wtorek, 11 stycznia 2011

Ciemność nuci pewną melodię


Wciąż z Wierą, z jej historią, przejmującym głosem, który szumi w uszach przedwojennymi piosenkami ze starych płyt, tych czarnych krążków, na których widać każdą rysę, zadrapanie, zadany ból dźwiękowi i melodii, które już nie brzmią tak czysto. Może niektóre leżą gdzieś schowane w pudłach, może są potłuczone, istnieją jedynie w trudnych do złożenia w całość kawałkach, jak życie Wiery, składające się ze strzępów przeszłości przykrytych niełatwą do zdarcia warstwą oskarżeń. To one powoli wsiąkały w nią, jak kwas, spalając resztki nadziei, wżerając się w jej duszę i umysł, niszcząc złudzenia, że można zacząć żyć od nowa.
Czytam niektóre fragmenty książki po parę razy, jakbym za każdym kolejnym próbowała odnaleźć między słowami promień światła, który rozświetliłby ciemności, w których skryła się Wiera Gran. Skryta przed strachem, odgłosem niecichnących win nieudowodnionych, przed sobą samą, tą oklaskiwaną, uwielbianą, może zbyt piękną na szpetne czasy, w jakich przyszło jej przeżywać młodość. Zostaję z nią jeszcze, czytam dalej, niespiesznie. Przede mną kolejny rozdział jej życia, jej ucieczki. Tymczasem mogłabym potwórzyć za Agatą Tuszyńską:
„Im dłużej z nią jestem, im bardziej to drążę, im więcej otwiera się przede mną dokumentów sprzed lat, tym mniej pozwalam sobie rozumieć. Tym bardziej czuję się wobec tamtej przeszłości bezradna. Nieuprawniona do jej moralnej oceny. Cóż wiem, cóż mogę wiedzieć?”
Mówisz: nic nie wiemy. Ale przecież wiemy,
że dobroć istnieje, przynajmniej niekiedy,
i są stare obrazy, które pokazują cierpienie,

i płomyk świecy; są ludzi nieszczęśliwi,
na próżno szukający pocieszenia
jak listonosz brnący w śnieżnej zawiei,

jest muzyka rosnąca w dżungli milczenia,
są oprawcy, są mroczne ulice, ślepe okna,
dni, które wydają się świętem okrucieństwa,

są ci, co płaczą bez nadziei w ciasnej poczekalni,
są podziemne pociągi, ciężkie oskarżenia,
jest także zwyczajna nuda rozmów o sporcie,

i terror długich wieczorów, i krzyki pijaków -
i zdarzają się chwile objawienia,
kiedy dumnie błyszczą kwiaty kasztanów,

a młodziutkie drozdy oszołomione
heraklitejskim ogniem majowego ogrodu
idą niepewnie wśród traw,

a potem zapada ciemność,
i znowu nic nie wiemy,
absolutnie nic, nawet tak i nie.

A jednak także ciemność nuci
pewną melodię, której niestety
nie potrafimy rozpoznać.
Adam Zagajewski
wiersz "Nic nie wiemy"
112 Zeszyty Literackie, 2010 nr 4

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz