968


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz