niedziela, 20 lutego 2011

Morze samotności


20 lutego 1959
Znowu ten okropny dzień: urodzin. Po mojej koszmarnej wizycie w Bydgoszczy czuję się jak zbity pies. Wszystko razem przerażające – jak to pisałem przed rokiem. I nie wiem, co jest gorsze, czy zeszłoroczna samotność, czy tegoroczna „uroczystość”, gdzie mi się nic nie chce, tylko płakać.
A ja stoję z rozłożonymi dłońmi, jak kwiatami lotosu, by uchwycić każdą z tych łez, jak drogocenną perłę i sama nie wiem skąd się bierze to romantyczne odczuwanie rzeczywistości. W tej głupiej polskiej krwi tyle tego fermentu pasożytuje na zdrowym rozsądku, objadając go, niby liszki liście kapusty.
Przykładam dłonie do spierzchniętych od mrozu ust, by poczuć smak łez słonych, drobnych kryształków zrodzonych z samotności, bólu i tęsknoty, wrażliwości i przejmującego uczucia braku ukochania. A przecież ja tak bardzo ukochałam i zdaje się, że każda z tych łez przemienia się w słowo, zdanie, w myśl ulotną, która znalazła swoje miejsce na kartkach papieru. Szepczę zamieniając potok łez w kolejne wersy czytanych wierszy, opowiadań, młodzieńczych szkiców i dzienników dojrzałego literata. I szept ten już zdaje się być szumem drzew w brzezinie, a może przeźroczami wspomnień Wiktora i szelestem sukien panien z jego przeszłości, delikatnym niewypowiedzeniem namiętności wśród ciemności straconej nocy, gorzkim pocałunkiem kochanków nie z Werony, słodkim smakiem poziomki lub cieniem wędrującym pomiędzy murami siedmiu bogatych miast, gdzie:
Gwiazdy przeciągle sygnalizują dalekość wszystkiego. I wszystko powoli odpływa w mglistą szarość przepełnionych stężałą mgłą arkad; mnożą się one w nieskończoność, ujęte w zwieszające się palce winorośli, bluszczów - roślin, które mogła oplatać teraźniejszość, kochając wieczność... jak niebieski zawrót głowy, jak mgła to wszystko połyska zapachem oczu nieznanych, czyhających w głębi.I ja Jego oczu wypatruję, w mglistej szarości dzisiejszego wieczoru, szukając odbicia Jego źrenic w żadnym kolejnym zapisie na kartkach diariuszy, by dotykając palcami kolejnej kartki, ponownie czytanych dzienników, w urodzinowym prezencie, dać subtelny znak mojego ukochania, wytrzeć kolejno spadającą łzę płochej nadziei.
 
Nie ukołysał mnie, kto mnie ukochać mógł. A jednak wonna
niega żółtego łubinu przywodzi mi ze sobą zabawną tkliwość lat dziecinnych.
Nawet i tu, nad morzem.
Powiedziano mi: już nie zdołano mnie pokochać. A jednak płocha nadzieja.
To nawet nie jest smutne.
Powędruję przez owo morze samotności, a pazie błękitnoocy i pazinie poniosą mój długi, ciężki tren z żółtego aksamitu, pachanący łubinem.
fragment z II tomu Dzienników 1956-1963;fragment z Siedmiu Bogatych Miast;oraz Łubin z Prozy Poetyckiej
Jarosława Iwaszkiewicza

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz