poniedziałek, 17 stycznia 2011

Żeby nie zrobić nic złego wobec literatury


Co się dzieje kiedy wyśmienity krytyk literacki, miast kolejnego rozdziału książki, poddaje ocenie kolejne rozdziały swojego życia?
Poznajemy jedne z najciekawszych wątków o
współistnieniu krytka, z pisarzem i jego działami. Podpatrujemy czym jest życie, jakby toczące się między okładkami książek, w poszukiwaniu zarysu każdego słowa, jego kształtu, wszelkiej, ledwo zauważalnej, subtelności lub dobitnie brzmiącej wymowy. Podążamy między splotami zdań, wierzchołkami liter rozpoczynających myśl, a dolinami tych kontynuujących pisarski zamysł. Ale nade wszystko, przynajmniej w przypadku tegoż krytyka i eseisty, zauważamy jego przychylne patrzenie na dzieło literackie i traktowanie obcowania z nim jako przeżycia artystycznego:„Literatura ta, która ma znaczenie, jest poznaniem artystycznym, poznaniem autonomicznym i wobec tego kwestie oceny artyzmu literackiego są szalenie skomplikowane. Bo ja muszę w zgodzie z sobą, z moimi przekonaniami filozoficznymi, z całym moim doświadczeniem literackim, ja muszę po prostu każdorazowo, indywidualnie rozstrzygać, czy to poznanie przez artyzm jest wartościowe, czy niewartościowe, czy ono coś obiecuje, czy niczego nie obiecuje, to jest sprawa trudna, ja tutaj nie mam żadnych innych narzędzi i nie mogę mieć przy mojej filozofii literatury niczego poza moim doświadczeniem."Między tytułami niezapomnianych książek spoglądamy na odsłony życiorysu wpisanego w nieustające życio-czytanie. Przywoływane są obrazy wspomnień, począwszy od klimatu rodzinnego domu, przez lata studiów i podejmowanej pracy, przez postawę wobec realiów socrealizmu i uwikłań literatury w politykę. Towarzyszymy spotkaniom z literatami obserwujać rodzącą się więzi, która zaczyna łączyć krytyka z dziełem i jego autorem. Obcowanie Henryka Berezy z książkami zdaje się być, po prostu, ich doświadczaniem intelektualnym, poznawczym, a rzec by można metafizycznym, także. To obcowanie ze sztuką słów.
Przywoływane tytuły i ich autorzy niejako wtapiają się w jego życie, stają się poniekąd, nie tylko jego częścią, ale i jednością. I już nie wiem ile w tym jest rozmowy o książkach, a ile o sobie samym, bo wydaje się, że tworzą nierozerwalną całość. Poznajemy nie tylko tych, którzy w życiu Henryka Berezy byli postaciami ważnymi, ale może nade wszystko jakim jest sam bohater rozmowy prowadzonej przez Adama Wiedemanna i Piotra Czerniawskiego.
Tymczasem Henryk Bereza wyznaje:„To, co się stało – tak można powiedzieć analogicznie do terminu życio-pisanie, które wymyśliłem dla Stachury – można nazwać życio-czytaniem, w każdym razie to było czytanie twórcze, kreacyjne możne trzeba by powiedzieć. To już nie miało nic wspólnego z przeglądaniem dzieł literackich dla celów akademickich, ja czytałem artystycznie, to znaczy wprzęgałem się w procedury twórcze, bo przecież czytanie rzeczywiste jest współtworzeniem, dzieła literackie, dzieła poetyckie nie istnieją po prostu jako zapisy. Prace akademickie dla innych prac akademickich to są teksty, natomiast działa literackie są dziełami, które istnieją dopiero w tym procesie, jakiego wymaga czytanie, i ja już wyłącznie się nastawiłem i tutaj już z pełną świadomością i z pełną konsekwencją do tego się zabrałem. I stąd taki jestem zdewastowany i zużyty w sensie duchowym, ponieważ ja uprawiałem jakiś rodzaj twórczości na tak rozległych planach”.
I zazdroszczę tego zdewastowania i zużycia, w sensie duchowym, bo jakże musi być niezwykłym, posiadać taką wiedzę, i umiejętność przeżywania i obcowania z literaturą, że staje się ona każdym oddechem, najdrobniejszym tchnieniem, wręcz uzależnieniem, pracą i spełnieniem jednocześnie. Bo żyć to czytać, a może co istotniejsze odczytywać, to co w literackim dziele cenne i warte późniejszego odnotowania w esejach i recenzjach.
Ale poza książkami, nieodłącznymi towarzyszami życia Henryka Bereza, byli też nieodłączni ich autorzy. W rozmowie przewijają się postaci, które jakże mocno zarysowały swoją obecność w życiu z-cy redaktora naczelnego "Twórczości", jak choćby może najważniejszy z nich, Marek Hłasko, z którym przyjaźń była "solidarnością dwóch cierpień", ale także Jarosław Iwaszkiewicz, Jan Kot, Janusz Rudnicki, Adam Ważyk, z którym prowadził fascynujące dysputy literackie. Kreśli sylwetki znajomych i przyjaciół przywołując ich w wyrywkowo wybieranych wspomnieniach, przywołując do życia, także tych, którzy schowali się w cieniu zapomnienia, jak Jan Drzożdżon.
I tak śledzimy losy Henryka Berezy, jego literackich pasji, własnych definicji, choćby tej, która mnie zawsze intryguje najbardziej, co jest powinnością krytyka.
Może właśnie to, co ujmuje w tak frapujących słowach:
"Mieć najlepszą dobrą wolę, żeby nie zrobić nic złego wobec literatury. Żeby zdawać sobie sprawę, że zajmowanie się literaturą, jeśli tutaj w grę wchodzi jeszcze jakiś rodzaj autorytetu, jest zajęciem tak odpowiedzialnym i tak skomplikowanym jak odpowiedzialność chirurga, który operuje  żywe serce lub żywe oko. Nie powinno podsuwać rozstrzygnięć, jaka ma być literatura, jak ma kto pisać, bo żeby wiedzieć, jak ma kto pisać, to trzeba wiedzieć, co ten ktoś w ogóle może zrobić. Bo nie jest tak, że  każdy, co chce, to będzie robił w literaturze, takiej możliwości nie ma. Jeśli ja się jakimś autorem interesuję (...) to dzieję się tak, że jestem wplątany w los tego autora."
I tak rozdział po rozdziale, sami wplątujemy się w nić słów, podążamy za nimi, by samemu zasmakować życio-czytania, by pochwycić "Końcówki. Henryk Bereza mówi".
          
Adam Wiedemann i Piotr Czerniawski
"Końcówki. Henryk Bereza mówi"
wyd. Korporacja Ha!art, 2010

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz