wtorek, 22 lutego 2011

Lekarstwo i Talizman


Ostatnio na biurku aż nadto przedmiotów: dziadkowa maszyna do pisania, niezliczone numery "Zeszytów Literackich" i "Twórczości", książki przeczytane i te wciąż czekające posłusznie w kolejce, tworzące swoisty pociąg, do literatury zresztą, gdzie każda z nich to wagonik, który czeka, aby uchylić drzwi i zaprosić do środka. I tylko czekam chwili, aby się w nich rozgościć.
Zaraz obok nich stosik karteczek, książkowych ptasich piór, wskazujących fragmenty i ułamki zdań wartych zapamiętania. Czasami stające się biletami wstępu do teatru mojego własnego życia.
Nieopodal tomiki poezji, nie zawsze rymujące się ze sobą i album z pożółkłymi zdjęciami z wielobarwnych Indii. Z niewielkiej wysokości spogląda przygarbiona zanadto, od zaglądania w książki, lampka próbująca rozjaśnić moje szare komórki, a pod którą Walentyna, z swoich odcieniach szarości, często wygrzewa wciąż młode kości, kiedy znuży ją spacerowanie po rozgrzanych pisaniem chodniczkach klawiatury. Wtedy z wrodzonego lenistwa udaje, że nie spostrzega natrętnie zaczepiających ją wysmukłych łodyżek ołówków w filigranowej doniczce, kuszącego swoimi krągłymi kształtami pudła z listami, oblicza urzekającej, w swoich malutkich rozmiarach, ikony przywiezionej ze Świętej Góry Grabarki i poszarzałych okładek starych kalendarzyków, nie dających zapomnieć o nieuchronności mijającego czasu, o chwilach już całkiem oderwanych od teraźniejszości. I mogłabym przyznać, słowami Jarosława Iwaszkiewicza zaczerpniętymi z "Pejzaży sentymentalnych", że czasami: Męczy mnie to wszystko. Za dużo jest przedmiotów - jak powiada jeden z moich przyjaciół. Trzeba wybrać tych kilka, które mają zostać twoimi towarzyszami aż do samej śmierci. Oczywiście, jedyne przedmioty, które godne są towarzyszyć człowiekowi na całe życie aż do trumny i w trumnie stać się wezgłowiem, na którym głowa odpocznie - to książki. Trzeba wybrać wśród mnóstwa słów te jedyne, które ci wskażą, gdzie masz zasnąć.Zatem od dawna wybieram, układam, zasypiam z tymi, które zdają się być dla mnie najważniejsze. Zaś od dzisiaj, najbliższe wieczorowe pory, przepełnione będą "Chwilami oderwanymi" Konstantego Jeleńskiego, zebranymi w pokaźnym egzemplarzu, który, zgodnie z daną mi obietnicą, dotarł do mnie jeszcze w tym tygodniu. I obok nieodłącznych "Dzienników" Pana Jarosława, "Snu" śpiącego w jego "Ogrodach", ta właśnie książka zapewne wskazywać będzie miejsce, gdzie można wybrać wśród mnóstwa słów te jedyne, które Piotr Kłoczowski określił jako pełne znaczeń i zbiegów okoliczności, w których sztuka łączy się z życiem.Tymczasem Konstanty Aleksander Jeleński zaczyna od wyznania:
Dwie tylko książki posiadam w trzech egzemplarzach. Leżą pod lampką na stoliku obok łóżka i powracam do nich często przed zaśnięciem w paryskim mieszkaniu, w starej fermie nad brzegiem Loary, w odbudowanej celi korsykańskiego klasztoru: dzieła Szekspira i wiersze Miłosza. Wybór ten nie jest podyktowany żadnymi literackimi kryteriami. W nawiasie między jawą a snem książka jest trochę lekarstwem, trochę talizmanem. 
Zatem będę leczyć dni złe i zaklinać, by zostały te dobre, pozwalając sobie na chwile oderwane przed zaśnięciem, w domu zwykłym, zbudowanym we wsi starej, nad brzegiem bezimiennego potoku.
  
"Chwile oderwane" Konstanty A. Jeleński
wyd. słowo / obraz terytoria, 2011

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz