niedziela, 19 czerwca 2011

Błędne koło


Każdy dzień mijającego właśnie tygodnia przecierał się jak przez gęste oczka starego sitka. Ciężko, niezgrabnie, opornie. To tak, jakby zauważać jedynie nieforemną warstwę mazi zostającą na dnie sitka, nie spostrzegając, że pod spodem, po wielkim trudzie, jednak powstało coś ciekawszego, wyglądającego bardziej harmonijnie. Ale dno sitka znaczenie bardziej wdzierało się pod powieki, nawet bardziej niż piątkowy wykład o Janie Matejce i jakże, dla mnie, fascynujący o Jacku Malczewskim, bo szybko stracił na swojej barwie przez sobotnie, wyraźnie pozbawione koloru wydarzenia.
Gdyby tak można było stanąć przed mijającym tygodniem jak przed płótnem rozpostartym na blejtramie, przymocowanym silnie do jej obramowania i zamalować go na biało. Bez najmniejszego po nim śladu, licząc, że kolor bieli symbolizujący niewinność i śmierć, pozwoli minionym dniom odejść w całkowite zapomnienie, zetrzeć go w proch pozostawiający tylko cienką warstwę niewinności niektórym wydarzeniom, które zatarły się pod wpływem tych niekorzystnie przemawiających swoich ciężarem.
A zdawałoby się, że sobota miała przynieść, po zapracowanych i niełatwych pięciu dniach, gamę pięknych odcieni i emocji związanych ze ślubem znajomych. Tymczasem dla mnie było spotkaniem z kimś, kto dawno temu stawiał przede mną pierwsze litery słowa 'miłość', kiedy dla mnie wyglądały one jeszcze nieporadnie. Uciekłam wtedy zanim ten wyraz mógł rozbrzmieć głośno i wyryć się w moim sercu. Za to wczoraj wyryło się w moich oczach przerażenie. Nagle ujrzałam drobną postać, połowę tej, którą nosiłam w mojej pamięci, a w pamięci pozostawiając od wczoraj cienką warstwę skóry na rękach, gdzie pod jej przeźroczystością kłębiły się zwoje żmij sączących chorobliwy jad, swoim językami dotykając każdego najdrobniejszego i najdelikatniejszego splotu nerwów. Wróciłam do domu zdruzgotana widokiem, który nie szybko wypłucze się spod moich powiek. Schowałam się w kochających ramionach, by za moment znów wsiąść w samochód i pognać na spotkanie z demonami nieporozumienia i nadwrażliwości.
Kiedy znowu wróciłam do siebie i zaparkowałam po domem, cichą nocą, na rozstaju dwóch dni poczułam się trochę jak malarczyk z obrazu "Błędne koło" Jacka Malczewskiego, który siedzi obserwując kłębiące się wokół niego postaci, szarpaninę wydarzeń, i jak w życiu, otaczającą go dozę lśniącego piękna, nastroju, fascynacji i natchnienia oraz tę szarą warstwę trudu, okrucieństwa i bólu. Tylko w przeciwieństwie do malarczyka, który ujmie to wszystko w całość i naniesie na płótno tkając najpiękniejsze barwy, ja nie potrafię z tego stworzyć żadnego, wartego zapamiętania obrazu.
Niedziela zastukała do okien całkiem już "rozwiniętym" porankiem. Otworzyłam oczy, by ujrzeć na stoliku przy łóżku zawadiackie, nieco buntownicze i szalenie intrygujące spojrzenie Bruce'a Chatwin'a, zdecydowanie przedwcześnie zmarłego angielskiego pisarza i podróżnika. Życie jest podróżą, także tą, która prowadzi nas przez najciemniejsze uliczki nas samych, by móc czasem zatrzymać się pod latarnią, która rozjaśni ciemny zaułek, by w jej świetle odnaleźć odbicie jakiejś cząstki nas samych, czystości barwy w nas tkwiącej.
Jutro obudzi mnie nowy tydzień, białe, czyste płótno rozpostarte między moimi ramionami, które wraz z upływem kolejnych sekund nakreślanych wskazówkami zegara, nanosić będzie odmienne kolory, wzory, zakreślając sylwetki zdarzeń, obciążając moje coraz bardziej przygarbione barki nowymi przeżyciami, może chwilami danymi mi oczarowań i fascynacji. Jakiejś niedopowiedzianej doskonałości dnia codziennego, szukając w niej przejrzystości, czystości koloru, jakie znaleźć można w zaciekawiającym tekście Claudia Magrisa "W poszukiwaniu koloru doskonałego", który pisze:
Kolory nie są jedynie urokiem życia i poezji, są przede wszystkim fascynującym problemem filozoficznym, filozofia bowiem, od arystotelików do Kanta, od Husserla do Wittgensteina, rozważała wielokrotnie problem istnienia lub braku, ich wzajemnych relacji i ich sensu. Jaki kolor liścia, zielony, który widzimy w południe, czy czarny, który dostrzegamy w nocą? Czy kiedy mówimy "niebieski", wskazujemy na coś rzeczywistego, tak jak kiedy podajemy wagę albo objętość przedmiotu, kiedy wydaje się nam niebieski, czy słowo to jest tylko metaforą, przekładem, jakiego dokonuje nasz mózg, określonej długości fal, dzięki którym światło dociera do naszej kory mózgowej? (...) Poszukiwanie absolutnego indygo - czy po prostu poszukiwaniem absolutu - jest śmiertelną obsesją (nie przypadkiem doskonały kolor jest przyczyną śmierci motyli), jak gdyby kolory rodziły się naprawdę z ciemności, jak sądził dziwaczny jezuita żyjący w epoce baroku, ojciec Kircher, a nie ze światła, jak twierdził Newton. Ale epicka siła autora potrafi przemierzyć to mroczne morze i odnaleźć życie, chociaż wcześniej musi ominąć pułapkę śmierci. Błękit może oznaczać poddanie się urokowi otchłani jak w "Wielkim Błękicie" Luca Bessona albo - jak w filmie Kieślowskiego "Niebieski" - odzyskanie wolności.I tak wracam do błędnego koła kolorów, zdarzeń, doświadczeń, które tworzą swoisty obraz nieposkromionej codzienności.
Nie bliskość ale dystans
nie ciepło ale chłód
kiedy jawi się wizja
niezgodna z porządkiem dnia

Poddani jesteśmy jej przemianom
bo raz wciąga nas w górę
to znów podtapia w grzęzawiskach zwątpienia

Słowo przetarło się jak zleżała tkanina
ale wciąż służy
odświętność każe nam szukać
w pozorach piękna
więc wybieramy codzienność
wiersz Julii Hartwig Wybór
oraz fragment tekstu Claudia Magrisa "W poszukiwaniu koloru doskonałego"
 w tłumaczeniu Joanny Ugniewskiej
114 Zeszyty Literackie, 2011

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz