"Noktun śródziemnomorski"

 

Bezowocnie wyszukuję głębszego znaczenia zdarzeń ostatnich lat. W chorobach, które znaczyły ciało jak zimne spojrzenia obojętnego losu. W zmaganiach, po których pozostawał tylko przyspieszony oddech i ogłuszająca bezradność. W rozstaniach pękających w dłoniach jak kruche flakoniki po nadziejach przeszywających dom duszną ciszą. W śmierci z nieubłaganą precyzją wygładzającą śladu po czyimś imieniu na gładkim nagrobku. W żałobie. Jakby tylko ona nie traciła na swojej ostrości wyjaławiając każdy skrawek ziemi pod stopami. Bez patosu. Naga i nieodwołalna. Bezwstydna. Leży cicho pod powiekami. Zakrywa dostęp światła. Wymazuje kolory jakby obierała z istnienia jedwabną powłokę barw, plącząc się pod stopami i gubiąc sens w pół-słowa.

Na uboczu zamilknięcia. Wytrwale stawiam kolejne kroki. Przekładam kartki książek układanych w żałobny stos. „Kontener”. „Lato, gdy mama miała zielone oczy”. „Rok magicznego myślenia”. „Baumgartner”, „Księga duchów”, „Śmierć przed obrazem”. Jak wyjść z cienia żałoby nieokaleczonym?

Rysuję niezgrabny uśmiech na ustach. Strzepuję poszarzałe kwiaty z letnich sukienek wypatrując soczystości życia. Podobno lato w rozkwicie. Próbuję oderwać stopy od popękanej ziemi. Wyruszyć w podroż gdzie odnajdę sens własnej egzystencji, porzucając nadmiar zbędnych rozważań i pozwalając ciału zanurzyć się w powietrzu i opływającym go nurcie nadmorskiego wiatru.

Przekraczam granicę. Alhbeck urzeka zgrabnością wiktoriańskiej architektury, cichymi uliczkami, koronkowymi balkonami wyglądającymi spod kaskady soczyście ubarwionych kwiatów, zdobnymi okiennicami wypatrującymi gładkości piasku i uporządkowania plażowych koszy zwróconych intymnie w stronę gładkich fal Bałtyku. Wtulam się w ciepłą gościnność przy zachodzie słońca, palcami wyczuwając tętno pulsujące pomiędzy kartkami „Nokturnu śródziemnomorskiego”.

Powtarzam sobie, że to nie my znajdujemy książki, ale że to one, gdy przyjdzie właściwa, wybierają nas jako swoich czytelników. I wtedy jasne jest, że dają to, na co akurat czekamy. (…) Zakreślam fragment, w którym bohater uświadamia sobie upływ czasu. Zdaje sobie sprawę, że od pewnej chwili jego życie nabrało tempa i nie ma już powrotu do świata za murami, do minionej niewinności. Furtka się zatrzasnęła.

Wypada znaleźć wyjście. Podążyć po śladach stóp do miejsc upragnionych, zapisanych z sentymentalnym westchnieniem i spojrzeniem skierowanym ku zanikającemu horyzontowi, tam, gdzie ostatnie promienie dnia kładą się na grzbietach muszelek i dotykają strzelistych wieżyczek staroświeckich kamienic. Szum fal lekko kołysze się we włosach i wąskich splotach słomkowego kapelusza. Piasek przesypuje się w skulonej dłoni niczym klepsydrze oczekującej na każde ziarenko osuwające się cicho, jakby znało tajemnicę przemijania lepiej niż my. Na moment milkną szerokości geograficzne. Z Alhbeck do Włoch wystarczy jeden drżący ruch dłoni i cała przestrzeń zamyka się w rozmiarze chwili, pochwyconych rozważań nad upływem czasu. Nieuchronnością śmierci. Bogactwie spuścizny literackiej zachowanej w wyglądanych przenikliwe książkach i przewodnikach. Drepczę śladami Marka Zagańczyka dotykając miejsc już kiedyś poznanych, przywołujących wspomnienia pierwszych spotkań z prozą autora, niezmiennie potykając się o swoją własną nieudolność widzenia tego, co on wyczytuje z lekkością między słowami. W załamaniu światła padającego na podziwiane obrazy i cienkiej linii łączącej współistnienie słowa i spojrzenia, kiedy jedno i drugie zaczyna mówić tym samym językiem.

Spoglądam z uwagą na przywoływane portrety pisarzy, z nieukrywanym dla mnie poruszeniem zatrzymując się na dłużej przy osobie Wojciecha Karpińskiego, którego „Obrazy Londynu” stanowiące jedno z najważniejszych moich literackich spotkań, także z uwagi na postać Gabora za którego subtelnie zarysowany portret  kiedyś, miałam ogromny przywilej podziękować samemu Autorowi.

Biorę jego książki na chybił trafił. Przypominam sobie ich pierwszą lekturę. Bo u mnie, jak już wielokrotnie pisałem, niemal wszystko zaczęło się od Wojciecha Karpińskiego, zdarzyło się dzięki niemu.

Pamiętam, jak jeszcze niedawno czytałem jego szkic o Gaborze Schabercie, wpisany w „Obrazy Londynu. I mówiłem sobie, że trzeba być, choćby przez chwilę, jak Gabor otwartym na świat, albo jeszcze lepiej być jak Karpiński słuchający Gabora, prowadzący z nim rozmowę, raz pełnym głosem, kiedy indziej w milczeniu. (…) W książkach Karpińskiego odnajduję wszystko, czego szukam, i tylko czasami dziwię się, że nie widziałem tego od razu. Tych książek nie na się poznać raz na zawsze. Trzeba mieć je przy sobie, czytać z otwartą głową i starać się podążać ich tropem.

Podążam dalej, „Nokturn śródziemnomorski” jest poruszającą drogą do miejsc utęsknionych, ale jak większość wzbogacających podróży, biorąca swoje źródło we własnych przeżyciach i wyżłobieniach noszonych w bagażu doświadczeń, w stratach, których nie sposób pozostawić za sobą. Marek Zagańczyk kreśli mapę naznaczoną rozważaniem nad życiem, ważkością lektur mu towarzyszących, muzyki i obrazu. Bólu oddalenia, utraty ponoszonej na wielu płaszczyznach, jak wielopłaszczyznowe może być odczytywanie najnowszej i długo wyczekiwanej książki Marka Zagańczyka. Każda ze stron przypomina powolne odkrywanie harmonii ukrytej pomiędzy obecnością i nieobecnością, zachwytem nad światem i zgodą na jego przemijanie. To podróż głęboko osobista, taka, w której odległe krajobrazy stają się zwierciadłem własnych przeżyć, spostrzeżeń, zapisów z uważnego podróżowania, fragmentów wspomnień i zadumy nad dzisiejszym światem.

Dla mnie osobista po wielokroć, bo proza Marka Zagańczyka towarzyszyła mojemu Tacie w czasie, który nabrał szczególnej miary, kiedy każda chwila zdawała się ważyć więcej, a słowa zostawały z nami na dłużej. W jego ostatnich miesiącach i tygodniach. Inżynier i niespełniony muzyk. Tata cenił filigranową urodę podsuwanych mu książek, szlachetność słowa i tę szczególną uważność, z jaką autor patrzy na świat. Bliska była Mu również pasja podróżowania, ciekawość świata, który mi podarował, potrzeba wychodzenia ku miejscom, ludziom i pejzażom, które potrafią na chwilę zatrzymać czas. Były pretekstem do wspomnienia jego własnych podróży, póki nie wyruszył w tę ostatnią.

Nie potrafię być na jego miarę, ale przynajmniej wiem, ile mi do niego brakuje, co mam zrobić, aby zasłużyć na jego uznanie, spłacić, choćby w części, jego wielki dar miłości. Odszedł po cichu, we śnie, mam wrażenie, że sam się na to zdecydował, bo z typowym dla siebie uporem uznał, że będzie innym zawadzał, że już przyszła jego pora, że nie ma siły dalej służyć.


"Nokturn śródziemnomorski" Marek Zagańczyk
Wydawnictwo Próby, 2026
(fragmenty)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Polecany post

Tak czyta się tylko raz

Najbliższy jest mi jednak Wojtek Karpiński tym, że jak mało kto dzisiaj  zachował zdolność podziwu i przyswajania sobie tego,  co p...