wtorek, 26 lipca 2011

Biedronki i pasikoniki


"Dzieło sztuki istnieje samo w sobie. Malując z natury chcemy stworzyć płótno, by odpowiadało naszemu przeżyciu malarskiemu wobec natury, więc nie żeby było dokumentem podobieństwa, ale żeby dało grę stosunków i działań plastycznych, na których koncepcję nas ta natura naprowadza. Płótno powinno być rozstrzygnięte po malarsku".
Tymczasem moje przeczucie niemalarskie wobec natury podpowiada mi, że za drzwiami pachnie jesienią w środku lata. Deszcz znowu spłukuje czarne kropki ze zgrabnie wyprofilowanych skrzydeł biedronki i obejmuje przenikliwą wilgocią delikatne struny skrzypiec pasikonika. Czerwień i zieleń obmyte z kurzu codziennego zyskują na intensywności swojej barwy, lśniąc i mieniąc się mimo szarej aury za oknem, budząc się do życia.
Ja sama budząc się rano nie przechodzę w naturalny sposób w stan przebudzenia, raczej tkwię pod ciężką kołdrą zbyt niskiego ciśnienia, którego nie sposób podnieść nawet kolejną dawką kofeiny. Patrzę na odwieszony identyfikator Uniwersytetu Otwartego.
Od czego zacząć skoro to już koniec?
Szamoczę się, nie tylko z miękką poduszką, która przylgnęła do mojego policzka, czy może całkiem odwrotnie, ale też sama ze sobą, z natłokiem refleksji, których nie potrafię wystarczająco szybko zapisać, bo każda myśl rozsypuje się w garstkę czarnego pyłu, nim koniuszek pióra zdąży przekształcić ją w kontur słowa zasychającego na powierzchni kartki. Spoglądam na ogród przez szkliste szyby okien, na których krople deszczu tworzą powierzchnię rozbijających się plamek malując przede mną obrazy, które jakby wypłynęły spod pędzla impresjonisty. Ulotna chwila, gra przyćmionego zachmurzeniem światła, zmienność nazbyt szybka, bo móc ją za moment znów odtworzyć w tej samej formie. Swoiste “żywe” obrazy zmieniające się wraz z najdrobniejszym drgnięciem kropli deszczu, jak za dotknięciem pędzla na płótnie, odbierające każdy oddech powietrza jak oddech natchnienia artysty. I czasami przeklętą się staje świadomość nieumiejętności malowania, nazwania barw, wypełniania konturów kolorem, wyrazistością lub zasnuciem woalem mgły utkanej z artystycznej melancholii. Z tym większą przyjemnością przywołuję z pamięci piątkowy, ostatni wykład o polskim malarstwie XIX wieku, który niespodziewanie zamknął się dla mnie klamrą zatrzaskującą obszar mojego literackiego zauroczenia, gdzieś na przełomie wieków. 
Najpierw jednak "Fatalność Władysława Podkowińskiego". Jego słynny i kontrowersyjny "Szał", do mnie znacznie bardziej przemawiające rysunki szkieletów, trupich czaszek odciśniętych na płótnie w sarkastycznych grymasach. Jakby Podkowiński drwił z widma śmierci czyhającej nad jego schorowanym ciałem, a wykrzywiając im twarze w krzywym zwierciadle próbował oswoić świadomość rychłego odejścia. Na dłużej zatrzymuję się przy obrazach naznaczonych bliską mu obecnością Aleksandra Gierymskiego. Rysunki ukazujące Warszawę od podszewki, przez portrety jej mieszkańców, tych bezimiennych, zamieszkujących biedne obrzeża Powiśla, dźwigających, jak garb, ciężki tobołek własnego ubóstwa, jak tytułowa „Śmieciarka” czy rozpraszający cień nocy „Latarnik” egzystujący dzięki wszechogarniającej ciemności. Jakby ona, przekornie, stawała się, wraz z przychodzącym mrokiem, światłością niosącą zarobek i przetrwanie. Sam Podkowiński w swoim autoportrecie, schowany pod franciszkańskim kapturem, jawi się jakby w uśpieniu, w cichym rozmodleniu, może oczekujący na swoje artystyczne przebudzenie, swoisty “Szał” wiodący ku sławie i, nie wiedzieć czemu, swoistej samozagładzie w niemal dzieciobójczym czynie popełnionym, bo na obrazie, własnej twórczości gwałt zniszczenia zadając. Obraz wszak ocalał, choć poraniony, to przecież dzisiaj będący swojego rodzaju “wizytówką” Podkowińskiego, przylegając do niego w sposób nieśmiertelny, jak sztuka z całą gamą barw i kształtów, odniesień scala się z wrażliwością jej twórcy, jemu tejże nieśmiertelności przydając.
Tak też, przylgnęły do mnie i obrazy kolejnego artysty, Józefa Pankiewicza, igrającego z barwą, formą, przestrzenią, kształem, oddającego w swoim malarstwie charakter i brzmienie nokturnów, zestawiając ze sobą ostrość kontrastów. Jak choćby w jednym z moich ulubionych “Portret pani Oderfeldowej z córką”, gdzie jasność odbijająca się od młodziutkiego, dopiero co wkraczającego na drogę życia, dziewczęcia jakże intensywnie kontrastuje z przydymioną, przyciemniałą dojrzałością matki wtapiającej się w tło, stając się coraz mniej widoczną. Jeszcze tylko w rysach twarzy, w dozie łagodności spowijającej jej profil, moża by się doszukiwać pełnej akceptacji upływu czasu i nieuchronności powolnego gaśnięcia, naturalnej kolei losu, życia usuwającego się, by zrobić miejsce temu właśnie się rozwijającemu.
Spoglądam na pejzaże, sceny z martwą naturą, hiszpańskie impresje przesączone intensywnością ciepłych kolorów i w sposób całkiem naturalny nasuwają mi się obrazy kolorystów, a wśród nich tego, który zachwyca nie tylko talentem ukazywania rzeczywistości na płótnie, ale przefiltrowywania jej przez siebie samego, także na kartki dzienników, Józefa Czapskiego.  Niedługo czekałam, by jego nazwisko padło w kontekście kontynuatorów szkoły Pankiewicza, który stworzył w Paryżu filię krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych, tzw. Komitet Paryski.
I znowu się coś zazębia, przenika, wtapia, tworzy supełki na sznureczku powiązań literacko-malarskich tworząc pełniejszy kobierzec, obraz tkany zwinnymi palcami artystów, gdzie zieleń na frakach pasikoników i czerwień na skrzydełkach biedronek nabiera przenikliwej wyrazistości, tworząc moją własną kompozycję harmonijnie przeplatających się płócien polskich mistrzów malarstwa i polskich mistrzów słowa.
Właśnie zza chmur wyjrzał nieśmiały promień słońca, jak światełko zachwytu przenikające przez niewielki świetlik talentu utkwionego w rozciągniętych płótnach malarskich. Fini.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz