niedziela, 27 lutego 2011

Jak błazen


Są takie dni, że chodzi za mną nie licząc się z zakłopotaniem w jaki wprawia mnie jego zbyt bliska obecność. Raz próbuje być moim drugim ja, by za chwilę być jego odbiciem w krzywym zwierciadle. Krok w krok. Potrafi zniknąć za rogiem ulicy lub schować się w przydrożnej kafejce, by znienacka znowu być tuż za mną. Chwilami zdaje się być wysmukły, zgrabniejszy niż można by się spodziewać, ale zawsze bezbarwny, całkiem pozbawiony wyrazu, jakby odwiecznie chodził w szarym, wytartym prochowcu i to wtedy, gdy nie pada. Znika dopiero razem ze słońcem, wieczorem, kiedy piekarnik rumieni krągłe kształty ciasteczek maślanych, a ja siedzę nad kubkiem gorącego mleka z miodem wpatrując się w noc, która aż dudni ciszą. Jego nie ma, właśnie wtedy, kiedy nadmiar trosk wypłukuje sen spod powiek, kiedy oczy stają początkiem potoku i jak on coraz bardziej bezbarwne. Dokąd odchodzi, gdy nie mam go tuż za moimi plecami, co robi gdy pada deszcz, czy chowa się za chmurami czy wtapia w napięty kraciasty materiał parasola? A może w gorące lato przenika przez rondko słomkowego kapelusza chroniącego mój nos przed piegami?
Czasami, gdy za nim zatęsknię przywołuję go rękoma, jak wtedy gdy byłam dzieckiem, śledząc jego obecność na ścianie, kiedy palce układają się w przeróżne kształty udając zająca lub perskie oko. Jednak zdarza się, że  przychodzi o zmroku, dyskretnie, po cichu zaglądając mi przez ramię, kiedy piszę lub zapalam lampkę przy łóżku. Przekornie lubi mnie naśladować, co zresztą mnie rozbawia: kręci głową jak ja, przygarbia plecy, gdy zbyt długo siedzę przy komputerze, wydłuża moje palce próbując przechadzać się po przyciskach klawiatury. Jednak zawsze, kiedy chcę mu spojrzeć w oczy, znika, rozpływa się w rozproszonym świetle żyrandola, między jego mlecznymi szkiełkami malowanymi w chińskie motywy. Sam motywem mojej codzienności się stając, ciągnącym się za mną leniwie jak kot, a czasem jak szczeniak próbując nadążyć za moimi goniącymi się z czasem stopami. Aż przychodzą i takie dni, że to ja się nim staję, przywdziewając jego szary kolor, kryjąc się w tajemnicznej aurze jego nieuchwytności. Wtedy zdaje mi się, że już wiem, dokąd czasami odchodzi i gdzie chowa się w porze deszczu, czemu przesiaduje nocami mimo, że zmęczone już oczy zamiast składać litery widzą ledwie rozpływające się czarne smużki farby drukarskiej. Właśnie wtedy, kiedy cieniem samej siebie się staję.

Mój cień jak błazen za królową.
Kiedy królowa z krzesła wstanie,
błazen nastroszy się na ścianie
i stuknie w sufit głupią głową.

Co może na swój sposób boli
w dwuwymiarowym świecie. Może
błaznowi źle na moim dworze
i wolałby się w innej roli.

Królowa z okna się wychyli,
a błazen z okna skoczy w dół.
Tak każdą czynność podzielili,
ale to nie jest pół na pół.

Ten prostak wziął na siebie gesty,
patos i cały jego bezwstyd,
to wszystko, na co nie mam sił
- koronę, berło, płaszcz królewski.

Będę, ach, lekka w ruchu ramion,
ach, lekka w odwróceniu głowy,
królu, na stacji kolejowej.
Królu, to błazen o tej porze,
królu, położy się na torze.
Wisława Szymborska
wiersz Cień

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz