wtorek, 21 czerwca 2011

Postać

Przynajmniej raz w tygodniu zdarza mi się go mijać. Bez względu na pogodę nosi długi szary płaszcz. Kołnierz postawiony wysoko, koniuszkami dotykający zapadniętych policzków, zarumienionych od rześkiego powietrza i porywów wiosennego wiatru wiejącego od Wisły. Może to jedyne 'żywe' kolory jakie jeszcze pojawiają się w jego życiu. Siwe włosy schowane pod wyblakłym beretem w kratkę. Kto jeszcze dzisiaj nosi takie śmieszne berety? Z kieszeni zawsze wygląda poranne wydanie gazety i nieco zdeformowany zarys paczki papierosów, zapewne nigdy nieotwartej, jakby tkwiącej w gotowości, że może jednak, któregoś dnia po nią sięgnie łamiąc swoją żelazną zasadę, niepalenia. Przynajmniej od czasu, kiedy rzucił swój nałóg, jeden z niewielu jakie kiedykolwiek nim zawładnęły.
Nim podejdzie do przejścia, z
lewej kieszeni wyjmuje chusteczkę, bawełnianą, z wyhaftowanym monogramem. Zza szyby samochodu nie widzę liter splecionych w lekko zagniecionym rogu. Przeciera nią szkła okularów, bardzo starannie, jakby w przekonaniu, że od ich czystości zależy jego patrzenie na świat, ostrość widzenia i zdolność baczniejszego spostrzegania otaczającej go rzeczywistości. Co prawda, czasami, pozwala sobie na zdjęcie okularów i naciągnięcie bielma świadomego niewidzenia, ale zdarza się to nad wyraz rzadko i tylko w chwilach wielkiego przemęczenia dziejącymi się wokół niego wydarzeniami.
Zakłada okulary, a jego zmarszczki pod szkłem powiększającym stają się wyraźnie wyrzeźbionymi korytami niosącymi w sobie zagubioną z czasem pewność siebie.
Staje przed przejściem dla pieszych rozglądając się uważnie. Wie, że może ufać sobie coraz mniej. Kiedy ustaje szum koni mechanicznych przechodzi na drugą stronę ulicy powolnym krokiem, jakby czekał, aż pierwszy przez jezdnię przebiegnie jego ukochany pies. Bliżej nieokreślonej rasy, jak nieokreślone wydają się jego plany na najbliższe lata, ba, dni nawet. Ale psa już dawno przy nim nie ma, chociaż, któż to może wiedzieć. Może wciąż czuje jego obecność przy sobie, widząc jego sylwetkę w kałużach deszczu, w których odbijają się zniekształcone kształty szybko mknących samochodów. Nie lubi wspomnień. Czubkiem parasola rozmazuje swoje wyobrażenia o przyjacielu, który odważył się odejść przed nim. Zostawić samego na tym przeklętym przyjściu dla pieszych, przejściu nie dla biegnącego, nie dla czterołapego, którego sierść pod kroplami deszczu potrafiła falować jak tafla rzeki poruszana skrzydłami ptaków. Instynktownie, z przyzwyczajenia, wyciąga dłoń, która zawisa nieruchomo nad pustą przestrzenią chodnika. Chowa ją do kieszeni zawstydzony własną ułomną słabością. Na ścieżce w parku zostawia ślady swoich stóp ciężko dźwigających niezgrabne buty, jak niezgrabną wydaje mu się przyszłość, jaka mu jeszcze została. Ciężka i zdeformowana, wplatająca się wciąż w jego nazbyt długie, siwe włosy, które jak przetarte starością niteczki łączą go z niechcianą historią jego samotności.
Zapewne w końcu zawsze wraca do pustego mieszkania, chociaż przez okno widać, że jednak bardzo ciasno zamieszkanego przez trudne do zliczenia książki, których postarzałe, przykurzone grzbiety wyglądają spomiędzy krat zamontowanych w oknach starej, żoliborskiej kamienicy. Duże biurko przy podwójnych drzwiach balkonowych, lekko uchylanych w upalne poranki, przygarbione jak on od całodniowego przesiadywania nad kolejną profesorską rozprawą, esejem o wyczekiwanej starości czy też traktatem filozoficznym o śmierci, którego żaden student nie będzie chciał zbyt dociekliwie zgłębić. Jakby bez poszanowania jego oddania, pracy, zaangażowania, niezmiennego od lat, niepomna prawie czterdziestu. Na biurku, przy coraz słabiej przyświecającej mu lampce, staromodna fajka o fantazyjnie wygiętej szyi, miejscami nieco poprzecierana jak jego pamięć, wciąż pachnąca fragmentami wspomnień i zapachem tytoniu z dzieciństwa, kiedy to stryj Franciszek zapalał ją z niespotykaną konsekwencją, zawsze o zachodzie słońca, i pykając na ganku rozkoszował się spokojem nadchodzącego wieczoru. On sam, nigdy jej nie zapalił. To jakby naruszyć rodzinną „świętość”, puścić z dymem drzemiące w niej strzępki minionego wieku.
I tak przesiaduje, zapewne, przy swoim biurku godzinami, pisząc, czytając, z krótkimi przerwami na kawę zaparzaną w mosiężnym imbryku albo filiżanką mocnej herbaty ze starego samowara.
Nie kładzie się spać. Nocą siada z książką w głębokim fotelu, wspartym na niepewnych już własnej stabilności nóżkach. Boi się snów, boi postaci, która ukazuje się pod jego powiekami, gdy tylko ośmieli się zamknąć oczy. Najpierw zawsze stoi wyprostowana, by powoli się pochylać, jakby kuląc się sama w sobie, zwijając jak kłębek włóczki, aż w końcu upaść na kolana chowając w dłoniach twarz i dławiąc w sobie krzyk, którego nigdy nie usłyszy. Bo nigdy nie zasypia. W ostatniej chwili otwiera oczy, podbiega do okna otwierając je szeroko i łapie w płuca głęboki oddech nocnego powietrza. Boli, więc wciąż żyje.

Klakson samochodu stojącego za mną wytrąca mnie z zadumania. Przede mną już pusta jezdnia. Jadę dalej, wzrokiem jeszcze szukając śladów jego ciężkich, niezgrabnych butów i śladów czterech przemoczonych deszczem łap.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz