niedziela, 22 maja 2011

I co się w tym łbie kiełbasi


Dopiero dzisiaj mogę usiąść spokojnie i westchnąć, że zamknęłam kolejny rozdział w swojej książce życia. Rozdział, którego kartki były nazbyt często, w minionym roku, poruszane porywczymi podmuchami wiatru, którego rogi zaginały się niosąc ból i zagniecenia nie do wyprostowania. W którym pojedyncze linijki wierszy, codziennej prozy, wyryły się na mojej duszy, jak inicjały zakochanych na korze starego drzewa. Zdawałoby się, że wykrojone w imię miłości, ale jakże dotkliwie raniące. Niektóre kartki trzeba było sklejać, jak opatruje się krwawiące rany, by mimo poranienia wciąż mogły tworzyć całość.
I kiedy tak dzisiaj, siedząc w przyszpitalnej kawiarni gdzie rodzice odwiedzali znajomego po zawale, pomyślałam, że niektórzy stawali na granicy ostatniego rozdziału, bliscy zamknięcia okładek książki zatrzaskujących wszelkie wspomnienia, a nade wszystko wszelkie nadzieje na przyszłość, polubiłam ten swój, niełatwy rok. Za kolejną zmarszczę wokół oczu, która stanie się nowym korytarzem dla łez, za siwy włos wpleciony między tymi wciąż barwnymi przypominając, że piękno zewnętrze jest bardzo ulotne i łatwo blednie, za mocno odciśnięte ślady w mojej duszy, które już na zawsze nosić będę w sobie jak dziedzictwo, choćby przygarbiało i stawało się czasami nazbyt ciężkie, by je udźwignąć.
Jestem. Z nadzieją w sercu, że cokolwiek się wydarzyło da mi siłę na jutro, siłę na przełożenie kolejnej kartki. Z niepokojącą świadomością, że kolejnych rozdziałów do końca tej zaskakującej wciąż książki życia jest coraz mniej, że do przeżycia jest już nieskończenie mniej niż więcej.
Może dlatego odnoszę wrażenie, że z coraz większą zachłannością rozsmakowuję się w każdym podarowanym dniu, jak w urodzinowym torcie bezowym, słodkim i kruchym, jak chwile szczęścia w życiu, dla których warto wypijać bezdenne kielichy goryczy. Staję zatem z łakomie otwartymi oczami i niemiarowo bijącym sercem czekając na to, co przyniesie nowy dzień, na nowo rozpisaną ścieżkę, z wiarą, że warto iść dalej, nawet błądząc, raniąc stopy o kolce, wciąż jednak chwytając chwile radości jak latawiec, który wygląda pięknie szybując nad głową, ale którego nie można wypuścić z rąk, bo zniknie z oczu stając się jedynie cieniem. Trzymać ten sznurek łączący nas z ulotnością radości na ile starczy sił w dłoniach.
I choć wiem, że przyjdzie mi jeszcze nie raz czuć się jak "wąż którego pocięto na kawałki i który nie może się zrosnąć" - jak pisał o sobie w aspekcie własnej twórczości Czesław Miłosz do Konstantego Jeleńskiego, to ja widząc się takim wężem w kontekście poszukiwania siebie, mam nadzieję, że kiedyś, u kresu ostatniego rozdziału zobaczę się w całości, zrośniętą ze swoimi doświadczeniami, przeżyciami, ujrzę swoje odbicie, swój obraz, spełniony, kompletny, skończony.
Tymczasem, póki serce bije niepokorne, dalej będę składać cząstki samej siebie, dopasowywać je do siebie, wciąż zaczynać od początku.

Na czubku głowy siwy kosmyk
Od mydła się rozpłynie
Ale łeb okrągły mocny
Mocniejszy niż dojrzałe dynie.
I co się w tym łbie kiełbasi!
Tyle kolorowych wątków
Ale chciałbym ten łeb rozkwasić
I zaczynać mycie od początku.
Jarosław Iwaszkiewicz wiersz Mycie głowy, 22 VII 79
z tomiku Sprawy Osobiste i inne wiersze rozproszone
wyd. Czytelnik, 2010
oraz fragment z książki "Czesław Miłosz/Konstanty A. Jeleński - Korespondencja"
wyd. Zeszyty Literackie, 2011

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz