niedziela, 26 czerwca 2011

Kurek od kranu


Życie zdaje mi się czasami wodą, płynącą z kranu niezbyt zamaszystym strumieniem, mocno ograniczoną ściankami i trudną do regulowania przez nas samych. Jakby pozbawiono nas stałego dostępu do kurków, by móc zmieniać natężenie chłodu lub nadmiernego strumienia gorąca płynącego długą, niewzruszoną na wszelkie zmiany, metalową szyją. Nieugiętą i całkiem pozbawioną wrażliwości. A ja chciałoby móc czasami przykręcić nurt lodowatej wody, która potrafi "zmrozić" uczucia, doprowadzić do „zlodowacenia” duszy, a dodać nieco więcej rozleniwiającego ciepła, zbawiennie ogrzewającego.
Dzisiaj jednak znalazłam taki kurek, ujęłam mocno w dłoni, przekręciłam i już wystawiałam swoją twarz w stronę popołudniowych promieni słońca prześlizgujących się po bielonych filarach stawiskowego dworku, przechadzających się po rzeźbionej, koronkowej werandzie, przetykającego swoje złote nitki między drzewami, by choć na moment rozświetlić ukrytą między nimi kapliczkę. Na Stawisku tak zachwycająco pięknie, błogo i cicho.
Herbata i kruche ciasto z truskawkami u Pani Zosi. Siedząc w kuchni myślałam jednak, że jestem intruzem, któremu pozwolono dotknąć drugiej strony Stawiska, tej delikatnej warstwy od podszewki i jest to niczym nieusprawiedliwione nadużycie, z którego nie umiem zrezygnować, wyrzec się w imię uczuć, które ostatnio, mnie samej, nie dają spokojnie zmrużyć oczu.
Nie wiem po co znowu zajrzałam na Mariensztat. Tyle razy obiecywałam sobie, by tam nie chodzić, nie wracać. Zamknąć ten rozdział, dać mu się wreszcie zagoić. Ale ja, ze swoim byczym uporem, wciąż stawałam pod tym oknem, zamykanym na dziwaczną, wysuwaną klamkę łudząc się, że poryw wiatru trącający moją grzywką, to Jej dłoń, która zawsze odsłaniała moje oczy przysłonięte włosami. Że ten ciepły oddech powietrza, to Jej, przy mnie, niezmienna obecność, a ja zakradałam się pod to okno jak złodziej kradnący album ze zdjęciami z własnego życia. Ot, złodziejka własnych złudzeń, że pewne rzeczy się nie kończą, że pewne rzeczy się nie zmieniają, budująca własny chybotliwy domek z kart.
I znowu mnie tam poniosło. Stanęłam przed tym oknem, by doświadczyć zawalenia się świata z mojego dzieciństwa. Inne okna, nie ta sama klamka, nowa framuga, która najwyraźniej nie dopasowała się jeszcze do tej starej kamienicy i wyglądała na nietutejszą, obcą. W oknie Babcinego pokoju ciężkie zasłony broniące, nawet słońcu, wstępu do wewnątrz. A tam wisiało wielki lustro, przed którym wyobrażałam sobie siebie jako przyszłą panną młodą za welon wpinając sobie we włosy okrągły Babciny obrus robiony na szydełku. Nad starą serwantką wisiało moje zdjęcie zrobione w parku łazienkowskim, kiedy miałam pięć lat, w białej wełnianej sukience w prążki. Pod lustrem granatowy flakonik z kremem „Pani Walewska” i fiołek alpejski na szerokim parapecie.
W kolejnym oknie toż samo. Nowość i obcość. Dopiero przez następne można było zajrzeć do środka. Kiedyś był to salon, do którego ja przeważnie nie miałam wstępu. Należał do innej części rodziny, ja byłam, w tym salonowym obszarze, zawsze niechętnie widzianą, a dzisiaj szukałam tam śladów obecności ludzi, mnie zawsze nieprzychylnych, jakbym szukał koła ratunkowego do swojej przeszłości. Żadnego śladu. Biurko, regały na segregatory, obca twarz kobiety nad komputerem. Kolejne okno, od kuchni, przysłonięte kolorowym szkłem, do którego zawsze pukałam dając znać, że już jestem. Tam, kiedyś, po jego drugiej stronie, w małym garnuszku gotowała się marchewka z groszkiem, wisiał kalendarz z kartkami, będącymi jak kurtyna odsłaniająca nowy dzień. Na podłodze, przy lodówce, miski z jedzeniem i piciem dla ukochanego psa Babci, duży stół, na którym uczyłam się siekać koperek i obierać pieczarki. Spojrzałam jeszcze raz przed siebie. Zobaczyłam pustkę i obcość. Trochę tak, jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca, wciąż mocno bijącego, a może po prostu, nagle zakręcił dopływ ciepłej wody.
Może dlatego dzisiaj wyglądając przez okno w kuchni na Stawisku, poczułam się sama jak taka obca framuga, całkiem niedopasowana, a wciskająca się na siłę między mury starego domu. Co może odczuwać pani Maria Iwaszkiewicz widząc tylu obcych chodzących po jej domu, kiedy drewniane schody prowadzące na piętro, potężne i ciężkie, uginają się pod obcymi stopami, butami zdzierającymi warstwę jej własnej pamięci o tym miejscu. Pan Wiesław, dla którego ten dom stał się danym mu, nowym 'początkiem' życia próbował pokazywać mi inne oblicze moich rozterek, ale obcy to obcy, nowa framuga w oknie, wstawiona choćby na chwilę, nigdy nie będzie tak doskonale dopasowana do starego domu, jak ta, która tkwiła tam od zawsze. A jednak, usiadałam na tychże drewnianych, skrzypiących schodach, by posłuchać wspomnień pana Marka Wawrzkiewicza o jego nielicznych spotkaniach z Panem Jarosławem, ale będących wystarczająco znaczącymi, by w młodym sercu początkującego poety zrodziło się poczucie pewnego porozumienia z Mistrzem, bo gdy teraz, po wielu latach siada, by napisać swój kolejny wiersz, odnosi wrażenie, że Pan Jarosław, wciąż mruga do niego przyjaźnie.
I zapewne ta właśnie, przyjazna atmosfera, wciąż żywa w stawiskowym domu, przyciąga tłumy 'obcych”, którzy na moment czują się części przeszłości, częścią Czyjegoś wyjątkowego życia, tego wyjątkowego Domu, gdzie ja chciałabym być choćby: jednym skrzydłem starego okna, szczebelkiem w drewnianej werandzie, załamaniem światła w porcelanowym kieliszku, rzęsą która utknęła między pożółkłymi kartkami  książki, milczącymi słowami zatrzasiętymi w szufladach skrzypiącej komody, kroplą w wodzie płynącą wąskim gardłem stawiskowego kranu.
Nad Arnem na placu stanąłem
(piazza Giuseppe Poggi)
już sam nie wiedziałem po co
stanąłem pod tamtym domem
czy żeby przywołać powroty
czy osoby które niegdyś tu żyły
czy księgi które stworzyłem -
już nie pamiętam po co
i znowu chciałem nowego
za daleko wypłynąłem po prostu
spod białego
prostego nowego mostu
nachylony nad grobem książąt
w pylnej zakrystii świętego Wawrzyńca
jak przyłapany złoczyńca
wyrzekłam się wspomnień: wiążą
wspomnienia jak łańcuchy
w różu kopuł marmurowych
- niebieskie drogi jak ślady nart -
trzeba wszystko od nowa
zaczynać kleić okruchy
i zawsze stawiać domki z kart
jak dom na placu Giuseppe Poggi
wiersz Jarosława Iwaszkiewicza
*** 
Nad Arnem na placu stanąłemzaczerpnięty z II tomu "Dzienników (1956-1963)", wyd. Czytelnik, 2010

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz