niedziela, 17 kwietnia 2011

Moje zarudzie

Dzisiaj po głowie chodziła mi jedynie migrena. Obudziła mnie przedwcześnie, biegając po domu w drewnianych chodakach, później nieco osłabiona lekami chwiejąc się na wysokich szczudłach wbijała boleśnie w każdą nazbyt hałaśliwie brzmiącą myśl. Każda z nich dzisiaj jakby wykrzyknikiem opatrzona, wyrastała okrzykiem nieznośnym się stając. Zatem przysłaniając okna, czekałam na dnia zakończenie, na ustanie wszelkich dźwięków brzmiących zbyt donośnie i na przygaszenie światła.
Przygasło. Późnym popołudniem. Decydując się jeszcze na przespacerowanie po moim domu, malując najpiękniejsze barwy zachodzącego słońca, rozpalając płomienne łuny na ścianach, pozłacając wyblakłe kwiaty w suszonym bukiecie, przysiadając przy moim biurku i wkręcając kartkę cienia w starą maszynę do pisania. Może jej podobna, stojąca w całkiem innym domu, wszak od mojego niewielką odległością oddzielonego, wystukiwałaby słowa o zachodzie słońca, tyle, że nad innym kawałkiem ziemi zawieszonego, którego to wszystkie słowa barwę wyrażające, gdybyśmy nawet chcieli użyć, jak to teraz moda, nazw pewnych farb przez malarzy tylko używanych - wszystkie owe słowa nie dałyby nam pojęcia o owych różach, cytrynach i oranżach, jakie zachód na niebie Ukrainy rozpala. Chmury niby kolorowe żagle malinowe, czerwone, to znów pomarańczowe płyną po rozległych niebiosach nieprzysłoniętych żadnym drobnym widokiem i odbijają się w obszernych stawach-jeziorach, drzemiących po kotlinach. Zawszeć gdzieś one spływają.Tym razem spłynęły we wnętrza mojego domu, rdzą osiadając na parapetach okien, przydając nieco pudrowego różu białym firankom, a mnie samej przynosząc przygaszone westchnienie ukojenia, w przydymionym świetle wiosennego zmierzchu które nie mają sobie równych, kiedy słońce zanurza się w nieokreśloną bladoróżową mgłę i na wszystkich przedmiotach osiada ten różowy szron szarej godziny, mieszający wszystkie pastelowe barwy w jednym tyglu i zacierając kontury. Tymczasem już noc ciemna kontury zaciera. Dobranoc.
Dzisiaj po głowie chodziła mi jedynie migrena. Obudziła mnie przedwcześnie, biegając po domu w drewnianych chodakach, później nieco osłabiona lekami chwiejąc się na wysokich szczudłach wbijała boleśnie w każdą nazbyt hałaśliwie brzmiącą myśl. Każda z nich dzisiaj jakby wykrzyknikiem opatrzona, wyrastała okrzykiem nieznośnym się stając. Zatem przysłaniając okna, czekałam na dnia zakończenie, na ustanie wszelkich dźwięków brzmiących zbyt donośnie i na przygaszenie światła.
Przygasło. Późnym popołudniem. Decydując się jeszcze na przespacerowanie po moim domu, malując najpiękniejsze barwy zachodzącego słońca, rozpalając płomienne łuny na ścianach, pozłacając wyblakłe kwiaty w suszonym bukiecie, przysiadając przy moim biurku i wkręcając kartkę cienia w starą maszynę do pisania. Może jej podobna, stojąca w całkiem innym domu, wszak od mojego niewielką odległością oddzielonego, wystukiwałaby słowa o zachodzie słońca, tyle, że nad innym kawałkiem ziemi zawieszonego, którego to wszystkie słowa barwę wyrażające, gdybyśmy nawet chcieli użyć, jak to teraz moda, nazw pewnych farb przez malarzy tylko używanych - wszystkie owe słowa nie dałyby nam pojęcia o owych różach, cytrynach i oranżach, jakie zachód na niebie Ukrainy rozpala. Chmury niby kolorowe żagle malinowe, czerwone, to znów pomarańczowe płyną po rozległych niebiosach nieprzysłoniętych żadnym drobnym widokiem i odbijają się w obszernych stawach-jeziorach, drzemiących po kotlinach. Zawszeć gdzieś one spływają.Tym razem spłynęły we wnętrza mojego domu, rdzą osiadając na parapetach okien, przydając nieco pudrowego różu białym firankom, a mnie samej przynosząc przygaszone westchnienie ukojenia, w przydymionym świetle wiosennego zmierzchu które nie mają sobie równych, kiedy słońce zanurza się w nieokreśloną bladoróżową mgłę i na wszystkich przedmiotach osiada ten różowy szron szarej godziny, mieszający wszystkie pastelowe barwy w jednym tyglu i zacierając kontury. Tymczasem już noc ciemna kontury zaciera. Dobranoc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz